niedziela, 16 listopada 2014

Janina Osiecka-Dworzycka - Ta nasza młodość...




Nieprzyjemność mnie spotkała. W zeszły weekend - korzystając ze słońca - zrobiłam masę zdjęć "książkowych" na bloga, bo i poprzestawiałam trochę na półkach i pozmieniało się. W poniedziałek w pracy - tak, bo te książkowe zdjęcia trzymam w pracy - chcę je zładować, a tu ZONK - computer says no - że niby błąd karty pamięci. 2 GB pooooooszły :( Jeszcze się łudziłam, że w domu je odzyskam, ale gdzie tam, aparat też już tej karty nie czyta. To już dobra, mniejsza o zdjęcia, ale karty, KARTY szkoda!
Tak że tu dołączam te ze starych zapasów - dziś jest zbyt ponuro, by sfotografować regał w głębi pokoju :(


To w ogóle był kiepski tydzień, siła złego na jednego. W piątkowy wieczór chcę wyciągnąć pewien zeszyt, z którego się muszę nauczyć wszystkiego na za 2 tygodnie - a tu co? Oczywiście. Nie ma zeszytu. Już trzeci dzień myszkuję za nim po wszystkich kątach i nie rozumiem, co mogło się stać - przecież ŚWIADOMIE go nie mogłam wyrzucić? Jedyna pociecha, że kiedyś go zeskanowałam i ten skan w pracy POWINIEN ciągle być (przekonam się już jutro)... tyle że potem podopisywałam różne ciekawe rzeczy i to już jest stracone na amen.
A w sobotni poranek (żeby nie powiedzieć o świcie) udałam się na USG brzucha. Nic mi nie dolega, ale pani doktor Przychodniowa dała mi jeszcze w sierpniu skierowanie, bo wyniki badań świadczyły o jakimś stanie zapalnym. W międzyczasie byłam u ginekologa i stan zapalny wyleczyłam, ale skierowanie czekało do tej pory. Więc jadę. I jeszcze sobie tak myślę: niby formalność, ale jak mi coś wynajdą? I oczywiście. NIE CHODZI SIĘ BEZKARNIE PO LEKARZACH! Kamienie w pęcherzyku żółciowym. Nic mi to nie mówiło, bo się tematem nie interesowałam do tej pory, a i w najbliższej rodzinie przypadków nie było. No to się dowiedziałam: że do wycięcia, ale nie kamienie, tylko pęcherzyk od razu. W związku z brakiem pęcherzyka trzeba potem stosować dietę lekkostrawną, bo nie będzie już magazynu żółci, powiedział Dochtór. Ale!!! Ta cała operacja nie jest konieczna już dziś zaraz - dopiero jeśli się nasilą dolegliwości. Których na razie nie odczuwam. Jakaś kolka albo coś. Z drugiej strony "jest Pani jeszcze młoda, to lepiej wcześniej ją zrobić". Młoda, ha ha. Nic nie lepiej! Nigdzie nie idę i nic nie robię!
I tak oto nadciągnęła starość. Kamienie, diety, lekarze, badania. Wszystko przez Przychodniową! Zupełnie niepotrzebnie kazała mi te badania zrobić! Poszedł zdrowy człowiek po receptę na głupi łeb, a wyszła babcia chora na wszystko (bo może nie wspominałam, ale wtedy w sierpniu z analiz wyszło, że mam niedoczynność tarczycy i do końca życia mam brać tabletki). No tak się nie narzucałam służbie zdrowia, przez tyle lat, myślałam, że mi się odwdzięczą tym samym...

Dobrze, że w piątek skończyłam czytać książkę będącą na tapecie, bo nie wiem, czy bym się potem mogła skupić. Książka - wspomnienia z czasów studiów autorki w pierwszej połowie lat 60-tych w Krakowie.
Pierwszej części nie widziałam, nie słyszałam. Internet nic nie mówi na temat autorki, książka została zresztą wydana przez RADAMSĘ, a to wydawnictwo - śp. Jana Rogóża - nie posiadało nawet strony internetowej, tak że reklamy żadnej.


