wtorek, 19 marca 2013

Francis Scott Fitzgerald - Wielki Gatsby


Z gatunku: stare ale jare :)

Nie wiem, jak Wy, ale ja kocham tę powieść od pierwszego wejrzenia i wracam do niej co kilka lat. Nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby jej nie znać, ale gdyby, to pokrótce informuję, że historia to powojennego (mowa o I wojnie światowej) milionera Jaya Gatsby'ego, który kupuje olbrzymią posiadłość na West Egg na Long Island pod Nowym Jorkiem, pięknie położoną nad zatoką i organizuje w niej każdego tygodnia wspaniałe przyjęcia, na które zwala się tłum gości, traktujących gospodarza podejrzliwie (na czym zbił swój olbrzymi majątek? może to bootlegger? ponoć zabił człowieka? mówią, że studiował w Oksfordzie?).

Opowieść snuje jego młody sąsiad, Nick Carraway, taki sam przybysz z daleka. Nick wynajął skromny drewniany domek nad zatoką, by dojeżdżać codziennie do NY, gdzie pragnął poświęcić się karierze maklera giełdowego, jak tylu jego znajomych. To właśnie Nick jest świadkiem najpierw triumfu, a potem upadku Gatsby'ego, który był ostatnim chyba takim romantykiem. Niegdyś, jako młody oficer, poznał Daisy, pannę z bogatego domu i zakochał się w niej na zabój. Daisy reprezentowała w jego oczach wszystko to, co wydawało się tak niedosiężne: piękno i bogactwo - bowiem Gatsby naprawdę nazywał się James Gatz i pochodził z farmerskiej rodziny w Północnej Dakocie. Był nikim i pozostałby nikim, gdyby już od wczesnej młodości nie stawiał sobie ambitnych celów do realizacji. I spotkał swoje przeznaczenie: milionera Dana Cody'ego, który rzucił kotwicę swego jachtu na mieliźnie - a siedemnastoletni wówczas James pomógł mu się z tej mielizny wydostać. Od tej pory się nie rozstawali, a James zmienił się w Jaya. To Dan Cody zostawił Gatsby'emu pierwsze duże pieniądze, a choć Gatsby nie zobaczył z nich ani grosza, wiedział już, co robić, by osiągnąć w życiu sukces. Gdyby nie to spotkanie z Daisy... kto wie, jak potoczyłyby się jego losy... ale ono przesądziło o wszystkim. Daisy nie umiała czekać na Gatsby'ego, nie umiała czekać na nikogo ta zepsuta powodzeniem i pieniędzmi dziewczyna. Gdy pojawił się w jej życiu równie bogaty i zepsuty Tom Buchanan, szybko wyszła za niego.

Nawet to nie zatrzymało Gatsby'ego w jego drodze ku gwiazdom: zbijał majątek, a gdy pieniędzy było już dosyć, by wyciągnąć po Daisy rękę, urządzał te ostentacyjne przyjęcia w nadziei ściągnięcia jej do siebie - nie na próżno kupił rezydencję położoną naprzeciwko domu Buchananów. Nocami stał na brzegu wpatrzony w zielone światełko na ich przystani...
W letnie noce z domu mojego sąsiada niosła się muzyka. W jego błękitnych ogrodach mężczyźni i kobiety zjawiali się i znikali jak ćmy, wśród szeptów i szampana, i gwiazd. W czasie przypływu po południu widziałem jego gości nurkujących z wieży na przystani albo opalających się na gorącym piasku plaży, podczas gdy dwie jego motorówki cięły powierzchnię cieśniny ciągnąc za sobą katarakty piany. W soboty i niedziele jego Rolls-Royce stawał się omnibusem, który od dziewiątej rano aż do późnych godzin nocy przywoził towarzystwo z miasta i odwoził je z powrotem, a mała furgonetka niczym żwawy cytrynowy żuk pomykała na stację do każdego pociągu. W poniedziałki ośmiu służących, w tym dodatkowo wynajęty ogrodnik, za pomocą mioteł, szczotek, młotków i ogrodowych nożyc przez cały dzień w pocie czoła usuwało ślady minionej nocy.

