wtorek, 19 marca 2013

Francis Scott Fitzgerald - Wielki Gatsby


Z gatunku: stare ale jare :)

Nie wiem, jak Wy, ale ja kocham tę powieść od pierwszego wejrzenia i wracam do niej co kilka lat. Nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby jej nie znać, ale gdyby, to pokrótce informuję, że historia to powojennego (mowa o I wojnie światowej) milionera Jaya Gatsby'ego, który kupuje olbrzymią posiadłość na West Egg na Long Island pod Nowym Jorkiem, pięknie położoną nad zatoką i organizuje w niej każdego tygodnia wspaniałe przyjęcia, na które zwala się tłum gości, traktujących gospodarza podejrzliwie (na czym zbił swój olbrzymi majątek? może to bootlegger? ponoć zabił człowieka? mówią, że studiował w Oksfordzie?).

Opowieść snuje jego młody sąsiad, Nick Carraway, taki sam przybysz z daleka. Nick wynajął skromny drewniany domek nad zatoką, by dojeżdżać codziennie do NY, gdzie pragnął poświęcić się karierze maklera giełdowego, jak tylu jego znajomych. To właśnie Nick jest świadkiem najpierw triumfu, a potem upadku Gatsby'ego, który był ostatnim chyba takim romantykiem. Niegdyś, jako młody oficer, poznał Daisy, pannę z bogatego domu i zakochał się w niej na zabój. Daisy reprezentowała w jego oczach wszystko to, co wydawało się tak niedosiężne: piękno i bogactwo - bowiem Gatsby naprawdę nazywał się James Gatz i pochodził z farmerskiej rodziny w Północnej Dakocie. Był nikim i pozostałby nikim, gdyby już od wczesnej młodości nie stawiał sobie ambitnych celów do realizacji. I spotkał swoje przeznaczenie: milionera Dana Cody'ego, który rzucił kotwicę swego jachtu na mieliźnie - a siedemnastoletni wówczas James pomógł mu się z tej mielizny wydostać. Od tej pory się nie rozstawali, a James zmienił się w Jaya. To Dan Cody zostawił Gatsby'emu pierwsze duże pieniądze, a choć Gatsby nie zobaczył z nich ani grosza, wiedział już, co robić, by osiągnąć w życiu sukces. Gdyby nie to spotkanie z Daisy... kto wie, jak potoczyłyby się jego losy... ale ono przesądziło o wszystkim. Daisy nie umiała czekać na Gatsby'ego, nie umiała czekać na nikogo ta zepsuta powodzeniem i pieniędzmi dziewczyna. Gdy pojawił się w jej życiu równie bogaty i zepsuty Tom Buchanan, szybko wyszła za niego.

Nawet to nie zatrzymało Gatsby'ego w jego drodze ku gwiazdom: zbijał majątek, a gdy pieniędzy było już dosyć, by wyciągnąć po Daisy rękę, urządzał te ostentacyjne przyjęcia w nadziei ściągnięcia jej do siebie - nie na próżno kupił rezydencję położoną naprzeciwko domu Buchananów. Nocami stał na brzegu wpatrzony w zielone światełko na ich przystani...
W letnie noce z domu mojego sąsiada niosła się muzyka. W jego błękitnych ogrodach mężczyźni i kobiety zjawiali się i znikali jak ćmy, wśród szeptów i szampana, i gwiazd. W czasie przypływu po południu widziałem jego gości nurkujących z wieży na przystani albo opalających się na gorącym piasku plaży, podczas gdy dwie jego motorówki cięły powierzchnię cieśniny ciągnąc za sobą katarakty piany. W soboty i niedziele jego Rolls-Royce stawał się omnibusem, który od dziewiątej rano aż do późnych godzin nocy przywoził towarzystwo z miasta i odwoził je z powrotem, a mała furgonetka niczym żwawy cytrynowy żuk pomykała na stację do każdego pociągu. W poniedziałki ośmiu służących, w tym dodatkowo wynajęty ogrodnik, za pomocą mioteł, szczotek, młotków i ogrodowych nożyc przez cały dzień w pocie czoła usuwało ślady minionej nocy.

