piątek, 25 sierpnia 2017

Ivan Klíma - Má veselá jitra


Mogę odtrąbić sukces!
Przeczytałam pierwszą książkę po czesku!
Ja tu już co prawda wstawiałam coś tam, ale to były właściwie pojedyncze rozdziały pewnej opowieści kryminalnej. A tu od początku do końca :)
Jest to oczywiście takie czytanie pół na pół na razie... moja znajomość czeskiego nie sięga zbyt głęboko... ale będzie lepiej!


Przywiozłam sobie tę książeczkę z Pragi w maju. Byłam w antykwariacie, wybrałam ją ze względu na mikre rozmiary, poszłam zapytać, ile kosztuje i usłyszałam, że dla mnie gratis :) Było to tak niespodziewane i miłe (nie ze względu na parę złotych, ale z powodu samego gestu), że pewnie będę pamiętać tę historię do końca życia :)
Proszę, odnalazłam zdjęcie, jak ją triumfalnie niosę do domu, to znaczy do hotelu :)
A to jest ten antykwariat:
Jak widać, regały z książkami stoją na dworze, tyle że pod daszkiem :)

Nazwisko autora nie mówiło mi nic. Tymczasem okazuje się, że to jeden z trzech Czechów najczęściej tłumaczonych na obce języki.
O tym, że miał skomplikowany życiorys i nie mógł publikować za tamtych czasów, dowiedziałam się już z książki. I już po pierwszych dwóch rozdziałach-historiach wiedziałam, że go kocham.
Tak jest.
To moja miłość.
Teraz w sierpniu kupiłam kolejną jego rzecz, której może dam radę, bo jest to wybór opowiadań - miłosnych w dodatku :)


Má veselá jitra to siedem povidek czyli nowelek, opowiadań, po jednej na każdy dzień tygodnia. Tytuł oznacza Moje wesołe poranki, ale nie spodziewajmy się tu wesela i radości. Ich akcja dzieje się za komuny, a bohaterami są smutni ludzie.
Podmiotem lirycznym :) jest sam pisarz, ale staje się jakby tłem dla spotykanych ludzi. Szara rzeczywistość komunistycznej Czechosłowacji (książka oczywiście nie wyszła oficjalnie aż do 1990 roku, wcześniej wydano ją za granicą, dojmująca i przecież nam znana z autopsji... a jednak jest w tym i spora doza humoru i filozoficzne przemyślenia.

Zaczęłam ją czytać jeszcze przed dopiero co minionym wyjazdem do Pragi, a ostatnie dwa rozdziały skończyłam po powrocie.
I proszę, jak to się dobrze złożyło.
Byłam między innymi na cmentarzu w Břevnovie, odnaleźć i odwiedzić trzy groby, w tym grób prof. Jana Patočki, sygnatariusza Karty 77, który zmarł na udar mózgu po 11-godzinnym przesłuchaniu przez esbecję. Czytałam o jego pogrzebie, kiedy to nad cmentarzem krążył cały czas helikopter, a na pobliskim stadionie urządzono zawody motocyklowe, żeby uczestnicy pogrzebu nie mogli nawet słyszeć przemów.
I oto teraz u Klimy czytam o pogrzebie, na którym zagłuszano motorami mówców... właśnie tym pogrzebie - ale nie ma tu nazwisk ani dat, więc jeszcze tydzień temu nie wiedziałabym o czym, o kim mowa i wzięłabym to za fikcję literacką :)

Początek:

Koniec:

Wyd. Rozmluvy Praha 1990, 166 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 24 sierpnia 2017 roku


Relacji z Pragi nie zamieszczam, bo bym nigdy nie skończyła tej notki. Jeszcze mi wszystko buzuje w głowie!
Miałam obawy co do długości tego pobytu, bo już od wielu wielu lat nie wyjeżdżałam na tak długo. Ale Praga wynagradza wszystkie niedogodności.
MIałam moment, że pomyślałam - w przyszłym roku pojadę na trzy tygodnie.
Ale mi minęło :) jednak się tęskni.
No i na dwa dni przed wyjazdem odmówiła mi posłuszeństwa lewa stopa. Cóż, skoro przez cały rok siedzi się za biurkiem, nie można wymagać, żeby potem przez dwa tygodnie od rana do wieczora łazić bez żadnych konsekwencji. Wróciłam więc kuśtykając i obiecując sobie, że za rok to już na pewno przed wyjazdem zrobię sobie zaprawę ;)


NAJNOWSZE NABYTKI

Przywiozłam 15 książek i 31 filmów hi hi.
Przywiozłabym tych książek o wiele więcej, gdybym miała jak. Uważam, że te 15 sztuk to i tak jest wyczyn. Faktem jest, że w walizce zmieściłam tylko kilka, a resztę wiozłam w siatce! Czyli miałam trzy bagaże, co nie jest najwygodniejsze.

