sobota, 22 grudnia 2012

Francis Scott Fitzgerald - Odwiedziny w Babilonie

No i pięknie. Podgotowałam sobie notkę w pracy, w sensie zeskanowałam skrzydełka obwoluty i załadowałam do roboczego postu, żeby go już tylko wypełnić treścią po przeczytaniu książki... no i zaraz, jak tylko zaczęłam pisać, wykonałam jakiś nieostrożny ruch na klawiaturze i masz! Znikło wszystko jak sen jakiś złoty! Zawartości skrzydełek nie odtworzę, bowiem skanera w domu nie posiadam, ale obiecuję, że dołożę po Świętach :)
Tu notka o autorze:

Tutaj spis treści:

A tutaj plany wydawnicze serii NIKE na 1963 rok:


No. A teraz może przystąpię do wrażeń z lektury.
Po pierwsze przede wszystkim muszę się bijąc w piersi przyznać, ze jestem wielką wielbicielką jednego dzieła Fitzgeralda - jak się łatwo domyślić - Wielkiego Gatsby'ego. Wielki Gatsby jest dla mnie top nad topy i w ogóle nie mogę pojąć, jak komuś się może nie podobać (a są tacy, jak czasem czytam na blogach). Wiadomo, że jak się upodoba jedną książkę pisarza, to inne już mniej przypadają do gustu. Po drugie: opowiadania nie są moją ulubioną formą literacką, jak już nieraz zaznaczałam :) Ale to się zmienia. Tym bardziej, gdy ma się do czynienia z prawdziwym mistrzem nowelistyki, a za takiego na pewno można uznać Francisa Scotta Fitzgeralda. Zdaje się, że napisał ich 160 czy coś koło tego. Tutaj mamy wybór 13 opowiadań: mam takie wrażenie, że tytuły niektórych z nich widziałam wydane osobno, tak jakby w serii z Kolibrem (Diament wielki jak góra, Berenika obcina włosy). Ale głowy nie dam.

Część z nich osadzona jest w realiach Nowego Jorku, niektóre w innych częściach Stanów Zjednoczonych, a dwa w Paryżu, tej Mekce Amerykanów po I wojnie światowej. Zwłaszcza opowiadania paryskie wydają mi się odbiciem autobiografii pisarza: alkoholizm, problemy z żoną, ukochana córka, bogate życie towarzyskie. Tytułowe opowiadanie to właśnie opis tego życia z perspektywy dwóch lat, kiedy to bohater wziął się w garść, przestał pić, znalazł dobrze płatną pracę i usiłuje odzyskać swą córkę, do której prawa ojcowskie utracił na rzecz swojej szwagierki.
Moje dwa ulubione opowiadania z tego zbioru to Berenika obcina włosy i Bal dziecięcy, świetnie uchwycona psychika kilkunastoletnich dziewcząt, w wieku, kiedy najważniejsze jest podobanie się chłopcom i młodej matki, zapatrzonej w swoje dziecko i wplątującej się z tego powodu w konflikt z sąsiadami.
Z dziesięć matek i każda wpatrzona w swoje dziecko. Dzieciaki tłuką wszystko i łapią za tort, potem każda matka wraca do domu rozmyślając o ileż jej dziecię jest subtelniejsze i mądrzejsze od wszystkich innych dzieci.
Och, mówię Wam, jak ja nie cierpiałam wysiadywania z małym dzieckiem na osiedlowym placu zabaw! Dziecko w piaskownicy, ale obok na ławce te mamusie! Każda z potokiem wymowy, co dziecko zjadło i co już mówi. Pod tym względem fajnie, że to se ne vrati :)

Znakomicie wypada również ujęcie skomplikowanych uczuć młodego, bo 15-letniego zaledwie autora sztuki teatralnej w opowiadaniu Schwytany cień. Sztuka zostaje wystawiona w amatorskim oczywiście wykonaniu, wszystko poszło znakomicie, dopytuje się nawet o niego reporter z gazety, ale Basil poczuł wielką pustkę w sercu. Skończyło się, przyszło i przeminęło - cała ta praca, wysiłek i zapał. Pozostało uczucie pustki, przypominające strach. Znam doskonale to uczucie nagłej pustki, gdy już wykonam zadanie, nad którym się napracowałam...

