wtorek, 11 grudnia 2012

Jerzy Szczygieł - Tarnina

Twórczość Jerzego Szczygła nie była mi znana w młodości. U Koczowniczki niedawno przeczytałam o Tarninie i przypomniałam sobie, że kupiłam kiedyś na allegro (na doczepkę) Po kocich łbach tego autora. Bo lubiłam tę serię wydawniczą :)
Stąd pomysł przeczytania całego cyklu - bo okazało się, że składa on się z 4 części:
- Tarnina
- Ziemia bez słońca
- Nigdy cię nie opuszczę
- Po kocich łbach
Zamysł wymagał biegania po bibliotekach, a drugi tom znalazłam aż na Prądniku. I teraz w ten mróz będę musiała znów tam jechać, by książkę oddać, buuuuu. Rozkosze czytelnictwa :)

Mam więc za sobą pierwszy tom cyklu. Opowiada on o grupce chłopców w anonimowym miasteczku gdzieś nad Wisłą. Jest czas wojenny, wielu z nich straciło ojców, a niektórzy są wręcz bez rodziny i żyją z dnia na dzień, nocując gdzie popadnie. Bieda jest niewyobrażalna. Chłopcy chodzą w łachmanach, biegają na bosaka, oszczędzając jedyną parę butów (jeśli w ogóle posiadaną) na zimę. A przede wszystkim cierpią głód. O jedzeniu (a raczej jego braku) mówi się tu bezustannie. Dotyczy to i tych chłopców, którzy mieszkają w rodzinnym domu - nigdzie się nie przelewa, coraz trudniej jest zdobywać żywność - wszędzie brak pieniędzy, dieta opiera się na kapuście i kartoflach, a kartkowy chleb jest rzadkim gościem. Ojców nie ma, matki usiłują coś zarobić praniem czy prowadzeniem nędznego sklepiku, jak matka głównego bohatera - Tadka Różańskiego. Właściwie cała dziewiątka chłopców jest na równych prawach bohaterów tej powieści, ale ponieważ jestem już w połowie następnego tomu, mogę zdradzić, że potem prowadzenie przejmuje właśnie Tadek, którego ojciec zginął w pierwszym nalocie na miasteczko. Chłopiec jest poważny ponad swój wiek, zakochany w książkach, o których chętnie opowiada kolegom, opiekuje się też matką i młodszym braciszkiem Jędrkiem.

Chłopcy często wędrują po lesie koło miasteczka, gdzie nikt ich nie podgląda, Niemcy zresztą też trzymają się od lasu z daleka. Pewnego dnia jeden z chłopców wpada na pomysł zbudowania schronu, ziemianki, własnej siedziby - w gąszczu splątanych krzewów tarniny. Wszyscy zapalają się do projektu i zabierają do pracy: trzeba przynieść z domów siekiery i łopaty i wybierać ziemię wynosząc ją wiadrami w inne krzaki, by nikt nawet przypadkiem nie zauważył ich nowego domu. Bo rzeczywiście ten schron staje się ich domem, nie tylko dla tych, którzy żyli do tej pory na ulicy, ale i dla całej reszty, która codziennie się tu spotyka. Chłopcy ulepszają swoje schronienie, obudowują je deskami, znoszą mech dla utykania szpar, naczynia do gotowania - tak, konstruują nawet kuchnię. I na wszelkie sposoby zdobywają zapasy żywności, posuwając się nawet do kradzieży w niemieckich magazynach. Przyjdzie im też bronić Tarniny przed konkurencyjną grupą chłopców - Piaskarzy. Stoczą z nimi prawdziwą bitwę, wcześniej przygotowaną koncepcyjnie - zupełnie jak w Chłopcach z Placu Broni.

Wspomniałam o kradzieży u Niemców. Łebki zdobywają się na coraz śmielsze akcje i przyznam się, że nieraz zagryzałam wargi i myślałam ze złością, że stłukłabym im tyłki do krwi, takie wyprawiali brewerie, w takim byłam strachu o nich. Typowa chłopacka brawura, no i bezmyślność: nie zdają sobie sprawy, co im naprawdę grozi, gdy zakradają się do niemieckich czołgów, by kraść z nich broń czy futrzane rękawice lub podpalają kino. Pół książki zajmują opisy ucieczek przed szkopami... raz się nie udaje i Niemcy zatrzymują Zymka. Na szczęście po kilku tygodniach wraca do Tarniny, ale o swych przeżyciach na gestapo nie chce mówić.

Działania chłopców obserwuje z daleka jeden z sąsiadów, młody Wiesiek Zaręba. Chłopcy odkrywają u niego skrytkę z rewolwerem i dedukują, że należy on do partyzantów. Któregoś dnia w Tarninie pojawia się Żyd Abram, uciekinier z getta. Od tej pory będzie mieszkał z nimi...
Przeczytałam 10 grudnia 2012.



Obejrzałam włoską komedię świąteczną La banda dei Babbi Natale w reż. Paolo Genovese.


