Ciągle międlę ten praski kryminał, ale że spodziewałam się napływu książek (o czym niżej), to walnęłam na szybko Żukrowskiego 😂 Przyniesiony swego czasu z którejś knihobudki przez córkę. Nie ma loga lektury szkolnej, ale na ówczesne czasy nadawał by się niewątpliwie: rzecz dzieje się w Wietnamie, biedni wieśniacy ciężko pracują na tłustych panów, sami często głodując. Wśród ciemiężycieli zmieniają się też Francuzi i Japończycy, a gdy wreszcie chłopi podnoszą bunt i wybucha wojna domowa, Polska przychodzi im z pomocą. Dlatego w nagrodę dostaje (kto? Polska) starego słonia, który całe życie pomagał w ciężkiej harówce w dżungli. Teraz sobie odpocznie w ZOO. No cóż.
Mogłabym tu rozwinąć wątek tej nagrody z Wodociągów, ale boję się po złych doświadczeniach na tym blogu 😁
Początek:
Koniec:
Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1964, 50 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 7 maja 2024 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Jeszcze w poprzednią niedzielę usiadłam przed laptopem wyszukać pragensie, które wyszły od zeszłego roku, żeby wiedzieć, czego szukać w Pradze za chwilę. I już przy pierwszej książce okazało się, że można ją kupić w Polsce. Zaczęłam wpisywać następne tytuły i takoż. W rezultacie zrobiłam wielki zakup (tego bym nie przywiozła w walizce, paczka ważyła 13 kg). Wydałam co prawda pół emerytury 🤣 ale tym bardziej nie mogłam się doczekać, a tu długi weekend wszedł w paradę. W teorii mogłam je z Czech sprowadzić, ale odkąd koszt wysyłki przekroczył stówę, mam wewnętrzne opory... Tu zapłaciłam 35 zł, z czego połowa to był kurier, a druga połowa pakowanie (nowość dla mnie).
Książki wczoraj dotarły i aż mi się nie chciało iść do roboty, tylko bym oglądała, wiadomo.
Tej na samym dole w życiu bym nie przywiozła, zajęła by przecież pół walizki! Toteż i kosztowała swoje, ale nie powiem, ile - bo się wstydzę 😉 To już ostatni taki zakup...
W Pradze będę już tylko patrzeć po drobiazgach w antykwariatach. Ale jak nie kijem go, to pałką - skoro nie mam już możliwości ściągania czeskich filmów (nieodżałowane ulozto.cz), to może oprócz zwyczajowej wizyty w Bazarze DVD, gdzie wygrzebuję z pudeł takie wydania kioskowe, wybiorę się znów do telewizji i kupię jakieś seriale? Jeszcze nie wiem, ale na wszelki wypadek zabiorę trochę więcej koron. Kurde, kto wie, czy na przykład nie ostatni raz jadę? Co to człowiek przyszłość przewidzi?
I taka rozumiecie pełna entuzjazmu po tej pace zaglądam dziś po raz pierwszy na prognozy pogody i... powiedzcie, że TO ŻART!!!
Zaczęłam czytać kryminał czeski taki gruby i idzie mi jak krew z nosa, normalnie nie wiem, czy przed wyjazdem go zmęczę 😁 Więc wczoraj, gdym się wybierała ze Śmieciarki odebrać parę Czterech Kątów dla przejrzenia w wolnej chwili, zabrałam do autobusu tę Jaworczakową. Żeby tu przestoju nie było na blogu 😎 Nawiasem mówiąc mam już "załadowane" książeczki dla dzieci na Pragę.
Coś ci powiem, Stokrotko... to opowieść o nieśmiałej dziewczynce, która właśnie ma iść do pierwszej klasy i bardzo się tego boi. Ale dostaje od cioci malutkiego Misiaczka i ten będzie jej dodawał odwagi we wszystkim, a także prostował błędne postępki, mówiąc to tytułowe zdanie. Nie jest łatwo zawierać nowe przyjaźnie, ale we dwójkę można sobie ze wszystkim poradzić.
Nie wiem, czy to była szkolna lektura i znowu nie wiem, z kiedy to wydanie, bo... tak, wyrwana kartka tytułowa. I nawet ślady po zszywaczu, książka była widać obłożona w folię.
A Cztery Kąty z lat 2022-2023 nuuuudne. Znaczy dopiero dwa przejrzałam, ale wnętrza jak z żurnala, a nie jak u ludzi 😁 Chodzę teraz rano i wieczorem odkręcać kury u sąsiadki, która wyjechała w świat i tak sobie myślę, że niby fakt, zagracone okrutnie, ale to mieszkanie żyje, widać, że tu mieszkają kobiety, że kolekcjonują tamto czy śmamto, że co prawda nigdy by nie trafiło do czasopism, ale ma coś w sobie.
