sobota, 23 sierpnia 2014

Jerzy Armata - Opowiadania poczciwe

Uff. Fajnie, jak Psiapsióła przyjedzie, ale jednak zawsze to ktoś obcy w domu, człowiek sobie nawet bąka nie może puścić w razie nagłej potrzeby. Więc gdy już gość wyjedzie, to ma się uczucie, jak by się pozbyło kozy. Co za ulga. Nareszcie robimy co chcemy. Posiedzimy sobie w internetach i w ogóle. No ale żeby nie było za dobrze, poszłam odebrać wyniki badań krwi i takich tam. A tu mówią mi w okienku, że konieczna jest wizyta u pani doktor z tymi wynikami. Faktycznie różne tam parametry są nie żeby PODWYŻSZONE, ale BARDZO WYSOKIE. Jakiś cholesterol, jakaś tarczyca. Ja. Przecież byłam taka zdrowa (chora jedynie na głowę). Zarejestrowałam się na poniedziałek rano, a w oczekiwaniu na wizytę snuję wizje. Zakładam, że mimo wszystko nie umrę tak od razu, za to czeka mnie zmiana trybu życia. Z siedzącego na aktywny. Ludzie, jak ja tego nie lubię: przecież najprzyjemniej po przyjściu z pracy uwalić się na kanapę z książką lub filmem. Tymczasem wygląda na to, że trzeba będzie spacerować, jeździć na rowerze, dbać o dietę (czytaj: przestać SMAŻYĆ, za to nauczyć się GOTOWAĆ) i ha ha pozbyć się stresów. Muszę się nauczyć tak jak koleżanka z pracy olewać wszystko :) z drugiej strony muszę się przecież starać, bo planuję przejąć jej stanowisko za dwa lata, kiedy odejdzie na emeryturę. Takie dylematy.
No to - śmiała się Psiapsióła z Daleka - aktualna lektura świetnie mi się wstrzeliła w ten klimat. Bo to przecież wspomnienia lekarza. Co prawda pediatry, ale zawsze. I jeszcze to Stulecie chirurgów niedawno znalezione i czekające na swoją kolejkę.

O Opowiadaniach poczciwych kiedyś przeczytałam w którymś cracovianum, gdzie były cytowane, i wstawiłam je na listę życzeń na allegro, gdzie po jakimś czasie się pojawiły, więc łyknęłam szybciutko.
Stoją sobie od tej pory tutaj:
Na regale koło łóżka:

Autor związany był z Kliniką Hematologii Dziecięcej szpitala w Prokocimiu. Ja też jestem związana z prokocimskim Instytutem Pediatrii, bowiem gdy miałam kilka lat, moja Mum wymyśliła sobie (do tej pory jest specjalistką od wynajdowania problemów), że mam szmery w sercu czy tam koło serca i że muszę zostać zbadana w Prokocimiu. Uzyskała (pewnie dla świętego spokoju) skierowanie od lekarza i udałyśmy się w podróż. Niestety z wizyty w Prokocimiu nic nie pamiętam, za to wielkie wrażenie zrobiła na mnie winda w bloku mamy przyjaciółki, u której zatrzymałyśmy się na noc, bo w szpitalu wiadomo, trzeba było stawić się rano. Windą jechałam po raz pierwszy w życiu, więc było to przeżycie. Szmerów w każdym razie nie stwierdzono.
Drugi raz zetknęłam się z Prokocimiem, gdy moje własne dziecko zjeżdżając z górki na rowerze natknęło się na wystający korzeń i fiknęło koziołka. Ja byłam w tym czasie w mieście (raz na trzy tygodnie dostawałam wychodne i jechałam wymienić książki w Instytucie Francuskim, obejrzeć jakieś wystawy etc.), wracam do domu, a tam w łazience zamoczona w misce bluzka dziecka - pływająca w zakrwawionej wodzie! A dziecka niet! Okazało się, że po wizycie w osiedlowej przychodni pojechali do Prokocimia właśnie i tam na wszelki wypadek zatrzymali ją na obserwacji, czy nie ma wstrząsu mózgu. Podobno dziecko przejęło się jedynie tym, co mama powie, że nowa koszulka zniszczona. Na tej podstawie do dziś twierdzą, że byłam surową matką, co oczywiście jest kompletną bzdurą, było wręcz odwrotnie :)
Na tym jakby kończą się moje związki z Prokocimiem

