O matko i córko, jaka ulga! Jak fajnie pozbyć się kozy i odzyskać wolność! Oczywiście miło jest się zobaczyć z Psiapsiółą po roku i pogadać, ale goszczenie kogoś przez tydzień w mieszkanku w bloku to katorga. Nie wspominając o moim ulubionym zajęciu czyli staniu przy garach... No ale było minęło, na rok spokój. Dziś wieczorem mogę wrócić do ruskich filmów :)
W poniedziałek, ponieważ jej samolot miał opóźnienie, zdążyłam jeszcze przeczytać Teodorę. Zwłaszcza że czytania nie było wiele, najwięcej miejsca zajmują obrazki :)
I to właśnie materiał ikonograficzny jest największą zaletą tej publikacji o Teodorze Matejkowej i jej sławnym mężu. Bo tak naprawdę o Teodorze ktoś zainteresowany Matejką będzie wiedział niemało i książka ta nie odkryje przed nim nowych światów. Ale ilustracje są świetne, to pewnie zasługa drugiej z pań, wieloletniego kustosza Domu Matejki.
Jeśli jednak ktoś dopiero startuje w temacie Matejko, książeczka będzie jak znalazł. Bo i jak się poznali i jak przebiegało narzeczeństwo, jak się pobierali u karmelitów, jak zaczynali wspólne życie, jak przychodziły na świat dzieci, jak Teodora zaczęła chorować... A mnie po raz kolejny zachciało się przeczytać wspomnienia Stanisławy Serafińskiej... i równie szybko odechciało, bo to jednak grube tomiszcze :) czeka już 15 lat, niech poczeka jeszcze trochę :)
Wstęp:
Początek:
Koniec:
Wyd. BOSZ Olszanica 2014, 127 stron
Z własnej półki (kupione 12 stycznia 2015 roku za 31 zł)
Przeczytałam 17 czerwca 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
Na tapecie były, w związku z przyjazdem Psiapsióły z Daleka, filmy włoskie z ostatnich lat. Z różnym szczęściem wybierane, ale ogólnie nie najwyższych lotów.
1/ SOTTO UNA BUONA STELLA, reż. Carlo Verdone
6/10
2/ CON IL SOLE NEGLI OCCHI, reż. Pupi Avati
6/10
3/ MA CHE BELLA SORPRESA
5/10
4/ I NOSTRI RAGAZZI
Ten był dobry. Dwaj bracia wraz z żonami od 10 lat spotykają się raz w miesiącu na wspólnej kolacji. Któregoś dnia okazuje się, że ich dzieci-nastolatki pobiły na śmierć bezdomną kobietę. Trzeba podjąć decyzję: wyznać wszystko na policji czy próbować zataić całą sprawę.
7/10
5/ SEI MAI STATA SULLA LUNA?, reż. Paolo Genovese
6/10
6/ i na zakończenie film amerykański, który miałam we włoskiej wersji językowej, więc sobie obejrzałyśmy - MR. BELVEDERE GOES TO COLLEGE, 1941
6/10
niedziela, 23 sierpnia 2015
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
Fruttero & Lucentini - Enigma in luogo di mare
Czyli Zagadka nadmorskiej miejscowości. Fajne miejsce dla akcji kryminału: las sosnowy nad brzegiem morza (w Toskanii), w którym zbudowano zamknięte osiedle 150 willi, niektórych zamieszkałych przez cały rok, innych tylko sezonowo. Oczywiste skojarzenie z Hrabalem i jego osiedlem w kerskim lesie :)
Zajawka z okładki:
Trzy trupy - ale to grubo dalej, na razie trzech zaginionych mieszkańców w bożonarodzeniowym okresie, gdy większość domów stoi pustych. Jeden mężczyzna z depresją, który odegra zasadniczą rolę w rozszyfrowaniu zagadki, jedna kobieta po przejściach, z dwójką dzieci, jedna miłośniczka tarota (oj, tak, szykuje się nieszczęście, karty mówią to wyraźnie), jeden zdradzany przez wyemancypowaną żonę ogrodnik, para komików i zatrudniona przez nich jako au pair modelka, angielskie małżeństwo z małym Colinem, od którego zniknięcia rok wcześniej zaczyna się kacja powieści...
Jak zwykle u spółki Fruttero & Lucentini - spora dawka humoru, bogate gry słowne, wnikliwe opisy psychologiczne - ja ich uwielbiam!
Początek:
Koniec:
Wyd. MONDADORI Milano 2013 (seria Smart Collection), 331 stron
Z biblioteki Włoskiego Instytutu Kultury
Przeczytałam 16 sierpnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ z listy TOP 250 portalu IMDB - LISTA SCHINDLERA (Schindler's List), reż. Steven Spielberg, 1993
Trailer:
8/10
sobota, 15 sierpnia 2015
Arthur Conan Doyle - Przygody Sherlocka Holmesa
Już od dawna przymierzałam się do Sherlocka Holmesa, mam dwa zbiory opowiadań i właściwie powinnam zacząć od tego drugiego, bo tam są chyba najbardziej znane opowiadania, ale zagradzają mi do niego drogę pudła sąsiadki. Padło więc na wydanie adresowane chyba do młodzieży. Od razu zaznaczę, że to nie jest tak, że pierwszy raz mam z Holmesem do czynienia, czytałam w szkolnych czasach (czegóż się nie czytało w szkolnych czasach?), ale miałam chęć na powtórkę.
I co?
I trochę zawiedzionam.
Powiedziałabym wręcz, że czas Sherlocka minął... gdyby nie pewien staroświecki urok tych opowiadań. Oczywiście doktora Watsona miałoby się ochotę stuknąć po głowie (może fajką?), żeby przestał piać te nieustanne peany na temat wszechstronnych zdolności jego przyjaciela-detektywa, a samego Sherlocka ochrzanić, dlaczego nie dał krwi do analizy, żeby ustalić, czy ona należała do ofiary czy do mordercy :) No, komórka też by się niejednokrotnie przydała :)
Muszę się pochwalić, że raz (AŻ RAZ) wykombinowałam, dlaczego pewnego lichwiarza zatrudniono jako ryżego do przepisywania Encyclopedii Britannica, więc nie było całkiem źle, nie pokonał mnie całkowicie Holmes, choć tak łatwo dedukuje, z której części Londynu przybył jego gość, na podstawie okruchów ziemi na obuwiu czy wyciąga wnioski na temat uprawianej przez niego profesji, a nawet jazdy na rowerze.