Początek:
Koniec:
Wyd. Nasza Księgarnia i 120 stron
Przeczytałam 3 maja 2024 roku
Wzywałam wczoraj pomocy, bo z okazji majówki chciałam urządzić inaugurację tego nieszczęsnego frajera i nie dość, że byłam w wielkim strachu, to jeszcze po rozpakowaniu zanabytej w Lidlu karkówki w marynacie okazało się, że to nie kawałek mięsa (com go planowała upiec), ale cztery kotleciory. Które mi się przecież nie mieściły na tej tam kratce. No, ale przemyślałam sprawę i stwierdziłam, że przecież nic się nie stanie, gdy zrobię dwa, a drugie dwa poczekają na dzisiaj. Emocje jednak były ogromne, całe szczęście, że poprzedniego dnia wydrukowałam na Fabryce* instrukcję, bo bym za diabła nie wiedziała, co z tym. Emocje wiązały się również z zaleceniem z tejże instrukcji, że frajer nie ma stać w trakcie użytkowania pod wiszącymi szafkami. A niby kurna gdzie, na klatce schodowej?!
Wszystko jednak dobrze się skończyło, dziś nastąpiła powtórka - z drugim strachem, czy jak włączę jednocześnie dwie maszyny (bo i ryżowar), to nie wywali korków. Nie żeby tu były jakieś problemy, ale pamiętałam z Dżendżejowa, że jak się tam włączało mikrofalę, to trzeba było wcześniej wyłączyć termę, a czajnik elektryczny w ogóle odpadał - i jakoś mi się to zakodowało 🤣
* byłam sama w robocie i rządziłam 😂
A teraz obiecany trzeci ruski film.
Na FB wyświetlił mi się fragment radzieckiego filmu, który mnie bardzo rozbawił, więc dopytałam, co to za jeden i dowiedziałam się, że to Operacja Y (polski tytuł Przygody Szurika).
Film składa się z trzech nowel połączonych osobą głównego bohatera Szurika. Druga nowela (zaczyna się w 30-tej minucie) opowiada o sesji na uczelni. Szurik dorabiał sobie na budowie i teraz nie ma porządnych notatek z wykładów, pożyczył co prawda z biblioteki jakieś grube tomiszcze, ale do kitu ono jest.
I teraz przechodzimy do 33 minuty czyli tego fragmentu, który mnie tak zachęcił. W tramwaju zauważa dwie studentki, które pilnie czytają te matematyczne wygibasy w zeszycie jednej z nich. Wysiada razem z dziewczyną od zeszytu, która myśli, że jest z koleżanką, idą razem cały czas ucząc się z notatek, dochodzą do niej do domu, tam dalej czytają, jedzą, nawet rozbierają się, bo jest gorąco - ale żadne nie widzi drugiej osoby, tylko ten zeszyt 😂 Oboje zdają, ale jest ciągle dalszy tej znajomości 😁 Polecam, ma nawet polskie napisy, jak by co.
Doncową znalazłam kiedyś na półce w Jordanówce i zadowolona zabrałam się teraz za lekturę (ponowną, czytałam przed dekadą pożyczoną z biblioteki), gdy okazało się, że to nie jakiś czytelnik zostawił ją na półce z darmochą, tylko... no, kto, skoro wyrwana kartka tytułowa i wycięty fragment ostatniej kartki? Już wiecie? Nie mam siły do tej kobiety... Co za mania.
Teraz, gdy przeczytałam Słodkiego padalca po raz drugi, przypomniałam sobie po raz setny, jak to się stało, że wróciłam do rosyjskiego - czyli, że ktoś gdzieś na jakimś forum napisał, że Doncową o wiele lepiej czyta się w oryginale i postanowiłam spróbować. Istotnie czytana w polskim tłumaczeniu wiele traci (choć oczywiście tak czy siak jest to lekka, wręcz bardzo lekka lektura).
Początek:
Koniec:
Wyd. NIE MA DANYCH Z POWODU WYRWANEJ KARTKI...
Z własnej półki
Przeczytałam 27 kwietnia 2024 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
One nie są wcale najnowsze, tylko zapomniane. Zweiga znalazłam w biblioteczce plenerowej, którą się opiekuję - zawiozłam inne, a przywiozłam tę. Przyznam się, że zawsze myślałam, że 24 godziny z życia kobiety to powieść... A Centkiewiczów z kolei znalazła gdzieś moja córka.
Timura (z lewej) wzięłam, bo takie stare wydanie 😉 Ten z prawej to mój wcześniejszy egzemplarz, żadnego się nie pozbędę!
Gajdara jeszcze mam te dwie poniżej oraz Dym w lesie i Czuk i Hek, ale te ostatnie gdziesik schowane.
A dwie młodzieżówki po niemiecku znalazłam wczoraj na półce w Jordanówce i z triumfem przyniosłam do domu, no bo przecież na emeryturze będę się uczyć języków!
Miałam dziś wolny dzień, więc spędziłam go bardzo pracowicie.
Mianowicie pojechałam do ZUS-u. Bowiem mianowicie skarbówka robi w bolo emerytów o niższych dochodach w ten sposób, że pobiera podatek, gdy jest trzynastka i czternastka dodana do emerytury - nie zlicza w stosunku rocznym, tylko miesięcznym wówczas. Potem ZUS przysyła PIT 11A, gdzie sugeruje, że jest rozliczone na zero - gdy tymczasem skarbówka jest winna podatnikowi pieniądze. Jeśli podatnik się nie zorientuje, to jego strata.
