czwartek, 5 czerwca 2014

Théo Fleischman - Zbieg z Wyspy Świętej Heleny

Tytuł mnie zwabił, no bo jak zbieg to wiadomo, że coś sensacyjnego :) A w dodatku Fleischman jako autor. Fleischmana przecież wszyscy znamy, prawda?






Chwila milczenia....




No, z Przystanku Alaska przecież :)
Co tam, że to całkiem inny Fleischman...
Rzeczony Fleischman stoi sobie tutaj:
To znaczy tam z tyłu. Teraz już będzie widoczny:
Tę półkę już pokazywałam przy okazji Wspólnej winy, ale coś tam w międzyczasie na niej przybyło...
Widok tego regału towarzyszy mi przy zasypianiu i przy budzeniu się. I jest krzepiący. Bowiem albowiem przypomina mi dzieciństwo. Mieliśmy dwa pokoje,a było nas czworo. W pewnym momencie rodzice zdecydowali, że ze względu na wiek zasługujemy z bratem na rozdzielenie, choćby symboliczne. Zamówiono regał, który miał stanąć w poprzek pokoju, zostawiając jedynie przejście koło okna. Ponieważ nie było wtedy jeszcze ogrzewania centralnego, tylko piece i tenże piec znalazł się po bratowej stronie, w celu wymuszenia cyrkulacji ciepła i do mojej części - półki na regale zaprojektowano dość wysokie, co było dla mnie udręką, bo przecież chciałam się od tego mojego brata odizolować - zapychałam więc przerwy książkami układanymi w poprzek. Regał był arcydziełem sztuki stolarsko-ślusarskiej w wykonaniu miejscowego Chłopka-Roztropka. Mój tapczan (była to tak naprawdę wersalka, ukochany mebel PRL-u) był przystawiony dłuższym bokiem do regału i też miałam wtedy widok na książki od rana do wieczora :) Muszę tu uściślić, że tamten regał był dwurzędowy, ale dostępny z obu stron, zaś mój obecny jest na tyle szeroki, by pozwolić ewentualnie książkom na dwurzędowość, ale stoi przy ścianie. Ma też ten plus w porównaniu ze starym, że półki zaczynają się od pewnej wysokości i pościel ich nie dotyka. A w dzieciństwie miałam pewien dyskomfort wynikający ze stykania się pościeli z zakurzonymi jednak książkami. No. To koniec tej budującej historii :)

Ach, zapomniałabym napisać o dalszych losach regału. Było ich właściwie dwa - drugi stał przy przeciwległej ścianie i miał zamontowany rozkładany blat, przy którym odrabiałam lekcje. Tenże regał ciągle jest u rodziców, tyle że pozbawiony blatu. Natomiast pierwszy regał wywędrował razem z wersalką, stołem, czterema krzesłami (oraz odpowiednią liczbą książek) na nasze z mężem pierwsze wynajmowane mieszkanie. Potem przewędrował do mojej obecnej siedziby i parę lat służył dzielnie jako mebel wielofunkcyjny, aż wreszcie został zastąpiony białymi półkami, rozebrany i wyniesiony do piwnicy. I: albo tam jeszcze jest albo go nie ma. Przyznam się, że do piwnicy zaglądać nie lubię. Córka z koleżanką, chcąc zyskać trochę miejsca na rower, zrobiły tam kiedyś litościwie porządek i mnóstwo rzeczy powyrzucały, nawet nie wiem, co zostało. Ostatnia moja tam bytność ograniczyła się do otwarcia drzwi panu od remontu łazienki i wskazaniu mu miejsca na podłodze, gdzie ma postawić pudełka z zapasowymi flizami. I tyle.

Nasz pan Théo Fleischman (1893-1979) był dziennikarzem, radiowcem i pisarzem. To on ponoć pierwszy w Belgii wymyślił radiowy dziennik, a było to w 1926 roku.

Na czym polegała jego wielka przyjaźń dla Polaków, wspomniana poniżej, milczą dzieje.


W każdym razie zapewne ta właśnie przyjaźń spowodowała, że zdecydowano się wydać po polsku jego drobiazg, zatytułowany Zbieg z Wyspy Świętej Heleny. Już na skrzydełku zastrzeżono, że jest to błahy żart - i tak jest rzeczywiście. To drobiażdżek, który z przyjemnością łykną bonapartyści (ciekawe swoją drogą, czy pozycja ta jest znana Łysiakowi), ale bez którego świat literacki się nie zawali. Nie mogę jednak powiedzieć, że żal mi straconego na lekturę czasu (zwłaszcza że książka cienka), bo nieco mi rozszerzyło horyzonty - w sensie poznania okoliczności zesłania Napoleona na wyspę Św. Heleny - jakoś nie jestem szczególnie mocna w historii Francji, no a poza tym to jednak wątek sensacyjny, domyślamy się co prawda jak skończy nieszczęsny Artur Pallafat, dla którego odnalezienie dowodu na ucieczkę Bonapartego z wyspy stało się idée fixe, niemniej jednak śledzimy postępy w sprawie z zapartym tchem :)

