niedziela, 15 marca 2015

Graham Greene - Spokojny Amerykanin

Zdążyłam już zapomnieć, co mnie skłoniło do sięgnięcia po Spokojnego Amerykanina. Może denerwuje troszkę fakt, że na półce, gdzie stoi, sporo nietkniętych rzeczy i trzeba by je w końcu ruszyć.

To na tym nielubianym regale, zapchanym kompletnie bez żadnego pomyślunku najrozmaitszymi książkami, tak od Sasa do lasa.

Graham Greene to jeden z tych autorów, co to znam ich niby doskonale i to od czasów dzieciństwa. Wyrastałam wśród nich, nazwiska i tytuły mi się opatrzyły, a w gruncie rzeczy wcale ich nie znam. Jest takich paru :) Trzeba się dopiero nad nimi zastanowić, żeby stwierdzić, że - rany boskie - ja ich przecież nic nie czytałam, znamy się jeno z widzenia. I tak w domu było Sedno sprawy i Trąd i może coś jeszcze, nie za dużo, bo wszak Greene ma etykietkę pisarza katolickiego, a mój Ojczasty jest na bakier z Kościołem.

Ale ale. Zajrzałam w tej chwili do ciotki Wiki i przejrzałam spis tytułów - muszę odszczekać, co powiedziałam! Mam jeszcze dwie książki Greene'a, które o dziwo czytałam! Są to: Podróże z moją ciotką i Doktor Fischer z Genewy, ale o czym jest ta druga, to nie pytajcie, kompletnie nie pamiętam.

Na okładce wypisano te książki, które wyszły w Polsce do 1966 roku:
Inne tego autora:
I tu kojarzę tytuł Nasz człowiek w Hawanie i oczywiście Trzeci człowiek, ale to przed skojarzenie filmowe :)
Sytuacja wygląda więc tak, że - ponieważ mam święty zamiar przeczytać przed śmiercią wszystkie SWOJE książki (i tak mi dopomóż Bóg) - to niewątpliwie w bliższej lub dalszej przyszłości zabiorę się za Sedno sprawy, ale być może, być może udam się również do biblioteki po te dwie wyżej wymienione.
A' propos biblioteki - mała dygresyjka. Użyję tu anglicyzmu - zrealizowałam, że w przyszłym tygodniu oglądam film Piątka z ulicy Barskiej i że ma on przecież pierwowzór literacki, więc trzeba najpierw przeczytać. Co ja się naszukałam. Już myślałam, że będę musiała kupić na allegro, ale kiedy to przyjdzie, nie zdążę. W końcu jest - w bibliotece przy al. Daszyńskiego. Zadzwoniłam, poprosiłam o odłożenie, udałam się (oczywiście z przygodami, bo była to filia nr 13, a ja jakoś tak durnie sobie zakonotowałam, że adres Daszyńskiego 13 i latałam wokół tego bloku szukając jak pokopana) i mam. Będę czytać, ranyściewy, już się boję :)
Ale na tym nie koniec odysei bibliotecznej, bo poszukałam też Pamiątki z Celulozy, do filmu za 3 tygodnie (doprawdy moje systematyczne oglądanie wymusza cały gryplan) - ta okazała się dostępną na Rajskiej, ale tak jak to kiedyś bywało, do niej doczepiły się trzy inne książki:
Zważywszy, że czekają jeszcze trzy Żeromskie i jeden Niziurski, to poczułam się całkiem jak mówi piosenka - seems like old times - ach, śpiewa ją Diane Keaton w jednym z ukochanych filmów (Annie Hall) - kiedy to ciągle kursowałam ze stosami z i do bibliotek.

A teraz po tych wszystkich porannoniedzielnych dywagacjach przejdźmy do tzw. ad remu :)
Więc najpierw - otwieram książkę i cóż widzę:
Ja pierdykam! Koloniście (czyli z założenia uczniowi podstawówki) ofiarowano taką nagrodę! Jakiś niezły tuman poszedł do księgarni i wziął, co było :) Tuman ten pracował najwyraźniej w Miejskim Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej w Krakowie i tu jednak kolejna dygresja - jedna z tych dwóch książek, które mam jeszcze odebrać, to właśnie rzecz o energetyce krakowskiej :) jaki ten świat mały!