I któregoś dnia Daisy rzeczywiście zjawiła się. Wtedy cały ten karawenseraj rozleciał się pod jej krytycznym spojrzeniem jak domek z kart. Gatsby zwolnił rozplotkowaną służbę, zaprzestał urządzania tłumnych przyjęć, już układał kolejne plany na przyszłość - wreszcie mieli być razem. Jednak American Dream nie przyniosło szczęścia Gatsby'emu, na próżno dobijał się do tych drzwi. Zbyt świeże były jego pieniądze, nie miał ich we krwi, wierzył jeszcze w takie wartości, jak miłość, przyjaźń, lojalność... Tymczasem inni:
Nie przejmowali się niczym, Tom i Daisy, niszczyli rzeczy i ludzi,a potem wracali do stanu absolutnej beztroski, do swoich pieniędzy, do tego wszystkiego, co trzymało ich razem, i piwo, którego nawarzyli, kazali pić innym...

Na zawsze już Gatsby będzie miał dla mnie twarz Roberta Redforda. Chciałam sobie odświeżyć film przy okazji, ale... okazało się, że w domu mam jedynie VCD, którego mój odtwarzacz nie czyta, buuu.


Książka przeczytana w ramach wyzwania marcowej Trójki e-pik:

/powieść z wątkiem nieszczęśliwej miłości/


Wyd. Książka i Wiedza Warszawa 1982, wyd.III, 237 stron
Tytuł oryginalny: The Great Gatsby
Tłumaczyła: Ariadna Demkowska-Bohdziewicz
Z własnej półki (kupione w tak odległych czasach, że aż strach, ale dokładnie wiem, kiedy - 6 lipca 1982 roku w antykwariacie w Warszawie za 48 zł)
Seria z kolibrem
Przeczytałam 17 marca 2013.


NAJNOWSZE NABYTKI
Wczoraj dotarła przesyłka z allegro z pięcioma cudami. No, tak naprawdę, czy to cuda okaże się przy lekturze, no ale popatrzcie sami:


Borys Jampolski - Trzy wiosny
Co za nazwisko :)
Całe 1,50 zł





Lew Nikulin - Przebudzenie o zmierzchu (droższe, 1,90 zł) + opis ze skrzydełka jeszcze innej jego książki




Taras Szewczenko - Przejażdżka z przyjemnością i nie bez morału
To już bardzo cenne, bo 3,20 zł, najdroższa ze wszystkich :)




Tu akurat nastąpiła zmyłka. Gdy zobaczyłam twardą okładkę i płócienny grzbiet no i przede wszystkim tytuł, byłam święcie przekonana, że to Nasza Księgarnia i coś dla dzieci. Tymczasem to nie żadna Nasza Księgarnia, tylko Wydawnictwo Poznańskie i seria pisarzy skandynawskich. Gdzie tu jaką serię widać, to nie wiem. Ale przeczytamy, zobaczymy. Toż to laureat nagrody Nobla!
Bjørnstjerne Bjørnson - Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza
Cena - 2,90 zł.




Nie dość, że czeska, to jeszcze z takim tytułem. Wiedziałam, że będzie coś o starości i się nie zawiodłam. W miarę, jak moja własna nadchodzi, lubię o starości poczytać :)
Zdeněk Pluhař - Ostatnia przystań
Koszt - 1,60 zł

I tak o. Muszę teraz dokonać przetasowań na półkach, żeby KIK stał koło KIK-u etc.

