środa, 12 grudnia 2012

Jerzy Szczygieł - Ziemia bez słońca

Druga część cyklu o chłopcach z Tarniny ma już jednego głównego bohatera - co jest dla mnie plusem, bo trochę się gubiłam w meandrach życiorysów dziewięciu chłopców. Tym bohaterem jest Tadek Różański. Jak pamiętamy, stracił on ojca na początku wojny, a teraz opiekuje się matką i młodszym bratem Jędrkiem. Jest opoką rodziny. To on zaopatruje ją w żywność, matka dawno już nie prowadzi sklepiku, zresztą słabuje - na płuca. Tadek jeździ na handel po okolicznych wioskach.
Nadchodzi wyzwolenie, Niemcy uciekają z Puław - bowiem wyjaśnia się tajemnica nazwy miasteczka. Wkraczają ruscy. O, przepraszam, żołnierze radzieccy. Jednak euforia panuje krótko: szybko okazuje się, że na Wiśle w pobliżu miasta oparł się front i Rosjanie ewakuują mieszkańców.

Zaczyna się epopeja Tadkowej rodziny. Tułają się od wsi do wsi, znajdując schronienie a to w stodole a to w nędznej chałupinie z glinianą polepą, gdzie rozścielają sobie na noc wiązki słomy. Przenikliwe zimno i bezustanny głód. Okazuje się, że Tarnina była zaledwie wesołym wstępem... sama czytając nabrałam wielkiego smaku na krupnik z pajdą świeżego chleba, tak sugestywnie autor opisuje te rzadkie wypadki, gdy chłopiec się najada i tę zwykłą codzienność, gdy głoduje wraz z matką i bratem.

[Nigdy nie gotowałam krupniku i nie wiem, jak to się robi, ale strasznie teraz chodzi za mną :)]

Cały czas mają nadzieję na rychły powrót do domu, do Puław, na przesunięcie się dalej frontu, na koniec wojny. Tadek kilkakrotnie wyrusza, by sprawdzić w jakim stanie jest dom i miasteczko, pokonując szereg przeszkód, bo Rosjanie pilnują, by nikt się nie przemknął przez rozstawione straże. Spotyka tam swego przyjaciela Gietka, który wraz z matką koczuje w "zamkniętym" miasteczku, chroniąc się co noc do piwnicy, bo wówczas Niemcy zaczynają ostrzeliwanie. Tadek też by tak chciał, ale zdaje sobie sprawę, że matka nie ma sił na tę podróż piechotą i przekradanie się przed żołnierzami.

Temu ciężkiemu życiu, codziennej walce o przetrwanie towarzyszy niepokój związany z ujrzanym kiedyś hitlerowcem. Było to ostatniego dnia "za Niemców" w Puławach. Hitlerowiec umknął przed Rosjanami, zostawiając w krzakach koło domu sąsiada Różańskich - doktora (antypatycznego zresztą dla Tadka, bo nie pozostawiającego wiele nadziei na poprawę zdrowia matki) swój mundur. Tadek ma ciągle wrażenie, że się na owego hitlerowca natyka, w cywilnym ubraniu i mówiącego po polsku. Ale Niemiec miał na czole wyraźną czerwoną bliznę. Natomiast widywany tu i tam mężczyzna znamienia takiego nie posiada. Po rozwiązanie tej tajemnicy odsyłam do Ziemi bez słońca Jerzego Szczygła.

Piękny artykuł-wspomnienie o autorze znalazłam tutaj.
Przeczytałam 11 grudnia 2012.

Mój brat, któremu zasugerowałam kupno mi pod choinkę pewnej książki na allegro, nie pamięta swoich haseł, no nie używa widać allegro zbyt często. Kupiłam więc sobie książkę sama:
To są pamiętniki z lat 1832-1857. Cracovianum jak się patrzy! Mniemam, że ostatnie w tym roku :)
Oczywiście, żeby koszty przesyłki się rozłożyły, domówiłam to i owo:
Natanna mnie zachęciła do zmierzenia się z "Gostą Berlingiem" :) całe 1,50 zł! Serię o Klaudynie zawsze chciałam mieć, a czytałam (w młodości) jedynie pożyczaną. Ponieważ mam też słabość do literatury węgierskiej, wzięłam "Biednych bogaczy", zobaczymy, co to jest takiego.