Czemu się tak bulwersuję? Bo rzecz to absolutnie nie przystająca do dziecięcych/młodzieżowych lektur, kompletnie od czapy. Pomijam, że mowa głównie o samczej rywalizacji o kobietę :) ale to przede wszystkim powieść psychologiczna, po prostu za trudna dla młodego czytelnika.
Rzecz dzieje się w Wietnamie podczas wojny indochińskiej. Główny bohater, alter ego pisarza (?), Thomas Fowler, to brytyjski dziennikarz, dla którego praca w Indochinach stworzyła możliwość dogodnej ucieczki od nudnego życia w Anglii, od niekochanej żony. Kolonialny sposób życia w Sajgonie, młodziutka Phuong i przygotowywane przez nią fajki opium sprzyjają wyciszeniu, zwłaszcza wobec przyjęcia naczelnej zasady nieangażowania się (Fowler nie pozwala sobie na własne zdanie, jest reporterem i ma tylko obiektywnie relacjonować wydarzenia). Jednak pewnego dnia na sajgońskim horyzoncie pojawia się Pyle, członek amerykańskiej misji dyplomatycznej, który z czasem stanie się przyczyną śmierci kilkudziesięciu osób. Tu już Fowler, odkrywszy, że Amerykanin nie do końca jest tym, za kogo się podaje i jest uwikłany w sekretne amerykańskie manewry, musi wyjść ze swego wygodnego kokonu, tym bardziej, że Pyle zakochuje się w jego dziewczynie, a ma jej do zaoferowania coś bardzo cennego - małżeństwo, czego żonaty z katoliczką Fowler nie może przebić. Anglik będzie musiał podjąć decyzję, czy się wreszcie zaangażować... Na ile ta decyzja będzie zależeć od moralnych wątpliwości, a na ile od nieskrywanej rywalizacji o dziewczynę,a więc osobistych powodów i jak głęboki ślad pozostawi cała ta sprawa w psychice bohatera -

To pasjonująca opowieść na kilku płaszczyznach, bo i romans i powieść szpiegowska, ale też historyczny już dziś opis początków amerykańskiej interwencji w Wietnamie. Jednocześnie świetnie oddaje różnice kulturowe między Wschodem a Zachodem. Trzyma w napięciu do końca i niewątpliwie zachęca do sięgnięcia po inne pozycje tego autora.

Początek:
i koniec:


Wyd. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1966, wyd.II, 221 stron
Tytuł oryginalny: The Quiet American
Przełożył: Jacek Woźniakowski
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 15 stycznia 1986 roku)
Przeczytałam 13 marca 2015 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Tu już nie ma co jojczyć i narzekać, że niby nie kupuję, a jednak dałam się skusić etc. Trzeba przyjąć na klatę rzeczywistość - kupuję i będę kupować, choćbym miała wszędzie porobić podwójne rzędy.
Więc allegro.
W Króliczej Jamie wzięłam cztery pozycje i długo się zbierałam do drogi na Prądnik Czerwony, żeby je odebrać, aż wreszcie przyszło straszne wietrzysko i ogólnie paskudna pogoda i wtedy już naprawdę musiałam pojechać, bo wstyd zwlekać :)
Album pamiątkowy liceum im. Jana III Sobieskiego, strasznie wielki i ciężki:
Potem to. Zabrakło obwoluty (jeśli ją kiedykolwiek miało, ale pewnie tak):
Grubaśne tomiszcze. Cóż to jest?
Ano:
Potem, za całe 5 zł, uzupełnienie serii cracovianów dużych:
I wreszcie coś na przyczepkę:

Tego samego dnia poszłam odebrać - również z allegro - kolejną monografię uniwersytecką:
Wyjątkowo nie zaopatrzyłam się w nią w Księgarni Uniwersyteckiej, bo schytrzyłam się na 3 zł :)

I - ciągle w ten sam czwartek - udałam się na Zlot Czarownic czyli spotkanie przyjaciółek na mieście. Przedtem chciałam kupić kartkę imieninową dla wuja Józefa, a po kartki zawsze chodzę do Głównej Księgarni Naukowej - filii językowej, gdzie istnieje dział papierniczy. Kartkę wybrałam, po czym patrzę, że do spotkania zostało jeszcze 20 minut - a, to luknę na czeską półkę. A tu się okazuje, że poszerzyli asortyment, z jednej półki zrobiły się dwie i co ja widzę:
Taki cymesik! Idiomy, których nie znajdę w swoim na razie małym słowniczku! I to w zachęcającej cenie 72 zł. Sami przyznacie, że jak na słownik, nie jest to dużo. Nawiasem mówiąc, pojawiły się też zwykłe słowniki, w obie strony, po mniej więcej 180 zł!
Więc MUSIAŁAM tę frazeologię wziąć! Cały wieczór razem z córką studiowałyśmy różne ciekawe zwroty :) i dzięki temu wiem już, jak powiedzieć Czechowi, że ma gila pod nosem (gdyby sam nie zauważył).
(Inna sprawa, że savoir-vivre zabrania robienia takich uwag)

I taki był plon czwartkowy. Jeden (nie)zwykły dzień z życia biurwy - miałam wolne za sobotę :)

No właśnie, a' propos soboty - "zorganizowałam " sobie wówczas jeszcze jeden, skromny, słownik:

I nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa w tym miesiącu! Albowiem na odbiór osobisty czekają kolejne dwa cracoviana. Ale to dopiero we wtorek.

