czwartek, 11 listopada 2021

Marshall Browne - Inspektor Anders i praskie dossier

 No, stojí to pěkně za hovno! I właściwie to już cała recenzja. Wzinam z biblio, bo miała hasztag Praga, co nie? No ale. 

 Najpierw się okazało, że to jakaś tam kolejna część serii o tym inspektorze, a aluzje do osób i historii z przeszłości są dla niezorientowanego czytelnika męczące. Jeśli do tego dodać fatalne tłumaczenie/pisarstwo, to - kurka wodna - zrozumiałe, dlaczego męczyłam się z tym tomem pięć dni (czytając jedynie w tramwaju, bo w domu przed zaśnięciem nie mogłam zmóc więcej niż dwie strony) i w końcu dziś rano, korzystając ze święta, odwaliłam ostatnie sto stron.

Nawiasem mówiąc, chyba pierwszy raz się tak zdarza, że mam CZTERY wolne dni 😍 Poza sierpniem, ofkors. Derechcja mianowicie nagle a niespodziewanie oznajmiła nam, że możemy w piątek nie przychodzić. Hura hura. Zamierzam w związku z tym udać się jutro na poszukiwanie kurtki na zimę. Nawet mam obiad gotowy, z czego jestem bardzo dumna, bo to się rzadko zdarza! Poza tym jeszcze nie wiem, na co przeznaczę tę masę czasu - może na WIELKIE NIC 😁 

Poza licznymi trupami i drastycznymi szczegółami zbrodni sprzed lat, autor sadzi różne byki co do praskiej topografii. Zaczynam wręcz myśleć, że nigdy w Pradze nie był, że produkuje kolejne kryminały osadzone w różnych miastach (nie chce mi się sprawdzać), zaopatrzywszy się w mapę i przewodnik. To jednak nie zawsze uchroni przed błędami.
Tu niżej na przykład umiejscawia grób Kafki na starym cmentarzu żydowskim, który funkcjonował nawet nie do samego końca XVIII wieku 😂


 A tu z kolei bohater stojąc na progu Lucerny widzi tramwaj skręcający za róg. Pewnie specjalnie dla australijskiego pisarza przełożyli szyny 😂


 Początek:

Koniec:


Wyd. TIME Spółka Akcyjna, Warszawa 2020, 315 stron

Tytuł oryginalny: Inspector Anders and Prague Dossier

Przełożyła: Danuta Śmierzchalska

Z biblioteki

Przeczytałam 11 listopada 2021 roku


Kilka migawek z zeszłej niedzieli w Rynku...

i na osiedlu 😀

 

Wracając do Lotto. Sprawdziłam w końcu wyniki i dowiedziałam się, że mam trójkę, więc zapłacą mi dychę. A że miałam z Plusem, pomyślałam, żem głupia, bo gdyby było bez Plusa, dostałabym 24 zet.

Poszłam odebrać tę gigantyczną sumę, a tu pan mi daje - 34 zł. Okazuje się, że jak z Plusem, to biorę i za zwykłe Lotto i za Plusa. Kto by się w tym wyznał...

Co nie zmienia faktu, że na nową kuchnię nie wystarczy...

Tymczasem nabyłam znaczki. Prawda, że ładne?



Domofon znów troszkę międzynarodowy. Ale jest i Peszek i jakaś bystra pani. Aż pójdę sprawdzić, co znaczy bystrá. Otóż dobra, mądra, jasna. 

 

Piątkowy apdejt poranny

Święto, święto i po świętach...



niedziela, 7 listopada 2021

Sylwia Siedlecka - Złote piachy

Bułgaria niespecjalnie wchodzi w zakres moich zainteresowań. Ba, w ogóle nie wchodzi. Nigdy nie byłam, nikt z mojej rodziny nie był, chyba nigdy nie czytałam nic bułgarskiego (do sprawdzenia!) i właściwie jedyne, co mi się z nią kojarzy, to koleżanka z liceum, która poszła na bułgarystykę, bo miała pewność, że się dostanie (mało kandydatów, w przeciwieństwie do rusycystyki, a zdawało się to samo na wstępnym). Być może z założeniem, że po pierwszym roku przeniesie się na ciekawsze studia. Widać jednak i te okazały się ciekawe, bo skończyła.