O prof. Jerzym Armacie znalazłam notkę na Wikipedii:
Jerzy Armata – polski hematolog pediatra, profesor nauk medycznych (tytuł otrzymany w roku 1982).
Uczęszczał do Miejskiego Gimnazjum Koedukacyjnego im. Króla Władysława Jagiełły w Przeworsku, które ukończył w 1946. W 1952 ukończył studia na Akademii Medycznej im. Mikołaja Kopernika w Krakowie.
Wieloletni kierownik Klinki Onkologii i Hematologii Dziecięcej Polsko-Amerykańskiego Instytutu Pediatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. W roku 1974 z jego inicjatywy powołana została Polska Pediatryczna Grupa ds. Leczenia Białaczek i Chłoniaków. W latach 1974–1999 był pierwszym przewodniczącym tej grupy.
Członek honorowy Polskiego Towarzystwa Hematologii i Onkologii Dziecięcej. W 1999 otrzymał Nagrodę Ministra Zdrowia za koordynację badań naukowych oraz leczenie białaczek i chłoniaków u dzieci.


A więc wspomnienia starego lekarza.

Trochę się bałam, że będą to wspomnienia tragiczne, ale - tak jak to wyżej napisano - jest tu wielkie materii pomieszanie, a w nim melanż wspomnień rodzinnych, zasłyszanych, artykułów o dawnych profesorach medycyny, mistrzach autora (Maciej Leon Jakubowski, kolonia lecznicza w Rabce, pielęgniarka siostra Teresa czy prof. Włodzimierz Mikułowski). Jest rozdział MOJE MAŁE OJCZYZNY, są OPOWIADANIA MOJEGO OJCA, wspomnienie młodzieńczej miłości, jest rozdział najsmutniejszy DZIECI W SZPITALU, ale na zakończenie ANEGDOTY I HISTORYJKI. Urocza lektura, choć momentami nieporadna i widać brak korekty. Cieszę się jednak, że autorowi udało się znaleźć czas na jej napisanie, na utrwalenie w pamięci potomnych, że tak się górnolotnie wyrażę, drobiazgów z dawnych lat.

Początek:
i koniec:


Wyd. Kraków 1994 (najwyraźniej nakładem autora, brak jakichkolwiek danych), 142 strony
Z własnej półki (kupione na allegro 7 kwietnia 2014 roku za 6 zł)
Przeczytałam 21 sierpnia 2014 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Radio było włączone i nagle słyszę, że do wygrania będzie książka Jacka Hugo-Badera Dzienniki kołymskie, trzeba tylko odpowiedzieć na pytanie, co to jest gorbusza. Rzuciłam się do internetów i szybko napisałam maila, po czym zaczęłam ściskać kciuki i tak przez godzinę, kiedy wreszcie ogłoszono wyniki i YES YES YES, książka przypadła mnie!