Kącik cytatów czyli rozwijamy się
W hotelu Charlie znalazł list z poczty pneumatycznej, nadany z baru Ritza, gdzie zostawił swój adres w celu odnalezienia pewnego człowieka.
Ach, ta paryska poczta pneumatyczna. Pamiętam, jak nad tym dumałam, czytając pierwszy raz Prousta, a było to w zamierzchłych czasach przedinternetowych. Odeta ciągle dostawała liściki pocztą pneumatyczną, a ja się zastanawiałam, jak to, u diaska, funkcjonowało. Nawet nie przypuszczałam, że wówczas jeszcze - a było to w 1980 roku - poczta pneumatyczna (czyli przesyłanie tubami za pomocą sprężonego powietrza) w Paryżu ciągle działała!
Dziś na szczęście mamy Wikipedię i ona to wyjaśnia pokrótce działanie tego wynalazku. Ogólnie rzecz biorąc, to był taki dzisiejszy e-mail :) Na francuskiej wersji Wiki jest więcej informacji.

Przeczytałam 22 grudnia 2012.

Jeszcze jedna dygresja mi się ciśnie (pod pióro). Seria NIKE - w momencie, gdy trzymam w ręku któryś z jej tomów i czytam - kojarzy mi się nieodparcie z poczuciem luksusu. Zaraz wyjaśnię, dlaczego.
Otóż w dawnych dawnych czasach, jeszcze za PRL'u, byliśmy z rodziną chyba dwukrotnie u cioci ze Szczecina. Ciocia (właściwie kuzynka, no ale mówiło się do niej ciociu) miała męża-architekta, a mieszkali oboje (dzieci nie mieli) w willi. To znaczy tak mi się ten dom wówczas przedstawiał - mnie, wychowanej w bloku - a w rzeczywistości była to szeregówka, ale na planie litery L, co tworzyło na tyłach domu rodzaj patia, niewidocznego od sąsiadów. To patio, ten dom parterowy, nieduży (zawsze potem marzyłam o parterowym domu, nigdy piętrowym), z dwupoziomowym rozwiązaniem salonu połączonego z jadalnią (salon był położony o parę schodków poniżej części jadalnianej), z kominkiem trzaskającym ogniem, ścianą pokrytą barankowym tynkiem, a na niej takie wspaniałe półki z wielkich grubych kilkumetrowej długości dech wspartych na ręcznie kutych żelaznych wspornikach, a na nich z kolei kolekcja płyt, o których mi się nawet nie śniło (do dziś sobie nucę Tombe la neige Salvatore Adamo, tam właśnie słuchane) i książek, a wśród nich właśnie seria NIKE, której u mnie w domu było niewiele i przeglądałam kolejne tytuły pewnie z wypiekami na twarzy...
Ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi... ciocia z wujkiem się rozstali, w celu podziału majątku sprzedali dom, ciocia kupiła mieszkanie i przeniosła się do Warszawy, gdzie miała siostrę... a potem szybko umarła na raka. O wujku nigdy więcej nie słyszałam, możliwe, że jeszcze żyje.
Co stało się z tym domem, tymi płytami i książkami? Gdzie to wszystko zniknęło?
Wszystko tak szybko przemija. I po mnie nic nie pozostanie, książki pójda w rozsypkę, może córka sprzeda na allegro :)

Ech, smęcę coś chyba. Trochę się też martwię tym brakiem skanera w obliczu stycznia spędzanego w domowych pieleszach, ale może któregoś dnia załaduję siatkę książek (kręgosłup się ucieszy) i udam się na Zakład skanować hurtowo :) zrobiłam już plan na następny miesiąc: skromne 15 sztuk plus ewentualnie - jak się wyrobię - Saga rodu Forsyte'ów w ilości sztuk dziewięciu :)