Całość osnuta jest londyńską mgiełką i już sama nie wiem, czy to wilgotne opary znad ziemi czy też dym z Sherlockowej fajki :)
Spis treści:
Początek:
Koniec:
Wyd. ISKRY Warszawa 1955, 465 stron
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 13 kwietnia 1987 roku za 200 zł)
Przeczytałam 12 sierpnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ serial rosyjski USADBA z 2004 roku, kolejny w dorobku Stanisława Liubszina
Niestety straciłam już nadzieję, że mój ulubiony aktor zagra jeszcze w czymś porządnym :(
2/ japoński film KURA NA WIETRZE (Kaze no naka no mendori), reż. Yasujirô Ozu, 1948
Na YT z angielskimi napisami:
Yasujirô Ozu porusza w swym dramacie bardzo aktualny i ważny w ówczesnych czasach problem społeczny. "Kura na wietrze" jest opowieścią o powrocie. Po II wojnie światowej zaczęli do swych rodzin wracać żołnierze. Były to trudne chwile zarówno dla cywilów, jak ich ojców, mężów, dzieci. Żołnierze, powróciwszy do swych, nie zawsze pełnych rodzin, stawali przed trudnym wyzwaniem. Niektórzy dowiadywali się, że ich żony wyszły ponownie za mąż, innych czekał jeszcze gorszy los...
7/10
I co?
I trochę zawiedzionam.
Powiedziałabym wręcz, że czas Sherlocka minął... gdyby nie pewien staroświecki urok tych opowiadań. Oczywiście doktora Watsona miałoby się ochotę stuknąć po głowie (może fajką?), żeby przestał piać te nieustanne peany na temat wszechstronnych zdolności jego przyjaciela-detektywa, a samego Sherlocka ochrzanić, dlaczego nie dał krwi do analizy, żeby ustalić, czy ona należała do ofiary czy do mordercy :) No, komórka też by się niejednokrotnie przydała :)
Muszę się pochwalić, że raz (AŻ RAZ) wykombinowałam, dlaczego pewnego lichwiarza zatrudniono jako ryżego do przepisywania Encyclopedii Britannica, więc nie było całkiem źle, nie pokonał mnie całkowicie Holmes, choć tak łatwo dedukuje, z której części Londynu przybył jego gość, na podstawie okruchów ziemi na obuwiu czy wyciąga wnioski na temat uprawianej przez niego profesji, a nawet jazdy na rowerze.
Całość osnuta jest londyńską mgiełką i już sama nie wiem, czy to wilgotne opary znad ziemi czy też dym z Sherlockowej fajki :)
Spis treści:
Początek:
Koniec:
Wyd. ISKRY Warszawa 1955, 465 stron
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 13 kwietnia 1987 roku za 200 zł)
Przeczytałam 12 sierpnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ serial rosyjski USADBA z 2004 roku, kolejny w dorobku Stanisława Liubszina
Niestety straciłam już nadzieję, że mój ulubiony aktor zagra jeszcze w czymś porządnym :(
2/ japoński film KURA NA WIETRZE (Kaze no naka no mendori), reż. Yasujirô Ozu, 1948
Na YT z angielskimi napisami:
Yasujirô Ozu porusza w swym dramacie bardzo aktualny i ważny w ówczesnych czasach problem społeczny. "Kura na wietrze" jest opowieścią o powrocie. Po II wojnie światowej zaczęli do swych rodzin wracać żołnierze. Były to trudne chwile zarówno dla cywilów, jak ich ojców, mężów, dzieci. Żołnierze, powróciwszy do swych, nie zawsze pełnych rodzin, stawali przed trudnym wyzwaniem. Niektórzy dowiadywali się, że ich żony wyszły ponownie za mąż, innych czekał jeszcze gorszy los...
7/10
czwartek, 13 sierpnia 2015
Tadeusz Socha - Kulą w płot
Już mam trochę dosyć tych upałów, a Wy? Człowiek tak bezpowrotnie traci czas, który mógł wykorzystać na spacer, odkrycie miłego zakątka, wizytę w muzeum... tak, wiem, w muzeum jest klimatyzacja, ale najpierw trzeba do niego dojechać :(
Usunęli mi wczoraj szwy, więc już właściwie jestem zdrowa :) dietę mam trzymać do końca miesiąca, teoretycznie, bo potem się okaże, czy rzeczywiście wprowadzanie "normalnych" potraw dobrze pójdzie, bez protestów ze strony układu pokarmowego. W przyszłym tygodniu czeka mnie ciężka przeprawa kuchenna, bowiem, jak zwykle w sierpniu, przylatuje Psiapsióła z Daleka i będę musiała gotować na dwa fronty, stanowczo mało mnie to rajcuje. Cała moja rodzina zgodnie uważa, że mogła sobie darować w tym roku. Ale ona jeszcze nigdy nie darowała, od dwudziestu paru lat; jak ją zawiadomiłam, że będę miała remont łazienki i w danym roku nici z sierpniowej wizyty, to przyleciała we wrześniu. "Bo musiała nową łazienkę zobaczyć". Podziwiam ludzi asertywnych, którzy potrafią powiedzieć NIE. Ja w ogóle jestem mało towarzyska i kontakt mailowo-telefoniczny wystarcza mi na długo. A już zwłaszcza nie lubię gościć u siebie. Jestem marną gospodynią i zawsze mi się wydaje, że czegoś nie dopilnowałam, coś źle zrobiłam i wolałabym sobie zaoszczędzić tego stresu. Ale niektórych nic nie przeraża i nie zniechęca, psiakrew.
No nic, należy to przeboleć. I przetrwać.
Ulegnie spowolnieniu moje czytanie, a właśnie się zabrałam za kryminał po włosku. Autorstwa mojej ulubionej pary pisarzy Fruttero & Lucentini, a piszą oni bardzo bogatym językiem i trzeba to smakować powoli.
Za to Kulą w płot poszło szybciutko.
Zaliczone więc obie części historii rodziny Pługów, z naciskiem na młodszą generację.