Na nasz krakowski adres żaden PIT 11A Ojczastego nie przyszedł, więc monitowałam brata, żeby sprawdzał skrzynkę na starym mieszkaniu. Mówił, że nic nie ma. W końcu wczoraj pojechał do dżendżejowskiego ZUS-u i tam mu powiedzieli, że owszem, wysłali ten PIT, ale nie dowie się nawet na jaki adres, nie mówiąc o otrzymaniu kopii, bo nie jest upoważniony.
Tak więc ja dzisiaj udałam się do naszego ZUS-u z wypełnionym pełnomocnictwem na siebie. Bardzo miła i pomocna pani wszystko wyszukała i oto:
- ZUS dżendżejowski od 24 maja zeszłego roku nie zebrał się w sobie, żeby wysłać akta do Krakowa, więc oni nic nie mają
- brat od tegoż 24 maja 2023 jest upoważniony, tyle że zapisali to pod Peselem Ojczastego, a nie brata i pewnie dlatego wczoraj uznali, że takiego pełnomocnictwa nie ma
- i clou: ten zaginiony PIT 11A został wysłany na adres... brata właśnie. To, że nie doszedł, to inna sprawa, ale przecież to są IDIOCI. Stoi przed nimi facet, do którego wysłali PIT i mówią mu, że nie mogą mu nic zdradzić 🤣
No nic, miła pani podyktowała mi kwoty (nie mogła wydrukować, tylko podejrzeć, no bo to nie z jej oddziału ciągle). Kurcgalopkiem do domu, bo przecież dziś ostatni dzień składania zeznań rocznych. Sprawdzam w internecie, który to PIT (jakoś ich nie odróżniam) - oczywiście PIT 37, którego nie mam. No, ale załatwiam po sąsiedzku jeden egzemplarz, wypełniam - i 306 zł do zwrotu. Byłoby przepadło!
Pozostało dać go Ojczastemu do podpisania* i na pocztę. Znalazłam kopertę A4, więc złożyłam ją na pół, pozaklejałam taśmą boki, nakleiłam znalezione dwa znaczki po 3,30 zł (że resztę za polecony dopłacę na miejscu), odstałam swoje w kolejce - żeby się dowiedzieć, że znaczki mi się zmarnują, albowiem za polecony nie można nimi zapłacić 🥴 A więc kupiłam nową kopertę, przeadresowałam, a starą pan w okienku mi poradził wykorzystać klasycznym sposobem: "odkleić znaczki nad parą i potem przykleić na inny list klejem". W międzyczasie za mną kolejka przestępowała z nogi na nogę.
* A to nie takie proste. Nie mógł odczytać, co to jest, ubzdurał sobie, że UBEZPIECZENIE NA ŻYCIE i teraz mnie męczy cały wieczór pytaniami, na ile go ubezpieczyłam 🤣🤣🤣🤣🤣
Żeby odreagować te urzędastwa, MUSIAŁAM obejrzeć ruski film 😁 Ba, w sumie trzy obejrzałam ostatnio. I wszystkie na You Tube (są napisy angielskie, jak by co), bo jak kiedyś wspominałam, mam obecnie ciężki dostęp do płyt w szufladzie pod łóżkiem.
1/ "Gdie nachoditsia nofelet" - historia o tym, jak energiczny kuzyn postanawia pomóc staremu kawalerowi znaleźć dziewczynę. Najlepszy sposób to zaczepiać na ulicy tytułowym pytaniem, każda wtedy dopytuje się, co to jest ten nofelet, bo nigdy nie słyszała. A nofelet to telefon, tyle że od końca 😁
2/ "Żenatyj chołostiak" - tu z kolei młody szofer
miejskiego autobusu Sierioża spotyka w pociągu Tamarę, która ma synka,
ale nigdy nie zaprezentowała jego ojca swoim rodzicom. Sierioża podaje
się za niego, rodzice zachwyceni, Tamara mniej. Do czasu oczywiście 😁
A trzeci to już następnym razem, bo mnie córka pogania z laptopem 😉
A jeszcze po filmie pojechałam do Castoramy kupić tę lampkę ledową na baterie, do piwnicy. Nie mają, nie prowadzą, oni tylko na prąd 😢 W d... was mam, pomyślałam, kupię sobie na allegro. Ale zajrzałam jeszcze do Auchana obok. I znalazłam sobie bluzkę. Przewiesiłam ją przez poręcz wózka, w którym była reszta zakupów (cztery kwiatki do skrzynek i jakieś duperela), odstałam swoje w ogromnej kolejce, a gdy już szłam na autobus, nagle:
- A gdzie jest moja bluzka?
Przecież w ogóle za nią nie płaciłam! Musiała się ześliznąć w tej kolejce i upaść na podłogę - ale że nikt z tyłu mi nie zwrócił uwagi? 😠
Chyba pojadę znowu w czwartek... Ale jak by co - nie cierpię sklepów!