wtorek, 10 marca 2015

Konstanty Paustowski - Bieg czasu

I znów powrót do literatury rosyjskiej. No dobrze, radzieckiej.
Sięgnęłam po tego Paustowskiego na 'ostatnią' półkę:
Tam po prawej stronie widoczny jakiś czarny kijaszek z rączką - to mój składany ekran do domowego kina. Teoretycznie myślałam o chowaniu go do szafy, ale weźcie upchajcie coś jeszcze do szafy! To trochę tak jak z książkami :)

Ależ się zdziwiłam, gdy otworzyłam książkę i zobaczyłam podtytuł - Opowiadania. A niech to! Mój 'ulubiony' gatunek literacki :) Co się jednak nie robi dla literatury radzieckiej, nawet opowiadania się przeczyta!
Kiedyś tam zapoznałam się z Romantykami i bardzo mi się spodobali, tak że dokupiłam trzy kolejne książki Paustowskiego.
W zbiorze opowiadań zamieszczono notkę biograficzną o autorze:
To właśnie Kolchidę i Dalekie lata mam jeszcze. Chodzi mi też po głowie, czy nie kupiłam czasem Początku nieznanej ery, ale nie jestem pewna. Czuję, że rozejrzę się jeszcze za innymi, bo Wikipedia podaje kilka tytułów z cyklu powieści autobiograficznych, stanowiących syntezę losu inteligencji rosyjskiej na przełomie dwóch epok. Kuszące!
W Romantykach zachwyciły mnie opisy przyrody. Nie zabrakło ich również w tych opowiadankach, bogata rosyjska natura kipi i wylewa się wręcz z nich, a ludzie potrafią się jej odwdzięczyć. Przy czytaniu, muszę się przyznać, zrobiło mi się żal, że ja taka miastowa, beznadziejnie miastowa, że nie znam ani tych roślin czy ptaków ani ich nazw nie potrafię dopasować do właścicieli, że boję się wszelkich robali, że taka jestem ę-ą. A przecież spędziłam kiedyś w dzieciństwie jedne wakacje na wsi... ale jedyne, co z nich zapamiętałam, to 'zapach' parowanych ziemniaków dla świń :) nie chyciło!

Opowiadania były dobre, bo krótkie :) Mam na myśli to, że przy dłuższych człowiek się niechcący nawet przywiązuje do ich bohaterów, do ich historii, a gdy się kończą, jest przykro... tutaj wiadomo, że skończy się, zanim na dobrze zacznie, więc inne ma się podejście. Smakuje się tę tymczasowość, impresyjność. Właśnie impresje, wrażenia to słowa oddające ducha Paustowskich opowiadań.



Jasny gwint!
Dopiero teraz, czytając info na Wikipedii, zobaczyłam, że jedno z tych opowiadań zostało sfilmowane! Stalowy pierścionek! Muszę dołożyć do tegotygodniowych planów filmowych, zwłaszcza, że to krótka bajka, półgodzinna:

Historia małej Wariuszi, która w zamian za trochę machorki kupionej dla dziadka dostała od żołnierza stalowy pierścionek o cudownych właściwościach: noszony na średnim palcu miał przynosić zdrowie, na serdecznym - ogromną radość, na wskazującym - możliwość obejrzenia szerokiego świata. Ale wojak nie powiedział, co się stanie, gdy dziewczynka założy pierścionek na mały palec, a spróbować przecież trzeba! I oto co się dzieje: pierścionek zsuwa się z małego palca w głęboki śnieg, nie sposób go odnaleźć, a tymczasem dziadek, jak wlazł na piec, tak już prawie z niego nie schodzi, coraz słabszy...

Ciągle nie mam tego odruchu (a już powinnam nabyć), że jak się zabieram za czytanie czegoś z literatury rosyjskiej/radzieckiej to powinnam koniecznie sprawdzić, czy nie było ekranizacji.


Początek:
i koniec:


Wyd. ISKRY Warszawa 1973, wyd. II, 152 strony
Tytuł oryginalny: Izbrannoje
Przełożyli: Nadzieja Drucka, Stefan Flukowski, Jerzy Jędrzejewicz
Z własnej półki (kupione 22 października 2014 roku za 2,90 zł na allegro)
Przeczytałam 9 marca 2015 roku



NAJNOWSZE NABYTKI
Do księgarni Akademickiej - jak do teatru Kantora - bezkarnie się nie wstępuje.
Poszłam - między innymi - po to:
a wyszłam również z tym:
Jak już będę zamawiać ten dodatkowy regalik do kuchni, koniecznie musi się tam znaleźć półka na nieco wyższe tomy, takie jak te.



W TYM TYGODNIU OGLĄDAM

1/ film rosyjski ze Stanisławem Liubszinem UWIDIET PARIŻ I UMIERIET (Увидеть Париж и умереть), reż.
Nie ma na YT, no nie ma.

Elena Oriechowa, bardzo energiczna i dzielna kobieta, przeżyła represje stalinowskie i łagier. Teraz mieszka w komunałce i marzy tylko o jednym: wysłać syna, utalentowanego pianistę, do Paryża. Tymczasem Jura jest szczęśliwy tu i teraz. Ale bohaterka filmu zrobi wszystko, by spełnić swe marzenie, poniesie każdą ofiarę.