Z kolei Alicja2010 zapodała nazwisko Czingiza Ajtmatowa. W te pędy poleciałam do biblioteki (właściwie do trzech bibliotek...) i przytargałam do domu furę:
Oj, naprawdę będzie co czytać w styczniu.
Zwłaszcza, że jeszcze na Wiktora Zawadę się zamierzam:
To też z bibliotek, a jeden jeszcze jest w drodze z allegro (taki sam jeden jedyniutki, wbrew zasadom, ale żywcem nie było co dobrać u tego sprzedawcy).

A skoro już się nastawiłam na Ajtmatowa, to...

Obejrzałam film radziecki Rannije żurawli/Ранние журавли czyli Żurawie przyleciały wcześnie, według powieści kirgiskiego pisarza Czingiza Ajtmatowa.

Film zrealizował w 1979 roku Bołotbek Szamszyjew (jeśli tak to się pisze).
Rzecz dzieje się w małym kirgiskim aule. Docierają i tu echa wojny. Większość mężczyzn poszła na front. Czternastoletni Sułtanmurat bardzo tęskni za ojcem.
Na razie chodzi do szkoły i opiekuje się matką i młodszym rodzeństwem.
Któregoś dnia pojawia się w szkole przewodniczący kołchozu i zaznajamia młodzież z sytuacją: jest ciężko, brakuje rąk do pracy, proponuje więc, by starsi chłopcy stali się czymś w rodzaju desantu i zrezygnowali na razie z nauki, zabierając się do pracy w kołchozie.
Przywódcą młodych zostaje właśnie Sułtanmarat.
Tak kończy się dzieciństwo. Chłopcy z wielkim zaangażowaniem opiekują się końmi, organizują nawet dramatyczną zimową wyprawę po siano, którego w aule brakuje. Najpierw grozi im śmierć z rąk bandytów-koniokradów, a potem uciekają przed sforą wilków.
Jednocześnie Sułtanmurat przeżywa swą pierwszą miłość: pisze list do dziewczynki ze szkoły (nie zapamiętałam jej imienia), czeka na próżno na odpowiedź, wreszcie dostaje wyhaftowaną przez nią chusteczkę...
Tak piękna ta miłość, tak delikatna i wstydliwa...
Nadchodzi wczesna wiosna, chłopcy z radością obserwują pierwszy klucz żurawi na niebie - to dobry znak: będzie urodzaj. Zaczyna się orka pod zasiewy. Nocą na jurtę napada jednak grupa koniokradów. Sułtanmarat rzuca się w pogoń za nimi...
Wielkiej ochoty nabrałam doprawdy na zapoznanie się z twórczością Ajtmatowa. Jest u niego (sądząc z filmu) i kirgiska egzotyka i umiłowanie przyrody i skomplikowane ludzkie losy...

23 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobrze. Zapisuję. Ale żeby mi to było ostatni raz!!!

      :)

      Usuń
    2. Ha, czytałam :) I rzeczywiście było podobnie - otwarłam sobie tę książkę na chybił trafił i przepadłam. To było lata temu, no ale gust mi się AŻ tak nie zmienił.

      Usuń
    3. Pozwólcie nam krzyczeć to jedna z moich najulubieńszych książek, mimo tematu. Najlepsza z serii trzech

      Usuń
    4. No proszę, wszyscy znali lub właśnie poznali :)

      Usuń
  2. Wspaniale Twoje zdobycze allegrowe i biblioteczne. Bede zagladala i wypatrywala recenzji, bo te ksiazki to moja biala plama na czytelniczej mapie.