A dziś rano udałam się z córką na tzw. giełdę. Otóż Pan Malarz poinformował mnie, że nieaktualne czasopisma sprzedają również na giełdzie obok mojego osiedla. Zamiast więc jechać na Grzegórzki w niedzielę, można podejść blisko per pedes - ale, jak się okazało, za biletem wstępu w cenie 2 zł. Ponieważ jednak Pan Wpuszczający potraktował moją córkę jako niepełnoletnią i za nią nie musiałam płacić, odżałowałam te dwa złocisze :) W dodatku PW dokładnie mnie poinformował, gdzie znajdę stoiska z prasą, tak że nie musiałyśmy krążyć między wszystkimi sprzedawcami filmów i akcesoriów komputerowych. Oto moje łupy:
Obejrzałyśmy przy okazji stoiska w hali z antykami/starzyzną, córcia znalazła fotel swoich marzeń za jedyne 600 zet, na szczęście nie mamy go gdzie postawić :)

14 komentarzy:

  1. "Dzienniki Kołymskie"czytałam, gratuluję wygranej :) Ale nie wiem po co Ci tyle gazet? Ja swoje zbieram w szafie :) Z fotelem niezła historia, szkoda, że miejsca brak :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zNALAZŁAM cOS DLA cIEBIE :)
      WYD. uNIVERSITAS

      Kraków. Miejsce i tekst
      Red.: Agnieszka Ogonowska, Magdalena Roszczynialska
      Rok wydania: 2014
      ISBN: 97883-242-2324-4; wyd. elektron.: 97883-242-2488-3; 97883-242-2032-8
      Liczba stron: 332
      Format: B5 (150x235)
      Okładka: miękka ze skrzydełkami



      Tom poświęcony jest fenomenowi Krakowa – miasta o statusie utrwalonym w polskiej kulturze narodowej, a jednocześnie przeżywającego obecnie gwałtowną transformację. Współczesna rzeczywistość Krakowa to: metropolizacja i globalizacja oraz nieuchronnie z nimi związany napływ i przepływ ludności; festiwalizacja miasta sprowadzonego do spektakularnej marki, o wartości której decydują reguły przemysłu turystycznego; próby odzyskiwania „prawdziwej”, niesymulowanej istoty miasta, za pomocą nadawania rangi marginalnym dotychczas osobom i miejscom oraz przez rezygnację z marketingowych „odczytań” miasta, a zarazem zgodę na jego nieczytelność. Inaczej niż w przypadku miasta-palimpsestu, Kraków komunikuje nie tylko w paradygmacie możliwego do odszyfrowania znaku, ale też poprzez mniej oczywiste ślady, uskoki w tektonice miasta, metaforyczne tunele, bramy i luki, za sprawą których miasto co prawda nie może być już rozumiane, ale za to może i musi być przeżywane, doświadczane, aktualizowane. Analizując z wielu różnych perspektyw mit krakowski, autorzy sytuują Kraków pomiędzy symbolem, przeszłością i teraźniejszością. Przedstawiają rozmaite sprzeczności miasta heterotopijnego, topicznego i atopicznego, ukazują ewolucję jego symboliki, by następnie zainteresować się ponowoczesnym praktykowaniem miasta i zidentyfikować aktualne problemy Krakowa i jego tekstów.

      Usuń
    2. Już wyjaśniam sprawę z gazetami. Oóż była to kiedyś wielka moja pasja i takie CZTERY KĄTY kupowałam i mam od pierwszego numeru. W najcięższych czasach, gdy nie pracowałam, tylko "siedziałam" w domu z dzieckiem, jakoś potrafiłam się zdobyć na prenumeraty (kupowałam jeszcze DOM I WNĘTRZE oraz DOBRE WNĘTRZE). Studiowałam je od deski do deski. W momencie gdy poszłam do pracy i teoretycznie miałam większe możliwości kupna, jakoś przestałam... chyba to praca absorbowała mnie bez reszty. Faktycznie moje zbiory urywają się na latach 1999/2000. Minęło lat kilkanaście, będąc na Grzegórzkach i przeglądając sobie te "przeterminowane" czasopisma po 2 czy 3 zł za sztukę, wszystko jakby wróciło. Przypomniałam sobie,jak bardzo to lubiłam, jak znałam na pamięć różne przedstawiane tam wnętrza (nieraz rozpoznawałam je użyte do filmu) i tak się znów zaczęło :) Tyle że teraz dysponuję znacznie mniejszą ilością miejsca do przechowywania.
      A szafy wolnej niet :(