2/ kolejny film polski z 1953 roku - PRZYGODA NA MARIENSZTACIE, reż. Leonard Buczkowski
Na YT cały:


Pierwszy pełnometrażowy, kolorowy polski film. Komedia obyczajowa o życiu i pracy odbudowujących stolicę murarzy. Hanka Ruczajówna (Lidia Korsakówna) przyjeżdża z wycieczką do Warszawy. Zakochuje się w stolicy i murarzu Janku (Tadeusz Schmidt), z którym spędza wieczór podczas zabawy na Mariensztacie.

Z Historii filmu polskiego:

3/ film czeski
Obejrzawszy kilka filmów w reżyserii Karla Kachyňi, zachwyciłam się i wobec tego zaczynam uzupełniać jego filmografię. Najstarszym filmem w moim posiadaniu jest PRZEZ ZIELONĄ GRANICĘ (Král Šumavy) z 1959 roku.
Na YT fragment:


Akcja filmu toczy się latem 1948 roku na czesko-niemieckim pograniczu w Šumavie. Pojawiło się tam wiele osób, które chciały opuścić kraj po lutowym przewrocie komunistycznym, ale tylko nieliczni znają drogę poprzez bagna, wiodącą na Zachód. Jeden z takich przewodników nazywany jest królem Šumavy - nikomu jeszcze nie udało się go schwytać. Dzieła tego postanawia dokonać sierżant Zeman, świeżo przybyły do granicznej placówki.

4/ film japoński z dorobku Yasujirô Ozu - CO Z TEGO, ŻE MAM DYPLOM (Daigaku-wa deta keredo), 1929
Na YT w całości:


Tetsuo Nomoto (Takada Minoru) po rozmowie w sprawie pracy dostaje możliwość zatrudnienia jako recepcjonista, którą odrzuca, uważając, że jest poniżej jego godności. Kiedy przyjeżdżają do niego matka oraz jego ukochana Machiko (Kinuyo Tanaka), ukrywa przed nimi fakt, że jest bezrobotny. Machiko odkrywa sytuację ukochanego i postanawia mu pomóc.

5/ historia kina - czas na kolejnego twórcę brytyjskiego - Jamesa Williamsona (1855-1933).
Obejrzę pięć filmów:
* Attack On A China Mission (1900)
* The Big Swallow (1901?)
* Stop Thief! (1901)
* Fire! (1901)
* An Interesting Story (1905)
Na YT pierwszy z nich:


Misjonarz zostaje zabity przez bokserów. Jego żona wzywa pomocy. Zauważa to kilku marynarzy. Przybywają oni na misję i ratują kobietę.
Toeplitz w swojej Historii sztuki filmowej pisze:

6/ kino najnowsze: OBYWATEL, reż. Jerzy Stuhr, 2014
Zajawka:


W swojej najnowszej komedii Jerzy Stuhr wyśmiewa wszystko i wszystkich, nie oszczędzając przy tym samego siebie. To najzabawniejsza rola aktora od czasu "Seksmisji". Jak ta kultowa komedia, "Obywatel" również pokazuje, że w jakim systemie Polacy by się nie znaleźli, zawsze potrafią śmiać się ze swoich wad i wszelkich "izmów". Obywatel Jan Bratek. Gdziekolwiek się nie pojawi, ściąga na siebie lawinę niespodziewanych zdarzeń. Niczym Forrest Gump, Bratek bierze udział w najważniejszych wydarzeniach swojej epoki. Ma wielkie szczęście, a może raczej… pecha, że zawsze znajduje się w miejscach, gdzie historia akurat zmienia swój bieg. Los miota nim zarówno w czasach komuny, jak i w nowoczesnej, demokratycznej Polsce doprowadzając do zabawnych wpadek.

niedziela, 8 marca 2015

Andrzej Kozioł - Krakowianie, tom II

Kolejna dawka krakowskich postaci, mniej i bardziej znanych.
Książkę, nabytą całkiem całkiem niedawno, na dniach można powiedzieć, wepchnęłam na miejsce obok pierwszej części... kosztem oczywiście czego innego. Przewodnik po ZOO mianowicie dostał eksmisję pod sufit, biedaczek.
Tutaj powinny się zmieścić wszystkie moje cracoviana, koło biurka. Ale jakoś nie chcom. A może chcom, ale nie mogom. Rozpełzły się po całym mieszkaniu i tylko mój głęboki do nich szacunek wstrzymuje mnie przed umieszczeniem części w toalecie.

Na okładce jest zdjęcie szpakowatego pana, ujęcie żywcem z Rodczenki (no nic nie poradzę, że wszystko mi się rusko kojarzy).