Ale tak to już jest przecież, że jak się w coś zaczynamy wgłębiać, to okazuje się ciekawe, nie?

Więc i ta Bułgaria ze Złotych piachów też okazała się ciekawa. Bo co niby człowiek wiedział - znał jedno jedyne nazwisko: Todor Żiwkow - i na tym koniec. Najciekawsze rozdziały mówiły o mniejszości tureckiej i jej prześladowaniu za komuny (zmienili im na przykład przymusowo imiona i nazwiska na bułgarskie, a cała wcześniejsza dokumentacja - nawet karty szpitalne - została przemielona) i o... cyrku. Tu z kolei się przyznam, że cała moja wiedza o cyrku pochodzi z serii o Irce Piędzickiej i jej panterze Czarce (Z Czarką w cyrku etc.) i bardzo chętnie bym przeczytała jakiś reportaż o przeszłości, a zwłaszcza współczesności cyrku na świecie. Znacie jakiś?
 

Początek:

Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019

Z biblioteki

Przeczytałam 6 listopada 2021 roku



W pracy przynudzam o nowej kuchni. Kolega mnie uświadomił, że koszty będą straszne, a koleżanka zadecydowała: musisz puścić totka. I pouczyła: wchodzisz do kolektury i mówisz 'na chybił trafił z plusem'. Tak też uczyniłam w piątek. Żeby była jasność - pierwszy i ostatni raz. Teraz się boję sprawdzić wyniki losowania 😂 Bo coś tak mi mówi, że to nie jest jak w kasynie, gdzie przychodzi nowicjusz i zgarnia pulę. W dodatku nie wiem, co znaczy 'z plusem.'


NAJNOWSZE NABYTKI

Taaaaa. Tego tu w ogóle nie powinno być, wiem. Ale na jednym blogu przeczytałam recenzję któregoś z kryminałów Erbena - CZESKICH kryminałów - i stwierdziłam, że muszę mieć. Jeden na allegro kosztował 2,89 zł (plus paczka w ruchu, przy czym co się okazało, jak już było w drodze - paczka w ruchu została przejęta przez Orlen i całkiem nieświadomie i niechcący dołożyłam grosz do nieruchomości Obajtka, niech to szlag), druga za to z odbiorem osobistym za 5 zł. Był w Polsce wydany jeszcze trzeci, ale kurka wodna kosztuje kilkanaście złotych, więc na razie odpuszczam.

Ale te dwa, żeby było śmieszniej, mam już w oryginale. I zastanawiam się, czy najpierw czytać po polsku, czy na odwrót. Nie jest to jednak problem do rozwiązania w najbliższych dniach, bo muszę się uporać ze stosem bibliotecznym przecież.

Miejsce się znalazło bez problemu, bo te małe formaty to jeszcze jest gdzie upchnąć. W drugim rzędzie. Ale patrzcie, tam nawet jest trzeci rząd! Niemniej jednak podjęłam ŚWIĘTE POSTANOWIENIE, że wyniosę dwie inne książki z domu - nie może tak być, żeby przybywało. Na razie nie miałam czasu pomyśleć, które, ale coś się wykombinuje.

Tymczasem robiłyśmy porządek na pawlaczu nad drzwiami wejściowymi. Wywaliłyśmy kupę trzydziestoletnich  przydasiów, nabyłyśmy plastikowe pojemniki, coby był ordnung (ekologicznie, brawo ja...), wyczyściłam zakurzone przedłużacze i jakieś kable dziwne.