Tom drugi skoncentrował się na dziejach starszego syna, Władka i jego przyjaźni z kolegą ze szkolnej ławki Staszkiem. Asystujemy przy ich przygodach przez wszystkie lata szkoły realnej, aż do podjętej decyzji o potajemnym wyjeździe na wojnę w Albanii. Rozstajemy się z parą bohaterów w pociągu uwożącym ich w kierunku Wiednia, pełnych wątpliwości co do słuszności działania i już rodzącej się tęsknoty za rodziną. Dlatego wydaje mi się, że powinien nastąpić ciąg dalszy - i może nastąpił - ale jak się o tym przekonać?
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1967, 383 strony
Z własnej półki (kupiona na allegro 10 kwietnia 2014 roku za 4 zł)
Przeczytałam 9 sierpnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film rosyjski OBNAŻONNNAJA NATURA, 2002
Kolejny ichni bełkot z początku XXI wieku.
2/ powtórka z cudownego PULP FICTION - to prawdziwa magia kina, reż. Quentin Tarantino, 1994
Na YT najpopularniejszy fragment:
9/10
3/ kolejny polski film z 1956 roku - NIKODEM DYZMA, reż. Jan Rybkowski
Do późniejszego serialu z niezapomnianą rolą Romana Wilhelmiego ani się umywa... lubię Dymszę, ale się tutaj nie wykazał :(
Na YT w całości:
7/10
Usunęli mi wczoraj szwy, więc już właściwie jestem zdrowa :) dietę mam trzymać do końca miesiąca, teoretycznie, bo potem się okaże, czy rzeczywiście wprowadzanie "normalnych" potraw dobrze pójdzie, bez protestów ze strony układu pokarmowego. W przyszłym tygodniu czeka mnie ciężka przeprawa kuchenna, bowiem, jak zwykle w sierpniu, przylatuje Psiapsióła z Daleka i będę musiała gotować na dwa fronty, stanowczo mało mnie to rajcuje. Cała moja rodzina zgodnie uważa, że mogła sobie darować w tym roku. Ale ona jeszcze nigdy nie darowała, od dwudziestu paru lat; jak ją zawiadomiłam, że będę miała remont łazienki i w danym roku nici z sierpniowej wizyty, to przyleciała we wrześniu. "Bo musiała nową łazienkę zobaczyć". Podziwiam ludzi asertywnych, którzy potrafią powiedzieć NIE. Ja w ogóle jestem mało towarzyska i kontakt mailowo-telefoniczny wystarcza mi na długo. A już zwłaszcza nie lubię gościć u siebie. Jestem marną gospodynią i zawsze mi się wydaje, że czegoś nie dopilnowałam, coś źle zrobiłam i wolałabym sobie zaoszczędzić tego stresu. Ale niektórych nic nie przeraża i nie zniechęca, psiakrew.
No nic, należy to przeboleć. I przetrwać.
Ulegnie spowolnieniu moje czytanie, a właśnie się zabrałam za kryminał po włosku. Autorstwa mojej ulubionej pary pisarzy Fruttero & Lucentini, a piszą oni bardzo bogatym językiem i trzeba to smakować powoli.
Za to Kulą w płot poszło szybciutko.
Zaliczone więc obie części historii rodziny Pługów, z naciskiem na młodszą generację.
Tom drugi skoncentrował się na dziejach starszego syna, Władka i jego przyjaźni z kolegą ze szkolnej ławki Staszkiem. Asystujemy przy ich przygodach przez wszystkie lata szkoły realnej, aż do podjętej decyzji o potajemnym wyjeździe na wojnę w Albanii. Rozstajemy się z parą bohaterów w pociągu uwożącym ich w kierunku Wiednia, pełnych wątpliwości co do słuszności działania i już rodzącej się tęsknoty za rodziną. Dlatego wydaje mi się, że powinien nastąpić ciąg dalszy - i może nastąpił - ale jak się o tym przekonać?
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1967, 383 strony
Z własnej półki (kupiona na allegro 10 kwietnia 2014 roku za 4 zł)
Przeczytałam 9 sierpnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film rosyjski OBNAŻONNNAJA NATURA, 2002
Kolejny ichni bełkot z początku XXI wieku.
2/ powtórka z cudownego PULP FICTION - to prawdziwa magia kina, reż. Quentin Tarantino, 1994
Na YT najpopularniejszy fragment:
9/10
3/ kolejny polski film z 1956 roku - NIKODEM DYZMA, reż. Jan Rybkowski
Do późniejszego serialu z niezapomnianą rolą Romana Wilhelmiego ani się umywa... lubię Dymszę, ale się tutaj nie wykazał :(
Na YT w całości:
7/10
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Tadeusz Socha - W kręgu naftowej lampy
Ponad rok temu trafiłam na allegro na tę pozycję, a że miałam ją w planach, bo gdzieś tam kiedyś tam wyczytałam, że akcja dzieje się w przedwojennym Krakowie, więc łyknęłam szybciutko, a teraz przyszedł czas na skonsumowanie.
To dylogia:
Niestety druga część była pozbawiona obwoluty, ale całość była do nabycia u jednego sprzedawcy, więc wzięłam. Zawsze się biję z myślami, co robić w takich przypadkach, wszak książka bez obwoluty jest jakaś okaleczała... ale tu i teraz zwycięża.
Obwoluta pierwszego tomu czyli W kręgu naftowej lampy przyniosła nie tylko informację o zawartości powieści:
ale również kolejne tytuły:
O ile pierwsze dwa są mi doskonale znane (co nie znaczy, że ich sobie nie przypomnę w bliskiej przyszłości), o tyle pozostałych trzech nie znam i dumam na krakowskim bruku, czy dotyczą Królewskiego Stołecznego Miasta czy nie. Zasadniczo Aciaki z I A powinny być krakowskie, skoro to Kaden-Bandrowski, ale tamte? Choynowski pochodził z Warszawy, ale studiował na UJ, więc? Kto wie? Józio Barącz to potomek chłopskiej rodziny, starający się o wykształcenie - ale gdzie, nie wiem? Na Rajskiej trwa reinstalacja systemu i nie można korzystać z katalogu, więc nie mam pojęcia, czy ich zbiory zawierają te pozycje... siła złego na czytelnika jednego :)
W kręgu naftowej lampy to powieść rozgrywająca się w środowisku ubogich mieszczan, w rodzinie podurzędnika, jak lubi mawiać pani Pługowa, a w rzeczywistości dozorcy wodociągów. Państwo Pługowie wywodzą się z galicyjskiej wsi, przywędrowali do Krakowa w poszukiwaniu chleba i powoli zapuścili tu korzenie, dorobiwszy się mieszkania na III piętrze "z gankiem" i dwóch synów. Właśnie perypetie tych synalków, starszego Władka i młodszego Antosia, osnute na tle drobnomieszczańskiego Krakowa, z jego mniej czy bardziej charakterystycznymi elementami, stanowią centrum powieści. Wspomniałam o przedwojennych czasach, ale to jeszcze sprzed I wojny światowej, akcja rozpoczyna się dwa lata przed końcem XIX wieku, a więc w zaborze austriackim.