Na skrzydełku Jerzy Madeyski - jeden z bohaterów poprzedniego tomu - zachwalał:

Wszystko, co powyżej napisane, prawdą jest. I jednym tchem się czyta i ludzie ciekawi i życzliwy i intymny nastrój... Jest trochę tak, jakby to nasz prywatny znajomy opowiadał o postaciach, które gdzieś nam się kojarzą z widzenia, ze słyszenia i tylko potakujemy, tak tak, panie Gerwazy, tak, panie Protazy. I choć autora czasem ponosi fantazja i z poety robi geniusza, a z piekarza poetę, to jednak rozumiemy i zgadzamy się gdzieś tam w głębi duszy...
I tak się wszystko pięknie składa i nakłada: prof. Eminowicz? no przecież czeka na lekturę książka wspomnieniowa o nim. Krzysztof Miklaszewski, specjalista od Kantora? właśnie w tym tygodniu zwiedziłam nową Cricotekę. Andrzej Nowak, piewca Ludwinowa? wkrótce zajmę się jego dwiema książeczkami z podgórskimi wspomnieniami. Kika Szaszkiewiczowa? dopiero co byłam na jej pogrzebie. Bracia Janiccy? Toż oni stale piją wódeczkę w barze na moim osiedlu, tylko patrzeć, jak zasiądą przy cieplejszej aurze przy stoliku na zewnątrz. Cukiernia pana Galganka na Karmelickiej? toż właśnie robiłam zdjęcie...
I tak dalej i tym podobnie.
Zastanawiające, iluż tych krakusów z dziada pradziada okazuje się być przyjezdnymi. Słoikami by ich dziś nazwano, przezwano, wytykano by im ich rzeszowskość... a co najlepsze przecież spoza Krakowa przyszło!

Oto spis bohaterów panegirycznych opowieści Andrzeja Kozioła:


Mam niegasnącą nadzieję, że upoluję jeszcze trzeci tom. Teraz weszłam na allegro, żeby sprawdzić, jak się sprawy mają i cóż. Kozioła nie ma, ale byli Jacyś Krakowianie. Szkice do portretu zbiorowego w dobie industrialnej transformacji 1890-1939. Ki czort, myślę sobie. Ale 6,50 tylko. A tu patrzę, drugi egzemplarz tej książki za 44,99! Znaczy się ta pierwsza to jakaś niebywała okazja, trza brać! I tak to nawet w niedzielę nie obeszło się bez zakupów. Howgh!

Początek:
i koniec:


Wyd. Jagiellonia SA Kraków 2003, 212 stron)
Z własnej półki (kupione 6 lutego 2015 roku na allegro za 6 zł)
Przeczytałam 7 marca 2015 roku

czwartek, 5 marca 2015

Monika Żeromska - Wspomnień ciąg dalszy

Dozując sobie lekturę wspomnień Moniki Żeromskiej, tym razem sięgnęłam po tom drugi, obejmujący lata okupacji i bezpośrednio powojenne. Jest to jedyny egzemplarz z 5-tomowej serii wspomnień, który posiadam na własność i myślę sobie, że muszę koniecznie podrzucić go Ojczastemu, zwłaszcza, że pojawia się tam i nasze rodzinne miasteczko :)
To, co tutaj poniżej widać, to jest OSTATNIA PÓŁKA POD SUFITEM! Źle się dzieje w państwie duńskim, albowiem tzw. Nowy i Ostatni Regał został już zapełniony.

No, jeszcze rozważam zagęszczenie środkowej najwyższej półki, gdzie leżą jakieś papierzyska zgarnięte z biurka, można je zmieścić na dwóch stosach zamiast na trzech i wtedy uwolni się troszeczkę miejsca... a co dalej? cholibka, chyba trzeba zawołać Ulubionego Stolarza, żeby dorobił ten wąski regalik w kuchni, przy biurku właśnie. Ajajaj.
Ach, pomyślę o tym... jutro :)
Tymczasem dziś rano w tramwaju skończyłam czytać Żeromską. Wczoraj wieczorem zostało mi dosłownie kilkanaście stron, ale zgasiłam światło, bo ja, wiecie, z tych melepet, co to jak nie pójdą spać o stałej porze (czyli o 23.00), to potem nie mogą zasnąć przez pół nocy co najmniej. Czasem, bardzo rzadko, pozwalam sobie na ignorancję zegarka - wyłącznie w weekendy - no bo niby co, mogę przecież pospać rano... ale to i tak grozi globusem, więc skórka nie warta wyprawki.
Tak więc chichotałam w tramwaju, ale na szczęście nie było specjalnego tłoku, koło mnie i za mną nikt nie siedział, toteż bez krępacji mogłam się oddać rozkoszowaniu poczuciem humoru i dowcipem panny Żeromskiej. No, właściwie to już wówczas rozwódki :)

Z okładki:

Wspomnienia Moniki Żeromskiej po prostu należy przeczytać, to jest lektura obowiązkowa (jak to się stało, że nigdy wcześniej się na nie nie natknęłam?). Można zatrzymać się na warstwie anegdotycznej, a można sobie przy okazji to i owo przemyśleć.
Ja zapraszam do lektury za pomocą anegdot właśnie.