I któregoś dnia Daisy rzeczywiście zjawiła się. Wtedy cały ten karawenseraj rozleciał się pod jej krytycznym spojrzeniem jak domek z kart. Gatsby zwolnił rozplotkowaną służbę, zaprzestał urządzania tłumnych przyjęć, już układał kolejne plany na przyszłość - wreszcie mieli być razem. Jednak American Dream nie przyniosło szczęścia Gatsby'emu, na próżno dobijał się do tych drzwi. Zbyt świeże były jego pieniądze, nie miał ich we krwi, wierzył jeszcze w takie wartości, jak miłość, przyjaźń, lojalność... Tymczasem inni:
Nie przejmowali się niczym, Tom i Daisy, niszczyli rzeczy i ludzi,a potem wracali do stanu absolutnej beztroski, do swoich pieniędzy, do tego wszystkiego, co trzymało ich razem, i piwo, którego nawarzyli, kazali pić innym...

Na zawsze już Gatsby będzie miał dla mnie twarz Roberta Redforda. Chciałam sobie odświeżyć film przy okazji, ale... okazało się, że w domu mam jedynie VCD, którego mój odtwarzacz nie czyta, buuu.


Książka przeczytana w ramach wyzwania marcowej Trójki e-pik:

/powieść z wątkiem nieszczęśliwej miłości/


Wyd. Książka i Wiedza Warszawa 1982, wyd.III, 237 stron
Tytuł oryginalny: The Great Gatsby
Tłumaczyła: Ariadna Demkowska-Bohdziewicz
Z własnej półki (kupione w tak odległych czasach, że aż strach, ale dokładnie wiem, kiedy - 6 lipca 1982 roku w antykwariacie w Warszawie za 48 zł)
Seria z kolibrem
Przeczytałam 17 marca 2013.


NAJNOWSZE NABYTKI
Wczoraj dotarła przesyłka z allegro z pięcioma cudami. No, tak naprawdę, czy to cuda okaże się przy lekturze, no ale popatrzcie sami:


Borys Jampolski - Trzy wiosny
Co za nazwisko :)
Całe 1,50 zł





Lew Nikulin - Przebudzenie o zmierzchu (droższe, 1,90 zł) + opis ze skrzydełka jeszcze innej jego książki




Taras Szewczenko - Przejażdżka z przyjemnością i nie bez morału
To już bardzo cenne, bo 3,20 zł, najdroższa ze wszystkich :)




Tu akurat nastąpiła zmyłka. Gdy zobaczyłam twardą okładkę i płócienny grzbiet no i przede wszystkim tytuł, byłam święcie przekonana, że to Nasza Księgarnia i coś dla dzieci. Tymczasem to nie żadna Nasza Księgarnia, tylko Wydawnictwo Poznańskie i seria pisarzy skandynawskich. Gdzie tu jaką serię widać, to nie wiem. Ale przeczytamy, zobaczymy. Toż to laureat nagrody Nobla!
Bjørnstjerne Bjørnson - Dziewczę ze Słonecznego Wzgórza
Cena - 2,90 zł.




Nie dość, że czeska, to jeszcze z takim tytułem. Wiedziałam, że będzie coś o starości i się nie zawiodłam. W miarę, jak moja własna nadchodzi, lubię o starości poczytać :)
Zdeněk Pluhař - Ostatnia przystań
Koszt - 1,60 zł

I tak o. Muszę teraz dokonać przetasowań na półkach, żeby KIK stał koło KIK-u etc.

58 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam dwie najukochańsze książki amerykańskie: tę i Śniadanie u Tiffany'ego, ale film z Audrey Hepburn, choć ona urocza, to już nie to.

      A teraz zdaje się nowy Gatsby jest, z Leonardem DiCaprio phi!

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
  2. "Wielkiego Gatsby'iego" może nie kocham i nie lubię, bo wolałbym żeby "żyli długo i szczęśliwie" co nie zmienia faktu, że moim zdaniem to świetna książka :-). Wrażenia z "Gatsby'iego" wyrównają Ci się z "Dziewczęciem" :-) na szczęście pokuta nie będzie długa bo to cienka książka :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam rozumieć, że Ci się Dziewczęta nie podobają???