Powieść przyniosła mi zagadkę - gdzie mieściło się Biuro Wodociągowe, w którym pracował pan Pług. W książce wspomina się, że "u stóp Wawelu". Z radością pomyślałam o dwutomowym wydawnictwie "Wodociągi Krakowa", stojącym w kuchni obok biurka... tyle że zerknę tam jutro, bo mi już z łóżka nie chciało się wstać. Ale jak to dobrze mieć w domu odpowiednią literaturę! Tymczasem na drugi dzień zajrzałam do tych "Wodociągów" i... guzik znalazłam, owszem, jest w jednym miejscu wzmianka, że jakieś tam pomiary zostały wykonane w Biurze Wodociągów przy ul. Podzamcze, ale to wszystko. Ani zdjęcia ani dokładniejszego adresu. Carramba! Teraz mnie to będzie gryzło.
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1962, 342 strony
Z własnej półki (kupione na allegro 10 kwietnia 2014 roku za 5,50 zł)
Przeczytałam 7 sierpnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ polski film z 1956 roku - KONIEC NOCY - reż. Julian Dziedzina, Paweł Komorowski, Walentyna Uszycka
Na YT w całości:
Romek pracuje jako kierowca w bazie transportowej. Niestety, nie cieszy się najlepszą opinią. Pewnego dnia brawurowo prowadząc ciężarówkę popełnia liczne wykroczenia, a nawet potrąca przechodnia. Interweniuje milicja. Romek zostaje zwolniony. Nadmiar wolnego czasu wypełnia libacjami i drobnymi kradzieżami. Dokonuje ich wspólnie z przyjaciółmi - Edkiem, Filipem i Małym. Danka - dziewczyna Filipa, jest w ciąży. Początkowo chłopak chce, by usunęła dziecko. Potem jednak próbuje się ustatkować i podjąć pracę. Tymczasem jego kumple wciąż wiodą życie "niebieskich ptaków". Kradną i biesiadują. Podczas jednej z suto zakrapianych imprez dochodzi do bójki... "Koniec nocy" jest wspólną pracą dyplomową absolwentów Łódzkiej Szkoły Filmowej. Debiut jak to debiut, nie jest wolny od wad. Na szczęście nie przesądzają one o wartości filmu. Młodym autorom udało się bowiem, w manierze bliskiej włoskiemu neorealizmowi, pokazać trochę prawdy o pokoleniu dwudziestolatków z drugiej połowy lat pięćdziesiątych. Prawdy bynajmniej nie podnoszącej na duchu, dalekiej od socrealistycznych schematów. Młodzież z "Końca nocy" nie wykonuje 250 procent normy, nie tępi wrogów klasowych. Wręcz przeciwnie: cechuje ją nihilizm, lęk przed nudą, wewnętrzna pustka. By ją zagłuszyć Romek, Edek, Filip i Mały schodzą na drogę przestępstwa i stopniowo wykolejają się. Czy zdążą się w porę zatrzymać i zawrócić? Na planie "Końca nocy" swe pierwsze kroki w przemyśle filmowym stawiali artyści tej miary, co Zbigniew Cybulski i Roman Polański. Krytyka zauważyła i doceniła również kreacje Ryszarda Filipskiego i Katarzyny Karskiej.
7/10
2/ japońskie ZAPISKI WŁAŚCICIELA CZYNSZOWEJ KAMIENICY (Nagaya shinshiroku), reż. Yasujirô Ozu, 1947
Na YT cały, z angielskimi napisami:
Historia porzuconego przez ojca chłopca, przygarniętego przez wdowę Tane, w realiach powojennej Japonii.
7/10
To dylogia:
Niestety druga część była pozbawiona obwoluty, ale całość była do nabycia u jednego sprzedawcy, więc wzięłam. Zawsze się biję z myślami, co robić w takich przypadkach, wszak książka bez obwoluty jest jakaś okaleczała... ale tu i teraz zwycięża.
Obwoluta pierwszego tomu czyli W kręgu naftowej lampy przyniosła nie tylko informację o zawartości powieści:
ale również kolejne tytuły:
O ile pierwsze dwa są mi doskonale znane (co nie znaczy, że ich sobie nie przypomnę w bliskiej przyszłości), o tyle pozostałych trzech nie znam i dumam na krakowskim bruku, czy dotyczą Królewskiego Stołecznego Miasta czy nie. Zasadniczo Aciaki z I A powinny być krakowskie, skoro to Kaden-Bandrowski, ale tamte? Choynowski pochodził z Warszawy, ale studiował na UJ, więc? Kto wie? Józio Barącz to potomek chłopskiej rodziny, starający się o wykształcenie - ale gdzie, nie wiem? Na Rajskiej trwa reinstalacja systemu i nie można korzystać z katalogu, więc nie mam pojęcia, czy ich zbiory zawierają te pozycje... siła złego na czytelnika jednego :)
W kręgu naftowej lampy to powieść rozgrywająca się w środowisku ubogich mieszczan, w rodzinie podurzędnika, jak lubi mawiać pani Pługowa, a w rzeczywistości dozorcy wodociągów. Państwo Pługowie wywodzą się z galicyjskiej wsi, przywędrowali do Krakowa w poszukiwaniu chleba i powoli zapuścili tu korzenie, dorobiwszy się mieszkania na III piętrze "z gankiem" i dwóch synów. Właśnie perypetie tych synalków, starszego Władka i młodszego Antosia, osnute na tle drobnomieszczańskiego Krakowa, z jego mniej czy bardziej charakterystycznymi elementami, stanowią centrum powieści. Wspomniałam o przedwojennych czasach, ale to jeszcze sprzed I wojny światowej, akcja rozpoczyna się dwa lata przed końcem XIX wieku, a więc w zaborze austriackim.