Autorka-bohaterka wspomnień przyjechała do Krakowa z Ziem Odzyskanych po szczęśliwie zdanej maturze w jakimś liceum pedagogicznym, o ile dobrze zrozumiałam - bo wspomina o tym, że przyszłość po maturze była dla niej jasna i prosta: dostanę pracę w jakiejś wiejskiej szkole, przydzielą mi jakieś służbowe mieszkanie i jakoś to będzie. Tak było z moją Mamą, gdy w latach 50-tych skończyła Liceum pedagogiczne w Ełku i dostała przydział pracy gdzieś na Białostocczyźnie.

W wypadku Janiny Dworzyckiej marzenia o studiach były, ale dyrektor szkoły wyraźnie oświadczył, że nikt nie może starać się na studia, bo wybudowano tysiąc szkół na tysiąclecie i brakuje nauczycieli. Jednakże po jakimś czasie decyzję zmieniono i pozwolono składać w sekretariacie dokumenty na studia. Autorka wybrała Wyższą Szkołę Pedagogiczną w Krakowie i tak znalazła się na ulicy Podbrzezie, gdzie rozpoczęły się egzaminy wstępne. Zaraz sobie przypomniałam ten budynek - dziś mieści się tam Instytut Biologii tej uczelni, tyle że nosi ona inne miano - Uniwersytet Pedagogiczny im. KEN. W jakiś czas po egzaminach - dłużył się on bardzo - do domu przyszedł list z pomyślnymi wieściami: zdała, dostała się, będzie mieszkać w akademiku i utrzymywać się ze stypendium. Od razu wróciły podobne chwile z mojego własnego życiorysu, tyle że późniejsze o 19 lat. Bo tak naprawdę zdublowałam życiorys autorki: liceum w małym mieście, egzamin na studia w Krakowie, akademik, stypendium... Tyle że w moich czasach stypendium było już symboliczne (albo ceny kosmiczne) i chyba nikt nie potrafiłby się z niego utrzymać, pomoc rodziców była nieodzowna. Tak więc przyglądałam się zmaganiom autorki z nową życiową sytuacją z uczuciem déjà vu.

Na szczęście nie musiałam mieszkać w 20-osobowej sali - tak tak, wyobraźcie to sobie, jak w jakichś koszarach - akademik przy ul. Bohaterów Stalingradu 13, pokój nr 20 i dziesięć piętrowych łóżek, kilka szaf na ubrania, stół do prasowania (sic!) i duże lustro na ścianie. Gwar, hałas, górne światło. Uczyć się w tych warunkach? Dało się. Po to były czytelnie w bibliotekach i ławki na Plantach tudzież w Parku Jordana. Powolne przystosowywanie się do nowych warunków, do innego systemu nauki, korzystanie z uroków wielkiego miasta, z jego propozycji kulturalnych. Piwnica pod Baranami, koncert kompletnie nieznanego Marka Grechuty z zespołem ANAWA, zachwyt głosem Ewy Demarczyk, bywanie w teatrze. Wszystko to przeplatane opisami rozmów z koleżankami, nieraz o trudnych, pokręconych życiorysach. Wspomnienia o uczelnianych profesorach. Strach przed egzaminami. Własna półsierocość. Okresowe wizyty w domu, wypełnione opowieściami ojca z czasów walk z Ukraińcami (rodzina autorki przeniosła się stamtąd na Ziemie Zachodnie - i obawiała się teraz powrotu Niemców, te nastroje niepewności były bardzo silne). Zainteresowanie tym, co działo się na świecie - powracający leitmotiv zamachu na Kennedy'ego. Wakacje spędzane - dla zarobku - na koloniach dla dzieci.

I powiem Wam, co mi się spodobało w tych wspomnieniach - brak martyrologii. Nie ma tam mowy o dysydentach, narzekań na socjalistyczne państwo, na ustrój i niedostatki zaopatrzenia. Jeśli autorka wydała cały swój miesięczny zarobek na modny płaszcz ortalionowy, nie żali się, że trudno dostać, że taki drogi - chciała mieć, to kupiła, choć ojcu nie chciało się to pomieścić w głowie. Wszystko jest - naturalne, również i to, że czasem brak pieniędzy na kotlet w stołówce i trzeba się obyć darmową zupą - kiedyś to sobie odbijemy, nastaną lepsze czasy. Dworzycka była jedną z tysięcy, którym umożliwiono awans społeczny. Rozstanie ze współlokatorką na piątym roku studiów kończy książkę i kończy ten szczęsny czas...