***********************
Dopisek 3 maja
Słuchajcie, to jest jakaś masakra! Chciałam wreszcie wypróbować tego frajera, toteż nabyłam jakąś karkówkę już zamarynowaną w bardzo przyzwoitej cenie w Lidlu 😂 Teraz umyłam maszynę, wyciągnęłam z opakowania mięso... i co. I to nie jest kawałek do pieczenia, jak myślałam (prawie 70 dag), tylko cztery kotleciory. Raz, że się nie zmieszczą oczywiście, dwa, że przecież tego Ojczasty nie zmamle, nie wiem, co ja myślałam 🤣 Z tym, że to akurat nie jest wielki problem, zaraz mu nastawię zupę i będzie. Ale co z nami i z tym mięsem? Gdybym go nie wyciągnęła z folii, to mogłoby sobie poczekać jeszcze, ale teraz trzeba je przyrządzić dziś, nie? Kurka wodna!
RATUNKU!
A w tle babeczki, które jakoś tak nie wyrosły za bardzo (choć i tak smaczne) 😂
To chyba jasne, że jak sobota, to globus. W takich przypadkach z przyjemnością przekładam kąpiel Ojczastego na niedzielę, ale dziś się tak nie da, bo jutro przyjeżdża brat i trza być zwartym i gotowym na szpaciren. No nic, może po południu będzie lepiej? A może gorzej, oczywiście. Przed nami słynna (czy może osławiona) majówka. Ponieważ chodzę do pracy w poniedziałki, środy i piątki, miałabym przed sobą tylko JEDEN dzień na Fabryce 😂 ale te cholery wszystkie wzięły urlopy i w czwartek nie byłoby nikogo, więc kto odbierze telefony? Święta czyli ja. Zresztą myślę, że nikt o zdrowych zmysłach dzwonić nie będzie, a ja sobie porobię na spokojnie jakieś kserówki na Pragę 🤣
Rumunkę pożyczyłam z biblioteki, bo poleciła Agata. No warto było. Krótka powieść o tym, co w życiu jest ważne. Intensywna, wypełniona emocjami, poruszająca do bólu. Poetycka, choć tyle w niej nienawiści. Ale i miłości. Hipnotyzująca.
Początek:
Koniec:
Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2021, 148 stron
Tytuł oryginalny: Vara în care mama a avut ochii verzi
Przełożył: Dominik Małecki
Z biblioteki
Przeczytałam 23 kwietnia 2024 roku
Dzięki Dariuszowi/Hebiusowi dowiedzałam się wczoraj rano o tym wydarzeniu - możliwości obejrzenia klatki schodowej w pewnym bloku w Podgórzu, wymalowanej przez jednego z mieszkańców, który robił polichromie sakralne. Nawet nie znałam wcześniej jego nazwiska: Stanisław Jakubczyk. W czynie społecznym to zrobił, gdy w latach 60-tych tam zamieszkał. To są abstrakcyjne kompozycje na stropach.
Jednak klatek jest tam kilka, nie wiedziałam, której to dotyczy, drzwi zresztą zamknięte, ale natknęłam się na jedną z lokatorek w podwórku i ta mnie poprowadziła do właściwej, pokazała domofon, gdzie pod jednym z numerów była pracownia Jakubczyka (zmarł w 2018 roku), a pod innym mieszka synowa - wyobraźcie sobie, że na domofonie są nazwiska! - i trochę poopowiadała, a na końcu rzuciła, że do odważnych świat należy, bo się wahałam, czy dzwonić, żeby mi otwarto drzwi 😂
Klatkę spenetrowałam od góry do dołu, a po wyjściu na ulicę zachęciłam jakąś mamę z synem, którzy przyjechali na rowerach, do tego samego 😁
A niedaleko zobaczyłam, że czas się zatrzymał...
NAJNOWSZE NABYTKI
W sumie to powinnam zmienić tę nazwę na NAJNOWSZE ZNALEZISKA 🤣
Cztery bajeczki "na Pragę", jakiś Hrabal, jakaś nieznana mi młodzieżówka (córka już ją trzyma przy łóżku) i Münchhausen, którego prawdopodobnie nigdy nie czytałam. Po niderlandzki* pojechałam ze Śmieciarki gdziesik do Podgórza i zadziwiłam się - w bloku z pokręconymi korytarzami nagle ujrzałam szklane drzwi uchylone, a za nimi jakby przedpokój: na ścianach kolorowe tapety w kwiaty, z boku 3-drzwiowa szafa ubraniowa, różne bambetle. Okazało się, że jest to oddzielony fragment klatki schodowej wiodący do 2 czy 3 mieszkań - wyglądało zupełnie jak w mieszkaniu 😁 Oprócz niderlandzkiego wyszłam ze stertą filmów, bo do wzięcia był cały pakiet, ale wszystkie te filmy mam, więc teraz sama będę oddawać 😉
Kupiłam ten zewnętrzny napęd DVD do laptopa, ale coś mnie nie przekonuje. Swoją drogą nie wiem, czy mi wejście USB nie szwankuje... instrukcji do dvd nie ma żadnej i nie wiem, czy zielone światełko powinno cały czas świecić czy też migać, jak to czyni.