Powieść przyniosła mi zagadkę - gdzie mieściło się Biuro Wodociągowe, w którym pracował pan Pług. W książce wspomina się, że "u stóp Wawelu". Z radością pomyślałam o dwutomowym wydawnictwie "Wodociągi Krakowa", stojącym w kuchni obok biurka... tyle że zerknę tam jutro, bo mi już z łóżka nie chciało się wstać. Ale jak to dobrze mieć w domu odpowiednią literaturę! Tymczasem na drugi dzień zajrzałam do tych "Wodociągów" i... guzik znalazłam, owszem, jest w jednym miejscu wzmianka, że jakieś tam pomiary zostały wykonane w Biurze Wodociągów przy ul. Podzamcze, ale to wszystko. Ani zdjęcia ani dokładniejszego adresu. Carramba! Teraz mnie to będzie gryzło.
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Literackie Kraków 1962, 342 strony
Z własnej półki (kupione na allegro 10 kwietnia 2014 roku za 5,50 zł)
Przeczytałam 7 sierpnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ polski film z 1956 roku - KONIEC NOCY - reż. Julian Dziedzina, Paweł Komorowski, Walentyna Uszycka
Na YT w całości:
Romek pracuje jako kierowca w bazie transportowej. Niestety, nie cieszy się najlepszą opinią. Pewnego dnia brawurowo prowadząc ciężarówkę popełnia liczne wykroczenia, a nawet potrąca przechodnia. Interweniuje milicja. Romek zostaje zwolniony. Nadmiar wolnego czasu wypełnia libacjami i drobnymi kradzieżami. Dokonuje ich wspólnie z przyjaciółmi - Edkiem, Filipem i Małym. Danka - dziewczyna Filipa, jest w ciąży. Początkowo chłopak chce, by usunęła dziecko. Potem jednak próbuje się ustatkować i podjąć pracę. Tymczasem jego kumple wciąż wiodą życie "niebieskich ptaków". Kradną i biesiadują. Podczas jednej z suto zakrapianych imprez dochodzi do bójki... "Koniec nocy" jest wspólną pracą dyplomową absolwentów Łódzkiej Szkoły Filmowej. Debiut jak to debiut, nie jest wolny od wad. Na szczęście nie przesądzają one o wartości filmu. Młodym autorom udało się bowiem, w manierze bliskiej włoskiemu neorealizmowi, pokazać trochę prawdy o pokoleniu dwudziestolatków z drugiej połowy lat pięćdziesiątych. Prawdy bynajmniej nie podnoszącej na duchu, dalekiej od socrealistycznych schematów. Młodzież z "Końca nocy" nie wykonuje 250 procent normy, nie tępi wrogów klasowych. Wręcz przeciwnie: cechuje ją nihilizm, lęk przed nudą, wewnętrzna pustka. By ją zagłuszyć Romek, Edek, Filip i Mały schodzą na drogę przestępstwa i stopniowo wykolejają się. Czy zdążą się w porę zatrzymać i zawrócić? Na planie "Końca nocy" swe pierwsze kroki w przemyśle filmowym stawiali artyści tej miary, co Zbigniew Cybulski i Roman Polański. Krytyka zauważyła i doceniła również kreacje Ryszarda Filipskiego i Katarzyny Karskiej.
7/10
2/ japońskie ZAPISKI WŁAŚCICIELA CZYNSZOWEJ KAMIENICY (Nagaya shinshiroku), reż. Yasujirô Ozu, 1947
Na YT cały, z angielskimi napisami:
Historia porzuconego przez ojca chłopca, przygarniętego przez wdowę Tane, w realiach powojennej Japonii.
7/10
sobota, 8 sierpnia 2015
Romain Rolland - Colas Breugnon
Pierwsze zdanie z "Przyślę panu list i klucz" to cytat z tej właśnie powieści. Sięgnęłam więc na półkę, by sobie przypomnieć, odświeżyć. A tymczasem odnoszę wrażenie, że czytałam po raz pierwszy - mimo, że sporo francuskiej literatury przerobiłam jeszcze będąc w domu. A może wtedy, w szkolnych, licealnych czasach byłam na Colasa Breugnon za głupia? I dlatego nie wbił mi się w pamięć?
Tymczasem to znakomita rzecz! Dawno już tak często podczas lektury nie zatrzymywałam się i nie zadumywałam, nie porównywałam, nie wyciągałam wniosków, nie grzebałam w pamięci za wspomnieniami...
Colas Breugnon to starzec stojący u kresu życia - tak tak, jak na owe czasy, bowiem ma lat pięćdziesiąt - a czasy te to początek XVII wieku. Pełen radości życia Burgund dokonuje podsumowania swego życia, opisując wydarzenia dziejące się w przeciągu jednego roku. A jest tego sporo, bo i nadejście zarazy, i utrata żony, i domu, który padł ofiarą nadgorliwości współmieszczan, nie wspominając o złamaniu nogi, co w ostateczności zmusiło Breugnona do zamieszkania u córki. A jednak Colas cały czas chwali życie, jego bujność i bogactwo, raduje się każdą okazją do wypitki, każdym kawałkiem wieprzowiny do wrzucenia na ruszt, chwali się swą sztuką rzeźbiarską (nie byle jaki z niego rzemieślnik), podziwia odradzającą się przyrodę i zmusza wręcz czytelnika, by podzielał jego poglądy, kpił sobie z możnowładców tego świata i cieszył się swym małym światkiem. To powieść tak ciepła i pogodna, że zdolna zarazić swym optymizmem najgorszego ponuraka.
Początek:
Koniec:
Wyd. PIW Warszawa 1954, wyd.VI, 198 stron
Tytuł oryginalny: Colas Breugnon
Przełożył: Franciszek Mirandola
Z własnej półki (z Ojczastych zasobów)
Przeczytałam 6 sierpnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film rosyjski KINO PRO KINO z 2002 roku, reż. Walerij Rubinczik
Konia z rzędem komuś, kto potrafi znaleźć film o takim tytule na YT!
Zresztą, nie warto szukać. Film kiepski. Rosyjska wersja "Osiem i pół".
