piątek, 9 listopada 2012

Ewa Krasnodębska - Jak odkrywałam Amerykę

Mam w domu kilka książek z tej serii, która nazywała się "Zachód z bliska" i postanowiłam je odkurzyć i przybliżyć współczesnemu czytelnikowi :)
O autorce tyle podano z tyłu okładki:
Nowojorski pobyt Krasnodębskiej przypadł na lata 1972-1976, książkę natomiast opublikowano w 1983 roku. Dziś byłoby to niemożliwe. Jest absolutnie niezgodna z obecnymi standardami poprawności politycznej :)
Co chwilę wraca temat Murzynów, zamurzyniania (czernienia) dobrych dzielnic, które przekształcają się w slumsy itd. Tak właśnie polska ambasada musiała zmienić siedzibę, bo nagle znalazła się otoczona przez domy zamieszkałe przez Murzynów czyli pod złym adresem.
Często też autorka wspomina o mieszkających w Nowym Jorku Żydach (wówczas 3,5 miliona!) - dziś ten temat raczej by omijała, bo uniknąć zarzutów o antysemityzm bardzo trudno.

Zanim wzięłam książkę do ręki, zastanawiałam się przez chwilę, czy ma w ogóle sens czytanie reportaży pisanych 30 lat wcześniej. Ot, takie chwilowe zaćmienie mózgu, wywołane tym naszym pędem naprzód i hołdowaniem aktualnościom. Szybko zdecydowałam, że na pewno dowiem się czegoś nowego, a jeśli nawet dziś to już nie będzie aktualne... to cóż, może pomóc zrozumieć książki czy filmy z tamtych czasów :)
I rzeczywiście, sporo faktów było dla mnie odkryciem. Nieraz to tylko małe ciekawostki, ale ja mam w ogóle naturę skłonną do wyszukiwania anegdot bardziej niż do ogólnych syntez.

Krasnodębska przyjechała do męża na placówce i przez cztery lata prowadziła zwykłe amerykańskie życie. Opisuje je systematycznie, nadając rozdziałom tytuły takie jak: dom, subway, supermarket, kino, Manhattan, handel, telefon, karty kredytowe, gotowanie, dni świąteczne, samochód. Z uśmiechem przeczytałam w rozdziale poświęconym możliwościom, jakie daje w Ameryce telefon, że można na przykład zadzwonić do Białego Domu i zapytać, co dziś robi prezydent, kogo odwiedza i o czym będzie rozmawiał z gościem. A potem się zreflektowałam - może u nas też można zadzwonić do Kancelarii Prezydenta i takich informacji udzielą?
Niemniej jednak w latach osiemdziesiątych polski czytelnik musiał wytrzeszczać ze zdumienia oczy, czytając o płatnościach kartą kredytową czy opisy supermarketów, które znali tylko ci, którzy jeździli w tamtych czasach na Zachód.
Zadziwił mnie rozdział o kinie. Okazuje się, że to, co my znamy jako dobre kino amerykańskie (a wszak jest trochę amerykańskich reżyserów i filmów, które weszły już do klasyki kina światowego) to w rzeczywistości kino niszowe. Odbiorca amerykański karmi się sieczką z dużą ilością lejącej się krwi, pożarami, katastrofami, huraganami, produkowaną seryjnie. Tylko to przyciąga publiczność.

Sporo pisze Krasnodębska o wyprowadzaniu. Począwszy od wyprowadzania psa, a skończywszy na wyprowadzaniu dziewczyny czy żony. Obowiązują ścisłe reguły i konkretny wystrój lokalu, do którego wyprowadzi się delikwentkę na kolację, nawet jeśli to będzie tradycyjny hamburger. Powiem tak: ja już jestem prawie w wieku poprodukcyjnym :) ale współczuję młodym amerykańskim chłopcom i dziewczynom. Nie umiałabym funkcjonować w takim trybie.
Ja sobie wytworzyłam obraz Ameryki na podobieństwo filmów Woody Allena... plus oczywiście obraz amerykańskiej prowincji z tylu filmów, ale tę prowincję traktując jednak po macoszemu. Tymczasem faktycznie ta prowincja to rzeczywiście prawdziwa Ameryka. Ha! Nic dziwnego, że mnie nie ciągnie - jakoś nigdy nie marzyłam, żeby tam pojechać.