Przypomniałam sobie, że Uczynny Sąsiad wspominał - przy okazji wyrzucania z mojej piwnicy pudełka po uchwycie ściennym do tv - że żałuje, że sobie kupił taki bez możliwości odchylania/przechylania, bo za każdym razem, gdy chce podłączyć pędraka, jest problem. No to mu kupiłam takiego dzyndzla, którego i my mamy na stałe wpiętego do tv (nasz jest ładniejszy, róziowy 🤣, kiedyś na targach dostany). To tak na doczepkę, bo zasadniczo sprawę rozliczenia załatwiłam już wcześniej przy pomocy dwóch butelek i tarty 😁
No proszę, mam już za sobą drugi tom o XX-wiecznej architekturze Pragi 💚 Nie mówię, że pozostałe dwa przeczytam przed majowym wyjazdem, ale przed sierpniowym na pewno, no bo potem będzie znów rok czekania na kolejny wyjazd.
Jak patrzę na spis dzielnic lewobrzeżnych powyżej, to okazuje się, że w pięciu z nich w ogóle nie byłam. Toteż bym sobie je chętnie wrzuciła na listę, ale już wcale nie mam dużo czasu do dyspozycji: dwa dni to Open House, na dwa poprzedzające wykupiłam jakieś oprowadzania, na przedostatni dzień z kolei mam bilet na generalkę do teatru, więc paczcie ludzie, zostają poniedziałek - czwartek. A kto wie, co jeszcze się wydarzy lub co Věra wynajdzie. Bo ona też się przygotowuje do moich przyjazdów i szykuje mi niespodzianki 😁
Książka zaczyna się tym budynkiem - zwrócił moją uwagę zegarem słonecznym na ulicznej fasadzie, a że jest to w pobliżu stacji metra Hradčanská, gdzie bywam na zakupach w pobliskim Tesco 😉 no to dałam na listę. Następnego dnia cóż widzę na fejsbukowym zagadkowym profilu praskim? Właśnie ten dom 😂 Raz przynajmniej wiedziałam coś od razu!
Moje marzenie od dawna - zobaczyć to ⬆ wnętrze. To jest archiwum ubezpieczalni, dostęp do tych kartotek jest za pomocą przesuwnych wind z biurkiem dla pracownika. Gdyby kiedyś zgodzili się na uczestnictwo w Open House i otwarli* tę halę dla zwiedzających, poleciałabym na skrzydłach!
A tu powyżej było tak. Dom ma ciekawą dekorację na fasadzie, płaskorzeźbę przedstawiającą flisaków z pobliskiej Wełtawy, toteż sobie zapisałam w kajeciku, żeby tam iść. No, a wczoraj oglądam kolejny program Z metropole i cóż się dowiaduję? Że otóż właśnie dom zburzono. Kruca. Wszystko mi zwiną sprzed nosa. Dlaczego ta Praga nie jest bliżej, pytam się. Tak na dwie godziny drogi 😂
Wyd. Paseka, Praha 2013, 305 stron
Z własnej półki (kupione online 19 września 2017 roku 359 koron)
Przeczytałam 21 kwietnia 2024 roku
* otwarli = otworzyli - obie formy poprawne, choć ta pierwsza już rzadsza
Derechcja opublikowała wczoraj ogłoszenie o pracy za mnie. Jestem bardzo ciekawa, co z tego wyjdzie, bo okazuje się, że moja płaca (i tak mizerna) była skomponowana pode mnie, a teraz już proponują mniej 🤣
Tak że istnieje spore ryzyko, że nikogo nie znajdą. A ja w ramach dobrych chęci (co to nimi piekło etc.) zaproponowałam wcześniej, że jeśli nikt się nie zgłosi, to mogę dwa razy w roku porobić zapisy czyli to najgorsze. Z jednej strony dodatkowy zarobek, ale z drugiej - jakoś mi się nie chce, wolałabym mieć głowę wolną od myślenia o robocie. No, ale chciałam wykazać dobrą wolę, że ich tak nie zostawiam z niczym 🤣
Istotnie, to było straszne! Ostrzegam, żeby broń Boże po to nie sięgać!
Tak w ogóle to pożyczyłam to w grudniu chyba, przez przypadek - brałam coś z darmówki i zauważyłam w oddanych: czeskie, ba! praskie i w dodatku nie całkiem historyczne, tylko ze współczesnym wątkiem. Leżało od tej pory jako ten wyrzut sumienia i w końcu zabrałam się, no bo już nie da rady dalej prolongować.
Bodaj by pokręciło (tylko kogo? autora? wydawcę? bibliotekę? mnie samą?)! Jest to taka szmira, że daaaaawno nie czytałam. I bardzo chciałabym nigdy już nie czytać.
Historię żydowskiego chłopca, który zmarł i został uznany za męczennika za wiarę, bo ponoć wcześniej wyraził pragnienie przejścia na katolicyzm - znałam. Z Kischa chociażby, który o tym pisał w Praskim pitavalu. Historia to do dziś niewyjaśniona i tak już pewnie pozostanie, choć wszystko wskazuje oczywiście na jedną wielką jezuicką manipulację.
