poniedziałek, 18 marca 2013

Czingiz Ajtmatow - Twarzą w twarz


Zostały mi w domu jeszcze dwa biblioteczne Ajtmatowy z mojego zupełnie prywatnego projektu/wyzwania: Twarzą w twarz i Golgota. W sobotni wieczór wybrałam tę cieńszą czyli właśnie Twarzą w twarz, co nie znaczy, że nie przysporzyła mi ona wzruszeń.
Wygląda na to, że to właśnie był debiut pisarski Ajtmatowa, przy czym ten literacki drobiazg ukazał się najpierw w czasopiśmie w języku kirgiskim - autor studiował wówczas na wyższych kursach literackich w Moskwie (wcześniej ukończył instytut rolniczy i przez 3 lata pracował jako weterynarz - teraz rozumiem, skąd tak dobrze znał się na zwierzętach - to widać w jego powieściach). Swoją drogą, Dżamila też pierwotnie została opublikowana nie po rosyjsku - ale po francusku, na który to język przełożył tę najpiękniejszą powieść o miłości, jak niektórzy ją nazywają, Louis Aragon. W Niemczech miała 37 wydań!

Gdy zaczęłam czytać Twarzą w twarz, poczułam, że temat jest mi znajomy, zaczęłam szperać wśród ostatnio nabytych książek (i filmów!) i okazało się, że nie bez kozery.
Otóż bohaterką powieści jest młoda mężatka Sejde. Niedawno urodziła dziecko i od tej pory śpi czujnie jak ptak. Jakże mi to bliskie! Wyobraźcie sobie, że odkąd urodziła się moja córka, też budzę się na każdy szelest... a minęło już 20 lat!
Sejde mieszka z teściową. Starą, słabą, ledwo zdolną zaopiekować się malcem w czasie, gdy sama Sejde pracuje w polu. W aule już prawie nie ma mężczyzn, wszystkich zabrała wojna. Również Ismaił wyruszył bronić ojczyzny, zanim jeszcze młoda para zdążyła się sobą nacieszyć. Sejde ciągle nie może sobie darować, że nie pożegnała się z nim tak, jak powinna, nie ucałowała, nie uściskała na drogę - wstydziła się okazywania uczuć przy starszych, ona, nowo przybyła do aułu młódka. Potem urodził się synek, Sejde musiała sama myśleć o wszystkim, a przede wszystkim zadbać o pożywienie dla siebie i staruszki-matki męża.

Którejś nocy ktoś ostrożnie zapukał w okno. To Ismaił! Młody człowiek nie chciał ginąć gdzieś w obcej ziemi i zdezerterował z wojska. Ustalają z żoną, że będzie się ukrywał w pieczarze z dala od wsi, a ona będzie go tam odwiedzać nocami i zanosić mu jedzenie. Od czasu do czasu to Ismaił przychodzi nocą do domu, zasłaniają wówczas okna i dobrze zamykają drzwi. Dla Sejde zaczyna się czas wytężonej pracy ponad siły: musi przynosić z daleka chrust dla gotowania pożywienia, pracować w polu, opiekować się dzieckiem i niedołężną staruszka - a cały czas w strachu, żeby nie wydała się obecność męża. Już sobie przetłumaczyła, że to co zrobił, jest słuszne: najważniejsze to uratować swe życie.
Niech sobie będzie dezerterem, niech tam! Mężczyzna sam wie, jak powinien postępować. Przecież Ismaił powiada: "Każdemu drogie własne życie; w tej wojnie tylko ten ocaleje, kto sam zadba o swoją głowę". Nie ja mam go uczyć; widać tak trzeba; nie będę przecież własnymi rękami odrywać go od siebie! Sam mówi: "Niech będzie co chce, nie pójde pod kule. Choć dzień, ale mój - u siebie, w domu. Co mam robić tam na froncie, gdzieś na końcu świata? Ojcowie i dziady nawet we śnie nie widzieli tych krajów... Jak komu, ale mnie to niepotrzebne i nie chcę..." Da Bóg, przezimuje, a z początkiem lata przełęcz będzie dostępna, zbiegniemy do Czatkał, do jego krewnych. "Tam - powiada Ismaił - nikt się nikim nie interesuje, nikt nikogo nie wypytuje..." Tylko przetrwać zimę - w domu mało kukurydzy - aby do wiosny dociągnąć...