      Usuń
    2. Ja pamiętam "Dziewczę" jako mało wciągającą lekturę :-)

      Usuń
    3. Ach, Ty o Dziewczęciu ze Słonecznego Wzgórza, a ja o Dziewczętach z Nowolipek :)

      Usuń
  3. Książka ma fatalny koniec, a ja w tamtych czasach gdy ja czytałam kochałam happy endy i w książkach i filmach ponad wszystko. Oczywiście dla mnie Gatsby to Redford .Di Caprio to już nie to więc nie pokuszę się na oglądanie. Wole przeczytać książkę.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można sobie popłakać ewentualnie, też dobrze robi od czasu do czasu, no i lepiej z powodu powieści niż spraw z prawdziwego życia :)

      A Śniadanie u Tiffany'ego też nie kończy się happy endem.

      Usuń
  4. Redford-Gatsby. Tak, to skojarzenie oczywiste. Nie skreślałabym Di Caprio tak na wstępie. Kto wie? Aktor dojrzał, nie jest już tym dzieciakiem z Titanica. Zmierzyć się z legendą Redforda trudno, ale... kto wie co z tego nowego filmu powstanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie co racja to racja, choćby dla porównania może jednak warto.)

      Usuń
    2. Ale DiCaprio ma PLASKATĄ gębę :(

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    4. Zdradzę tu jedną tajemnicę, zazwyczaj głęboko skrywaną: nie widziałam Titanica...

      Usuń
    5. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    6. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    7. Ale córka mnie od czasu do czasu zawstydza, to może w końcu obejrzę :)
      Ha, może się nawet popłaczę!

      Usuń
    8. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    9. "Mała Moskwa" - ładny film, ale żeby się przy nim popłakać?:) Mam skłonność do rozczulania się przy filmach, ale ten jakoś mnie nie poruszył do łez:)

      Usuń
    10. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    11. Ja przy Małej Moskwie nie pamiętam, czy płakałam, ale bardzo możliwe. Mam oczy na strasznie mokrym miejscu i cyrki wyprawiam. Największy mój obciach w życiu tego rodzaju dotyczył filmu Pokój syna, jak zaczęłam płakać w połowie filmu - W KINIE - tak już do końca ryczałam. A potem trzeba było wyjść i iśc do domu!!! Miotałam się w panice i miotnęłam nie w te drzwi... w rezultacie wylądowałam wśród tłumu czekającego na następny seans, zamiast na dworze (zwanym w Krakowie polem)... ech. A im starsza jestem, tym bardziej ślozy leję. Toteż przestałam praktycznie chodzić do kina :)

      Usuń
    12. "Pokój syna" to wstrząsający film... Wycisnął ze mnie łzy, ale na szczęście było to w domowym zaciszu, bo nie lubię ryczeć w kinie:)
      @Alicjo, płacz przy filmie (nieważne jakim) to ludzka (babska) rzecz :D

      Usuń
    13. Kupiłam go potem, ale boję się do niego wrócić...

      Usuń
  5. Oczywiście, że ma plaskatą. Ale w "Titanicu" jeszcze nie tak bardzo;młody był i wdzięk miał. Widziałam "Titanica" i podobał mi się, bo jest to bardzo dobrze opowiedziana historia. Ja dodatkowo mam lekką obsesję na punkcie tej katastrofy. Jest taka strona o pasażerach, ich życiorysy, ew. dalsze losy, powody dla których płynęli. Bardzo polecam, bo oprócz poznania niezwykłych zupełnie losów ludzkich ćwiczymy jęz.angielski. Mimo wszystko sama jestem zdziwiona tym, że ten film tak mi się podobał, ale odbierałam go niemal wszystkimi zmysłami -czułam chłód, zapachy...
    A "Wielkiego Gatsby'ego"oczywiście czytałam jak i oglądałam Redforda. Jest taka scena kiedy oprowadza Daisy po swoim domu i w penym momencie otwiera szafę z koszulami...Jak pierwszy raz to widziałam, to poryczałam się po prostu. Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wszystkie jego nadzieje były w tych koszulach: tym miał Daisy zaimponować - zresztą zrobił to, Daisy się właśnie popłakała, jak i Ty :)

      A co do Titanica, przekonałaś mnie, że trzeba go obejrzeć na duzym ekranie.