Jak potoczyły się dalsze losy autorki? Pewnie - skończywszy polonistykę - została nauczycielem, ale gdzie? Wróciła w rodzinne strony czy udało jej się zostać w Krakowie? I na to pytanie jednak znalazłam odpowiedź w internecie. Na stronie Zespołu Szkół Gastronomicznych nr 1 w Krakowie znalazłam taki passus:
Myślę także o gronie starszych ode mnie nauczycielek - polonistek - skrajnie różnych natur i żywiołów, z którymi przyszło mi się zetknąć. Los sprawił,że wszystkie musiały odejść ze szkoły. Wspomnę tutaj o pani Janinie Dworzyckiej , z którą łączyło mnie zaledwie kilka spotkań na szkolnym korytarzu. Sprawiała wrażenie osoby sumiennej, skrupulatnej i kompetentnej.


Przypomniałam sobie znamienny moment z książki. Koleżanka opowiada bohaterce, jak poznała ukochanego. Było to w teatrze Bagatela. Koleżanka miała swojego narzeczonego, ale tego dnia nie dostał przepustki z wojska i poszła sama do teatru. Obok siedział przystojny młody mężczyzna. I otóż: przyjechał on z Chrzanowa, gdzie pracował, odwiedzić chorą matkę w Krakowie, a ponieważ wieczorem nie miał co robić, wybrał się do teatru. Taaaaaa. Spróbujmy to sobie wyobrazić dziś. Bilet do Bagateli kosztuje 70 zł. Już to widzę, jak ktoś idzie do teatru ot tak sobie od niechcenia, "bo nie miał co robić"...

Początek:
i koniec:


Wyd. RADAMSA Kraków 2009, 175 stron
Z własnej półki (kupione 24 marca 2012 roku za 23 zł)
Przeczytałam 14 listopada 2014 roku

17 komentarzy:

  1. Książka interesująca choćby ze względu na wspomnienia tych samych uwielbianych przeze mnie w młodości piosenkarzy.
    Im jestem starsza tym częściej wracam do wspomnień z młodości - nie studiowałam na stacjonarnych studiach więc wspomnień takich, jak studentki nie mam, ale inne równie ciekawe mam. A dzisiaj kiedy niedługo nie będę pamiętać co jadłam wczoraj - tamte obrazy wracają takie, jakby było to chwilę temu.
    Czasem ma się taką serię - jak w tym powiedzeniu: "jak nie urok to ....., albo przemarsz ruskich wojsk....jestem pełna współczucia. Najbardziej bolą straty...każde.
    A co do woreczka to popieram lekarza - usuń to świństwo już, bo uszkodzi Ci trzustkę. Gdyby moja mama mając koło 40 lat usunęła go, gdy dawał objawy to może nie umarłaby w wieku 65 na krwotoczne zapalenie trzustki, którą właśnie uszkodził chory woreczek. Trzymaj się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez woreczka da się żyć, a po jakimś czasie nawet znów tak wielkiej diety nie trzeba trzymać ...moja siostra żyje bez niego już wiele lat..

      Usuń
    2. Tak to już jest: im jest się starszym, tym częściej wraca się do wspomnień z młodości - idealizowanych, no bo to przecież szczęsny czas. Nie pamięta się złego, wracają same dobre wspomnienia - te złe po prostu odsuwamy od siebie. A przecież nie zawsze było różowo :)

      Czy woreczek to to samo, co pęcherzyk? Weź nie strasz :)

      Usuń
    3. To samo.....nie chcę Cię straszyć, ale kiedyś czytałam, że po pierwszym ataku powinno się go usunąć....
      A teraz polecam piołun, by Ci się żółć nie "zastawała" tylko przepływała jak należy... gorzki,l jak "piołun", ale przyzwyczaisz się, a pomaga bardzo....sami go w domu wciąż używamy....

      Usuń
    4. No masz ci los... co prawda żadnego ataku jeszcze nie miałam, on o tej kolce wspomniał tylko, że może się zdarzyć... poszukam za tym piołunem...

      Usuń
    5. W takim razie na razie nie masz się czym martwić a piołun bardzo polecam.....

      Usuń
  2. proszę pani,zamieściła pani dziś fragment wiersza śliwiaka i przypomniał mi się wiersz puszkina,który bardzo lubię
    Wóz życia – A. Puszkin
    Przekład – J. Tuwim


    Choćby się na nim ciężar wiozło,
    Wóz w biegu lekko niesie nas;
    Pogania wciąż, nie złażąc z kozła,
    Woźnica dziarski, stary czas.