Po powrocie do Warszawy w wrześniowego wychodźstwa wszyscy przerzucali się historiami z tego okresu. "My z Bronkiem, którzy uważaliśmy nasze historie wrześniowe za najstraszniejsze, nazywaliśmy te opowiadania piekłośmy przeszli, na słomieśmy spali."

Pani Zosia Tramontano słuchała po całych dniach obcych stacji radiowych i donosiła telefonicznie o ruchach na froncie etc. Oczywiście szyfrem, niby to donosząc o stanie swego zdrowia. Lewa noga była frontem wschodnim, a prawa wojną na Bałkanach. Któregoś dnia zadzwoniła z dziwną wiadomością, że coś jej się przydarzyła takiego, że żadne lekarz tego chyba nie wytłumaczy.
- No więc dobrze, powiem. Wyrosła mi trzecia noga.

Aktor Władysław Grabowski ciągle pił. Któregoś dnia wypadł zalany z knajpy na ulicę i wyrżnął bykiem prosto w brzuch przechodzącego oficera niemieckiego. Grzecznie uchylił kapelusza i powiedział, rozkładając ręce:
- À la guerre comme à la guerre.

Cudowne podejście do piesków odzwierciedla się w historyjce o tym, jak to ich Kiopek biegał po całym Starym Mieście. Panie Żeromskie często zachodziły do kawiarenki panny Moraczewskiej. I oto właścicielka czasem witała je słowami:
- Był tu Kiopek, pytał o panie, ale to już z godzinę temu.

Dowcip z okresu okupacji, gdy zwożono do Warszawy transporty rannych Niemców z frontu. Tłum Polaków przyglądał się temu z upodobaniem. Jakaś kobicina uspokaja wszystkich dookoła:
- Cicho, ludzie, cicho, nie hałasujcie, nie gadajcie.
Ktoś pyta:
- A cóż to pani taka dbała o nich, że mówić głośno nie daje?
- Ja nie dbała, ale jak taki hałas, to nie słychać, jak jęczą.

Ukochana ciotka Aniela, która donosi z Krakowa, że ma wspaniała posadę babci klozetowej w Sukiennicach. Ma wokół siebie grono stałych bywalców, kwiat intelektu polskiego i śmietankę towarzyską, lada dzień oczekuje wizyty kardynała Sapiehy :)
Nawiasem mówiąc, Sapieha nie był wtedy jeszcze kardynałem, ale w anegdocie lepiej to brzmi niż tylko arcybiskup :)

Niesamowita opowieść o chłopie gdzieś z głębi Gór Świętokrzyskich, który już w 1945 roku przyszedł zapytać doktora, czy ma trzymać pieniądze czy zamienić je na coś innego i pokazał zawiniątko z przedwojennymi banknotami. Tłumaczą mu, że te pieniądze już dawno nieważne, że może zamienić pieniądze wojenne.
- Wojenne? Wojna? Nic o wojnie nie słyszeli, te pieniądze są dobre, chodziły tam u nich przez wszystkie ostatnie lata.
Naprawdę nie wiedzieli nic o Niemcach, o niczym. 'Może lepiej być ciemnym dzikim chłopem z głębi puszczy', pisze Żeromska.

Już po wojnie Żeromskie lokują nadwyżki finansowe w dolarach, które chowają za ramką fotografii dziadka Żeromskiego i zawiadamiają się w listach:
Dziadek ma się dobrze, nawet bardzo ostatnio utył, tak bardzo, że po prostu odstaje od ściany.
Albo:
Boję się trochę o dziadka, więc trzymam go w tapczanie.

:)))

O znajomych
Słonimski przyjechał z Londynu, gdzie zaraz po wojnie były kartki na żywność i jedno jajko w proszku na tydzień, tymczasem w Konstancinie drzwi się nie zamykały od bab przynoszących mleko, śmietanę, mięso. Słonimski mdlał prawie z wrażenia, gdy pani Żeromska pochylała się z troską nad pieskiem:
- Jakoś ta Piesiunia dziś bez apetytu, wbiję jej do mięsa dwa jajeczka, może zje.

Tuwim ulegał patetycznym i namiętnym scenom powitania. Wiedząc o tym, Słonimski zadzwonił do jego drzwi i natychmiast zapytał grzecznie:
- Przepraszam, czy można skorzystać z ubikacji?

Jerzy Zawieyski miał swój wieczór autorski w Sopocie. Słuchacze wygodnie pousiadali w fotelach w salce klubu, a on sam przy stoliku zabrał się za czytanie najnowszej sztuki. W pewnym momencie zgasło światło. To się często zdarzało, przyniesiono więc jakąś świecę i Zawieyski czytał dalej przy jej nikłym ogniku. Nagle elektrownia znów włączyła prąd. "Straszny był widok śpiących słuchaczy, bez wyjątku wszystkich, wygodnie poukładanych dokoła autora."