Najpierw odwiedziłam Tanią Jatkę, gdzie znalazłam dwie książki o czeskim kinie i jedną o Pradze z mnóstwem ciekawostek. Razem 167 koron (26,70 zł).

Trzeciego dnia pobytu zajrzałam do tego samego antykwariatu, o którym mowa wyżej. Wygrzebałam cztery pozycje, poszłam zapytać, ile to będzie, pan ledwie rzucił okiem z odległości 2-3 metrów (na pewno nie widział tytułów, raczej ilość) i orzekł, że 20 koron. Czyli 3,20 zł za wszystko :)
Te dwie u góry wybrałam tylko dlatego (nic o nich nie wiem), że mam filmy o tych tytułach.

Czwartego dnia w księgarni za rogiem kupiłam za ciężki pieniądz czyli 80 zł coś, o czym marzyłam już od kilku miesięcy - widziałam to w internecie. Wyszły dwa tomy z tej serii, drugi jest o Hradczanach i powinnam była też go kupić, ale nieco się przestraszyłam grubości tych tomiszcz.
Trzeba było jednak wziąć, bo kto wie, czy w przyszłym roku będzie? Jakoś by się do tej siatki dopchało.

Następnie w dwóch innych antykwariatach nabyłam kolejne trzy sztuki, w tym Klimę. Ceny od 40 do 60 koron (6,40 - 9,60 zł). Dwa pitavale to cenny nabytek do mojej raczkującej kolekcji literatury praskiej.

Przy okazji obiadu znalazłam w kolejnym antykwariacie (był obok jadłodajni) mojego pierwszego Hrabala (30 koron = 4,80 zł).

No i ostatni zakup, który mnie zachwycił dosłownie. To już księgarnia i żadna taniocha, w sumie 900 koron (144 zł). Ale co za treści! Takie historie o Pradze, że ho ho ho.
W tej wąskiej książeczce już w tramwaju wyczytałam o paternostrze i zaraz po południu pojechałam go lokalizować i się nim przejechać. No tego nie ma w przewodnikach.
A te dwie mniejsze - kurczę blade, nie było poprzednich części :(
Teraz znalazłam którąś w jakimś internetowym antykwariacie, ale wysyłają tylko do Czech i Słowacji :(
A PRAGNĘ mieć je wszystkie!

Już po powrocie skorzystałam z okazji 35% rabatu na Bonito i zamówiłam czeskie Szczygły, które do tej pory czytałam z biblioteki. Plus Roznegliżowane. Jeszcze jedna transakcja na allegro czeka na sfinalizowanie i szlus. Przypuśćmy :)

No a filmy? Proszę bardzo.
Niektóre mam po polsku, ale chcę je móc oglądać i po czesku z czeskimi napisami, więc przywiozłam.
Tym to oto sposobem moja kolekcja kina czeskiego w oryginalnych wydaniach wzrosła do 106 sztuk.
I to nie jest moje ostatnie słowo!



niedziela, 30 lipca 2017

Wasilij Szukszyn - Rozhasały się konie na polu

Więc tak - czytać nie mogę, ledwo się skupiam na tekstach z Wikipedii :) :) :) ale gdy sięgnęłam jakoś tak sama nie wiem jak po tego Szukszyna, to wsiąkłam.
Może to dlatego, że opowiadania.
Ja, co za opowiadaniami nie przepadam i zawsze wolałam powieść!
Tymczasem taka krótka forma jest idealna, gdy się czytać nie może dłużej.
Ja w ogóle trochę się obawiam, że odzwyczaiłam się od "normalnego" czytania - po kilku stronach albo zasypiam albo uwaga umyka mi gdzieś daleko - i że NIE WIADOMO, CO DALEJ BĘDZIE!