Dla mnie osobiście łakomym kąskiem był passus, poświęcony wizycie na Quai des Orfèvres. Wszakże tam, pod numerem 36, rezyduje...
Czy coś to Państwu przypomina?
:)
Miło, że belgijski pisarz złożył w ten ironiczny sposób hołd swemu wielkiemu rodakowi.
A więc co? Czytać? Nie czytać? Decydujcie sami. Dla panów - gratis instrukcje, jak zdobywać wdzięki nieznajomych dam :)

Inne tytuły serii KIK w 1969 roku:


Początek:
i koniec:


Wyd. PIW Warszawa 1969, wyd.I, 168 stron
Tytuł oryginalny: L'évadé de Sainte- Hélène
Przełożył: Gabriel Karski
Seria KIK
Z własnej półki (kupione na allegro 21 listopada 2012 roku za 1 zł)
Przeczytałam 2 czerwca 2014 roku


OBEJRZAŁAM FILM RADZIECKI
Zatytułowany Мы, двое мужчин czyli My, mężczyźni. Wyreżyserował go w 1962 roku Jurij Łysienko, a scenariusz powstał na podstawie powieści Anatolija Kuzniecowa pod tym samym tytułem. Główne role zagrali Wasilij Szukszyn i 8-letni Walerij Korol. Zagrali koncertowo!

Jednym z dwóch bohaterów filmu jest Misza, kierowca, wolny ptak, niezbyt przejmujący się ludźmi czy nawet swoimi obowiązkami. Właściwie na każdą wymówkę ma jedną odpowiedź: no i co?
Niespecjalnie się przejął kobietami czekającymi w deszczu na podwiezienie ich ciężarówką do miasta:
Co gorsza, również reprymenda od szefa, który już dwie godziny wcześniej kazał mu jechać po nowy transformator, bo kołchoz został bez prądu, też spotkała się z tego typu odpowiedzią. Wszak przyjemniej jest pić piwko z innymi szoferami.
Ochrzaniony przez kierownika Misza wreszcie decyduje się ruszyć w drogę, ale jego mina mówi o stanie ducha...
A tu jeszcze miejscowa nauczycielka wpycha mu do szoferki swojego malca i prosi o kupienie mu w mieście ubrania, bo we wrześniu idzie do szkoły, a wydarł się ze spodni. Ona tymczasem nie może zwolnić się ze szkoły.
Jasne jak słońce, że Misza odmawia. Czego?? i wyrzuca Jurkę z auta.
Gdy jednak nauczycielka, sama wychowująca Jurkę, pyta, czemu UDAJE bestię, Misza mięknie i zabiera chłopaka ze sobą.
Początki znajomości nie są najlepsze. Misza wymyśla matce Jurki od idiotek, dopytuje się, kto jest jego ojcem i stwierdza, że tak nie bywa, gdy malec oznajmia, ze nie miał ojca. Powoli jednak szereg wydarzeń po drodze zbliża ich do siebie. Jurka "pomaga" ruszyć ciężarówce, gdy koła jej zabuksowały w błocie, zabierają do szpitala żonę marynarza, która ma rodzić:
Ciężarówkę zatrzymuje mężczyzna, prosząc o podwiezienie do weterynarza chorego konia:
Wreszcie docierają do przeprawy przez rzekę, wjeżdżają na prom, tam Misza spotyka koleżków, którzy częstują Jurkę wódką:
Wreszcie po wielu przygodach przyjeżdżają do miasta. Zatrzymują się u kolejnej znajomej Miszy, której ten obiecał zabić cielaczka.

Jurka tymczasem zawiera znajomość z dziewczynką w swoim wieku, która pokazuje mu zepsuty saturator - gdy go stuknąć, woda sodowa leje się za darmo :)
Zbiegają się chłopaki oglądać i krytykować ciężarówkę, toteż wybucha bitka, przerwana dopiero przez Miszę.
Do tej pory Misza zdążył już kilkakrotnie podać się za ojca chłopca, polubił go, a może nawet coś więcej... poczuł, że czegoś mu w życiu brak, że jałowe to życie i bez większego sensu, że brak w nim rodziny, bliskich ludzi, że dobrze jest też ponosić za kogoś odpowiedzialność... po prostu budzi się w nim dusza.
W końcu znajdują sklep z ubraniami dla dzieci i z wielkim trudem - bo Jurka jest rzekomo "niestandardowy", ubrania są za długie albo za krótkie, Misza urządza awanturę, by zdjęto odpowiednie spodnie z manekina - kupują i garnitur i nowe buty.
Oglądają też wystawę sklepu z zabawkami, a na niej wymarzony samochodzik:
Pójdą do teatru na przedstawienie dla dzieci, na lody, spędzą noc pod gołym niebem na pace ciężarówki, a następnego ranka znów załadują kobiety z tobołami i ruszą w drogę powrotną. Żaden z nich nie będzie już taki sam...