poniedziałek, 18 marca 2013

Czingiz Ajtmatow - Twarzą w twarz


Zostały mi w domu jeszcze dwa biblioteczne Ajtmatowy z mojego zupełnie prywatnego projektu/wyzwania: Twarzą w twarz i Golgota. W sobotni wieczór wybrałam tę cieńszą czyli właśnie Twarzą w twarz, co nie znaczy, że nie przysporzyła mi ona wzruszeń.
Wygląda na to, że to właśnie był debiut pisarski Ajtmatowa, przy czym ten literacki drobiazg ukazał się najpierw w czasopiśmie w języku kirgiskim - autor studiował wówczas na wyższych kursach literackich w Moskwie (wcześniej ukończył instytut rolniczy i przez 3 lata pracował jako weterynarz - teraz rozumiem, skąd tak dobrze znał się na zwierzętach - to widać w jego powieściach). Swoją drogą, Dżamila też pierwotnie została opublikowana nie po rosyjsku - ale po francusku, na który to język przełożył tę najpiękniejszą powieść o miłości, jak niektórzy ją nazywają, Louis Aragon. W Niemczech miała 37 wydań!

Gdy zaczęłam czytać Twarzą w twarz, poczułam, że temat jest mi znajomy, zaczęłam szperać wśród ostatnio nabytych książek (i filmów!) i okazało się, że nie bez kozery.
Otóż bohaterką powieści jest młoda mężatka Sejde. Niedawno urodziła dziecko i od tej pory śpi czujnie jak ptak. Jakże mi to bliskie! Wyobraźcie sobie, że odkąd urodziła się moja córka, też budzę się na każdy szelest... a minęło już 20 lat!
Sejde mieszka z teściową. Starą, słabą, ledwo zdolną zaopiekować się malcem w czasie, gdy sama Sejde pracuje w polu. W aule już prawie nie ma mężczyzn, wszystkich zabrała wojna. Również Ismaił wyruszył bronić ojczyzny, zanim jeszcze młoda para zdążyła się sobą nacieszyć. Sejde ciągle nie może sobie darować, że nie pożegnała się z nim tak, jak powinna, nie ucałowała, nie uściskała na drogę - wstydziła się okazywania uczuć przy starszych, ona, nowo przybyła do aułu młódka. Potem urodził się synek, Sejde musiała sama myśleć o wszystkim, a przede wszystkim zadbać o pożywienie dla siebie i staruszki-matki męża.

Którejś nocy ktoś ostrożnie zapukał w okno. To Ismaił! Młody człowiek nie chciał ginąć gdzieś w obcej ziemi i zdezerterował z wojska. Ustalają z żoną, że będzie się ukrywał w pieczarze z dala od wsi, a ona będzie go tam odwiedzać nocami i zanosić mu jedzenie. Od czasu do czasu to Ismaił przychodzi nocą do domu, zasłaniają wówczas okna i dobrze zamykają drzwi. Dla Sejde zaczyna się czas wytężonej pracy ponad siły: musi przynosić z daleka chrust dla gotowania pożywienia, pracować w polu, opiekować się dzieckiem i niedołężną staruszka - a cały czas w strachu, żeby nie wydała się obecność męża. Już sobie przetłumaczyła, że to co zrobił, jest słuszne: najważniejsze to uratować swe życie.
Niech sobie będzie dezerterem, niech tam! Mężczyzna sam wie, jak powinien postępować. Przecież Ismaił powiada: "Każdemu drogie własne życie; w tej wojnie tylko ten ocaleje, kto sam zadba o swoją głowę". Nie ja mam go uczyć; widać tak trzeba; nie będę przecież własnymi rękami odrywać go od siebie! Sam mówi: "Niech będzie co chce, nie pójde pod kule. Choć dzień, ale mój - u siebie, w domu. Co mam robić tam na froncie, gdzieś na końcu świata? Ojcowie i dziady nawet we śnie nie widzieli tych krajów... Jak komu, ale mnie to niepotrzebne i nie chcę..." Da Bóg, przezimuje, a z początkiem lata przełęcz będzie dostępna, zbiegniemy do Czatkał, do jego krewnych. "Tam - powiada Ismaił - nikt się nikim nie interesuje, nikt nikogo nie wypytuje..." Tylko przetrwać zimę - w domu mało kukurydzy - aby do wiosny dociągnąć...