Szukszyn jednak poszedł mi błyskawicznie, jakoś nie usypiał. Trochę sobie popłakałam, zwłaszcza przy opowiadaniu Nieszczęście, gdzie dziadkowi Nieczajowi zmarła żona... No cóż, na razie ciągle jeszcze się przeżywa, minęły dopiero cztery miesiące od śmierci Mamy i nadal oczy zachodzą mi łzami w miejscach publicznych. Rozpamiętuję swoje żale, a jakoś nie myślę o tych, które rozpamiętuje Ojczasty... i to opowiadanie kazało mi i o tym pomyśleć.

Kosmos, układ nerwowy i kawał słoniny z kolei znam doskonale... i myślę myślę myślę - skąd? Chyba z filmu, ale jakiego? Myślenie nie pomogło, musiałam poszukać w internecie - Позови меня в даль светлую, 1977. Przypomniałam sobie, że gdy w filmie mówił stary Naum, to trudno mi go było zrozumieć.

Początek:
Koniec:

Wyd. Książka i Wiedza Warszawa + Raduga Moskwa 1988, 253 strony
Tytuł oryginalny: И разыгрались же кони в поле
Tłumaczyli: m.in. Irena Piotrowska, Ewa Niepokólczycka, Roman Lewicki
Z własnej półki (kupione 13 sierpnia 2014 roku za 5 zł na allegro)
Przeczytałam 28 lipca 2017 roku

czwartek, 27 lipca 2017

Krzysztof Varga - Langosz w jurcie

Trzeci tom węgierskich peregrynacji Vargi nie zawiódł.
Tak by się chciało jeszcze i jeszcze.
Węgry przygraniczne są: w kolorze sraki lub wymiocin, boleśnie opuszczone, melancholijne, upadłe i wyczekujące śmierci.
Nie wiem więc, dlaczego z taką rozkoszą to czytam.
Chyba dlatego, że Varga to mega ironista i co i rusz wrzuca kamyczek i do mojego ogródka.
Uwielbiam!
Tak się cieszę, że kupiłam tę trylogię - zupełnie nie wiem, skąd wytrzasnęłam ten pomysł :) nagle ciach, weźmy Vargę. I to było to.

/tu się musze przyznać, że nie chciałam szukać w internetach jego podobizny, żeby nie zawieść wyobrażenia, jakie sobie stworzyłam... a tu raz zupełnie niechcący napatoczył się jakiś łysy czy łysawy grubasek... szybko szybko wyrzuciłam ten obraz z pamięci/


Początek:
Koniec:


Wyd. Czarne Wołowiec 2016, 272 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 3 lipca 2017 roku



NAJNOWSZE NABYTKI

Tak sobie naiwnnie myślałam, że ten lipiec przeszedł prawie bezboleśnie... zaglądam do kalendarza, a tu 6 książek, niestety. Lub stety :)
Najpierw wyszła wreszcie Krupnicza, to tak przy okazji wzięłam jakiś reportaż z Rosji i gramatykę czeską znalazłam.

Potem już z grubej (zarówno finansowo jak i objętościowo) rury:
A jeszcze ma wyjść w tym roku kolejny tom, mówił autor. Nawiasem mówiąc, na autora natknęłam się w tramwaju 22 na Hradczanach :)
A skoro już byłam w Akademickiej, to wzięłam nowy tom z serii monografii budynków uniwersyteckich. Całe szczęście, że to już chyba końcówka.

A tu wygrana z Magicznego Krakowa. Ostatnio nie odpowiadałam tam na konkursy, bo nagrodami były same bzdety.
To też może się okazać bzdetem, ale skusiłam się, bo do Barcelony mam wielki sentyment (podróż poślubna) :)

Teraz już spokój i cisza aż do Pragi. Tam mam zamiar obrabować antykwariat, tylko jeszcze nie wiem, jak to przywiozę.

piątek, 30 czerwca 2017

Krzysztof Varga - Czardasz z mangalicą

Moja fascynacja Vargą trwa.
Uwielbiam ten styl, to odczuwanie świata, tę wieczną ironię i tę nostalgię.
Czy ktoś niewyrosły w środkowej Europie jest w ogóle w stanie tak samo odczuwać?