Na biurku koleżanki, której już w Zakładzie nie ma, znalazłam kalendarz na 2011 rok kompletnie dziewiczy, a taki gruby, z tych, które mają jedną stronę przeznaczoną na każdy dzień, i już go zagospodarowałam, przeznaczając na drobne notatki okołołóżkowe (to już wiecie, że ja spędzam życie w łóżku) i wpisując pierwsze plany na ten nieszczęsny wolny styczeń: uzupełnić katalog książek, uprzątnąć stertę rozmaitych kser i wycinków z gazet do odpowiednich teczek, ZROBIĆ PORZĄDEK W SZAFIE (błeee, to jest najgorsze, no ale kiedy, jak nie teraz) no i czytać czytać czytać. Być może skończy się tylko na czytaniu :)

A teraz żegnam moich miłych Czytelników do jutra: zrobiłam dziś rano głupstwo - nakropiłam pościel - i teraz muszę ponieść konsekwencje czyli ją wyprasować!

PS. Ani słowa o stanie obwoluty! Ja obwoluty za nic w świecie nie wyrzucę! Aczkolwiek nie rozumiem, dlaczego ona tak wygląda? Może już kupiłam (w antykwariacie) taką sfatygowaną? Nie pamiętam, bo to było... 28 lat temu. A inna moja ukochana książka z serii NIKE czyli Śniadanie u Tiffany'ego, chociaż starsza, bo dostał ją mój Ojczasty w 1962 roku na imieniny i chociaż wyczytana tyle razy, stanowczo lepiej się prezentuje!

8 komentarzy:

  1. O jaka Ty jesteś poukładana, planujesz.
    Na tle Ciebie ja wypadam dramatycznie. Być może lwy tak mają, jak ja.
    Muszę do Scota wrócić, gdyż też mam jego opowiadania, chyba ze dwa tomy, i listy, i Wielkiego...., po oglądnięciu filmu do niego nie wróciłam.
    Natomiast mam i czytałam "Zeldę" czyli biografię jej żony, a przy okazji i jego.
    Jeżeli nie masz to polecam.
    Nie zazdroszczę Ci tego prasowania.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oczywiście jego żony...

      Usuń
    2. Ja za filmem nie przepadałam. Oczywiście, Redford, wiadomo :) ale jednak zawsze wolałam książkę.
      Biografii nie znam, jak mi wpadnie w ręce gdzieś w bibliotece to przeczytam.
      A z prasowaniem na szczęście w miarę szybko się uporałam.

      Co do "planowości" - wiesz, plany układać to ja uwielbiam, listy robić... gorzej z realizacją. Ale z książkami się staram!

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Yhm... na fotelu... to słaby punkt tej porady :) A w łóżku moze być?
      :)

      Usuń
    2. No, nie wiem, tej opcji nie przerabiałam:)

      Usuń
  3. "Wielkiego Gatsby'ego" to ja jak do tej pory tez tego Autora jedynie przeczytałam. Obwoluty się nie czepiam, ale tych 28 lat czekania...masz kobieto wytrzymałość:)
    Wspaniale piszesz o sobie i Twoich planach. Ja nic nie mogę przy małych dzieciach planować. Wiem, że tylko sprzątanie, gotowania, prasowanie i wszystko co z tym związane mnie nie opuści. Ja też z tych łóżkowych, ale porządnym głębokim fotelem nie pogardziłabym:)
    serdeczności przedświateczne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój Ojczasty uwielbia stare ubrania - nigdy mu nic nie jest nowego potrzebne, bo ma - "dobrze zachodzowane", jak to określa.
      Ja widać stare ksiązki lubię ;) jak jest nowa, to nie czytam, tylko odczekuję - rok, dwa, dwadzieścia :)

      Przy małym dziecku (jednym tylko) też pamiętam, że obroty miałam zwolnione. Tak to już jest, okres do przeżycia i przeczekania (choć ma swoje uroki, które już nie wrócą).
      Musze kiedy sięgnąć po któryś kalendarz z tamtych czasów i zobaczyć, ile udawało mi się czytać. Ale plany na pewno robiłam! Z braku laku był to ostatecznie plan posiłków na następny tydzień... ale bez planu niczego nie przedsiębrałam :)

      Usuń