2/ spaghetti-western z listy TOP250 IMDB - DOBRY, ZŁY I BRZYDKI (Il buono, il brutto, il cattivo), reż. Sergio Leone, 1966
Na YT w całości:
9/10
A dziś zaczęłam powracać do klimatów szpitalnych za pomocą serialu SZPITAL NA PERYFERIACH PO DWUDZIESTU LATACH (Nemocnice na kraji města po dvaceti letech), 2003
I wiecie co, przypomniało mi się nieprzyjemne uczucie, gdy wiozą na operację - otóż ma się wrażenie, że pędzą z tym łóżkiem, miga w oczach, jedna lampa na suficie za drugą i tak bardzo chciałoby się zwolnić...
Leżenie w łóżku mi doskwiera (nigdy bym nie przypuszczała, że to powiem! ja, co każdy weekend spędzałam w łóżku właśnie!), już mam tego serdecznie dość i dziś zaścieliłam je, nakryłam kapą, położyć się zawsze mogę, ale dość wylegiwania się pod kołdrą! Gdyby nie ten upał, może bym przejechała się do miasta... Tymczasem wróciłam do (okropnie zaniedbanego) czeskiego, stwierdziłam, że muszę od początku wszystko powtórzyć.
Tymczasem to znakomita rzecz! Dawno już tak często podczas lektury nie zatrzymywałam się i nie zadumywałam, nie porównywałam, nie wyciągałam wniosków, nie grzebałam w pamięci za wspomnieniami...
Colas Breugnon to starzec stojący u kresu życia - tak tak, jak na owe czasy, bowiem ma lat pięćdziesiąt - a czasy te to początek XVII wieku. Pełen radości życia Burgund dokonuje podsumowania swego życia, opisując wydarzenia dziejące się w przeciągu jednego roku. A jest tego sporo, bo i nadejście zarazy, i utrata żony, i domu, który padł ofiarą nadgorliwości współmieszczan, nie wspominając o złamaniu nogi, co w ostateczności zmusiło Breugnona do zamieszkania u córki. A jednak Colas cały czas chwali życie, jego bujność i bogactwo, raduje się każdą okazją do wypitki, każdym kawałkiem wieprzowiny do wrzucenia na ruszt, chwali się swą sztuką rzeźbiarską (nie byle jaki z niego rzemieślnik), podziwia odradzającą się przyrodę i zmusza wręcz czytelnika, by podzielał jego poglądy, kpił sobie z możnowładców tego świata i cieszył się swym małym światkiem. To powieść tak ciepła i pogodna, że zdolna zarazić swym optymizmem najgorszego ponuraka.
Początek:
Koniec:
Wyd. PIW Warszawa 1954, wyd.VI, 198 stron
Tytuł oryginalny: Colas Breugnon
Przełożył: Franciszek Mirandola
Z własnej półki (z Ojczastych zasobów)
Przeczytałam 6 sierpnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film rosyjski KINO PRO KINO z 2002 roku, reż. Walerij Rubinczik
Konia z rzędem komuś, kto potrafi znaleźć film o takim tytule na YT!
Zresztą, nie warto szukać. Film kiepski. Rosyjska wersja "Osiem i pół".
2/ spaghetti-western z listy TOP250 IMDB - DOBRY, ZŁY I BRZYDKI (Il buono, il brutto, il cattivo), reż. Sergio Leone, 1966
Na YT w całości:
9/10
A dziś zaczęłam powracać do klimatów szpitalnych za pomocą serialu SZPITAL NA PERYFERIACH PO DWUDZIESTU LATACH (Nemocnice na kraji města po dvaceti letech), 2003
I wiecie co, przypomniało mi się nieprzyjemne uczucie, gdy wiozą na operację - otóż ma się wrażenie, że pędzą z tym łóżkiem, miga w oczach, jedna lampa na suficie za drugą i tak bardzo chciałoby się zwolnić...
Leżenie w łóżku mi doskwiera (nigdy bym nie przypuszczała, że to powiem! ja, co każdy weekend spędzałam w łóżku właśnie!), już mam tego serdecznie dość i dziś zaścieliłam je, nakryłam kapą, położyć się zawsze mogę, ale dość wylegiwania się pod kołdrą! Gdyby nie ten upał, może bym przejechała się do miasta... Tymczasem wróciłam do (okropnie zaniedbanego) czeskiego, stwierdziłam, że muszę od początku wszystko powtórzyć.
czwartek, 6 sierpnia 2015
Maria Pruszkowska - Przyślę panu list i klucz
Nie mogłam się powstrzymać od sięgnięcia po raz kolejny po kultową powieść Pruszkowskiej. No ale kto powiedział, że książkę można czytać tylko raz? Albo tylko dwa razy? Albo trzy? Już sama nie wiem, który raz czytam Przyślę panu list i klucz... zdecydowanie to były dobrze zainwestowane pieniądze, wtedy na allegro :)
Mam część drugą, mam część trzecią, która tak naprawdę jest osobną powieścią, ale to po pierwszą wyciągam rękę z rozkoszą.
Musiałam do zdjęcia odsunąć paki... tak, wiem, nie wolno mi dźwigać... sąsiadka przed szpitalem jeszcze uszczęśliwiła mnie kartonami, bo niby remont jakiś robi, a w rzeczywistości gości córkę i musi na ten czas opróżnić z pudeł mały pokój, żeby móc sobie rozłożyć tam materac do spania. Na Boże Narodzenie też miałam u siebie jej paczki. Jest dla mnie żywym ostrzeżeniem przed zagracaniem domu :) Ale że to już jest wydarzenie cykliczne: przyjeżdża córka - ja mam burdel, zaczynam przemyśliwać nad włamaniem się do niej i wyrzuceniem jej raz na zawsze tych wszystkich bambetli :)
Przyślę panu list i klucz - jak zwykle - nie zawiodło. Przyniosło odpowiednią dawkę humoru, nostalgii, wspomnień o lekturach... i impuls do sięgnięcia po nowe książki. Pierwszą właśnie kończę :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1972, 145 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 4 sierpnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ KANAŁ Wajdy, na YT w całości - wersja odrestaurowana:
8/10
2/ japoński BYŁ SOBIE OJCIEC (Chichi ariki), reż. Yasujirô Ozu, 1942
Na YT z angielskimi napisami, ja oglądałam po rosyjsku :)
8/10
Mam część drugą, mam część trzecią, która tak naprawdę jest osobną powieścią, ale to po pierwszą wyciągam rękę z rozkoszą.