Varga z autoironią, bo w końcu też jest Polakiem, bardziej chyba niż Węgrem, pluje we własne gniazdo. Lubię to - podoba mi się, gdy ludzie mają dystans do kraju, z którego pochodzą i w którym żyją. Gdy potrafią dopuścić do siebie myśl, że nie jest tu u nas idealnie i my sami nie jesteśmy wzorem.
Właściwie w małej kopii wieży Eiffla w Svrcinovecu najbardziej dziwi mnie to, że nie stoi w Polsce, bo ktoś, kto ją postawił, musiał mieć jakieś polskie, szaleńcze, nieskrępowane gustem poczucie estetyki.
To jest akurat bardzo jeszcze subtelne :) nieraz przywala polskim gustom i polskim zwyczajom tak, że aż dziwię się, że jakieś oszołomy nie wytoczyły mu dotychczas procesu. Wszak tym bardziej nie ma prawa, że jest półWęgrem czyli takim nieprawdziwym Polakiem :)



Utożsamiam się (do pewnego stopnia) z Vargą, który chciałby, by w tym Budapeszcie, do którego teraz jeździ, wszystko pozostało niezmienione od czasów, gdy jeździł tam będąc dzieckiem.
Napędza mnie niezmienność tego miasta, jego starczy upór w noszeniu wciąż tych samych, przecierających się ubrań, a nawet dziurawej bielizny, więc nie powinien - podług mnie - ze swojej nędznej emerytury kupować sobie choćby jednej nowej koszuli, majtek czy pary skarpetek.

Poniższy fragment, uważam, dotyczy też kobiet... ale może nie? Może kobiety potrafią żyć do tego stopnia dniem dzisiejszym, codzienną krzątaniną...
Każdy mężczyzna powinien mieć hobby, żeby nie zwariować albo się nie zapić na śmierć, hobby ocala mężczyznę, nadaje jego życiu jakiś porządek, niesie ratunek w burzy i sztormach wieku średniego, chroni go przed codziennością, przed zbytnią natarczywością świata, chroni przed przyszłością. Myślę, że samotność zbieracza jest najszlachetniejszą formą ucieczki od życia.

Duża część książki traktuje o jedzeniu, stanowczo Varga przykłada wielką wagę do konsumpcji (również napojów), aczkolwiek wpomina, ze w szkolnych czasach jedzenie go z niezrozumiałych powodów nie pociągało, jeszcze do czasów liceum nie pojmował fundamentalnej roli jedzenia w bożym planie. Te stracone lata dokładnie nadrabia, zwłaszcza jeżdżąc po Węgrzech, ale zapewniam Was - to jest po prostu straszne, jak niezdrowe, tłuste i obfite jawi się to węgierskie ucztowanie :)

To reportaż z podróży, ale i nieustanna refleksja nad sobą i tym, co otacza. Zwykłe obrazki nabierają socjologicznego wymiaru. Czasem zresztą filozoficznego też.
Oczywiście większość schodów ruchomych jak zwykle była zepsuta i zastawiona żółtymi żelaznymi parawanami, stało przy nich po kilku facetów w drelichach, z tego jeden coś dłubał, a reszta z zawodowym znudzeniem obserwowała jego poczynania. Tak zresztą przecież zawsze to wygląda, czy przy zepsutych schodach metra, czy przy naprawie jakichś rur wodociągowych, kabli telefonicznych czy innych instalacji: jeden gość kopie, względnie kręci kluczem francuskim, a wokół stoi grupka zafrasowanych robotników i obserwuje z nieco zblazowanym napięciem efekty jego pracy, jest w nich spokój, żadnego pośpiechu, nie pracują na akord, na wszystko przyjdzie czas, jest w tym prawdziwa stoicka filozofia klasy robotniczej.

Jakże mi ten facet jest bliski... słowo daję, to nienormalne!
O ile nienawidziłem szkoły, a i dziś nie mam do niej żadnego sentymentu, o tyle jednak czuję nostalgię za zeszytami, za grubymi brulionami w linię, w kratkę, a także właśnie za tymi gładkimi. [...] Nie umiem już pisać ręcznie, uwsteczniam się. [...] Pozostałości papierowego świata, który odchodzi w przeszłość, świata ręcznie pisanych listów i widokówek z wakacji, świata skrzynek wypełnionych listami od poznanych na wakacjach dziewcząt, a nie wyłącznie rachunkami za prąd i gaz oraz wyciągami z banków, te katalogi, te klasery, grube zeszyty to pozostałość cywlilizacji przedinternetowej, przedmejlowej i przedesemesowej, z czasów wielkiego, upadłego imperium Papieru.