Ale do wiosny nie będzie łatwo dotrwać. Jedzenia w aule coraz mniej. Najbliższa sąsiadka Sejde, Totoj, została z trójką malców. Któregoś dnia przychodzi zawiadomienie, że jej mąż zginął bohaterską śmiercią na froncie. Starszyzna uradza, by nic Totoj nie mówić, żeby się nie załamała, w końcu ma pod opieką dzieci. Listonosz unika tych dwóch zagród samotnych kobiet, bo żal mu ciągle mówić, że nie ma dla nich listu. Sejde czuje się w tej sytuacji wyjątkowo podle: ona wszak wie, że mąż żyje. Któregoś dnia ma mdłości i obawia się, czy nie zaszła w ciążę.
Ten właśnie fragment coś mi przypominał. Okazało się, że Żyj i pamiętaj Rasputina. To powieść, ale ostatnio sfilmowana. Tam też dezerter wraca do rodzinnej wsi i żona zachodzi w ciążę, sytuacja nie do pozazdroszczenia, bo mieszka ona u teściów, którzy nic o powrocie syna nie wiedzą...
Tu na szczęście chodziło tylko o jakąś małą niedyspozycję. Sejde ciągnie resztkami sił, oddając resztki pożywienia mężowi, który ciągle domaga się więcej i więcej. Trzyma ją przy życiu jedynie nadzieja na nadejście wiosny i przeprawę przez przełęcz. Ismaił coraz bardziej dziczeje. Ze współczuciem spogląda Sejde w stronę zagrody sąsiadki, której jedyną nadzieją na mleko dla dzieci, na ich przeżycie jest rychłe ocielenie się krowy. I oto którejś nocy krowę ukradziono! Rzecz niesłychana w tej wspólnocie, jaką jest kirgiski auł. Sejde nawet przez myśl nie przejdzie, by podejrzewać Ismaiła... jednak prawda będzie bardzo gorzka. Przyjdzie tym razem stanąć twarzą w twarz ze złem.


Ilustrował przedwcześnie zmarły Ignacy Witz:








Katalog biblioteki krowoderskiej mówi, że w filii na Filareckiej jest jeszcze Matczyne pole, przy ładnej pogodzie pewnie się tam wybiorę i jeszcze dopożyczę, ale więcej książek Ajtmatowa w Krakowie już naprawdę nie ma.


Wyd. PIW Warszawa 1959, wyd.I, 82 strony
W serii z Jednorożcem
Tytuł oryginalny: Licom k licu/ Лицом к лицу
Tłumaczyła: Krystyna Latoniowa
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 16 marca 2013.

19 komentarzy:

  1. Książka, chociaż opowiada o odległych czasach pobudza do refleksji nad losem człowieka,jego wyborów i ich konsekwencji.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ładnie to podsumowałaś :) choć dla mnie okres II wojny światowej to jeszcze nie są odległe czasy, ale może to dlatego, że się ciągle obracam w kręgu radzieckich filmów, które z tego okresu czerpią bardzo obficie.

      Usuń
    2. Ta książka warta jest przeczytania, i zgadzam się z @Lirael, że ilustracje są świetne. Pięknie książkę dopełniają.
      Muszę zapytać o niego w bibliotece, chociaż wątpię by u mnie jego książki były - to nie jest duża miejska biblioteka.))