Ta zbeletryzowana historia to jedno, ale przeplatająca się z nią opowieść o antropologu, który ma odnaleźć grób Szymona Abelesa w Tyńskim kościele, a dziwnym zbiegiem okoliczności ma syna też o imieniu Szymon i ten syn znika - to jest dopiero awantura. Kochający tatuś zaczyna grać w tajemniczą grę, której oddawał się nastolatek, w nadziei, że go tam znajdzie... Poza tym nie robi nic, no bo przecież kopie w podziemiach kościoła i nie ma czasu. Po czym pod koniec książki dowiadujemy się, że syn przysyłał mu esemesy, podczas gdy tak naprawdę pisał do matki (rodzice są w separacji). Czy to błąd autora czy tłumacza (jemu albo jej), diabli wiedzą.
Ale fabuła to jedno, a sposób pisania to drugie: beznadziejny, pełen błędów, niezręczności, wtrętów od czapy. I tu jeszcze dochodzimy do kwestii tłumaczenia. Aż poszukałam, kto zacz, ten tłumacz. Więc uwaga filolog polski, a także slawista. No to ma spory problem z posługiwaniem się ojczystą mową. Plus takie casusy, jak mylenie Letny z Letňanami,gdzie Rzym, a gdzie Krym? To może pomylić jedynie ktoś, kto był w Pradze raz na weekend.
Sumując: książka jest napisana źle i przetłumaczona źle i niech ją piekło pochłonie, dziś po fajrancie lecę ją oddać.
A tak z ciekawości: w stopce są trzy osoby podpisane pod opieką redakcyjna, redakcją i korektą. Więc jeżeli na przykład w druku zostaje także zamiast tak że, to komu to przypisać? No bo odkąd zecer nie składa pracowicie literek w wierszowniku popełniając tego rodzaju pomyłki, tylko tłumacz przysyła plik w wordzie, to w gruncie rzeczy błąd na samym początku popełnił on. Tłumacz. Filolog polski.
Początek:
Koniec:
Wyd. WAM, 2016, 454 strony
Tytuł oryginalny: Veliká novina o hrozném mordu Šimona Abelese
Przełożył: Andrzej Babuchowski
Z biblioteki
Przeczytałam 18 kwietnia 2024 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
W ubiegłą niedzielę wyszykowałam się na tyle wcześnie, że już o 10.00 ruszyłam w drogę. Czekały na mnie mianowicie dwie książki ze Śmieciarki, których odbiór przekładałam od tygodnia. Na szczęście w sobotę wieczór przypomniałam sobie, że mam kartę MPK dopiero od poniedziałku, bobym pięknie zabuliła karę, gdybym wsiadła do autobusu! Ale uznałam, że nie jest to tak daleko, żebym nie mogła udać się per pedes.
Oj! Nie przypuszczałam jednak, że słońce tak mocno operuje, jak mawiała moja mama. Oczywiście przypłaciłam wycieczkę globusem.
Wracając nadłożylam jeszcze troszkę drogi, żeby zdokumentować jedno z ostatnich szaleństw krakowskich. Otóż jakiś czas temu zrobiono alejkę skracającą drogę do mojego osiedla i wysadzono ją wiśniami. Jak tylko zaczyna się kwitnienie, zjeżdża tu cały Kraków na sesje. Gdy jadę do pracy widzę kilkanaście osób, gdy wracam, można je liczyć w setki 😂 Oczywiście gdyby to było w Pradze sama bym tam leciała 🤣 Albo w Korei, co zwykle pokazuje Wiola. A' propos, Pierogi z kimchi to właściwie jedyny profil na YT, który jeszcze oglądam - ale to się zmieni, niech już skończę z tą pracą, to wrócę do moich 500 kanałów 🤣🤣🤣
A koło domu zobaczyłam dzięcioła, obcyndalał się w robocie i głównie obskakiwał drzewo dookoła - i całe szczęście, bo mi tylko głośnego stukania brakowało do bolącego łba.
Tak się napaliłam na tę znalezioną Sekułę, a w sumie średnio mi się podobała. Jest to taki kryminał milicyjny i pewnie, że autorka się na milicyjnej pracy znała, skoro przepracowała wiele lat jako ichnia referentka prasowa - ale nie chce mi się wierzyć w prawdopodobieństwo sytuacji, że dla wyjaśnienia jednego banalnego morderstwa angażuje się setki milicjantów w całym kraju.
Historia jest taka, że najpierw nieznani sprawcy dokonują napadu rabunkowego na Holendra, hodowcy orchidei, kradnąc z jego wozu cenne cebulki oraz przy okazji 80 pudełek z kakao. Holender jechał do zaprzyjaźnionego ogrodnika w Warszawie, też pasjonata tych kwiatów. Kakao miało służyć jako pożywka, mieszana z ziemią, taki eksperyment ogrodniczy 😁
Potem następuje zatrucie pokarmowe, gdy pewna gospodyni domowa upiekła murzynka z dużą ilością tego kakao (kupionego na straganie) i zeżarła całe ciasto na jedno posiedzenie. No jak tak można, dobrze jej tak!