Niestety siekierka (w stanie, jak widać, agonalnym) i parę innych narzędzi nie mieści się w nowym pudle i chcę je też wydać (nie wiem, czy nie dać Klarce, ona niby swoją ma, ale byłaby zapasowa). Z żarówkami też już jest porządek, a w wiklinowym koszu znalazłam dwie serwety!

Dałam jedną na stół, ale coś nam nie pasi (pomijając kakofonię barw, bo dla zabezpieczenia wyciągnęłam jakieś podkładki pod talerze, których normalnie nie używamy, a są tylko dla Ojczastego), człowiek się boi postawić kieliszek, że się majtnie... A w tle burdel jeszcze 😂 Mistrz drugiego planu!

 

Tak się wczoraj cieszyłam, że mnie głowa nie boli, że z tej radości upiekłam chleb, po bardzo długiej przerwie. Uwierzycie, że wstaję dziś rano i znajduję na desce kawałek taki na trzy kromki??? Zeżarła wszystko!

Domofon. Międzynarodowo. Nguyen, Chuy (łał, jak to wygląda), Mariani, Marchetti, Pollastrini, Carmalita, Vasilieva - a tu nagle Peter i Lucie, bez nazwisk.


niedziela, 31 października 2021

Fan Vavřincová - Taková normální rodinka

 


Cudna rzecz! Świetnie zrobiłam, że ją kupiłam w pandemicznym zeszłym roku, żeby sobie nieco zrekompensować nie-wyjazd do Pragi. Nabyłam wówczas za jednym zamachem 28 książek 😂 Aż się dziwię, że to przecież tak niedawno, a jeszcze sobie pozwalałam na takie ekscesy - dziś owszem, zaglądam na stronę Ulubionego Praskiego Antykwariatu, ale ani myślę kupować 😁 no skąd brać miejsce na to... Aczkolwiek, jak pojadę w przyszłym roku, to wiadomo, że nawiozę, ale przynajmniej będę ograniczona kilogramami do dźwigania. A z przesyłką wiadomo - sky is the limit 😅 /no i trochę pieniądze/

Teraz tak. Najpierw powstał serial. A nawet jeszcze inaczej - najpierw powstał film telewizyjny według scenariusza napisanego przez Fan Vavřincovą. I tak się spodobał, że widzowie słali tony listów, żeby był ciąg dalszy. Ciąg dalszy powstał - w sumie 8 odcinków - ale z góry zaczęto naciskać na szersze wprowadzenie normalizacyjnej czechosłowackiej rzeczywistości (dzieci do pionierów itd.) i w rezultacie twórcy postanowili na tych 8 odcinkach skończyć. A Fan Vavřincová na fali wielkiego sukcesu serialu napisała książkę. To moje wydanie jest pierwsze właśnie, z 1991 roku, zaopatrzone w zdjęcia z planu. Osiem rozdziałów jak osiem kul w Sarajewie... a nie, to nie to, jak osiem odcinków - a wszystkie przezabawne, naprawdę świetna rozrywkowa lektura.

Spotkała mnie tylko jedna nieprzyjemna niespodzianka: strony 65-80 wydrukowano podwójnie, a za to brak 49-64. Ja co prawda z serialu wiem, co się tam wydarzyło po drodze, no ale 😞 Tak sobie myślę, czyby na czeskim fejsbuku nie zahaczyć w tej sprawie - czy ktoś by mi nie mógł zeskanować czy sfotografować tych brakujących i przesłać. Bo wyobraźcie sobie, że nawet na znanej wszystkim piratom stronie ulož to książki nie ma, buuuu.

Aha, ale zapomniałam napisać, o co tu w ogóle chodzi. Więc - cztery generacje żyją pod jednym dachem: babička pisze kryminały, więc ćwiczy ciągle morderstwa na członkach rodziny (każdy odcinek zaczyna się właśnie taką sceną), maminka ciężko kapuje, ale za to świetnie gotuje i śpiewa arie, tatínek hoduje żółwie i białe myszki, a reszta świata zdaje się go nie obchodzić, starsza córka ćwiczy jogę, jej mąż czyta gazety albo śpi, ich bliźniaki strasznie rozrabiają, więc doczekali się przezwiska Raubíři (bandyci), a młodsza córka ma przyprowadzić do domu narzeczonego, ale boi się, że ten ucieknie, gdy zobaczy jej zwariowaną rodzinkę...