      Usuń
  6. A to cię zaskoczę:) Nie czytałam "Wielkiego Gatsby'go". Możecie mnie za to ukatrupić.:) Dla mnie Fitzgerlad to "Śniadanie u Tiffany'ego". Do tej powieści lubię chętnie wracać (i chyba tak znów uczynię niebawem). Jestem od Was (czyli Ciebie, Ali, Marlowa i Natanny) sporo młodsza, jak się domyślam, więc moje pokolenie tak się nie zaczytywało w "Wielkim Gatsbym", ale właśnie w "Śniadaniu...". Twój pełen entuzjazmu post wzbudził u mnie wyrzuty sumienia i zachęcił mnie jednak do kupna tej powieści i przeczytania. Przed chwilą sobie zamówiłam za 7 zł, kieszonkowe wydanie, bo na droższe mnie nie stać.
    I wiesz co, nie oglądałam tego filmu z Redfordem!!! Jakoś ten sławny film umykał mi, a że od ładnych paru lat w tv nie można obejrzeć starych i wartościowych filmów... to nie ma się co dziwić. Najpierw jednak przeczytam, bo lubię taką kolejność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Upss, literówka mi się wkradła w nazwisko pisarza. Poprawiam się;)

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    3. Czuję się teraz odpowiedzialna za Twoje 7 zł - więc mam nadzieję, że Ci się spodoba :)

      Śniadanie u Tiffany'ego to też mój hit. Ale tylko książkowy, natomiast często widzę w internecie, że ludzie uwielbiają film. To dwie zupełnie różne jakości. Capote tak mi zapadł w serce Śniadaniem, że boję się tknąć innych jego rzeczy i na przykład nie czytałam Z zimną krwią. A Harfa traw, często uważana za lepszą literacko od Śniadania mnie nie przekonuje.

      Usuń
    4. I nie wiem, czy to kwestia pokoleniowa, bo moje wydanie Śniadania jest z 1962 roku, a więc z tego samego mniej więcej okresu, kiedy fascynowano się Gatsbym... chyba? Czytałam, że powieść Fitzgeralda nie zrobiła furory, gdy wyszła w 1925 roku, tylko dopiero po wznowieniu w latach 50-tych.

      Usuń
    5. Upsss! O matko kochana!!! Nie wiem, czemu ci dwaj autorzy mi się pomylili:) Może dlatego, że obydwaj pisarze to Amerykanie...:) Ech, jestem tylko człowiekiem, a jako czytelniczka mam prawo do błędów i omyłkowych skojarzeń, bo literatura to niezmierzone bogactwo i czasem miewam wrażenie, iż można w nim utonąć:)

      Usuń
    6. Niewątpliwie można :) zauważ, że autorom zaczyna już brakować tytułów :)

      Usuń
    7. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    8. Ty zgodnie z limerykiem Rusinka:
      Kiedy Nobla dostała poetka z Krakowa,
      Wiersze czytać poczęła z Polaków połowa.
      I tylko lud z okolic Płocka
      Sądził, że nobla dostała... Wisłocka.
      Ot, typowa Freudowa czynność pomyłkowa

      :)

      Usuń
    9. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
  7. Czytałam gdzieś na poczatku szkoły średniej, acz swój egzemplarz miałam i nie wiem, co się z nim stało. Musowo się więc na nowo zaopatrzyć i przypomnieć. Poza tym Redforda uwielbiam w ekranizacji:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Córka właśnie mi mówi, że to tylko na moim odtwarzaczu VCD nie chodzą, ale na tzw. dużym - jak najbardziej. Trzeba to będzie sprawdzić i ewentualnie Redforda sobie strzelić :) Niedawno oglądałam Trzy dni kondora z nim :)
      No, a Pożegnanie z Afryką? A Żądło?