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bosz, kiedy ja to wszystko przerobię. I to bym chciała i to nęci. Dzisiaj byłam gotowa do wyjścia do pracy za wcześnie i w kurtce już stanęłam przed regałem... znowu parę książek do natychmiastowego przeczytania znalazłam :)

      Usuń
  3. Zdobycze niezłe!uwielbiam pamiętniki:)
    Ale rozwaliłaś mnie tutaj jednym stwierdzeniem, w które nie mogę uwierzyć:))) Nie gotowałaś krupniku??U mnie jest raz na tydzień:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... no bo... ja w kuchni to nie teges :)

      Usuń
    2. Nie ma MUSZĘ :)
      Muszę to przyrządzić cokolwiek w sobotę i w niedzielę. No to najprościej jest jakiś makaron albo risotto. A nie zupy jakieś gotować. Do zupy i tak trzeba drugie danie. Szkoda fatygi.
      Co nie znaczy, że nie lubię sobie zupki zjeść - jak ktoś ugotuje. Oj, lubię.

      Usuń
    3. u nas jest zupa bez drugiego, albo to, albo to. Jeszcze czego, zeby dwa dania, co najwyżej po dwa talerze :-)

      Usuń
    4. Oczywiście, że jedno danie. Ale ponieważ zupa to takie pół danie - mało treściwe - to wydaje mi się za mało. Wobec tego moje obiady składają się jedynie z drugiego.
      Ja bym właściwie dwoma talerzami zupy się zapchała, ale moje dziecko coś za nimi nie przepada, woli konkretniejsze na ząb.

      Usuń
  4. Bardzo jestem ciekawa, jak Ci się spodoba "Biały statek" Ajtmatowa. Na mnie zrobił duże wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, czytałam w "Czytanki Anki" :) to mnie też zmotywowało, żeby iść do biblioteki.
      A nawet sobie film już skombinowałam, bo został nakręcony. I nie wiem, co najpierw: książka czy film :)

      Usuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ziemniaczki są najpyszniejsze w zupkach, co Ty opowiadasz! Ja na przykład mam taki smak z dzieciństwa: rosół z ziemniakami. Mama mówiła, że tylko na wołowinie może być wtedy. Ach, pysznoszki.

      A ta wołowina do krupniku mnie lekko zniechęca właśnie. Mam jakąś padlinę do garnka pakować?
      Nie żebym była wegetarianką, ale co innego kotlet, a co innego jakieś mięso z kością w zupie :)

      Usuń
    2. ja do krupniku daję tylko jedną nogę kurczakową. A blogowa koleżanka kiedyś mnie poczęstowała krupnikiem z cząbrem, a potem nawet wysłała ziarna, bo u nas tu nie ma, a u nich, w Wielkopolsce, nazywa się feferek i sprzedają w pęczkach jak pietruszkę, dodaję od tego czasu, bo pysznie się komponuje. I ziemniaczki w zupie też lubię, a w krupniku najbardziej. I ogórkowej. A tak w ogóle to u Ciebie taki ruch, że się dopchać nie mogę :-)

      Usuń
    3. U nas feferka chyba nie ma... mówię chyba, bo kto wie, na Kleparzu różne rzeczy można znaleźć. Skoro nie wiem, jak wygląda, to mogłam widzieć i przejść obojętnie :)
      A cząber w torebce to już na pewno nie to samo. Mam nawet taki w domu, nigdy chyba nie użyty, ale jak miałam leciutką fazę na kuchnię (leciutką, gotowałam, gdy dziecko było małe, a ja siedziałam w domu) to nakupowałam róznych takich, myśląc naiwnie, że ho ho co ja tez nie będę robić :) i tak sobie pokutuje gdzieś do tej pory w słoiczku.

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz uprzedzenie z dzieciństwa i tyle :)

      też pamiętam, jak usypiałam nad talerzem i rosło mi w buzi, a tu JEDZŻE. NIE ODEJDZIESZ, DOPÓKI NIE ZJESZ.

      Usuń
  7. Byłam w empiku po Nowe Książki i nawet nie wiedzieli, o czym mówię. Ten Twój to jakiś dobry. W maju byłam, nawet jak nie było nowego numeru, powinni wiedzieć, o czym mówię

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, kochana, w naszym Empiku (i mówię tu o Rynkowym, a nie gdzieś tam w Galerii Krakowskiej, bo tam nie bywam) to jest osobny dział - ścianka z półkami - gdzie jest pełno jakichś niesamowitych czasopism literackich i teatralnych! Nawet bym nie przypuszczała, że tyle ich wychodzi!

      Usuń