Początek:

Koniec:

Gdy patrzę na moje czeskie półki, sama siebie podziwiam, że miałam taką fantazję, tyle rozmaitych książek nakupiłam. Gdybym miała na tym już skończyć, i tak byłoby czytania na długo. Ale chodzi mi po głowie jeszcze jeden tytuł tej autorki 😅

Wyd. Nakladatelství Česká expedice, Praha 1991, 314 stron

Z własnej półki (kupione 6 sierpnia 2020 roku za 19 koron)

Przeczytałam 31 października 2021 roku


Serialu nie ma na YT - a tu jedynie początek i koniec pierwszego odcinka. Najsłynniejsze zdanie z tego serialu to "Děti moje, to přece není vůbec žádný problém!" Kto ma chęć, może serial obejrzeć na stronie czeskiej tv.

 

Taka sprawa. W piątek Derechcja mnie wcześniej wypuściła z Fabryki, więc zaszłam do osiedlowej biblioteki oddać Kobiety Nowej Huty czy jak to się tam nazywało. A na drzwiach kartka, że będzie remont do 17 stycznia! Ni z gruchy ni z pietruchy! Dziewczyny przyszły do pracy na 12.00 i zastały wiadomość z góry, że zamykają! Już nie mówię o pracownikach, ale jakie lekceważenie czytelników!

No nic, w każdym razie wróciłam do domu po kartę córki (bo u mnie już full) i  napożyczyłam. Betonię już raz miałam, ale tylko fragmenty przejrzałam, może teraz się uda całość przerobić.


SRAM NA INNYCH z wczoraj. I słuchajcie, postanowiłam uprzykrzać życie konduktorom. Pytam, czy zmieniły się rozporządzenia i już nie trzeba nosić maseczki. A jeśli trzeba, to dlaczego nie zwraca pani uwagi temu panu. 


Wczoraj dostałam taką odpowiedź: pan właśnie spożywa napój, jak skończy to założy. SPOŻYWA NAPÓJ! Skąd ludzie taki język biorą, czy oni telewizję oglądają, czy co??? Oczywiście jest to odpowiedź na odwal się, bo pan wsiadł, postawił na stoliku puszkę i pociągał z niej łyka raz na 10 minut, a żadnej maseczki w ogóle nie miał. 

Dziś z kolei na pytanie, dlaczego nie zwrócono uwagi panu, który właśnie wszedł do toalety, usłyszałam, że jak pan wyjdzie to maseczkę założy. Czyli ten sam model odpowiedzi - mają wypracowany 😕 Ja swoje, oni swoje. Oczywiście pan nie założył, ale przecież konduktor po wygłoszeniu tej frazy znika.

Dziś rano przestawialiśmy zegarki 😀

 

Ojczasty pogrążył się w przywiezionej przeze mnie Żeromskiej, ja skończyłam czeską i zaczęłam następną.
 


 

Domofon. Ja znam w Pradze jednego Kosika, czyżby to on tam mieszkał? Fajne nazwiska: Nosek, Narożnik, Huhtala, Kolluch, Hendershot (to brzmi prawie jak Hände hoch - ale to wiecie, mnie się teraz wszystko z niemieckim kojarzy) 😅

A' propos niemieckiego. Na ostatnich zajęciach pan powiedział, że będziemy regularnie robić testy, takie podsumowujące opanowany materiał. Fajnie! Po czym objaśnił, jak ściągnąć aplikację na telefon 😁 Na ten telefon, co go nie posiadam 😁 Ha ha, niech się spodziewa!