Mam pewne swoje przyzwyczajenia, którym ulegam, gdy przyjeżdżam do jakiegoś miasta - otóż nie udaję się wcale najpierw na żadne stare miasto, nie peregrynuję po zabytkowych dzielnicach ani nie zwiedzam słynnych kościołów, nie przesiaduję też w kawiarniach, na to wszytsko przyjdzie jeszcze czas. Najpierw wyruszam zawsze na przedmieścia i idę zwiedzić dworzec kolejowy.


Początek:
Koniec:

Wyd. Czarne Wołowiec 2014, 307 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 14 czerwca 2017 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Dziwne. Wydawało mi się, że czerwiec był spokojny pod względem nowych nabytków, a tu przeglądam kalendarz i okazuje się, że troche się nazbierało. Niereformowalnam.
Ale żadnych powieści, bestsellerów i innych takich tam pierdół, same po linii :) czyli cracoviana, prażana, rosjana... eee, to chyba nie tak brzmi :)

Z tą "Siecią wodną" nie wiem, czy nie przegięłam... ale zawsze przecież można się łudzić, że kiedyś tam przeczytam :)

Wodociągi krakowskie 2-tomowe już miałam, ale to wcześniejsza pozycja, nieraz zresztą w tamtych wodociągacg cytowana, więc cóż było robić, nabyłam w antykwariacie na Stolarskiej. Nigdy tani nie był, więc i tym razem skasowali mnie na 4 dychy.

A to z działu reportaże wzięłam, bo w rosyjskiej restauracji "Wiśniowy sad", gdzie zdarza mi się bywać również na warsztatach kulinarnych, jest pracownica z Gagauzji i nieraz opowiadała to i owo, więc chętnie sobie poszerzę wiadomości.

Nowe Kozioły obowiązkowe ;)

A to wszystko przywlókł mi w urodziny przyjaciel :)
Będę musiała sobie solidną czeską półkę założyć. Właściwie to kilka, bo jedna już jest z podręcznikami i słownikami i dotychczasowymi przewodnikami, druga z filmami, trzecia z ostatnio wydanymi powieściami... a przecież muszę gdzieś upchnąć i te książki przywiezione z Pragi w maju. Wypadałoby to wszystko zgrupować.
Jutro o tym pomyślę.

środa, 31 maja 2017

Krzysztof Varga - Gulasz z turula


Ten Varga, kompletnie mi nieznany jako pisarz, zachwycił mnie jako reportażysta. Jeśli reportażem można nazwać tę trylogię o Wegrzech. Bo to bardziej podróż w głąb siebie. Może dlatego tak mi się podoba. Fascynują mnie zawsze życiorysy osób pochodzących z mieszanych małżeństw, takich siedzących okrakiem w dwóch krajach, zanurzonych w dwóch językach, dwóch kulturach, dwóch światach.
A przy tym Varga, kokietując nieco swą starością (rocznik 1968, więc co ja miałabym powiedzieć) tyle razy zaskoczył mnie podobnym myśleniem! To się naturalnie też podoba, bo przecież skoro PISARZ myśli tak jak czytelnik, to czytelnik czuje się dowartościowany, że niby nie jest taki głupi, że stać go na podobne refleksje :)

Więc to jeżdżenie starymi tramwajami po Budapeszcie w poszukiwaniu dawnych smaków i dawnych zapachów to przecież trochę jest jak moje włóczenie się po Pradze, gdzie za bardzo nie szukam zabytków, raczej śladów przeszłości, choć nie mojej, ale w jakimś tam sensie również i mojej, tego wspólnego dziedzictwa... zamotałam się.
Teraz oczywiście booking mnie atakuje mailami, że ceny w Budapeszcie spadają.



Wypisali tu tytuły jego powieści, ale nie wiem, czy się za nimi rozglądać... żeby mnie zawód nie spotkał.