Musiałam do zdjęcia odsunąć paki... tak, wiem, nie wolno mi dźwigać... sąsiadka przed szpitalem jeszcze uszczęśliwiła mnie kartonami, bo niby remont jakiś robi, a w rzeczywistości gości córkę i musi na ten czas opróżnić z pudeł mały pokój, żeby móc sobie rozłożyć tam materac do spania. Na Boże Narodzenie też miałam u siebie jej paczki. Jest dla mnie żywym ostrzeżeniem przed zagracaniem domu :) Ale że to już jest wydarzenie cykliczne: przyjeżdża córka - ja mam burdel, zaczynam przemyśliwać nad włamaniem się do niej i wyrzuceniem jej raz na zawsze tych wszystkich bambetli :)
Przyślę panu list i klucz - jak zwykle - nie zawiodło. Przyniosło odpowiednią dawkę humoru, nostalgii, wspomnień o lekturach... i impuls do sięgnięcia po nowe książki. Pierwszą właśnie kończę :)
Początek:
Koniec:
Wyd. Wydawnictwo Morskie Gdańsk 1972, 145 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 4 sierpnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ KANAŁ Wajdy, na YT w całości - wersja odrestaurowana:
8/10
2/ japoński BYŁ SOBIE OJCIEC (Chichi ariki), reż. Yasujirô Ozu, 1942
Na YT z angielskimi napisami, ja oglądałam po rosyjsku :)
8/10
wtorek, 4 sierpnia 2015
Edmund Niziurski - Siódme wtajemniczenie
W tym miesiącu powinnam czytać zbiór opowiadań NIKODEM I TAJEMNICA GABINETU, ale research w bibliotekach krakowskich wykazał, że mają go jedynie w jednej filii nowohuckiej, stanowczo odmawiam jazdy tam w najbliższym czasie, więc pożyczyłam w swojej osiedlowej Jordanówce następną powieść. Niestety tylko w takim brzydkim wydaniu mieli. W czasach szkolnych czytałam ładniejsze :)
Tytuł Siódme wtajemniczenie jakoś nic mi nie mówił, dopiero gdy zobaczyłam, że pierwotny tytuł to Twierdza Persil, od razu mi się wszystko przypomniało. Jedna z najulubieńszych lektur Niziurskiego. Typowo chłopacka - akcja znów w szkole męskiej, gdzie rywalizują ze sobą dwa gangi: Blokerów i Matusów - ale i dla mnie, dziewczynki, niesamowicie wciągająca i pociągająca. Pamiętam, jak marzyłam o takich przygodach, o tym, żeby i w moim otoczeniu działy się takie rzeczy, żeby chłopcy mieli takie miejsce, jak twierdza Persil, żeby mlekoza, serkoza, żeby nagrywanie, paczki dla jeńców, Kołomyja, Interkot :)
I mimo, że książka ma smutny wydźwięk, bo przecież Cykuś traci młodzieńcze złudzenia, to jednak zapamiętuje się głównie klimat wiecznej zabawy.
Aż dziw, że nigdy nie pokuszono się o ekranizację.
Nawiasem mówiąc, we wrześniu będzie premiera KLUBU WŁÓCZYKIJÓW! Ale przeniesionego w nasze komputerowe czasy.
Początek tomu I:
Koniec tomu I:
Początek tomu II:
Koniec tomu II:
Wyd. Siedmioróg Wrocław 1992, tom I - stron 155, tom II - stron 201
Z biblioteki
Przeczytałam 3 sierpnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
Wrzuciłam na ruszt włoską bajkę o tym, co by było, gdyby tak wskutek machinacji polityków prezydentem Włoch został wybrany zwykły człowiek.
Nazywa się to BENVENUTO PRESIDENTE, reż. Riccardo Milani, 2013
Na YT w całości:
7/10
Tytuł Siódme wtajemniczenie jakoś nic mi nie mówił, dopiero gdy zobaczyłam, że pierwotny tytuł to Twierdza Persil, od razu mi się wszystko przypomniało. Jedna z najulubieńszych lektur Niziurskiego. Typowo chłopacka - akcja znów w szkole męskiej, gdzie rywalizują ze sobą dwa gangi: Blokerów i Matusów - ale i dla mnie, dziewczynki, niesamowicie wciągająca i pociągająca. Pamiętam, jak marzyłam o takich przygodach, o tym, żeby i w moim otoczeniu działy się takie rzeczy, żeby chłopcy mieli takie miejsce, jak twierdza Persil, żeby mlekoza, serkoza, żeby nagrywanie, paczki dla jeńców, Kołomyja, Interkot :)
I mimo, że książka ma smutny wydźwięk, bo przecież Cykuś traci młodzieńcze złudzenia, to jednak zapamiętuje się głównie klimat wiecznej zabawy.
Aż dziw, że nigdy nie pokuszono się o ekranizację.
Nawiasem mówiąc, we wrześniu będzie premiera KLUBU WŁÓCZYKIJÓW! Ale przeniesionego w nasze komputerowe czasy.
Początek tomu I:
Koniec tomu I:
Początek tomu II:
Koniec tomu II:
Wyd. Siedmioróg Wrocław 1992, tom I - stron 155, tom II - stron 201
Z biblioteki
Przeczytałam 3 sierpnia 2015 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
Wrzuciłam na ruszt włoską bajkę o tym, co by było, gdyby tak wskutek machinacji polityków prezydentem Włoch został wybrany zwykły człowiek.
Nazywa się to BENVENUTO PRESIDENTE, reż. Riccardo Milani, 2013
Na YT w całości:
7/10
niedziela, 2 sierpnia 2015
Grigorij Bakłanow - Najmłodszy z braci
No, jestem. Żywa. Acz nie cała, coś tam wycięli i nawet nie oddali, choć mię tu niektórzy nachodzą, że na pamiątkę powinnam kamienie dostać. Ale to dla amatorów raczej, specyficznych pamiątek :) Jak by mię chciano obdarować jakimiś kamykami, to ja już raczej poproszę diamenty. W aksamitnym woreczku.