Ale do wiosny nie będzie łatwo dotrwać. Jedzenia w aule coraz mniej. Najbliższa sąsiadka Sejde, Totoj, została z trójką malców. Któregoś dnia przychodzi zawiadomienie, że jej mąż zginął bohaterską śmiercią na froncie. Starszyzna uradza, by nic Totoj nie mówić, żeby się nie załamała, w końcu ma pod opieką dzieci. Listonosz unika tych dwóch zagród samotnych kobiet, bo żal mu ciągle mówić, że nie ma dla nich listu. Sejde czuje się w tej sytuacji wyjątkowo podle: ona wszak wie, że mąż żyje. Któregoś dnia ma mdłości i obawia się, czy nie zaszła w ciążę.
Ten właśnie fragment coś mi przypominał. Okazało się, że Żyj i pamiętaj Rasputina. To powieść, ale ostatnio sfilmowana. Tam też dezerter wraca do rodzinnej wsi i żona zachodzi w ciążę, sytuacja nie do pozazdroszczenia, bo mieszka ona u teściów, którzy nic o powrocie syna nie wiedzą...
Tu na szczęście chodziło tylko o jakąś małą niedyspozycję. Sejde ciągnie resztkami sił, oddając resztki pożywienia mężowi, który ciągle domaga się więcej i więcej. Trzyma ją przy życiu jedynie nadzieja na nadejście wiosny i przeprawę przez przełęcz. Ismaił coraz bardziej dziczeje. Ze współczuciem spogląda Sejde w stronę zagrody sąsiadki, której jedyną nadzieją na mleko dla dzieci, na ich przeżycie jest rychłe ocielenie się krowy. I oto którejś nocy krowę ukradziono! Rzecz niesłychana w tej wspólnocie, jaką jest kirgiski auł. Sejde nawet przez myśl nie przejdzie, by podejrzewać Ismaiła... jednak prawda będzie bardzo gorzka. Przyjdzie tym razem stanąć twarzą w twarz ze złem.


Ilustrował przedwcześnie zmarły Ignacy Witz:








Katalog biblioteki krowoderskiej mówi, że w filii na Filareckiej jest jeszcze Matczyne pole, przy ładnej pogodzie pewnie się tam wybiorę i jeszcze dopożyczę, ale więcej książek Ajtmatowa w Krakowie już naprawdę nie ma.


Wyd. PIW Warszawa 1959, wyd.I, 82 strony
W serii z Jednorożcem
Tytuł oryginalny: Licom k licu/ Лицом к лицу
Tłumaczyła: Krystyna Latoniowa
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 16 marca 2013.

niedziela, 17 marca 2013

Alexander McCall Smith - Miłość buja nad Szkocją


Szczęśliwie dotarłam do końca. Co prawda wydawca informuje (w 2011 roku), że wkrótce w księgarniach Świat według Bertiego, co oznacza, że być może i następne tomy w produkcji, ale TO JUŻ MNIE NIE DOTYCZY :)
Opis z okładki może być niewyraźny, bo w weekend nie mam dostępu do skanu:

W każdym razie jedyne, co mnie ubawiło, to rezultat wyprawy antropologicznej Domemiki, która postanowiła zbadać życie i obyczaje współczesnych piratów w cieśninie Malakka. Chętnie bym tu napisała, jaki to był rezultat, ale a nuż ktoś zdecyduje się sięgnąć po powieść? To, że mnie nie zachwyciła, jeszcze nic nie znaczy (miliony much etc.)...

Tak więc zaliczyłam trylogię zanim stała się tetralogią czy tam jeszcze więcej:


A' propos skanu w weekend. Szykuje się, że w ogóle rzadko będę miała do niego dostęp, bo ostatni pomysł mego zwierzchnictwa to uwaga! PRACA ZDALNA. Mam przychodzić do roboty max dwa razy w tygodniu, a resztę robić w domu. Wszystko ładnie pięknie, ale ja w domu nie mam worda... może być ciekawie :)
W dodatku nie ukrywam, że lubię być zmuszona do wstania z łóżka, ubrania się i wyjścia z domu. Świat współczesny idzie ku zatracie więzi międzyludzkich, nie ma co.
Za to fajną książkę czytam - Dziewczęta z Nowolipek. A w międzyczasie przeczytałam dwie inne - nie ma to jak sobota i niedziela.