      Usuń
    2. "Pożegnania z Afryką" nie lubię z powodu Meryl Streep. No jak zachwyca, skoro nie zachwyca? Jest oczywiście dobrą aktorką, a nawet bardzo, ale nie ona jedna. Jej...powiedzmy specyficzna uroda sprawia, że nie jestem w stanie uwierzyć w jej przemożny wpływ na mężczyzn, a często takie role grała. I ciągle mam wrażenie, że ma siąpiący katar i powinna co chwila używać chusteczki. Wiem, wiem - ohydna jestem.Magda

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    4. Ja Julii i Julii nie polubiłam z innego względu: na ten współczesny wątek o blogerce :)

      W ogóle jak słyszę słowo bloger, blogerka to mi się nóż w kieszeni otwiera.

      Usuń
    5. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    6. Ależ Alicjo! To Ty jesteś specjalistką od wkładania kija w mrowisko, więc zabieraj się za produkcję notki w tym względzie :)
      Chętnie poczytam!

      Usuń
    7. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
  8. Premiera nowego Gatsby'ego dopiero w połowie maja. Mam nadzieję, że okaże się tak rewelacyjny, jak zapowiadają. Czytałam też, że Jacek Dehnel pracuje nad nowym przekładem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co jest nie tak ze starym przekładem? Przyznam, że nie rozumiem, skąd się biorą takie pomysły...

      Usuń
    2. O to może być ciekawie:)

      Usuń
    3. Mnie ten przekład nie zachwyca, bo chwilami zgrzyta i podobnie jak Montgomerry z zainteresowaniem wypatruję nowego. :)

      Usuń
  9. Jeszcze nie czytałem "Wielkiego Gatsby'ego", ale Twój opis przypomina mi jako żywo naszą "Lalkę" Prusa. Może się skuszę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest. Wszak Daisy, tak jak Izabela Łecka, to arystokracja, tyle że na amerykańską modłę: już nawet nie, że potomkini tych, co zeszli z Mayflower, ale arystokracja pieniądza. Tylko koniec nie jest otwarty.

      Usuń
  10. Czytałam "Wielkiego Gatsby'ego" - ale jakoś nie odcisnął się trwale w mojej głowie. Film też nie.
    Za to "Żądło" (btw - co za żądło w ogóle, ech), kocham, uwielbiam, czczę. Rzekłam.
    Bo tam obok Redforda jest Newman, co ma takie piękne niebieskie oczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, te niebieskie oczy :)

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
    3. Kiedyś umieli, ale na szczęście jeszcze dziś trafiają się tacy, co potrafią ;)

      Usuń
  11. Książka jest fantastyczna, własnie czytam ^__^ Bardzo mi sie podoba!

    OdpowiedzUsuń
  12. Trafiłam na Twój post dzięki wyzwaniu Sardegny :) Sama też wybrałam Gatsby'ego do jednej z kategorii..Ale mnie jakoś ta książka nie przekonała...Owszem jest to naprawdę tragiczna miłość, ale odczułam bardzo małe przywiązanie do wszystkich bohaterów powieśći nawet tych głównych...Może dlatego, że jest to jednak cienka książka i widocznie nie o to chodziło. Filmu z Redfordem nie widziałam ale widzę, że muszę nadrobić :) Czekam teraz na premierę nowej ekranizacji :) Moim zdaniem z tej książki możemy wyciągnąć to, że nie warto zatracać siebie i w pełni poświęcać dla miłości bo możemy się gorzko rozczarować ta drugą osobą a tym samym zniszczyć sobie życie...
    Pozdrawiam ;) Karins

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak miło, że zajrzałaś :)

      Tak, wnioski z lektury są niezbyt optymistyczne... Gatsby był zbyt wielkim romantykiem... a może tylko trafił na niewłaściwych ludzi? Na pewno stawianie wszystkiego na jedną kartę niesie za sobą ryzyko, on je podjął i przegrał.

      Być może, gdybym pierwszy raz przeczytała Gatsby'ego dziś, nie podeszłabym do niego tak emocjonalnie. Jednak wówczas, w młodych latach, zapadł mi w serce i tak już zostało :)

      Usuń