    Na wóz siadamy rankiem, każąc,
    Choćby na zbity łeb, lecz gnać
    I niewygody lekceważąc
    Wołamy: jazda!............................

    W południe brak już tej śmiałości,
    Ze strachu zaczynamy drzeć,
    Przy każdym rowie, pochyłości
    Krzyczymy: wolniej, durniu, jedź!

    Już wieczór. Wóz nie zwalnia biegu;
    Niech sobie pędzi, dokąd chce.
    Jedziemy, drzemiąc, do noclegu –
    A czas pogania konie swe.
    -anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakie to prawdziwe... A przecież umarł tak młodo... Aż mnie naszła ochota poszukać Puszkina na półce!

      Usuń
    2. Wychodzi mi na to, że w miejsce kropek powinno być "twoja mać" albo coś w tym sensie :) żeby się rymy zgadzały :)

      Usuń
  3. Nie narzekaj na Przychodniową, porządna kobieta to musi być, że Cię tak wybadać kazała. Teraz przynajmniej wiesz, dlaczego coś w boku strzyka ;)
    Książka oczywiście kompletnie nieznana, ale przez krakowski sentyment mnie zaciekawiła. I przypomniało mi się, że przecież mam gdzieś Szaszkiewiczową do poczytania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na nią narzekam jedynie żartobliwie, bo fakt, że miała nosa (albo doświadczenie - w moim wieku widać już nie można być całkiem zdrowym). A Szaszkiewiczowej własnej nie mam, czytałam z biblioteki, może się kiedyś jeszcze wzbogacę. Przypomniał mi się jej pogrzeb na Rakowicach, tak się złożyło szczęśliwie (hm) dla mnie, że zmarła w sierpniu, kiedy mam wolne, więc mogłam w nim uczestniczyć. To był pogrzeb jazzowy, zrobił wielkie wrażenie na mojej przyjaciółce z Włoch, którą akurat gościłam i zabrałam ze sobą - zafascynowała się Dezyderatą i rozpowszechniała ją potem u siebie na koleżeńskich spotkaniach, jak mi donosiła.

      Usuń
  4. Pamiętam, że Szaszkiewiczową opowiedziałaś tutaj tak kusząco, że w końcu podjęłam decyzję o kupnie. A Dezyderata za moich studenckich czasów była powszechna ozdobą tzw pokoi młodzieżowych ;) trochę więc dziwne, ale i rozczulające dla mnie jest, ze dla kogoś jej słowa mogą jeszcze teraz być nowością i objawieniem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz, coś, co było tak popularne u nas, niekoniecznie musiało być równie znane gdzie indziej :) Choć włoskie tłumaczenie istniało, jak się okazało po tym, gdy już się namordowałam z własnym :)

      Usuń
  5. No właśnie, postrzeganie minionych czasów, jak to niektórzy wciąż podkreślają słusznie minionych, zależy w dużej mierze od statusu przedwojennego. Mojej rodzinie socjalistyczny ustrój umożliwił awans społeczny. I choć widzę i minusy, i skrzywione idee, zamordyzm itd, to nie mogę zapomnieć o tym, że poniekąd dzięki niemu nie zostałam skazana na pasanie gęsi w folwarku ;)

    Pęcherzyk dopóki nie atakuje niech sobie lepiej siedzi na miejscu. Ale gdyby mu się coś odwidziało, to wyciąć. Moja mama już jest kilkanaście lat po, nie miała konieczności stosowania diety (poza okresem rekonwalescencji).
    Saxony

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się nieraz zastanawiam, gdzie bym była, gdyby nie ten ustrój. Rodzina ze strony Mamy siedziała w kolei (kto ma w głowie olej, ten idzie na kolej), pobudowali sobie domu ze szpałów, jeszcze przed wojną :) a moja ciotka i wujek (rodzeństwo) już zza czasów komuny są emerytami kolejowymi, tak że tradycja była silna. A dziadek ze strony Ojczastego był wiejskim nauczycielem i jeden z jego synów także.

      Usuń
  6. No, to zdrowia życzę. Pozwolę sobie pobrać z Twojego posta zacytowane zdanie: 'Żeby coś skończyć, trzeba coś zacząć.' :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Żeby jeszcze równie łatwo się kończyło, jak zaczynało...

      Usuń