Wyd. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2011, wyd.I, 350 stron
Tytuł oryginalny: Love Over Scotland
Tłumaczyła: Elżbieta McIver
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 16 marca 2013

sobota, 16 marca 2013

Alexander McCall Smith - Opowieści przy kawie


W poczuciu obowiązku (czytelnika z biblioteki, który pożyczył ksiażkę, więc powinien ją przeczytać) zmełłam drugi tom cyklu o mieszkańcach kamienicy przy 44 Scotland Street w Edynburgu.
Zajawka powiedziała tak:

Niestety nie mogę powiedzieć tego co autor. Nudziłam się. Jedyny moment zainteresowania nastąpił, gdy Pat wywlokła Bruce'owi cenne butelki wina, by zanieść je na przyjęcie do Domeniki; spodziewałam się burzy z piorunami, tymczasem jakoś ciąg dalszy afery nie nastąpił (no, chyba że przysnęłam i przegapiłam).
Naprawdę nie ma co pisać.
Może to przez mój poziom intelektualny, nie dorastający nawet do Domu nad Oniego, co mi wytknął Anonimowy Czytelnik (Czytelniczka), a co dopiero do literatury pięknej (angielsko-szkockiej). Polecono mi lekturę Plastusiowego pamiętnika. Ja mam Kownackiej Wesołe przedszkole, ale to chyba nie to samo? Sami widzicie, jakie mam braki. Zabrałabym się za to, co bardziej mi leży (mycie okien), ale ciągle mróz ściska, co począć.

Ha ha. Przede mną jeszcze tom trzeci.

Co prawda okazuje się, że tak w ogóle będzie ich sześć, ale to mnie już nie dotyczy ;)

Wyd. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2011, wyd.I, 332 strony
Tytuł oryginalny: Espresso Tales
Tłumaczyła: Elżbieta McIver
Z biblioteki przy Królewskiej
Przeczytałam 15 marca 2013


Miesięcznik KRAKÓW
Eksperymentalnie zanabyłam kolejny, marcowy numer Krakowa.

Mamy tu 5-stronicowy artykuł pod hasłem Czy granda architektoniczna pod Wawelem i wielokrotne naginanie prawa muszą pozostać bezkarne?:

Kolejne "uliczne" omówienie red. Rogoża, tym razem ulic Stradom i Krakowskiej, na całych 10 stronach, świetnie ilustrowane:

Cztery strony o historii Zwierzyńca:

Coś dla Jacka75 czyli o smoku wawelskim:

Dokończenie artykułu o najstarszych pomnikach w Krakowie:

Relacja z wystawy Szuflada Szymborskiej w kamienicy Szołayskich:

I jeszcze parę wartych uwagi artykułów. Sześć złotych dobrze ulokowane :)

piątek, 15 marca 2013

Alexander McCall Smith - 44 Scotland Street


Jakoś tak chwyciłam, gdy zobaczyłam na półce z nowościami (choć to żadna już nowość), bo znałam autora z Kobiecej Agencji Detektywistycznej n.1, która też jest czytadłem, ale dość satysfakcjonującym. Tymczasem toto...

Ale najpierw, co przeczytałam na okładce:


"The Times" tak się wyraził:

Czy ja wiem... ciepłe gacie na zimę wolę w realnej postaci, to mnie nie grzeje.