A teraz patrzę - jest dostępna ta książka w wersji audiobookowej. No proszę.
Przeczytałam 9 listopada 2012.

Miałam paskudny tydzień, nie obyło się bez środowej migreny, toteż w czwartek wracałam z pracy bardzo zadowolona, bo raz - nie boli głowa, dwa - w Księgarni Akademickiej, gdzie poszłam po Nowe Książki, znalazłam cudne nowe cracovianum: O Paniach, Panach i zdarzeniach Macieja Gutowskiego. Zakładam, że będzie to wspaniała lektura!
Nie koniec to był radości, bo w domu czekało awizo i po marnych 20 minutach kolejki na poczcie (przede mną były DWIE osoby, za mną przez te 20 minut stanęło kolejnych dziesięć, wszyscy spoglądali na siebie z porozumiewawczym uśmiechem - no niewyobrażalna łajza za okienkiem) już gnałam do domu i rozkładałam nowe nabytki z allegro. Koszt tych siedmiu książek wyniósł całe 9,97 PLN :)
Same ruskie, jak widać, tylko Urbanowską wzięłam na doczepkę, bo z fajnej serii i za 2 zł raptem. Po przejrzeniu okazało się, że to o Podhalu... hm.. no ciekawam, czy dam radę 550 stronom na ten temat :)
Te małe "Trzy befsztyki" zdaje się wysmażono na temat w Ameryce Murzynów biją - będzie śmiesznie poczytać.


Obejrzałam polecany przez Natannę film Sierioża według książki Wiery Panowej.
Na YT pokawałkowany:

Film powstał w 1960 roku, wyreżyserował go Gieorgij Danielija do spółki z Igorem Tałankinem. Zdobył szereg nagród na międzynarodowych konkursach i został uznany za najlepszy film roku w ZSRR.

Książkę już streściłam, film w zasadzie nie odbiega od tekstu, jedynie pomija kilka epizodów.
Głównego bohatera, 5-letniego Sieriożę brawurowo zagrał mały Boris Barchatow, który jeszcze dwa razy pojawił się w kinie w następnych latach.

Mamą była Irina Skobcewa, żona Siergieja Bondarczuka, czynna jako aktorka do dziś. Ta trójka zagrała fenomenalnie.
Ciocia Pasza to Aleksandra Panowa.
Jej mąż Łukianycz - Nikołaj Siergiejew.
I wreszcie pojawia się nowy tata Sierioży - Siergiej Bondarczuk. Wspaniała rola mądrego, dobrego ojca, choć nie rodzonego.
Świetna komediowa scena w sklepie, gdzie ojczym kupuje Sierioży wymarzony rower.
A tu wujek Pietia, który chcąc zrobić złośliwy kawał Sierioży, podarował mu wypasionego cukierka - tyle, że był to sam papierek.
Sierioża zadał wtedy szczere, z głębi serca płynące pytanie (które tak nie spodobało się mamie-nauczycielce):
- Diadia Pietia, ty durak?
I na koniec raz jeszcze Sierioża, ciągle przeziębiony, z chorym gardłem, którego nie chcą zabrać do Chołmogorów... Finał historii wzrusza do łez.


