piątek, 7 grudnia 2012

Jan Zakrzewski - Ameryka z pasją

Sięgnęłam po kolejny reportażowy tom z Ameryki, wydany w serii "Zachód z bliska" w 1981 roku. Są to reminiscencje Jana Zakrzewskiego z pobytu w USA w latach siedemdziesiątych.
Kim był (zmarł w 2007 roku) Jan Zakrzewski?
Tłumaczył też literaturę amerykańską, wspomina zresztą w tym tomie o Nagich i martwych Normana Mailera, szczególnie mu bliskich ze względu na tematykę wojenną - Zakrzewski walczył w czasie II wojny światowej, a w 1944 roku paradował nowojorskimi ulicami w mundurze, mogąc być pewnym, że w ciągu kilkunastu minut będzie parokrotnie zaproszony na kieliszek do baru lub na kolację do jakiegoś domu. To a' propos obecnej niechęci Amerykanów do munduru, co zaczęło się w latach wojny koreańskiej, a osiągnęło apogeum podczas wojny w Wietnamie.
Mamy tu więc do czynienia z powrotem do Stanów po trzydziestu latach.

Tradycyjnie zamieszczam spis treści:
Po części pokrywa się to z tematami omawianymi przez Ewę Krasnodębską w książce Jak odkrywałam Amerykę.
Naturalnie Zakrzewski jako oficjalnie działający dziennikarz miał więcej możliwości dotarcia do różnych miejsc niż miała ich Krasnodębska, będąca wówczas żoną swojego męża (choć dyplomaty).
Oczywiście dziś już to wszystko jest dla nas doskonale znane. Ba! Przerabiamy amerykanizację na własnej skórze, raz z lepszym skutkiem (supermarkety pełne towarów), raz z gorszym - tu mam zwłaszcza na myśli telewizję, świat reklamy, public relations nazywane przez Zakrzewskiego "antyprasą", ale przede wszystkim sytuację służby zdrowia.
Czy nam to niczego nie przypomina?
Czy nie mamy już Ameryki w Polsce? Ówczesny czytelnik (z 1981 roku) postrzegał te rewelacje jako rodzaj bajki o żelaznym wilku... no i doczekaliśmy się.

To właśnie jest najciekawsze w lekturze reportaży po latach: nie tyle próba zrozumienia, co się w międzyczasie zmieniło (brak mi porównania, bo przecież Stany aktualne znam tyle co z filmów, czyli nic), co wyszukiwanie odniesień do nas, do Polski początku XXI wieku. Na ile to, o czym pisze autor w kontekście amerykańskim, dotyczy i nas dzisiaj.

Przeczytałam 7 grudnia 2012.


Nowe nabytki
Najpierw wstąpiłam do Księgarni Akademickiej, rezultat widoczny poniżej:
Rozmowy z prof. Chwalbą, autorem dwóch świetnych tomów Dziejów Krakowa: z czasów II wojny światowej i powojennych.
No a następnego dnia pojechałam do hurtowni taniej jatki szukać prezentów pod choinkę:
Dla Taty Stefek pod choinkę i trzeci tom Dzienników Iwaszkiewicza na imieniny (bo ma tego samego dnia), a dla Mamy wspominki z PRL-u czyli Prezenterki. Mama była wielką fanką Edyty Wojtczak.
Nie przepuściłam okazji, by i dla siebie czegoś nie wziąć. Znalazłam Politkowską przecenioną z 52 zł na 12,90:


Czas na nastrój świąteczny, więc obejrzałam... nie, nie Kevina, włoską baśń Marcellino pane e vino (Marcellino chleb i wino) z 1991 roku, reż. Luigi Comencini.

Jest to remake obrazu z 1955 roku, w reż. Ladislao Vajdy, który - mimo swojsko brzmiącego nazwiska, nie był Polakiem, lecz Węgrem. Ale nie o nim tu dziś mowa, tylko o Comencinim, ojcu włoskiej komedii, Złoty Lew w Wenecji w 1987 za całokształt kariery.

Bracia (w domyśle franciszkanie) znajdują - nota bene na polu kapusty - porzucone niemowlę.
Z wielkim entuzjazmem postanawiają się nim zaopiekować. Przeor co prawda każe dwóm z nich udać się z niemowlęciem do wioski i poszukać rodziców lub kogoś, kto chciałby ich zastąpić, ale sprytni braciszkowie zniechęcają ewentualnych kandydatów, posuwając się nawet do kłamstwa, że to dziewczynka (potem zresztą skrupulatnie się z tego kłamstwa spowiadają przed sobą wzajemnie).
Chłopczyk rośnie w klasztorze, otoczonymi kochającymi go zakonnikami.
Mija kilka lat, Marcellino pobiera pierwsze nauki, ale większość czasu spędza na zabawie i psotach, na przykład wiąże rozmawiającym braciom sznury od habitów, co powoduje ich wywrotkę przy próbie rozejścia się albo podrzuca bratu kucharzowi do kuchennego naczynia żywe żaby.
Wielkim przeżyciem dla małego łobuziaka jest jarmark w miasteczku, dostał wtedy od chłopca, który wdrapał się na namydlony słup, szynkę, którą tamten wygrał:
Czegoś jednak brakuje chłopcu - jest to oczywiście matka. Bracia wyjaśniają mu, że Matka Boża jest matką wszystkich dzieci na świecie.
Któregoś dnia w klasztorze pojawia się hrabia ze swą świtą i zobaczywszy malca, stwierdza, że ma delikatne rysy twarzy. Hrabia każe wymalować w kościele wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem. Maryja ma rysy jego zaginionej pierwszej żony.
Hrabia dochodzi do wniosku, że Marcellino jest jego synem (żona była w ciąży) i wymusza na zakonnikach oddanie go do zamku.
Wydawałoby się raj na ziemi: chłopiec dostaje piękne szaty, wspaniałą komnatę, własnego preceptora... cóż kiedy wolał mały habicik i ukochanych braci, a także warzywa na obiad zamiast mięsa. Najpierw zostaje ukarany, bo nie chce pocałować nowej żony hrabiego, krzycząc, że to nie jego mama.
Po okrutnym polowaniu na jelenia hrabia chce zmusić Marcellino do zjedzenia jego mięsa i wtedy malec ucieka. Z Bożą pomocą odnajduje braci i zostaje przez nich ukryty na wieży kościoła, gdzie w kurzu i poniewierce stoi oparty o belkę stary krucyfiks.
Marcellino zaczyna z nim "rozmawiać", a przede wszystkim stwierdza, że Chrystus jest bardzo chudy, więc ukradkiem wynosi z klasztornej kuchni chleb i wino i zanosi je Ukrzyżowanemu na strych.
Tymczasem hrabia nie rezygnuje ze swych praw do domniemanego syna i żądając wydania chłopca posuwa się do podpalenia klasztoru. Marcellino prosi o interwencję swojego Chrystusa, ten rozpętuje straszną burzę, która gasi pożar... ale Marcellino znika. Chrystus zabrał go do jego Matki.

3 komentarze:

  1. Twoi braciszkowie przypomnieli mi inny film "zakonny" - "Czerwoną oberżę" (wg Balzaka) z Fernandelem :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam... ze słyszenia jedynie, niestety.

      Usuń
  2. A ja ze zdjęcia Stefana Arczyńskiego i plakatu, który jest na nim :-)

    OdpowiedzUsuń