wtorek, 12 marca 2013

Leonid Lichodiejew - Ja i mój samochód


Taką pierdułkę-ramotkę przeczytałam. Napatoczyła się w bibliotece na Studenckiej, gdzie mają dobry obyczaj układać książki na półkach literaturami narodowymi. Łatwiej wtedy sobie coś wyszukać niespodzianego.
Na skrzydełku napisano tak:

To mnie oczywiście zachęciło i przytuliłam powieść na jeden miesiączek. Dobrze zrobiłam, bo uratowałam jej życie choć na trochę - przybyło jedno wypożyczenie, a wiemy, co się ze starymi książkami dzieje w bibliotekach...

Jak widzimy, zaczyna się niezbyt optymistycznie - wjazdem na podwórko karawanu. Na szczęście autor szybko nas uspokaja: owszem, karawan przyjechał po niego, ale przywiózł ocalenie: chodzi po prostu o wzięcie na hol samochodu, który w warunkach zimowych wymaga sporo zachodu z uruchomieniem, a najlepiej jest go rozruszać. Po to wzywany jest pan Gienek z komunalnego garażu, mąż opatrznościowy, który woli spokojną pracę na karawanie - odwiezie się i do garażu. Pan Gienek jako mąż opatrznościowy ma jedną zasadę - grunt to się nie łamać.


Mniej więcej w tym samym czasie zachodzą dwa wypadki: bohater łamie sobie rękę majstrując przy korbie, a świeża (i fikcyjna) rozwódka Aniutka za kierownicą auta byłego męża przejeżdża przechodnia. Podmiot liryczny przechodzi na utrzymanie państwowe dzięki swemu autu, które rozumiało, że lepiej przyjmować pieniądze złamaną ręką niż je oddawać zdrową (choćby w postaci mandatów). Aniutka wolałaby na utrzymanie państwowe w więzieniu nie przechodzić, co skądinąd zrozumiałe, więc majaczące przed nią osiem lat wyzwala pokłady pomysłowości w eks-małżonku (rozwiedli się, żeby Aniutka mogła dostać przydział na mieszkanie). W międzyczasie gospodarstwo domowe samotnego bohatera wzbogaca się o rasowego co prawda, ale kalekiego psa Filona, z którym bohater toczy długie dyskursy o sensie życia i moralności.

Leonid Lichodiejew był felietonistą z dużym zacięciem satyrycznym, co widać w Ja i mój samochód. szkoda jednak, że nie przetłumaczono na polski innych jego powieści, a zwłaszcza powieści życia, epopei Семейный календарь, или Жизнь от конца до начала czyli Rodzinny kalendarz lub życie od końca do początku, obraz życia czterech pokoleń pewnej rosyjskiej rodziny od końca XIX wieku do naszych dni. Chciałabym to przeczytać. Tę trylogię autor pisał do szuflady, nie mając nadziei na jej opublikowanie. Jednak miał to szczęście, ze pierwsze dwa tomy wyszły w druku jeszcze za jego życia, w latach 90-tych. Trzeci już pośmiertnie.

/zdjęcie z Wikipedii/
Oryginalny tekst Samochodu w internecie znalazłam, ale trylogii już nie, niestety...


W tym czasie - to jest w roku 1976 - do nabycia w księgarniach były jeszcze:

Opowieść o prawdziwym człowieku była u mnie w domu, ale się zbyła. Pamiętam jednak, że chyba czytałam. Natomiast Gieorgijewską widziałam ostatnio na allegro tam, gdzie kupiłam parę innych pozycji, ale tytuł mnie nie zafrapował.

Jak widać po skanach - odzyskałam w robocie komputer. W stanie przywróconym do użytku (to jeno padł wentylator) i z dobrą radą, żeby film 116 GB ciągnąć i niczym się nie przejmować, co też czynię :)


Wyd.Czytelnik Warszawa 1976, wyd.I, 296 stron
Tytuł oryginalny: Я и мой автомобиль, 1972
Tłumaczyła: Zofia Gadzinianka
Z biblioteki na Studenckiej
Przeczytałam 10 marca 2013.

11 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No popatrz, u mnie w domu żadnych partyjnych nie było, a książka pokutowała. Chcę ją sobie zresztą przypomnieć, ale to chyba z biblioteki pożyczę :)

      We włosach bohater ma oczywiście różne części samochodowe, piękny tam jest ustęp o wolnym rynku takich części... skąd my to zresztą wszyscy znamy...

      Usuń
  2. "Ja i mój samochód"... tak chodzi mi po głowie ten tytuł i myślę, skąd go znam? Pewnie kiedyś książka ta była w moich rękach.
    Los starych książek w bibliotekach smutny.
    Bo smutno patrzeć na regał, gdzie stoją w rządku książki niechciane,do zabrania przez łaskawego czytelnika, zbyt stare, by zajmowały miejsce, podniszczone, nieaktualne...
    Przecież biblioteka to miejsce przechowywania i gromadzenia książek, więc jak to w końcu jest?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To się chyba tak nie definiuje... nie tyle przechowywania i gromadzenia książek, co dostarczania ich czytelnikowi... a jeśli czytelnicy nie pożyczyli danego tytułu od x lat, to szast-prast i precz. Żeby to do wydania, do zabrania! Ale na przykład w mojej osiedlowej bibliotece NIE DA SIĘ. Muszą iść na makulaturę. Takie są odgórne zarządzenia.

      Usuń
  3. Waciak, kto dzisiaj wie co to jest?
    W waciakach największe elegantki na Syberii chodziły. A ja sobie nadal nie mogę przypomnieć tego tytułu, o którym Ci kiedyś pisałam. A POLEWOJA CZYTAŁO SIĘ, CZYTAŁO - CHYBA TO BYŁA NAWET LEKTURA./znowu mi się przycisnęło/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Coś mi mówi tych Dwóch kapitanów... może u Ciebie właśnie czytałam?

      Usuń
  4. O człowieku.... to musowo się czytało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie pamiętam, czy musowo... ale chyba tak, bo niby dlaczego bym to czytała, skoro ruskich rzeczy unikało się jak diabeł święconej wody?

      Usuń
    2. Za moich czasów książka O człowieku, który się kulom nie kłaniał była obowiązkowa, Walter to był przecież komunistyczny bohater narodowy, dzisiaj się o nim nie pisze. Dopiero teraz zauważyłam, szukając książki, że napisała ją Janina Broniewska, żona Władysława Broniewskiego.)

      Usuń
    3. Że Janina B. to wiedziałam, ale że to żona poety, to już nie :)

      Usuń