Przeglądając znajome blogi zobaczyłam, że Natanna zaprosiła mnie do zabawy w odpowiedzi na różne pytania :)
O rany.
Czy dam radę?
Lećmy po kolei:
1.Czy dużo czasu spędzasz w internecie? - Za dużo. Odebrać pocztę, odpisać, napisać; przejrzeć lokalne wiadomości; ewentualnie poczytać też lokalne forum; przejrzeć ulubione blogi, czy coś nowego się pojawiło; prowadzenie własnych blogów; wyszukiwanie rozmaitych informacji... stanowczo dużo tego. Dlatego od pewnego zcasu staram się ograniczać i przynajmniej wieczory spędzać raczej z książką czy filmem.
2.Jakie strony w internecie najbardziej lubisz przeglądać. - Mam cały zestaw ulubionych blogów na tematy ogólne i książkowe, no i surfowanie po stronach o rosyjskim kinie :)
3.Jakimi pobudkami kierowałaś się zakładając blog czytelniczy? - Chciałam tylko notować swoje lektury. Potem - gdy zobaczyłam, że ten i ów tu zagląda - chciałam napisać coś więcej, a ostatnio - chcę zapełniać różne czarne dziury na temat starych książek :)
4.Czy często marzysz, a jeżeli tak to o czym? - Właściwie już nie. Nie spodziewam się specjalnych atrakcji w dalszym życiu, sądzę, że co się w nim miało wydarzyć, już się wydarzyło. Niemniej jednak jest coś, co lubię robić w zakresie marzeń - wyobrażać sobie większe mieszkanie (na książki) - a dokładniej umeblowywać w głowie różne lokale, w którym akurat przebywam :)
5.Jaka literatura najbardziej do Ciebie przemawia? - Obyczajowa, wspomnieniowa, historie rodzinne.
6.Jaka książka w/g Ciebie powinna mieć inne zakończenie? - Gdybym była pisarzem, to może spróbowałabym sił na tym polu, ale tak - nie.
7.Jakiego pisarza/pisarkę cenisz najbardziej i dlaczego? - Nie ma takiego jednego. A znowu zacząć wyliczać... No, może Bułhakow za siłę wyobraźni.
8.Czyje książki nigdy by Cię nie zainteresowały? - Hm. Też wolę się nie zarzekać, bo nie znasz dnia ani godziny :)
9.Co Cię pobudza do działania? - Dobre słowo, pochwała. Klasycznie :)
10.Czy lubisz miejsce, w którym mieszkasz? - Bardzo. Aczkolwiek jestem w stanie sobie wyobrazić, że mogłabym mieszkać gdzie indziej - ale to już z grubej rury. W Wenecji na przykład!
11.Czym jest dla Ciebie rodzina? - Własna? Częściowo, niestety, utrapieniem :) Dlatego lubię czytać o innych: lubię się przekonywać, że nie tylko ja mam pod górkę, ale też i widzieć, że są rodziny naprawdę wspaniałe...

28 komentarzy:

  1. Czy ty przypadkiem nie darzysz Krakowa wielką miłością?:))) Gutkowskiego poszukam też:)
    miłego dnia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olbrzymią, ale czy przypadkiem? Przypadkiem jedynie się tu znalazłam... nie można jednak zamieszkać w Krakowie bezkarnie :)

      Usuń
    2. Autor nazywa się Maciej Gutowski, wcześniej się pomyliłam - bo mi nic nie mówiło to nazwisko. Ma tymczasem hasło na Wikipedii - http://pl.wikipedia.org/wiki/Maciej_Gutowski - i wynika z niego, że ta książka wyszła w 1998 roku. Czyli żadna to nowość, tylko wznowienie :) ale dla mnie świeżynka!

      Usuń
    3. Śmiałam się na głos w tramwaju podczytując historyjki z tej książki w drodze do domu :)

      Usuń
  2. Niezwykle bogaty post.
    Miło mi, że odpowiedziałaś na moje pytania. Troszkę więcej o Tobie teraz wiem.
    Pamiętam, że film wzruszył całą rodzinę, gdy go oglądaliśmy, a był to jeszcze czas gdy wieczorem cała rodzina/ moja rodzinna czyli mama, babcia, dziadek, siostra i ciocia - tata pracował niestety w delegacji/ oglądała filmy ,a były głównie radzieckie.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jeszcze o Ewie Krasnodębskiej - spojrzałam w internet i już wiem, że pamiętam ją oczywiście z "Awantury o Basię" głównie . Stara wersja tego filmu bardzo mi się podobała.)

      Usuń
    2. Ja też z Basi, ale to dzięki temu, że niedawno oglądałam.