A potem jeszcze żona warszawskiego ogrodnika zostaje zamordowana, ponoć w celach rabunkowych.
W tle dziewczyna ze złego domu, ale ze złotym sercem, amory porucznika, oczywiście przemyt, nielegalne transakcje walutowe i takie tam peerelowskie mecyje.
Zabawne było zdanie, że ktoś tam miał wrócić skądś tam trzeciego dnia świąt oraz na przykład taki passus:
- Była pani u niej w Wigilię?
- Nie. Miała być u mnie na kolacji córka z zięciem i nie mogłam odwołać już ich wizyty.
[...]
- Kiedy więc pani się z nią widziała? - Umówiłam się na dwudziestego czwartego na trzecią po południu.
To ja już jestem głupia 😂
Sekuła słynęła z zauroczenia warszawskim półświatkiem. W tej powieści występuje postać Magdy (tej ze złego domu), wychowanej praktycznie na ulicy.
- Mówię bez gipsu. Niech mnie wesz rozszarpie, jeżeli wstawiam farmazony.
Może faktycznie tak mówili 😂
A gdy milicja wykrywa międzynarodowe przestępstwo - znowu Interpol na nas skorzysta 😁
Gdy milicja wreszcie decyduje się zatrzymać pewnego waluciarza, dowiadujemy się, że w tym momencie podeszło do niego dwóch panów i stanowczo zaprosiło go do wnętrza parkującej w bocznej uliczce czarnej Wołgi. No no, czarna Wołga.
A dlaczego mnie Orchidee... nie porwały? Nudnawe trochę były i w rezultacie przez kilka wieczorów planowałam skończyć czytać, ale zasypiałam wcześniej.
Koniec:
Wyd. Czytelnik, Warszawa 1971, 279 stron
Seria z jamnikiem
Z własnej półki
Przeczytałam 12 kwietnia 2024 roku
Tydzień był świetny (do piątku):
- poniedziałek: zrobiona spora część piwnicy
- wtorek: złożony PIT
- środa: ogłoszono program Open House na maj, wreszcie można planować (115 miejsc, pewnie, że część już widziałam, ale jak tu wybrać z reszty? tym razem założyłam, że plan obejmie 12 budynków, po 6 na dzień, ale potem jeszcze o innych doczytałam i teraz będzie bitka - z myślami - nigdy nie wiadomo, co można zostawić na następny rok, a co zniknie z programu)
- czwartek: skończona piwnica 😍 luzy w domu!
- piątek... aaa co za dużo to niezdrowo tych emocji, więc globus od rana; w dodatku córka przyprowadziła ten nowy rower z serwisu (wjechała na szkło, twierdzi, że specjalnie chyba serwisy rozsypują, bo jest wszędzie) i co? i postawiła w domu, na miejscu wózka inwalidzkiego! nie tak się umawiałyśmy! Ale wieczorem zajrzałam do banku i okazało się, że przyszła emerytura z trzynastką i wychodzi na to, że ta trzynastka powinna wystarczyć na hotel w maju, więc zawsze jakaś uciecha była 😂
- sobota czyli dziś: łeb nie boli, więc już dobrze, takie się ma radości 😉 Oprócz tego planuję rozmowę z dziewczyną, która może by po mnie przewzięła robotę, nasza księgowa wpadła na ten pomysł, bo aktualnie ta dziewczyna jest bez stałej pracy. A nuż się uda? Odchodziłabym bez wyrzutów sumienia.
Ale problem czyli ta łyżka dziegciu w piwnicznej beczce miodu jest. Pan Sąsiad absolutnie odmówił wynagrodzenia! Wziął tylko zwrot kosztów. Normalnie słabo mi. No bo z jakiej paki??? Chłop się namordował, jeździł po Castoramach, kupował, przywoził, w piwnicy siedział godzinami - i teraz co?
- Jak już tak pani chce, to może wino kupić. Lubimy sobie czasem z żoną do obiadu czy kolacji wypić.
Zdeněk Lukeš - moja miłość. Chyba go znałam z czeskiej telewizji, pewnie z programu Z metropole, gdzie często się na temat współczesnej architektury wypowiada. A tu raz przyjeżdżam w maju do Pragi, on ma oprowadzać po pewnym obiekcie bodaj o 10.00 rano (Invalidovna), a ja rano budzę się z koszmarnym globusem, oczywiście biorę Magiczną Tabletkę, ale niewiele to daje, jednak postanawiam jechać. I dojeżdżam, gdy lista chętnych jest już zamknięta. Chyba ten globus spowodował, że się zaczęłam domagać dopisania (normalnie to bym podwinęła ogon i cichutko wróciła do domu):
- Ja specjalnie z Polski przyjechałam na to oprowadzanie przez pana Lukeša i jak to teraz?
Dopisali mnie, skoro specjalnie z Polski 🤣 Mogłabym tutaj dać zdjęcie, ale weź i znajdź, jak za chwilę trzeba kolację Ojczastemu robić...