środa, 27 października 2021

Dina Rubina - Na Górnej Masłowce

 

Jak już była o tym mowa wielokrotnie, jestem ciućma nad ciućmy. Najpierw książkę pożyczyłam, potem przeczytałam - aczkolwiek dość się zastanawiałam, że jakoś mi trochę znajomo brzmi ta historia, ale uznałam, że pewnie film oglądałam - w końcu Rosjanie wszystkie książki ekranizują - a dziś TADAM tak se jakoś wrzucam 'Dina Rubina' do wewnętrznej wyszukiwarki bloga, a tam co? A tam Na Górnej Masłowce. Dziesięć lat temu raptem. I jeszcze jedna też.

Ale z filmem miałam nosa, bo faktycznie nakręcili, choć chyba nie oglądałam, bo nie posiadam, ale jest na YT, to może obejrzę. Tylko nie wiem, kiedy. Okropny jakiś tydzień, w poniedziałek byłam u tej dobrej pani doktor, co mi boleści zlikwidowała w sierpniu i kazała wrócić porozmawiać o przyszłości. Nie spodobała mi się ta rozmowa i pani doktor już nie jest dobra, bo wręczyła mi na pożegnanie cały wachlarz SKIEROWAŃ. Kieruje mnie na mocze i inne takie (kurczę, muszę do Apotheke po pojemnik), ale przede wszystkim do ORTOPEDY oraz na REHABILITACJE. Nie wiem, kiedy się zbiorę w ogóle do dzwonienia i pytania o terminy - ale nie mam do tego krucafuks żadnej chęci. Jakie kurde rehabilitacje? Przecież ja do pracy chodzę!

Ale dobrze, o tym chwilowo zapomnijmy, w końcu się chyba nie spieszy. Za to dziś za chwilę mamy kolację pożegnalną kolegi, który odchodzi na emerytkę i tak mi się nie chce wychodzić, zresztą nie cierpię takich sztywniackich imprezek w lokalu ęą 😣 Jutro nie pamiętam co, a w piątek niemiaszek, a w sobotę do Dżendżejowa - no i sami widzicie, że CARRAMBA!

Tymczasem czytam po czesku i ścigam się sama ze sobą, bo chciałabym jeszcze w październiku skończyć, bo przecież sobie obiecałam, że będę dwie miesięcznie czytać, a tu powoli idzie. Więc na filmy to już w ogóle nie mam chwili. 

No. Tom się wyżaliła. A teraz wróćmy do Rubinej (Rubiny?). Że już czytałam. I tam w ówczesnym poście jest zdjęcie ruskich filmów świeżo nabytych. Teraz mu się przyglądam i widzę, że od tamtej pory nawet połowy z nich nie obejrzałam! A wydałam kupę kasy. Ale nic to, pocieszam się, że jeszcze zdążę (ha ha zwłaszcza, że teraz głównie czeskie oglądam). Zapasy jednak dobrze mieć, prawda. Można sięgnąć, jak by co. A jak prąd będzie kosztował miliony, to będę chodzić się podpinać do biblioteki 😄 Pewnie kolejki tam będą i zapisy. 

 

To jeszcze raz wracając do Rubinej. Jak to jest, że na polskiej Wiki piszą o niej 'izraelska pisarka' (pisząca po rosyjsku)? Owszem, wyemigrowała do Izraela, ale czy przez to stała się izraelską pisarką? Czy Gombrowicz był argentyńskim pisarzem? A Mickiewicz? Chociaż... Kundera jest chyba uznawany już za pisarza francuskiego - no ale pisze po francusku!


Początek:

Koniec:


Wyd. MUZA SA, Warszawa 2006, 171 stron

Tytuł oryginalny: На Верхней Масловке

Przełożyła: Margarita Bartosik

Z biblioteki

Przeczytałam 23 października 2021 roku

 

Jeszcze tylko fotka z wizyty w ZUS ukochanym. To znaczy z drogi do ZUS ukochanego. Wyobraźcie sobie, że przed pandemią na tym murku - przed biurowcem - było pełno tabliczek z nazwami firm...

