środa, 24 stycznia 2018

Tatiana Ustinowa - Zakon obratnogo wołszebstwa

Czyli: Татьяна Устинова - Закон обратного волшебства

Jeśli chodzi o czytanie po rosyjsku, to ciągle u mnie Doncowa albo Marinina. Innych też by wypadało spróbować - w sensie, że mam, posiadam i na co czekam. Więc tym razem wyciągnęłam z zakurzonej półki ze stosami ruskich Ustinową. Która nie jest dla mnie tak całkiem nowa, bo już przeczytałam jej dwie powieści, ale ho ho kiedy to było... w 2011. Ale pamiętam, że mi się podobały.
Bo wszystko to niby kryminały, ale tak - Doncowa to żarty, jaja i humor, Marinina to poważne, aż zbyt poważne sprawy. A Ustinowa też ma swój styl - mianowicie łączy intrygę kryminalną z wątkiem romansowym.


Nie jestem czytelniczką romansów i może mi czegoś brakuje, bo w świecie Ustinowej odnajduję się bardzo dobrze :)
Podoba mi się, gdy bohaterowie jej powieści odnajdują do siebie drogę. I podoba mi się, gdy autorka wkłada im w usta lub w głowę swoje myśli na życiowe tematy, nie tak górnolotno-kiczowate jak Coelho, ale trafiające w sedno.
Prawie prawie się rozpłakałam przy scenie, gdy przypadkowy pasażer busa (znaczy się marszrutki), patrząc na dość romantyczną scenę, wspomina swoje życie, jak było cudownie na początku, gdy się w sobie z przyszłą żoną zakochiwali i jak potem wszystko poszło nie tak... a raczej tak jak u wszystkich, nijako, bez sensu, zwykłe szare życie.

Znaczy się - chyba jednak jestem potencjalną czytelniczką romansów?
:)

W książce spis innych dzieł autorki, ale oczywiście stary, dziś już jest o wiele obszerniejszy. Można zresztą sprawdzić na Wiki.

W Polsce wyszła jedna rzecz, ale po polsku czytać nie będę. Po co sobie psuć wrażenia :)

Początek:

Koniec:

Wyd. EKSMO Moskwa 2005, 316 stron
Z własnej półki (kupiona 19 X 2009 roku za 5 zł)
Przeczytałam 23 stycznia 2018 roku


Oczywiście jest ekranizacja. Rosjanie wszystko filmują :)
Obejrzałam wczoraj dwie części (bo jest w czterech).
Po pierwszej, nieco zdumiona, dokładnie przyjrzałam sie napisom. No i wyszło szydło z worka - "na motywach". Bo już się dziwiłam... dziwiłam to za słabe słowo... co to i jak to, począwszy od głównej bohaterki, którą przyrównuje się do Audrey Hepburn - a tu tłuścioszka taka :)
Jest na You Tube.

PS. Widzę teraz, że to 70-ta książka przeczytana przeze mnie po rosyjsku. Co z tego, spyta ktoś (albo nie spyta). A nic. Lubię liczby, lubię podliczać, rachunki wydatków swoich prowadzę od lat, to i książki mogę liczyć :)
/tak naprawdę to blogspot zlicza/


PS2. Zapomniałam. Zapomniałam napisać o tym, że główna bohaterka pracuje w aptece. A apteka to takie miejsce trochę magiczne. Raz, że "Pigularz" był/jest jedną z ulubionych książek, a dwa, że gdy w dzieciństwie po wizycie w przychodni szło się do apteki wykupić recepty, to ona się jawiła jako bardzo tajemnicza, pełna jeszcze tych ciemnobrązowych flaszek i naczyń z łacińskimi napisami, z charakterystycznym zapachem, wielkim fikusem i palmą, a pod nimi ławeczką dla klientów, stolikiem z karafką z wodą... powiedziałabym, że przedwojenna, gdyby nie to, że budynek powstał później :)
I jeszcze to, że w każdym chyba zawodzie można by napisać książkę o klientach/pacjentach/uczniach... o tym, co ludzie potrafią wykręcać. Skojarzyło mi się, bo tam jest taki passus, że do apteki przychodzi mamuśka z synalkiem, który się źle uczy. I żąda lekarstwa, bo w telewizji była reklama, że zażyje i od razu pięknie rysuje :)

4 komentarze:

  1. I znów "Pigularz ":) krąży koło mnie ten tytuł od dłuższego czasu...pewnie skończy się kontaktem z Allegro; )

    OdpowiedzUsuń
  2. Bym poczytała tę Ustinową. Muszę zapamiętać. Ja po 50. zaczęłam czytać romanse. A przestałam czytać kryminaly.
    Co to się jednak robi z ludźmi na starość :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Normalnie dziadziejesz :)))
      Żeby nie powiedzieć, ze babiejesz!

      Usuń