      Usuń
    3. Natanno, to są książki wydawane w czasach bibliotecznego dobrobytu, więc jest spora szansa, że je znajdziesz, nieśmiało wciśnięte w kącik regału. :)

      Usuń
    4. Co prawda moje - choćby dzisiejsze - zakupy na allegro wyraźnie pokazują, czego się biblioteki pozbywają, ale akurat Ajtmatow był dość bogato reprezentowany - osiem różnych pozycji, no i jeszcze ta dziewiąta na Filareckiej, która, mam nadzieję, na mnnie czeka.

      Usuń
  2. Zawsze z wielką przyjemnością czytam Twoje teksty o książkach Ajtmatowa! Ja też nie miałam pojęcia o jego weterynaryjnych zainteresowaniach, a faktycznie sposób, w jaki pisze o zwierzętach jest niezwykły.
    Ilustracje Witza wręcz baśniowe!
    P.S.
    Dziś przeczytałam w Biblionetce i pomyślałam, że może Cię zainteresuje:
    http://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=650478

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha ciekawe, na kiedy wyznaczą godzinę ZERO i jaka ustawi się kolejka. Choć oczywiście niegłupio byłoby się przekonać na własnej skórze (oczach), jak to działa :)
      Dzięki za miłe słowa :)

      Usuń
    2. Faktycznie, może nawet dojść do scen gorszących.:)

      Usuń
    3. Och, to dziś było. Ciekawe, co tam się działo. Ja tej Arteteki, uruchomionej w Małopolskim Ogrodzie Sztuk naprzeciwko biblioteki, do końca nie rozumiem. Raz przechodziłam wieczorem, zobaczyłam, że się świeci, więc wstąpiłam. Usiłowałam się dowiedzieć, na czym to polega i co tam jest od dziewczyny z obsługi, ale niewiele pojęłam :)

      Usuń
    4. Czytników było tylko 30, więc na pewno atmosfera była gorąca. :) Niestety, nie znalazłam żadnych relacji uczestników wydarzeń.

      Usuń
    5. Czasy niby nowe, a nic się nie zmieniło: jak coś rzucają, trza się ustawiać w kolejce :)

      Usuń
  3. Moje dziecko ma dopiero 1,5 roku, a już potrafię przespać jego pobudkę ;) W ciąży w ogóle przestało do mnie docierać, że marudzi w nocy :p

    Ogromnie mi się podobają te ilustracje! A za Ajtmatowem chyba muszę się rozejrzeć w moich bibliotekach.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie już ta nadwrażliwośc nocna pozostanie chyba do końca :(

    A ilustracje są genialne! Ja mam co prawda dwie lewe ręce, ale gdy przyglądałam się choćby twarzy z trzeciego rysunku, miałam ochotę chwycić ołówek i spróbować coś nakreślić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie jest za późno, może okaże się, że masz nieodkryty talent :)

      Usuń
    2. No wiesz, miałam w szkole wychowanie plastyczne, więc znam swoje możliwości... Jeśli kiedykolwiek odryję jakiś swój talent, to będzie to na pewno coś, z czym w życiu nie miałam do czynienia - nie robótki ręczne (naprawdę nikt nie chciałby nosić tego szalika, który wyprodukowałam na robotach), nie kuchnia (córka zjada, ale nie ma wyjścia po prostu), nie pieczenie ciast (ha ha!), na pewno nie sprzątanie :)

      Może koszenie trawnika? Czy do tego potrzebny jest talent?

      Usuń
    3. To zależy, czy chcesz skosić na prosto czy wyciąć w trawie safari :D

      Usuń
  5. Z tym szelestem też tak mam od chwili pierwszego dziecka. Ale już 20 lat? To moje dopiero w powijakach:))
    Ilustracje tego typu straszliwie mi pasują:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może u mnie włączyło się coś, co tylko czekało na jakiś impuls i skorzystało z okazji pojawienia się dziecka? Bo fakt, 20 lat to trochę długo... a raczej nie jestem nadopiekuńczą matką :)

      Usuń