      Ciocia i babcia i dziadek - uwielbiam takie wielopokoleniowe rodziny. Mam niedosyt po własnym dzieciństwie - tylko z bratem i rodzicami.

      Usuń
    3. A ja bardzo dawno temu i jakoś nie bardzo dobrze przyjęłam te nową wersję filmową.
      Tamte czasy odeszły już sporo lat temu.
      Dzisiaj w mojej rodzinie tej szerszej jestem już najstarsza Moje dzieci, które mam jeszcze młode, mimo swojego wieku już tego nie zaznały, tyle co w dzieciństwie, a szkoda.)

      Usuń
    4. Moja córka ma co prawda jeszcze wszystkich dziadków, ale połowa z nich nie na miejscu. A druga połowa na miejscu, ale nie w tym samym mieszkaniu, więc oczywiście nie ma porównania.

      Swoją drogą, zastanawiałam się, kim byli dla Sierioży ciocia Pasza i Łukianycz. Bo najpierw myślałam, że to rodzina mamy (że prawdziwa ciocia), ale już nie jestem tego taka pewna.

      Usuń
    5. Myślę, że to były obce osoby, ale na wschodzie przyjęte jest częściej mówić wujku i ciociu niż już u nas.
      Czasem uda mi się oglądnąć coś na Kulturze i chyba w ubiegłym roku oglądałam bardzo fajna komedię romantyczna z Barbarą Brylską/ okazuje się, że to nie jedyny jej film radziecki/
      z 1975 roku" Szczęśliwego Nowego Roku" - polecam.)

      Usuń
    6. Przypuszczam, że chodzi o słynną "Ironię losu" - można powiedzieć, że od tego filmu zaczęła się kilka lat temu moja przygoda z kinem radzieckim. Wybrałam się na to do kina, a potem wyszło u nas na DVD. Sputnik wypuścił.
      Zaczęłam kupować te edycje Sputnika i potem taką drugą kolekcję "Klasyka kina radzieckiego" EPELPOLU... potem na allegro odkryłam, że sprzedają oryginalne wydania... no a potem ktoś mi tu litościwie podrzucił odpowiednie linki w internecie :)

      Usuń
    7. Tak - Ирония судьбы, или С лёгким паром!U nas jako "Szczęśliwego Nowego roku" - ciekawe, że nie przetłumaczono dosłownie.)

      Usuń
    8. Natanna, pogrzebałam i okazuje się, że w książce "Jasny brzeg" opisane są wcześniejsze dzieje rodziny Sierioży. Tam mówi się o cioci Paszy i Łukianyczu, że to jednak rodzina mamy Sierioży - "prijomnyje roditielia" - adopcyjni rodzice?
      Chyba się rozejrzę za tym "Jasnym brzegiem" na all.

      Usuń
    9. No to już jest wszystko jasne.)

      Usuń
  3. No, dziewczyno, od razu czułam, że jesteś z mojego świata:))) A już odpowiedzi na pytania 4 i 5 (i jak najbardziej 11} są z mych ust wyjęte. W ogóle bardzo się zdziwiłam kilka dni temu, kiedy wspomniałaś "...gdy inni dziećmi są", bo własnie wtedy odłożyłam tę książkę do przeczytania. Zapewniam, że nie jestem nawiedzona tylko bardzo mi przyjemnie spotkać kogoś kto lubi to co ja. Zapewniam też, że i Warszawa jest warta miłości:) Zwłaszcza kiedy się pozna antykwariat na Solcu... Są tam takie stosy książek, że trzeba trzymać dietę, by się przecisnąć między nimi i stanąć na palcach lub podskakiwać (mam 164 cm), by dojrzeć kogoś zza nich.Magda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)))

      Co do punktu 4, to chadzam na takie odczyty. I czasami niestety jest nudno. Albo prelegent czyta zamiast mówić (usypia mnie to od razu). A wyjść głupio, przykro mu będzie. Więc ja wtedy mebluję pomieszczenie. Tylko że jak już to raz zrobiłam, to teraz nie mogę zmienić na inne meble, no nie wychodzi mi! Więc tylko udoskonalam :)