Przesyłam Wam też trochę róż na osłodę wieczoru. Też z drogi do ZUS ukochanego.


 

Oraz domofon. Mam nadzieję, że nie powtarzam takiego, który już był - właśnie zobaczyłam, że w poprzednim poście w ogóle zapomniałam dać, no proszę, jakie dziadostwo uprawiam.

 

Oraz film, proszbardzo, zdaje się ze świetną rolą Alisy Frejndlich. I czas lecieć. Ale ale - kto pierwszy skomentuje, ten będzie miał numer 10 000 😍 Co bynajmniej nie oznacza, że się wzbogaci o taką kwotę!


piątek, 22 października 2021

Katarzyna Kobylarczyk - Kobiety Nowej Huty. Cegły, perły i petardy

 

Bardzo pozytywnie. Czytałam i miałam wielką ochotę ruszyć na penetrację nowohuckich zakątków. Inna sprawa, że dzisiejsza Nowa Huta to już kompletnie inne miasto. Miałam też ochotę odwiedzić przyszywaną ciocię (przyjaciółkę mamy, była jakoś powiązana z Dżendżejowem, mama wspominała, że miała jakieś straszne przeboje z tamtejszą teściową bodaj), która tam mieszka i trochę ją podpytać o dawne czasy. Wiem o niej tylko tyle, że pracowała w sklepie, a nieżyjący już wujek to nawet nie wiem, czym się zajmował... Nie mieli dzieci, dziś ciocią (koło dziewięćdziesiątki) opiekuje się jakaś siostrzenica z mężem, przepisała na nich mieszkanie. Bywałam u nich czasami w studenckich czasach, ale nie przepadałam za tym, bo wujek był trochę erotoman (a przynajmniej ja tak to wtedy widziałam). Potem już odwiedziny były coraz rzadsze, czasem telefon. A teraz w pandemii przecież nie odwiedzę jej w domu, nie chcę narażać - choć za tydzień ma urodziny.

Moje związki z Nową Hutą to jeszcze prawie dwa lata wynajmowanego mieszkania na os. Kalinowym. To miejsce zawsze miało bardzo złą opinię, która chyba przetrwała do dziś. Choć ogólnie NH zmienia się i pokutujące przeświadczenie, że to zakazana dzielnica to jedynie dawny stereotyp. Wtedy w każdym razie, w drugiej połowie lat 80-tych, najważniejszy dla nas był Kraków, tam się pracowało, tam się jeździło do kina, a w Hucie to chyba tylko wpadało się do Empiku i do księgarni przy pl. Centralnym. Nie bawiłam się w zwiedzanie, nigdy też nie poznaliśmy się tam z nikim, choćby z sąsiadami. Może i dlatego, że traktowaliśmy to mieszkanie jako przejściowe.

Katarzynę Kobylarczyk już czytałam, m.in. Baśnie z bloku cudów czyli też reportaże nowohuckie. Tutaj bohaterkami są kobiety, ale mam wrażenie, że część z tych tekstów znam? I trochę mnie to męczy, bo nigdzie nie jest napisane, że były gdzieś wcześniej drukowane. Szkoda, że te Baśnie... były z biblioteki i nie mogę sprawdzić. Tak potwierdza się po raz enty prawda, że książki trzeba mieć własne, w domu, pod ręką!

Historie nowohucianek fascynujące, jak całe to powstawanie miasta od podstaw, ta wielka budowa, w której uczestniczyły kobiety, najczęściej uciekające po prostu ze wsi od koszmarnego życia - do kolejnego koszmaru, bo te pierwsze lata to nie był miód... to nigdy nie był miód... dziś nie potrafimy sobie nawet wyobrazić takich warunków.   

Początek:

Koniec:

Wyd. MANDO, Kraków 2020, 272 strony

Z biblioteki

Przeczytałam 19 października 2021 roku

 

SRAM NA INNYCH - łup wczorajszy.