Wreszcie o samej powieści:

Czyli wszystko już wiecie.
Oprócz takiego małego niuansu: McCall Smith pisał tę rzecz dla gazety Scotsman, próbując wskrzesić dawną tradycję powieści w odcinkach. I bardzo dobrze, czemu nie? Ale po co to potem wydawać w wersji książkowej, to nie Dickens wszakże.
Książka jest po prostu NUDNA. Co prawda rozdziały, zgodnie z logiką powieści w odcinkach, są krótkie i teoretycznie każdy zawiera jakąś niespodziankę, ale cóż z tego, skoro ani główna bohaterka Pat ani jej współlokator Bruce ani inna mieszkanka kamienicy Domenica nie wzbudzają żadnych emocji. Najzabawniejszy miał być wątek cudownego dziecka Bertiego, ale też mnie jakoś nie rajcował :(
Doprawdy nie byłam ciekawa, czy Pat oprze się urokowi Bruce'a ani jak skończy się zawieszenie małego Bertiego w prawach przedszkolaka. Myślę, że właściwymi odbiorcami powieści są tylko i wyłącznie MIESZKAŃCY EDYNBURGA - bo mogą śledzić miejscowe tropy, śmiać się, gdy pojawiają się autentyczne edynburskie postaci, snuć przypuszczenia, kto może się kryć pod którą sylwetką. Ale my tutaj w Polsce? Sądzę, że wątpię.

Przejdźmy jendakże do clou programu czyli występów pani tłumaczki.
To trochę problem, jak się zabieramy za tłumaczenie powieści - nawet jeśli to takie sobie czytadło, a nie żadne arcydzieło - problem jednak, powtarzam, gdy brak nam jakiegoś ogólnego rozeznania w kulturze, bo nie ma siły, zawsze wyjdzie to na jaw. Wybrałam trzy fragmenty:

Umówmy się, że jednak Descartes to po polsku Kartezjusz, tak?
Następny kwiatek:

Taaa... wszyscy wiemy... Piknik pod Wiszącą Skałą, a nie pod Hanging Rock. Pani tłumaczka najwyraźniej nie zna filmu.
I trzeci:

Miło, że w przypisie poinformowała czytelników, że chodzi o ZNANĄ powieść, szkoda, że jej nie znaną, bo wpisałaby polski tytuł czyli Pełnia życia panny Brodie...

I całe trzy części tego szczęścia...

Zabrałam się za drugą żywcem z rozpędu no i dlatego, że pożyczyłam z biblioteki, głupio tak oddać nieprzeczytane...


Wyd.Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2010, wyd.I, 310 stron
Tytuł oryginalny: 44 Scotland Street
Tłumaczyła: Elżbieta McIver
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 11 marca 2013.



NAJNOWSZE NABYTKI
Jeszcze w poprzednią środę wstąpiłam do Taniej Jatki, co poskutkowało dwoma zakupami, ale jakoś mi to umknęło rejestracji. Pierwszy to album:

A druga książka to czwarta część przygód Kacpra Ryxa:


We wtorek wstąpiłam do antykwariatu na Szpitalce i wyszłam z Cegiełkami wawelskimi:

To krótkie omówienie - zarys dziejów cegiełek plus wyliczenie wszystkich. raczej nie sposób przeczytać tej nomen omen cegły od deski do deski, ale podczytywać sobie można, ja zajrzałam w tramwaju w drodze do domu i już wypatrzyłam na przykład, że miała swoją cegiełkę Zofia Rogoszówna, pamiętacie to nazwisko? Tak że 8,50 zł można było wydatkować :)

No a w tę środę zajrzałam do redakcji ALMA MATER po nowy numer. Numeru jeszcze nie było, ale na półkach leżały różne gratisy, tom się zaopatrzyła:

Najstarsze przywileje uniwersytetu krakowskiego - opis, łacińskie teksty i tłumaczenie na polski i angielski plus reprodukcje


600 lat medycyny uniwersyteckiej w Krakowie - bardzo fajnie opisane i ilustrowane


Album o UJ Stanisława Dziedzica, wydany po angielsku

wtorek, 12 marca 2013

Leonid Lichodiejew - Ja i mój samochód


Taką pierdułkę-ramotkę przeczytałam. Napatoczyła się w bibliotece na Studenckiej, gdzie mają dobry obyczaj układać książki na półkach literaturami narodowymi. Łatwiej wtedy sobie coś wyszukać niespodzianego.
Na skrzydełku napisano tak:

To mnie oczywiście zachęciło i przytuliłam powieść na jeden miesiączek. Dobrze zrobiłam, bo uratowałam jej życie choć na trochę - przybyło jedno wypożyczenie, a wiemy, co się ze starymi książkami dzieje w bibliotekach...