A co to jest tytułowy turul, spytacie?
To mityczny ptak, taki trochę orzeł, symbol narodowy Węgrów. Znak myślenia o przeszłości.

Początek:
Koniec:

Wyd. Czarne, Wołowiec 2008, 185 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 14 maja 2017 roku

wtorek, 30 maja 2017

Natalia Kołaczek - I cóż, że o Szwecji


Po powrocie z Pragi jestem jeszcze bardziej niepozbierana niż przed wyjazdem. Trochę się wtedy bałam, jakieś durne przeczucia... które na szczęście się nie sprawdziły i wszystko poszło świetnie, nie spałam pod mostem (choć pod prysznicem jakby tak), troche z tego, co chciałam zobaczyłam :) bo wszystkich planów nigdy się nie zrealizuje, a przynajmniej nie taka zasmarkana turystka jak ja, co to raptem trzy godziny się włóczy i już jest strasznie zmęczona. Nakupiłam filmów, przybyło parę książek, byłam znów w ulubionym kinie i pierwszy raz w teatrze, no same pozytywy.
No ale kondycji to mi brak kompletnie i ze zgrozą myślę o dwóch tygodniach w sierpniu, czy dam radę tyle chodzić :) żeby nie było tak, że co drugi dzień będę leżeć jak ta głupia. Leżeć to sobie mogę w domu, za darmo :)

Wyjazd przerwał mi lekturę kolejnego Vargi, ku mojemu ubolewaniu, ale stwierdziłam, że książek - przynajmniej w tamtą stronę - nie będę wozić, zwłaszcza że czasu na czytanie nie będzie. Na drogę zabrałam dwa zaległe Tygodniki Powszechne, a i to drugiego nie skończyłam czytać w drodze powrotnej (bo w pociągu jest mnóstwo gazet "na pokładzie", jak oni to mówią). No, zabrałam na wsiakij słuczaj przewodnik (który waży tonę, bo oczywiście na kredowym papierze), ale tak się jakoś złożyło, że nie zajrzałam do niego ani razu :) po prostu byłam w miejscach, o których przewodniki rzadko mówią :)
No a czasu na czytanie w trakcie pobytu faktycznie nie było. Jak Goethe sobie podróżował po Włoszech, to mógł wieczorkiem przy świeczce oddawać się lekturze klasyków... ale w naszych czasach siedzi się raczej na fejsie :)

A teraz planuję załatwić się do reszty! Otóż stwierdziłam, że przy mojej dziurawej pamięci, a atakujących ze wszech stron informacjach o Pradze i ludziach z nią związanych (co wiąże się z zakupem kolejnych książek, ale i z rozmaitymi odkryciami w internecie) muszę to jakoś gromadzić w jednym miejscu. No i najlepiej to by było założyć sobie praski blog. Gdzie wstawię zrobione zdjęcia, usystematyzuję wiadomości, a może nawet nie do końca, ale to będzie miejsce, gdzie w każdej chwili będę mogła zapisać znalezioną właśnie ciekawostkę. Nie dla czytelników, nie nie :) dla mnie :) żeby sobie tworzyć taką encyklopedię praską...
Jak ja niby znajdę na to czas, to nie wiem, ale zwykle z podróży wraca się z dobrymi chęciami, a to żeby język podszkolić, a to poczytać coś jeszcze...
No i teraz biję się z myślami, na jakiej platformie tego bloga założyć. Pewnie że najwygodniej byłoby na blogspocie, który znam... ale najbardziej to mi chyba zależy na tym, żeby się nie musieć logować, żadnych kolejnych haseł etc. tylko od razu wchodzić. Czyli to musi być gdzieś, gdzie bloga jeszcze nie mam :) Na blogspocie musiałabym się przełączać między blogami. Na onecie mam jeszcze pierwszego bloga, który trzymam na wieczną rzeczy pamiątkę, więc też odpada.
Może WordPress? Ale ma malutko miejsca na zdjęcia, a przecież to ma być jednym z celów prowadzenia bloga. Z drugiej strony, nawet gdybym zdecydowała się znów na blogspot i przełączanie, to pewnie miejsce będzie dzielone między oba blogi :(
Tumblr piszą, że to dla nastolatków :) w dodatku to są krótkie posty, a mnie chodzi o to, żeby do nich wracać, rozbudowywać je...
No nic mi nie podchodzi :(
Doradźcie!