Głównymi bohaterami są: Wigilia Bożego Narodzenia i znana trójka komików: Aldo, Giovanni i Giacomo.

W wyniku splotu okoliczności przebierają się oni za Mikołajów, by podrzucić prezent pod choinkę dziewczynie jednego z nich. To jest ta kula, którą kobieta trzyma w ręce - jak się to nazywa? Tak wiecie, co to w niej śnieg opada.
Niestety na włamaniu do jej mieszkania zdybuje ich policja i tak trafiają na komisariat, gdzie pani inspektor właśnie planowała urwać się z roboty, by poczynić ostatnie przygotowania świąteczne. Tymczasem musi przesłuchać schwytanych przestępców i spisać protokół. Powoli to idzie, bo każdy z nich ma do opowiedzenia skomplikowaną historię...
W końcu "przestępcy" wspólnie z panią inspektor i jej podwładnym robią tortellini na święta.
Taka to pierdółka.

23 komentarze:

  1. To po "Tarninie" pora jeszcze na "Uwaga, Piegowaty" K. Dębnickiego :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A cóż to znowu za Dębnicki? Już notuję i będę szukać :)

      Usuń
    2. O matkosiu, znalazłam jedyny egzemplarz na Kurdwanowie. To najgorsze, co może być! Bo znaleźć budynek na osiedlu jest masakrą. Co innego w mieście, przy konkretnej ulicy :)
      No nic, może w styczniu, jak nie będę pracować, się wybiorę, żeby za dnia...

      Usuń
  2. Mam nieodparte wrażenie, że te "Tarninę" znam.
    Jesteś niedościgła w czytaniu "staroci".
    Ja też będę w przyszłym roku odkurzać i już wiem co na początek, ale to nie będzie tym razem polska literatura.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też już mam na styczeń plan: będzie to jeszcze inne spojrzenie na wojnę w oczach chłopców - czyli cykl o Kaktusach z Zielonej ulicy Wiktora Zawady.

      A "Tarninę" pewnie czytałaś. Mnie jakoś ominęło - może dlatego, że to o chłopcach?

      Usuń
  3. Uprzedzam tylko, że to lektura dla chłopaków :-) ale "Tarnina" raczej też :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już mnie te Kaktusy pewnie zahartują :)

      Usuń
  4. Tarninę czytałam tak dawno temu, że powinnam zapomnieć wszystko - a tu się okazuje, że pamiętam nawet szczegóły tej lektury z dzieciństwa. Ziemniaki pieczone w ognisku, budowę tamtej "kuchni" w schronie, konstruktorskie pomysły Wieśka (system luster przed wejściem do domu). No i całą resztę niestety też.

    Co ciekawe próbowałam zaraz potem przeczytać kolejną część - nie przebrnęłam. A Tobie całość wydała się spójna? Tzn. Tarnina i kolejne części cyklu?

    PS
    Uwaga ;) Uwaga, Piegowaty jest na allegro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten system luster w przedwojennym (no, właściwie już wojennym) miasteczku mnie rozbawił :) i całe dziwne urządzenie Wieśkowego domu.

      Mnie się ta druga część lepiej czyta. A zobaczymy, jak skończę całość.

      Nie kuś nawet tym allegro. Czyż doprawdy wszystko trzeba mieć?
      Hłe hłe.
      Powiedziała ta, co znowu coś tam nakupiła...
      Zupelnie niechcący, oczywiście.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. No gdzież bym śmiała kusić ;) Tylko że jakoś mi mignęły wcześniej Twoje zdobycze z allegro, hmmm.. musiałam się mylić ;))
      A ostatnio właśnie udaje mi się poprzestawać na książkach bibliotecznych i tych domowych. Do czasu, do czasu.

      A wiesz, po Twojej dzisiejszej recenzji - to jednak nie drugi tom czytałam w dzieciństwie, ale któryś z kolejnych, bo działo się to już na pewno w czasach miłościwie panującej władzy ludowej i po pewnym zwrocie akcji, o którym nie wspominasz. Więc na pewno czytałam jakiś kolejny tom, może właśnie "Nigdy cię nie opuszczę", bo to było dość... No dobrze, nie będę uprzedzać lektury.

      Z lektur "dla chłopaków" lubiłam jeszcze - ależ przywołujesz wspomnienia z dzieciństwa - taką książkę też o czasach tuż powojennych, chłopak przyjeżdża z Warszawy, gdzie w Powstaniu stracił rodziców, dom i wszystko, przyjeżdża do Krasnegostawu, do jakiejś dalszej rodziny. Tu zaczyna nowe życie - szkoła, przyjaciele. Autora nie pamiętam teraz, a tytuł "Klub Sprawiedliwych".

      I jeszcze jedną wojenną pamiętam książkę o grupie chłopców - "My z Marymontu".