Jak widzimy, zaczyna się niezbyt optymistycznie - wjazdem na podwórko karawanu. Na szczęście autor szybko nas uspokaja: owszem, karawan przyjechał po niego, ale przywiózł ocalenie: chodzi po prostu o wzięcie na hol samochodu, który w warunkach zimowych wymaga sporo zachodu z uruchomieniem, a najlepiej jest go rozruszać. Po to wzywany jest pan Gienek z komunalnego garażu, mąż opatrznościowy, który woli spokojną pracę na karawanie - odwiezie się i do garażu. Pan Gienek jako mąż opatrznościowy ma jedną zasadę - grunt to się nie łamać.


Mniej więcej w tym samym czasie zachodzą dwa wypadki: bohater łamie sobie rękę majstrując przy korbie, a świeża (i fikcyjna) rozwódka Aniutka za kierownicą auta byłego męża przejeżdża przechodnia. Podmiot liryczny przechodzi na utrzymanie państwowe dzięki swemu autu, które rozumiało, że lepiej przyjmować pieniądze złamaną ręką niż je oddawać zdrową (choćby w postaci mandatów). Aniutka wolałaby na utrzymanie państwowe w więzieniu nie przechodzić, co skądinąd zrozumiałe, więc majaczące przed nią osiem lat wyzwala pokłady pomysłowości w eks-małżonku (rozwiedli się, żeby Aniutka mogła dostać przydział na mieszkanie). W międzyczasie gospodarstwo domowe samotnego bohatera wzbogaca się o rasowego co prawda, ale kalekiego psa Filona, z którym bohater toczy długie dyskursy o sensie życia i moralności.

Leonid Lichodiejew był felietonistą z dużym zacięciem satyrycznym, co widać w Ja i mój samochód. szkoda jednak, że nie przetłumaczono na polski innych jego powieści, a zwłaszcza powieści życia, epopei Семейный календарь, или Жизнь от конца до начала czyli Rodzinny kalendarz lub życie od końca do początku, obraz życia czterech pokoleń pewnej rosyjskiej rodziny od końca XIX wieku do naszych dni. Chciałabym to przeczytać. Tę trylogię autor pisał do szuflady, nie mając nadziei na jej opublikowanie. Jednak miał to szczęście, ze pierwsze dwa tomy wyszły w druku jeszcze za jego życia, w latach 90-tych. Trzeci już pośmiertnie.

/zdjęcie z Wikipedii/
Oryginalny tekst Samochodu w internecie znalazłam, ale trylogii już nie, niestety...


W tym czasie - to jest w roku 1976 - do nabycia w księgarniach były jeszcze:

Opowieść o prawdziwym człowieku była u mnie w domu, ale się zbyła. Pamiętam jednak, że chyba czytałam. Natomiast Gieorgijewską widziałam ostatnio na allegro tam, gdzie kupiłam parę innych pozycji, ale tytuł mnie nie zafrapował.

Jak widać po skanach - odzyskałam w robocie komputer. W stanie przywróconym do użytku (to jeno padł wentylator) i z dobrą radą, żeby film 116 GB ciągnąć i niczym się nie przejmować, co też czynię :)


Wyd.Czytelnik Warszawa 1976, wyd.I, 296 stron
Tytuł oryginalny: Я и мой автомобиль, 1972
Tłumaczyła: Zofia Gadzinianka
Z biblioteki na Studenckiej
Przeczytałam 10 marca 2013.