A teraz tak. Szwecja. Jako że od najmłodszych latach jestem wielbicielką "Dzieci z Bullerbyn" to zgarnęłam tę pozycję, znalazłszy ją na Bonito. A' propos bloga... właśnie ta książka, jak rozumiem, powstała na bazie bloga (ach, to teraz takie popularne, najpierw blog, a potem książka wydana; jak prowadziłam fotobloga, to też dostawałam oferty publikacji, no bo przecież dziś każdy może pisać, he he) - i może nawet któregoś dnia odszukam w internecie tego bloga, żeby był jakiś ciąg dalszy lektury :)


Do Szwecji to raczej nigdy się nie wybiorę, za zimno i jakoś nie ten kierunek (no i moja angielszczyzna jest dość kulejąca), ale poczytać chętnie. Już trochę jak Ojczasty się zachowuję, ten zawsze mawiał, że po co gdzieś jeździć, skoro można w telewizji obejrzeć ;)


Początek:
Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2017, 243 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 10 maja 2017 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Współpasażer w pociągu z Pragi, poproszony o umieszczenie walizki na półce nad siedzeniem, chwycił ją lekuśko, po czym stęknął i zapytał:
- Co tam mate, zlato?
No, parę książek, jak złoto :)
Ale dźwignął!

Tę pierwszą to miałam zapisaną w zeszyciku, że mus kupić, bo zeszłego lata kupiłam pierwszą część, a teraz właśnie wyszła druga. Z Nieznaną Pragą mam romans. Śledzę ich stronę, kopiuję sobie i drukuję artykuły, składam do segregatorów... a potem wybrane zabieram ze sobą i łażę ich śladami :) W październniku po raz pierwszy odważyłam się zapisać na oprowadzany przez nich spacer i tak mi się spodobało, że teraz na maj zapisałam się na trzy (jedna wypadła, bo się nałożyły na siebie po zmianach terminów). Co już będę czynić do końca :)

Te z kolei prażiana (nie wiem, jak się nazywają, na wzór cracovianów czy varsavianów) zostały nabyte w antykwariacie...

podobnie jak ta rozmowa dwojga aktorów po lewej.

A tę książeczkę miałam szczery zamiar kupić, ale mi ją podarowano :) zaczęłam czytać na próbę, bo składa się z krótkich historyjek - i całkiem dobrze mi idzie!

No i filmy. Tym razem odkryłam źródełko DVD po 10 koron i nie mogłam się odkleić. No zrozumcie, film nie dość, że czeski, nie dość, że zaopatrzony w czeskie napisy dla niesłyszących, to jeszcze za 1,60 zł! Tak że z rozpędu wzięłam nawet "Kobietę za ladą", mimo że posiadam po polsku :) Tak się rozbestwiłam, że z tych po 29 koron (czyli po 5zł) już mało kupiłam, bo szkoda pieniędzy, może następnym razem też będą już po dysze :)
Wśród filmów jest pięć płyt z czeskimi piosenkami, to z ciekawości, czy da się tego słuchać i czy może niektóre znam.

piątek, 19 maja 2017

Suki Kim - Pozdrowienia z Korei


Ta Korea to tak ciągnie (nie jako taka, tylko żeby się czegoś dowiedzieć, choć przecież ludzie z mojego pokolenia wszystko to znają, może jedynie w mniejszej skali) i odstrasza jednocześnie. No bo dlaczego się dołować? Z drugiej strony zawsze łatwiej znieść cudze cierpienie, prawda :)
Lektura bardzo przygnębiająca.