Odbudowywano przedwojenny stan posiadania.
Pan Unger, właściciel kawiarni "Kopciuszek", mówił z zachwytem:
- Ten Tuwim, co on ma już za bibliotekę, co on ma za książki, same białe króliki.

Znów było zabronione słuchanie radia... a przynajmniej niektórych stacji...
W Zakopanem Monika Żeromska siedziała w "Halamie" przy kolacji, gdy wpadło małe dziecko jakiegoś bardzo ważnego dostojnika i krzyknęło:
- Tata, bum bum bum bum! Tu mówi blondyn! Prędko, bo nie zdążysz!

Wielbiciel Moniki podczas kuracji w Karlovych Varach, przystojny lekarz z Moraw, spytał ją, gdy wracała do sanatorium:
- Skąd pani wraca, z wichodka? Milo bylo?
Okazało się, że vichodek to po czesku spacer :)

I wreszcie umarł Stalin.
Już nie mogę się doczekać, co będzie dalej!

Początek:
i koniec:



Wyd. CZYTELNIK Warszawa 2007, wyd. IV, 387 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 5 marca 2015 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Ha! Ja byłam skłonna dać za Krallową 5 zł, Beznadziejnie Zacofany w Lekturze twierdził, że trzeba minimum 10 zł, stanęło krakowskim targiem na 7 zł z odbiorem osobistym. Odbyłam przy tej okazji wycieczkę krajoznawczą na Prądnik Biały i przypomniałam sobie, że to tam gdzieś, w którymś z tych 4-piętrowych bloków mieszka Julian Zinkow, autor dziesiątków przewodników, któremu wypadałoby poświęcić kiedyś osobny post...

wtorek, 3 marca 2015

Alicia Giménez-Bartlett - Il caso del lituano

Wpadła mi w ręce ta mała książeczka, wydana w serii La Memoria (Pamięć), liczącej już prawie tysiąc pozycji. Jak tak sobie przeglądam te listy, to aż się dziwię, jak bardzo nie mam pojęcia o współczesnej literaturze.
Ta seria to sztandarowe dzieło sycylijskiego wydawnictwa Sellerio, które powstało w 1969 roku, gdy Elvira Giorgianni, prawniczka, zwolniła się ze struktur państwowych i za otrzymaną 'likwidację' założyła wraz z mężem, fotografikiem Enzo Sellerio, dom wydawniczy nazwany jego nazwiskiem, a stało się to po rozmowie z Leonardo Sciascią (uwaga! informuję! nazwisko to wymawia się sziaszia). Dziesięć lat później Sciascia wymyślił tę granatową serię, wydawaną w formacie dosłownie kieszonkowym (12x17cm), z granatową obwolutą i reprodukcją dzieła sztuki ujętą w ramkę tego samego koloru co czcionka tytułu. Nazwa wskazuje na upodobanie wydawców do autorów czy tekstów, które należy 'wydrzeć' zapomnieniu. Ciekawostką jest fakt, że każdy numer setny tej serii, wolny, jest dedykowany jej twórcy czyli Sciascii. Z Polaków wydano Sienkiewicza, Kuśniewicza, Stryjkowskiego, Terleckiego. Andrzejewskiego. A tu, paczcie państwo, na okładce Nikifor!

Książeczka, którą dziś pokazuję, zawiera trzy opowiadania barcelońskiej autorki serii kryminalnej o policjantce Petrze Delicado. Zostały one napisane na zamówienie gazety El Mundo do sierpniowych wydań w kolejnych trzech latach.
Oto ich tytuły:
Czyli: Przypadek Litwina, Śmierć na siłowni, Zew krwi.

Pisać za bardzo nie ma o czym :) albowiem nie przepadając za krótką formą w ogólności, w kryminałach nie lubię jej w szczególności - i chciałam tylko poczytać coś lekkiego i niezbyt angażującego - po włosku, bo dawno tego nie robiłam. Wolę, jak intryga kryminalna rozwija się powoli, z różnymi zakrętasami i zwrotami akcji, a w przypadku opowiadań raczej trudno na to liczyć. Ale dają one przedsmak tego, czego można się spodziewać po książkach Giménez-Bartlett - ironii, humoru, świetnych dialogów między Petrą a jej viceinspektorem Garzonem.

No i nie mówcie mi, że to śmieszne dla Polki czytać hiszpańską książkę w tłumaczeniu na włoski - w życiu nie takie przypadki się zdarzają :)

Początek:
i koniec:


Wyd. Sellerio Palermo 2005, 126 stron
Tytuły oryginalne: El caso del lituano, Muerte en el gimnasio, La voz de la sangre
Z hiszpańskiego na włoski przełożyła: Maria Nicola
Pożyczone
Przeczytałam 1 marca 2015 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
No to przyszły ostatnie nabytki z allegro.
Jedno cracovianum, które mnie zresztą zaskoczyło, bo byłam święcie przekonana, że to o II wojnie światowej, a tymczasem rzecz idzie o komunistach przedwojennych :)
I jedno filmanum-ruscianum :)
Nowy, wiecie, z lat 60-tych :)
Mam tego autora 500 zagadek filmowych, muszę to chyba kiedyś wyciągnąć z czeluści regału ukrytego za żaluzjami i sobie pozgadywać. Mam też Leksykon reżyserów filmowych, ale od tego czasu wzbogaciłam się o coś nowszego... widzę, że to temat na szersze omówienie/pokazanie.