      A co do Warszawy, to nie myśl sobie, że jak już Kraków, to Warszawę mam w ... no, gdzieś tam. Nic podobnego! Warszawa mi się bardzo podoba. Mam tam nawet ciotkę, więc i bazę tak jakby... tylko z wiekiem coraz większego wstrętu nabrałam do pociągów.
      Dawno temu to i owo w warszawskich antykwariatach nabyłam, pewnie już nie istnieją... a na Solcu to akurat nie znam. Też mam 164 (wedle dowodu), ale od tego leżenia i czytania (powiedzmy, że od tego) nabieram masy, więc nie wiem, czy bym się przecisnęła :)

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, "Delicje" to prawdziwe delicje!
      Z serii "Naokoło świata" Iskier.
      Hołówka miała większe pole do popisu, bo była raz/ z dziećmi, które uczęszczały do miejscowych szkół, więc i ogląd spraw o wiele szerszy, dwa/ na prowincji właśnie, a nie w wielkim mieście.
      A przede wszystkim napisane z wielką werwą i poczuciem humoru, czego nie można powiedzieć o książce Krasnodębskiej.
      Do tego też wróc w ramach odkurzania półeczki z reportażami, więc będzie. Akurat zresztą ta pozycja jest najmniej zakurzona :)

      Usuń
    2. Delicje też sobie ulubiłam, a tej nie znam, więc wpisuję na listę. Byłam w Stanach przez pół roku w 1990, dużo później, ale mam swoje obserwacje i lubię je porównywać ze zdaniem innych. Wolałabym pewnie na audiobooku, może najpierw tego poszukam

      Usuń
    3. cieszę się, że tu się taki ruch zrobił, bo Twój blog jest wyjątkowy i wart wielu obserwatorów

      Usuń
    4. Kasiu, nie znałam tego epizodu (amerykańskiego) w Twoim życiorysie :)
      To było jeszcze chyba przed urodzeniem córki?

      Usuń
    5. Tak, byłam w ciąży z Michaliną, kiedy pojechałam do USA, byłam tam od początku stycznia do końca czerwca '90, a Miśka urodziła się 14 sierpnia. Było to celowe, bo pierwsze dziecko straciliśmy i mieliśmy taki obraz, że mi nie pozwolą drugiemu umrzeć jakby co. Ale wszystko było dobrze i wróciliśmy do kraju rodzić. Jakoś sobie nie wyobrażaliśmy mieszkać tam na stałe, może dlatego, że to było Południe - Karolina Północna

      Usuń
    6. Coś podobnego, jaka historia! Aż dziw, że jednak nie urodziliście w Stanach, zawsze to dla Misi byłoby wygodne obywatelstwo :)

      Usuń
    7. nie stać nas było, nie miałam tam przecież ubezpieczenia zdrowotnego, za wszystkie wizyty u lekarza ginekologa, skany itp, płaciłam gotówką, którą mój mąż zarabiał na dachach, na czarno, w 35 stopniowym upale i 80% wilgotności

      Usuń
    8. poza tym wiza się kończyła, bilety mieliśmy tylko na dwie osoby, a moja ciotka była raczej trudna we współżyciu. Wszystko cuzamen do kupy skłaniało do powrotu

      Usuń
    9. Powinnaś kiedy opowiedzieć o tym doświadczeniu na blogu :)

      Usuń
  5. A propos Natalii Dawydowej znalazłem na ruskich serwerach taką oto informację: Давыдова Наталья(наст. имя Майя Максимовна; р. 1925) – рус. писательница. В 1948 окончила филологич. ф-т ЛГУ. Первое произв. – пов. «Будни и праздники» (1953) посвящена жизни сел. врачей. Автор ром. «Любовь инженера Изотова» (1960) и сб. рассказов «Только одна удача» (1958). В произв. Д. преобладает тема любви, дружбы, семейных отношений.

    OdpowiedzUsuń