      No, tyle wspomnień :)

      Usuń
    4. Zasadniczych zwrotów akcji staram się nie wspominać, żeby nie psuć przyjemności tym, którzy tu trafią przypadkowo szukając informacji o danym tytule. No, spoilerów po prostu wolę unikać :)
      Za to będą one w następnym "odcinku" :)

      "Klubu Sprawiedliwych" nie znam i tej drugiej też... co nie znaczy, że nie czytałam w młodości, mogło mi wylecieć z głowy, jeśli nie miałam własnego egzemplarza...

      Natomiast z tych, które mam, to przypominają mi się "Chłopcy ze Starówki" w czasie zaraz powojennym, gdy dawni mieszkańcy stolicy ściągają z powrotem do zrujnowanego miasta.

      Usuń
    5. Okazuje się, że obie te książki są autorstwa Ryszarda Liskowackiego:

      Cykl – My z Marymontu
      - My z Marymontu
      - Z zielonych ulic na barykady
      - Wracamy do domu
      Jako całość opublikowane po raz pierwszy w 1981 roku.

      Cykl – Związek Sprawiedliwych
      - (1962) Związek Sprawiedliwych
      - (1965) Przygody ośmiu sprawiedliwych
      - (1966) Wódz Sprawiedliwych
      Jako całość opublikowane po raz pierwszy w 1971 roku.

      Czytania a czytania, jeśli się kiedyś skuszę.

      Usuń
    6. O, dziękuję! Źle zapamiętałam tytuł...
      I nie wiedziałam, że jest ciąg dalszy "Marymontu". Bo i jak miałam wiedzieć, internetu wtedy nie było ;))

      Aż mam ochotę wrócić teraz do tych lektur z dzieciństwa. "Związek Sprawiedliwych" miałam jako całość - jeden wielki tom. Lubiłam ją.

      O, i wiesz jaką jeszcze lubiłam w dzieciństwie książkę? Ale to już pasjami, wracałam do niej z 10 razy chyba :) "Przygody Meliklesa Greka".

      Hmmm... czy mogę powiedzieć, że polecam? No to tak po cichu mówię.
      ;)

      Usuń
    7. Właśnie, internetu nie było. Albo się coś wygrzebało na półce w bibliotece - albo nie. No, czasem na okładce było wspomniane, to się wiedziało przynajmniej, o co pytać.

      Przygody Meliklesa Greka - tytuł jest mi znany, ale sama książka nie. Cóż, widać, że miałaś inklinacje do kultury śródziemnomorskiej już od dzieciństwa!

      :)

      Usuń
  5. Chłopcy istotnie wyprawiali brewerie, ot, bezmyślne dzieci nie zdające sobie sprawy z niebezpieczeństwa i z faktu, że w odwecie za akcje partyzanckie Niemcy mogą się mścić na mieszkańcach miasteczka.
    Z tego czterotomowego cyklu najbardziej mną kiedyś wstrząsnęła część trzecia pt. "Nigdy cię nie opuszczę", pamiętam, że czytałam ją będąc w podstawówce i zalewałam się łzami...
    A "Piegowatego" nie czytałam, w ogóle nie słyszałam wcześniej o takiej książce, choć lubiłam lektury dla chłopców :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na razie jestem wystarczająco wstrząśnięta częścią drugą...

      Ten "Piegowaty" to niezła cegła, ma ponad 500 stron :)

      Usuń
  6. "Tarniny" nie czytałam, choć ktoś z mojej klasy z podstawówki musiał - skąd bowiem by się wziął pomysł wykopania ziemianki w lesie? Wykopali chłopcy, głęboka była, pamiętam, porządna. Ale dziewczynki nie miały tam wstępu, szlag. Dyskryminacja.
    A my im pozwalałyśmy grać ze sobą w gumę!

    Z wojenno-dziecięcych powieści pamiętam za to "Pałac pod gruszą" - czytał ktoś? Dobre. Lubię Korczakowską, to ona napisała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas chłopcy by się nie zniżyli do grania w gumę z dziewczynkami :)

      "Pałac pod gruszą", notuję. Na szczęście jest w bibliotece.

      Usuń
  7. Wyjaśniam, że akcja „Tarniny” rozgrywa się w Puławach, mieście rodzinnym Jerzego Szczygła, chociaż nazwa miejscowości nie pada w książce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, Puławy, miasto księżnej Izabeli! Szkoda, że nie wiedziałam tego podczas lektury, może bym się natknęła na jakieś ciekawostki :)

      Usuń
  8. Ja uwielbiam wracać do czytania TARNINY I ZIEMI BEZ SŁOŃCA i od dzieciństwa kiedy pierwszy raz przeczytałam te książki marzyłam aby pojechać do Puław zatrzymać się na chwilę na moście na Wiśle spojrzeć w stronę lasu i a nóż właśnie tam była opisana Tarnina która dla nich była wszystkim. Ostatnio moje marzenie się spełniło no może nie tak do końca ale ....zakochałam się w tych miejscach o których było opisane także w ziemi bez słońca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to fajnie tak spełnić tego rodzaju marzenie. Ja od dzieciństwa marzę o wizycie w Pułtusku - oczywiście po lekturze (wielokrotnej) "Klubu włóczykijów" Niziurskiego.

      Usuń