W całości i oryginale tutaj:


Mega wzruszająca opowieść o tym, co ważne w życiu - która długie lata przeleżała na półce, bowiem jej scenarzysta Anatolij Kuzniecow wybrał wolność.

13 komentarzy:

  1. Szukszyna pamiętam z dwóch świetnych ról w "Kalinie czerwonej" i "Oni walczyli za ojczyznę", ten pierwszy nawet "za komuny" to była egzotyka, za to drugi ponad czasowy i można by powiedzieć - rewelacyjny, gdyby nie propagandowa końcówka. Przy pewnej dozie miłosierdzia można uznać, że to była antycypacja finałowego wymachiwania gwiaździstym sztandarem we współczesnych amerykańskich filmach wojennych :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oni walczyli za ojczyznę odsuwam jakoś od siebie i odsuwam, ale to nie może trwać w nieskończoność - obejrzę! A Kalina czerwona to był jeden z pierwszych filmów radzieckich, jakie kupiłam i na pewno sobie przypomnę niedługo, skoro już uruchomiłam osobisty projekt OGLĄDAM SZUKSZYNA :)

      Właśnie, zarzucamy ciągle radzieckiemu kinu tę pompatyczność i tromtadratyzm, a co powiedzieć o amerykańskim?! Widać imperia już tak mają.

      Usuń
    2. W porównaniu z "Bitwą o Moskwę" czy "Stalingradem" powiedziałbym, że w "Oni walczyli ..." jest zero pompatyczności (pomijając zakończenie). Podobno właśnie z powodu "ludzkiego" przedstawienia wojny film miał kłopoty z dopuszczeniem do kin.

      Usuń
  2. Ładny zbiór KIK-ów masz.
    A ten film to sobie przypominam głównie z tytułu. Prawdopodobnie oglądałam go w czasie, gdy u nas głównie szły w tv filmy radzieckie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty bardzo dużo wtedy radzieckich filmów obejrzałaś. A ja jakoś... za to pamiętam, że chyba pierwszy film, na którym byłam w kinie, to był właśnie radziecki. Pamiętam, że było tam o jakichś dzieciach, opiekującym się pelikanem. Szukam go od tej pory :)

      Usuń
    2. A my tak mieliśmy dość filmów radzieckich w tv i starych amerykańskich czarno białych, że do kina chodziliśmy na te, które docierały z zachodu, choćby z NRD o Winnetou i oldach jakichś tam oraz na francuskie typu Angelika itp.

      Usuń
    3. Pamiętam oczywiście, zarówno Winnetou jak i sławetną Angelikę, ocierającą się prawie o pornografię - jak na tamte czasy :)

      Usuń
  3. Zupełnie nie na temat, przyjrzałam się półce i ze wzruszeniem odkryłam Bażowa i jego "Szkatułkę z malachitu". Cudo - bardzo to lubię. Ale nie mam :)
    http://mcagnes.blogspot.com/2010/01/szkatuka-z-malachitu-pawe-bazow.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa, to cała historia. Pewnego razu będąc w bibliotece na Królewskiej zobaczyłam na stoliku "do wzięcia" tę właśnie Szaktułkę z malachitu. Absolutnie nic mi to nie mówiło, ale że jakiś Bazow (nawet nie doczytałam, że Bażow), no to myślę sobie: ruskie, biorę. Tymczasem w domu patrzę, a to tylko tom pierwszy (lub drugi, nie pamiętam, w każdym razie jedynie część całości). Następnego dnia biegiem do biblioteki, modląc się, żeby jeszcze była (jak ja jej mogłam nie zauważyć) i... była :)
      Po czym odłożyłam na półkę i nawet nie wiedziałam, że to jakiś zbiór baśni i legend, jak mi teraz mówi Biblionetka. Myślę sobie, dwutomowa powieść, to kto wie, kiedy znajdę na nią czas :)
      Lecę więc zapoznać się z Twoją recenzją.

      Usuń
    2. Teraz dopeiro zauważyłam, że to TY właśnie na Biblionetce agitujesz za Szkatułką :)

      Usuń
    3. Nie, na Biblionetce to nie ja, mam tylko w ocenach, na blogu też zamiast recenzji tylko krótka notka wybitnie wspomnieniowa. Ale polecam, to naprawdę bardzo urokliwe opowieści.

      Usuń
    4. Jak nie Ty, jak Ty:
      http://www.biblionetka.pl/art.aspx?id=68567

      Już zapomniałaś :)
      Niech będzie notka wspomnieniowa, nie recenzja :)

      Usuń
    5. O rzeczywiście, szukałam na stronie bloga, a to czytatnik. Zapomniałam. :)

      Usuń