 

Dzisiaj w pracy cudownie, bo byłam tylko ja i Derechcja, niechętna do jakiegokolwiek działania, za to chętna do zamknięcia biznesu o 13.00 - co też nastąpiło. Ale najpierw, ledwo przyszłam, chciałam sobie zapodać jakąś przyjemną, nicnieznaczącą mjuzik, skoro nikomu nie przeszkadzam. O, atmosfera, relaks...

Aż tu nagle - jakże subtelnie dobrana reklama 😂😂😂


Wracając z chodzenia zaszłyśmy onegdaj (pluralis, bo czasem córka łaskawie mi towarzyszy) przepatrzeć półkę w Jordanówce. Pełna dziecięcych i młodzieżówek. Wzięłyśmy pięć sztuk, ale tak: Koziołek do porównania z moimi pojedynczymi zeszytami i podjęcia decyzji, które wynieść z powrotem; Kern do sprawdzenia, czy nie mamy identycznego; Musierowicz etiam; Akademia pana Kleksa do przypomnienia; i chyba tylko ta Jurgielewiczowa do zostawienia w domu. 


A teraz dochodzę do DYLEMATÓW KUCHENNYCH. 

Najpierw o naszej nowej świeckiej tradycji - przy obiedzie oglądamy filmiki na YT. Konkretnie i aktualnie to taki profil Świat Gosi, jednej wariatki (pozytywnej) ze Szkocji, a ja się tak wciągnęłam, że nawet zaczynam w domu mówić tak jak bohaterka. No co, Gosia to Gosia... I oglądamy je w ten sposób, że siedzimy przy stole, a laptop stoi na biurku, powiedzmy jakieś dwa metry od nas. Czyli mały taki dość ten obraz. W związku z tym wpadłam na pomysł wydania piniendzy - coby kupić telewizor taki większy i powiesić go w rogu pod sufitem naprzeciwko stołu (bo tylko tam jest miejsce). Że na nim będziemy te filmiki oglądać i będzie bardziej luksusowo, że takie duże. 

Córka od razu mówi, że to bez sensu i niepotrzebne. Ja argumentuję, że można i coś innego przy innych okazjach tam oglądać, że się może przydać. 

Kolega z pracy natychmiast wyjechał z tezą, że to niezdrowo patrzeć na coś z głową zadartą, że się tworzą jakieś chrząstki czy co (kto by zrozumiał i zapamiętał) i że nie. No sorry, 20 minut dziennie i chrząstki? Zresztą patrzył pod sufitem w robocie, a to przecież w kamienicy, u nas nisko, jak to w bloku, moim zdaniem wcale głowy nie trzeba zadzierać z pewnej odległości...

No i teraz nie wiem, wszyscy przeciwko mnie.

A tu jeszcze kolejna sprawa. Z okazji imienin do mnie dotarło, że mam marzenie/pragnienie (w sumie do tej pory nie wiedziałam). Że chciałabym nową kuchnię. Moja ma ponad 30 lat 😕 O tej kuchni się mówi od jakiegoś czasu, ale zaczyna mi się zdawać, że nie ma na co czekać. Zwłaszcza, że upchnęłabym w niej tę suszarkę na pranie, co to bardzo ją chcę mieć. 

Oj, ale to straszne: i koszt i burdel w domu i nie wiadomo, ile trwa taka wymiana? Najgorsze jest jednak to, że NIE MAM POJĘCIA, JAK BY TA KUCHNIA MIAŁA WYGLĄDAĆ. Ba! Nawet sobie myślę, że skoro już nowa kuchnia, to i nowa reszta (biurko, regały), bo to w jednym pomieszczeniu. Te stare, zapyziałe, dawno pożółkłe wyglądałyby okropnie.

Matko, toż to będą miliony!

A gdybym się uparła przy tym telewizorze, to należałoby jakoś go włączyć w zabudowę, a nie dawać teraz gdzieś pod sufit...

Co robić, jak żyć. Nie znaju.