Wszystko dobrze poszło, na operację po zgłoszeniu się do szpitala, czekałam tylko pół godziny, zdążyłam się rozlokować w przydzielonej mi szafce i nieco zaszpanować na korytarzu nowym szlafroczkiem (specjalnie w szpitalnym celu nabytym, bo ja raczej nie jestem szlafrokowa), a tu pakują mnie na łóżko i wiozą. Ba, nawet na głowę jakąś zieloną czapkę zakładają - co jest bezczelnością, bo ja nawet w największy mróz sobie na coś takiego nie pozwalam. Mówią, że zaraz zasnę, ja im próbuję nie wierzyć, biję się chwilę z własnymi powiekami, ale Oni są górą. I oto już coś do mnie mamroczą, pytam, która godzina, za dwadzieścia dziesiąta, no jak to, przecież dopiero co było piętnaście po siódmej! Wracam na salę, podpinają mnie do kroplówki i... no tak, naprawdę jest już po wszystkim. Bólu nie czuję, zresztą potem przeczytałam na korytarzu, że szpital ma właśnie duże osiągnięcia w walce z bólem i on tam nie ma prawa bytu.
Zaczynają się nudy. Gorzko pożałowałam, że nie zabrałam małego odtwarzacza DVD. Gorzko pożałowałam, że nie zabrałam własnego jaśka (spać bez jaśka trudno). Książkę skończyłam dziś rano, bardzo ją zresztą oszczędzając i co dalej. Ostatnie godziny wlokły się niesamowicie. Już rozważałam opcję udania się na postój taxi w koszuli nocnej i w kapciach, nie mogąc się doczekać córki z ubraniem :) Ot, zwykły widoczek na Kazimierzu w niedzielne południe :)
No ale wreszcie jestem w domu i teraz zacznie się najtrudniejsze: dieta. Na obiad w szpitalu było bardzo pyszne mięsko, ja sobie takiego nie zrobię :( ale mam zapas kaszy mannej i sucharków, to jakoś przeżyję. Osłodzę sobie żywot jaką miłą lekturą... chodzi mi po głowie Brillat-Savarin, czyż nie adekwatnie?
A tymczasem melduję, że Najmłodszy z braci zaliczony.
Grigorij Bakłanow to dla mnie świeżynka. Wymieniają tu inne jego powieści, ale ich nie mam.
O Najmłodszym z braci napisano na skrzydełku:
I tym się muszę wykręcić na dzisiaj, bom deczko zmęczona,jak się okazuje i chyba czas zdjąć laptopa z mojego poranionego brzucha :)
Początek:
Koniec:
Wyd. PIW Warszawa 1986, wyd.I, 143 strony
Seria: Współczesna Proza Światowa (Czarna seria)
Tytuł oryginalny: Mieńszij sriedi bratiew /Меньший среди братьев
Przełożyła: Wiera Bieńkowska
Z własnej półki
Przeczytałam 2 sierpnia 2015 roku
Wieczorem sobie zapodam film, bo gdzieżby tam Rosjanie nie zekranizowali jakiejś książki :)
Jest w 2 częściach na YT:
NAJNOWSZE NABYTKI
Przed szpitalem zajrzałam jeszcze do Księgarni Akademickiej, a tam wśród uniwersyteckich monografii jest Collegium Minus, nie wiem, jakim cudem go przegapiłam do tej pory:
Wszystko dobrze poszło, na operację po zgłoszeniu się do szpitala, czekałam tylko pół godziny, zdążyłam się rozlokować w przydzielonej mi szafce i nieco zaszpanować na korytarzu nowym szlafroczkiem (specjalnie w szpitalnym celu nabytym, bo ja raczej nie jestem szlafrokowa), a tu pakują mnie na łóżko i wiozą. Ba, nawet na głowę jakąś zieloną czapkę zakładają - co jest bezczelnością, bo ja nawet w największy mróz sobie na coś takiego nie pozwalam. Mówią, że zaraz zasnę, ja im próbuję nie wierzyć, biję się chwilę z własnymi powiekami, ale Oni są górą. I oto już coś do mnie mamroczą, pytam, która godzina, za dwadzieścia dziesiąta, no jak to, przecież dopiero co było piętnaście po siódmej! Wracam na salę, podpinają mnie do kroplówki i... no tak, naprawdę jest już po wszystkim. Bólu nie czuję, zresztą potem przeczytałam na korytarzu, że szpital ma właśnie duże osiągnięcia w walce z bólem i on tam nie ma prawa bytu.
Zaczynają się nudy. Gorzko pożałowałam, że nie zabrałam małego odtwarzacza DVD. Gorzko pożałowałam, że nie zabrałam własnego jaśka (spać bez jaśka trudno). Książkę skończyłam dziś rano, bardzo ją zresztą oszczędzając i co dalej. Ostatnie godziny wlokły się niesamowicie. Już rozważałam opcję udania się na postój taxi w koszuli nocnej i w kapciach, nie mogąc się doczekać córki z ubraniem :) Ot, zwykły widoczek na Kazimierzu w niedzielne południe :)
No ale wreszcie jestem w domu i teraz zacznie się najtrudniejsze: dieta. Na obiad w szpitalu było bardzo pyszne mięsko, ja sobie takiego nie zrobię :( ale mam zapas kaszy mannej i sucharków, to jakoś przeżyję. Osłodzę sobie żywot jaką miłą lekturą... chodzi mi po głowie Brillat-Savarin, czyż nie adekwatnie?
A tymczasem melduję, że Najmłodszy z braci zaliczony.
Grigorij Bakłanow to dla mnie świeżynka. Wymieniają tu inne jego powieści, ale ich nie mam.
O Najmłodszym z braci napisano na skrzydełku:
I tym się muszę wykręcić na dzisiaj, bom deczko zmęczona,jak się okazuje i chyba czas zdjąć laptopa z mojego poranionego brzucha :)
Początek:
Koniec:
Wyd. PIW Warszawa 1986, wyd.I, 143 strony
Seria: Współczesna Proza Światowa (Czarna seria)
Tytuł oryginalny: Mieńszij sriedi bratiew /Меньший среди братьев
Przełożyła: Wiera Bieńkowska
Z własnej półki
Przeczytałam 2 sierpnia 2015 roku
Wieczorem sobie zapodam film, bo gdzieżby tam Rosjanie nie zekranizowali jakiejś książki :)
Jest w 2 częściach na YT:
NAJNOWSZE NABYTKI
Przed szpitalem zajrzałam jeszcze do Księgarni Akademickiej, a tam wśród uniwersyteckich monografii jest Collegium Minus, nie wiem, jakim cudem go przegapiłam do tej pory:
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