Wyjazd majowy zbliża się wielkimi krokami, jeszcze 36 dni! Zaczęłam się więc rozglądać za książkami o Pradze, żeby coś jeszcze przeczytać przed podróżą, no i padło na tę 4-tomową serię. To znaczy nie wiem, czy wszystkie cztery tomy opędzę teraz, ale zacząć trzeba było.
Rzecz jest o współczesnej architekturze Pragi. Pierwsze trzy tomy traktują o okresie 1900-1950, a ostatni to druga połowa XX wieku. Praga jest niesamowicie bogatym miastem, a gdy czytam te krótkie notki - bo to jest zazwyczaj jedno zdjęcie plus nazwa budynku, nazwiska architektów, adres, data powstania i parę linijek o obiekcie - to oczywiście już bym wstawała i leciała oblukiwać. Wiadomo, że znaczną część znam, ale najczęściej jedynie z fasady.
Tymczasem dowiaduję się, że w wielu z nich są (lub były) pasaże - wiecie, że Praga to miasto pasaży? jest ich wielkie mnóstwo - i już sobie coś tam wynotowuję, bo nie o wszystkich wiedziałam.
A niżej jest zdjęcie najwęższego współczesnego budynku w Pradze, 420 cm szerokości, koniecznie się tam wybiorę. Istnieje dość znany budynek (służył jako dom publiczny) na Starym Mieście, który ma zaledwie 2,5 metra szerokości, ale on powstał wcześniej, w XIX wieku. Dzisiaj pozostała z niego jedynie fasada.
Autor przy każdej dzielnicy w historycznym centrum podał liczbę aktualnych mieszkańców. No, wiadomo - centra się wyludniają, wszystko przejmują hotele, hostele, B&B.
Stare Miasto ma 10 tys. Nowe Miasto niecałe 30 tys. Mała Strana 7 tys. Hradczany 2 tys. Josefov 2 tys. Wyszehrad też 2 tys. W sumie 53 tysiące mieszkańców historycznego centrum na 1.300 tys. ogółem. Powierzchnia Pragi to 496 km2 (Kraków 327, Warszawa 517).
Jedna z moich praskich półek. Zobaczymy, czy uda mi się do 16 maja przeczytać pozostałe trzy tomy, jak nie, to też się nic nie stanie, będzie na sierpień.
Wyd. Paseka, Praha 2012, 236 stron
Z własnej półki (kupione 19 września 2017 roku - a więc po pierwszych trzech pobytach w Pradze - za 359 koron, to był duży zakup online z jednej z praskich księgarń; tęsknię trochę do tych czasów, gdy takowe czyniłam, teraz już koszty przesyłki są zbyt masakryczne)
Przeczytałam 8 kwietnia 2024 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
W niedzielę pod wieczór córka zaproponowała, żebym ja jechała z paroma książkami tramwajem do jednej budki, ona rowerem do drugiej i tam się spotkamy. I bardzo dobrze zaproponowała, bo oto dołożyłyśmy książek, ale i znalazłyśmy (no, ja znalazłam, bo ona kryminałów nie czyta) te dwie pozycje 😍
Bardzo się ucieszyłam z Sekuły i już ją międlę.
A dziś - wolny dzień - jestem w euforii! Udało mi się mianowicie złożyć PIT-a za zeszły rok. Miałam skomplikowaną sytuację i nie wiedziałam, jak to ugryźć: emerytura i dwa różne rodzaje działalności, każdy inaczej opodatkowany. Wizyta w skarbówce w zeszłym tygodniu dała mi tylko numer telefonu, na który dzwonić po informacje. Wyszło, że mam złożyć PIT-36 i PIT-28, więc jeszcze raz do skarbówki po formularz, bo ten PIT-28 pierwszy raz na oczy widziałam (to za ryczałt). I dziś rano siadłam to wypełniać i zgłupiałam. O co im chodzi w tym milionie rubryk? A jeszcze dodam, że nie było do niego instrukcji. Z tej rozpaczy pomyślałam sobie - a gdyby tak spróbować, jak zawsze do tej pory, wypełnić online?
I poszło gładko. Ach, te internety jednak 😁 Od razu dopłaciłam, ale tym razem tylko 73 zł, więc bez rozdzierania szat.
W dodatku wczoraj Pan Sąsiad już wykonał większość prac w piwnicy: zmontował i ustawił regał (a nawet poukładał na nim bambetle), zrobił podłogę i przymocował taką cienką płytę do wewnętrznej strony drzwi, bo one są ażurowe, z listew. Pozostaje kwestia haków na rowery, jeszcze nie wybrane, tu nie wiem, bo on mówił o wieszaniu rowerów za koło (że przymocuje te haki do sufitu) - czy ciężar roweru nie spowoduje zwichrowania?
No, jeszcze tylko haki, jeszcze ma kupić jakąś ledową lampkę - i hulaj dusza, wózek inwalidzki i stołek pod prysznic wyjeżdżają z domu, jaki się zrobi luz 🤣 Nie mogę się doczekać!