      Usuń
    3. Ha! Dzięki! Nie zaglądałam w sierpniu do Księgarni Akademickiej, bo i tak mam zawieszoną działalność, a tu proszę. I jeszcze jest nowe collegium w serii monografii uniwersyteckich. Pierwszego września trza będzie lecieć :)

      Usuń
    4. W sprawie gazet podziwiam :) Z racji umniejszenia finansów niestety nie mogę dalej prenumerować Werandy Country, może się ponownie kiedyś uda. Nadal kupuję w kioskach "Moje mieszkanie" za całe 3,99, ale zauważyłam już powtarzalność tych samych pań robiących sesje. To staje się nudne.

      Usuń
    5. Faktem jest, że coś robi się modne i wszystkie gazety o tym samym piszą. Zupełnie, jakby się umawiały!

      Usuń
  2. Cztery kąty zbierałam z umiłowaniem. A;le już ich nie mam.
    Gdzieś ze wspomnień z końca lat 70 wyłaniają mi się antykwariaty z dworca kolejowego. I nie mogę sobie przypomnieć, czy to był Kraków czy Warszawa, do której kiedyś wówczas jeździłam pociągiem. W każdym bądź razie pamiętam, że w nich można było nabyć również stare czasopisma. Zawsze się przy nich zatrzymywałam a być może i coś kupowałam, ale to było tak dawno. Antykwariatów nigdy nie omijałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z końca lat siedemdziesiątych to nie mam wspomnień z dworca krakowskiego, natomiast jeszcze niedawno były tam stoiska antykwaryczne. Teraz, gdy uruchomiono nowy podziemny dworzec, nie wiem, co się z nimi stało. Być może jeszcze są w tunelu Magda. Natomiast na dworcu Warszawa Praga parę lat temu widziałam stoiska z przecenionymi gazetami :)

      Usuń
    2. Kiedyś czytałam, że w Krakowie są bukiniści. Spotkałaś ich czy coś wiesz na ich temat?

      Usuń
    3. No to właśnie ich chyba się tak nazywa :) Nad rzeką nie ma w każdym razie, jak w Paryżu.

      Usuń
  3. Ależ medycznie sie zrobiło ;). Dziennik Kolymskie ciekawe, kiedyś wrzucałam pod choinkę i zdążyłam chybcikiem spora część przeczytać A cholesterolem się tak strasznie nie przejmuj, poczytaj lepiej ten artykuł: http://cholesterol.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i komu tu wierzyć... pewnie, że bardziej chce się zaufać temu, kto mówi, że nie ma problemu :)

      Usuń
  4. Oj, niedobrze, koledzy, niedobrze!
    Najgorzej jest rozpocząć te tułaczki po doktorach wszelakich, ale wizja ze zmianą stanowiska jest na pewno kusząca!
    Ja z kolei nie mogę się doczekać roweru i innych takich, ale wciąż sił mi brak, zadyszkę mam już przy pierwszym piętrze... Nie wiem, czy jeszcze kiedy dojdę do siebie ;-)

    Z przerwanymi prenumeratami już chyba tak jest - ja przerwałam regularny zakup Fantastyki jakoś po zakończeniu studiów. Teraz robiłam porządki i wpadłam na genialną myśl, żeby dokupić może brakujące numery i oprawić toto jako roczniki... Na razie jednak powstrzymuje mnie brak kasy :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani dochtór nic nie wspomniała o trybie życia ani o diecie :) ja już tak sama z siebie poszłam wczoraj na rower... po pół godzinie wróciłam skonana, obiecując sobie, że nieprędko następny raz :)
      Za to czytać mi się coś nie chce... albo czasu brak.

      Mam parę roczników oprawionych tygodnika FILM z lat dawno minionych... prawda jest taka, że jakoś nie zdarza mi się do nich zaglądać, więc czy warto?

      Usuń