A przecież autorka nie wśliznęła się w żadne tajne miejsca, nie zawarła dysydenckich znajomości (są tam jacyś dysydenci?), ona po prostu pojechała uczyć angielskiego, tyle że zamknięta w ściśle strzeżonym ośrodku (powiedzmy, że campusie) i nie mając możliwości zrobić kroku w bok. Ba, nawet nie mogąc wypytać studentów o interesujące ją rzeczy. Ze względu na bezpieczeństwo swoje, ale przede wszystkim ich, bo ona przecież wyjedzie, a oni zostaną.
Strzeżona podwójnie, bo wszyscy zagraniczni nauczyciele w tej uczelni byli kimś w rodzaju misjonarzy, więc jakeś wszedł między wrony...
Więc poczucie nie bycia sobą, ciągłe udawanie, a przy tym jakaś wspólnota, choćby językowa, bo Suki Kim z pochodzenia jest Koreanką, tyle że z Południa i emigrantką do USA. No, ale po koreańsku nie wolno jej było ze studentami rozmawiać.
Mam taki film dokumentalny "W promieniach Słońca" i obiecuję go sobie obejrzeć... ale trochę się boję. To będzie boleśniejsze od książki, bo o rodzinie.

A teraz u Vargi czytam o Danilo Kišu, którego, o zgrozo, nigdy nic, a przecież nazwisko jest mi znane - to jest właśnie ćwierćinteligencja, co to gdzieś jej tam dzwoni, w którymś kościele, gdzieś się o uszy obiło - i o łagrach... i znów chęć zanurzyć się w te tematy - ale i strach. Czy nie lepiej w ciepłym kokonie, nie wystawiać nosa, nic nie widzieć, nic nie słyszeć, moja chata z kraja?

Początek:

Koniec:


Wyd. Znak Kraków 2015, 331 stron
Tytuł oryginalny: Without You, There Is No Us. My time with the sons of North Korea's elite
Tłumaczyła: Agnieszka Sobolewska
Z własnej półki
Przeczytałam 6 maja 2017 roku

piątek, 12 maja 2017

Przemysław Chwała - Obłoki Fergany


Brałam się to za to, to za owo, ale wszystko porzucałam po drodze i to bliżej początku niż końca.
Aż wreszcie, po prawie miesiącu od śmierci Mamy, znalazłam na FB reklamę tej książki, szybko kupiłam i TO BYŁO TO.
W sensie, że nie taka cudowna ta akurat :) ale gatunek teraz wyjątkowo mi odpowiada - reportaż. Do tego stopnia, że potem wyciągnęłam z półki coś o Korei Północnej, kupione grubo wcześniej, no a potem jeszcze zajrzałam na Bonito i tu już było zupełne szaleństwo, czego dowód poniżej :)
Całkiem zapomniałam, że przecież rok temu z hakiem cierpiałam na depresję spowodowaną liścikiem z ZUS z wyliczeniem mej przyszłej emerytury - i że MIAŁAM OSZCZĘDZAĆ!
No ale ważne, że blokada minęła, z czasem dojdę i do literatury pięknej.

Zaciekawiły mnie opisywane w "Obłokach Fergany" kraje - Kirgizja i Uzbekistan. Kompletnie nic o nich nie wiem, poza tym, że to byłe republiki radzieckie i że czytałam Ajtmatowa.

Autor to jakiś młody człowiek i nie można tu liczyć na jakieś dojrzałe refleksje (to dlatego, że teraz czytam Vargę i to zupełnie inny poziom), ale książka broni się, zwłaszcza wycinkami z życia Kirgizów i Uzbeków - a także Rosjan, tych, co po rozpadzie Sojuza nie wyjechali "do siebie", zostali i klepią biedę.


Początek:
Koniec:

Wyd. MUZA Sport i Turystyka, Warszawa 2017, 302 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 2 maja 2017 roku



NAJNOWSZE NABYTKI

Uzupełniłam braki czyli biografia Hrabala i opowieść o Estreicherze. Tę podziemną Moskwę jakoś z rozpędu wzięłam i możliwe, że niepotrzebnie...

Udałam się do Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa po nową legitymację (skończyli z karcianymi, teraz elektronika, wkroczyli w XXI wiek) i przy okazji nabyłam najnowszą publikację z Biblioteki Krakowskiej, po czym przytomnie zapytałam, czy czasem nie zawieruszyła się w szafie rzecz o Baranach sprzed ponad 20 lat - i owszem, zawieruszyła się! To był prawdziwy sukces, bo mam tę książkę wpisaną do newslettera z allegro od lat i ANI RAZU się nie pojawiła.

No a potem to szaleństwo reportażowe :) bardzo się cieszę z tych książek i kto wie, czy w ogóle się nie przerzucę na ten gatunek? Nie nie, nie przesadzajmy, ileż można mieć szmerglów?