W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film rosyjski ze Stanisławem Liubszinem BOLSZOJ KAPKAN ILI SOLO DLA KOSZKI PRI POŁNOJ ŁUNIE (Большой капкан, или Соло для кошки при полной Луне), reż. Anatolik Galijew i Hasan Bidżijew, 1992
Kapkan to zdaje się pułapka...
Jest to melodramat. Starszy już i dawno żonaty Wasilij, urzędnik wysokiego szczebla, przyjechał na urlop w rodzinne strony i tam poznał młodą pielęgniarkę Marinę. Owocem znajomości będzie wkrótce syn... ale okazuje się, że cała ta romantyczna historia została obmyślana i rozegrana przez starszą siostrę Mariny, która w ten sposób chciała zapewnić sobie im obu dostatnie życie.

A na YT nic. No to program telewizyjny o aktorze:


2/ film polski DOMEK Z KART, reż. Erwin Axer, 1953
Na YT w całości:


Akcja filmu rozgrywa się w sierpniu 1939 roku. Bruno Sztorc drukuje bardzo krytyczny artykuł o ówczesnych rządach. Numer gazety zostaje skonfiskowany przez policję, redakcja zdemolowana przez nacjonalistyczną bojówkę, a redaktorzy pobici, ponieważ nie chcą ujawnić miejsca pobytu Sztorca.

Naturalnie udokumentowałam się w trzecim tomie Historii filmu polskiego:
Oto co piszą:

3/ film czeski VYSOKA ZED' (Za białym murem), reż. Karel Kachyňa, 1964
Znów nie ma nic na YT. Za to jest króciutka składanka z filmów tego wybitnego reżysera:


Jedenastoletnia Jitka niewiele czasu poświęca szkole i rodzinie, lubi chodzić własnymi drogami i chętnie wspina się na ścianę w tartaku, za którą znajduje się szpital z dużym parkiem. Siedząc na murze, rozmawia z młodym mężczyzną na wózku inwalidzkim. W wyniku kontuzji kręgosłupa uczy się on na nowo chodzić. Jitka wspiera go w trudnych próbach i przekonuje, ze wszystko będzie dobrze. Powoli budzi się w niej kobiecość, choć dziewczynka jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że to pierwsza niewinna miłość...

4/ jeśli chodzi o kino japońskie, właśnie zabieram się za twórczość znakomitego reżysera Yasujirô Ozu (1903-1963). Udało mi się zebrać 34 jego filmy :) tak więc do końca października będę zajęta nim i tylko nim :) Na początek parę filmów krótkometrażowych z 1929 roku. W tym tygodniu DOBRODUSZNY SPÓR PRZYJACIÓŁ (Wasei kenka tomodachi).
Na YT nie ma go w całości (może jest, ale z tytułem pisanym po ichniemu...), więc mały fragment - cały film trwa 14 minut:


Dwójka przyjaciół wynajmujących wspólnie mieszkanie dzieliła się do tej pory wszystkim: od jedzenia po pracę. Sytuacja zmienia się, kiedy postanawiają zająć się młodą kobietą, ranną w wypadku samochodowym i pozwalają jej u siebie zamieszkać. Oboje szybko się w niej zakochują i zaczynają rywalizować między sobą o jej względy, zachowując przy tym iście japoński styl.

5/ historia kina postępuje naprzód. Mam za sobą braci Lumière i Georgesa Mélièsa, czas na kolejnych twórców. Przenosimy się do Anglii.
Kolejne kartki z dzieła prof. Toeplitza:
mówią o filmach Georga Alberta Smitha.

Obejrzę ich siedem... a oto jeden z nich, MARY JANE'S MISHAP (Nieszczęśliwy wypadek Mary Jane) z 1903 roku:


Mary Jane próbuję zapalić piekarnik. Kiedy jej się nie udaje, krząta się wokoło, nakłada czarny połysk na twarz, stroi miny przed lustrem... A potem wraca do pracy. Kiedy piec nadal nie chce zapalić, wlewa do niego parafiny i zapala zapałkę... Następuje wybuch!

6/ z ostatnich produkcji będziemy z córką oglądać na dużym (wielkim) ekranie - to już taka nasza nowa świecka tradycja - DZIKIE HISTORIE (Relatos salvajes), reż. Damián Szifrón, Hiszpania/Argentyna 2014
Trailer:


Niedocenianemu muzykowi, biznesmenowi, pannie młodej, znanemu milionerowi, kelnerce oraz specjaliście od materiałów wybuchowych puszczają nerwy.