piątek, 5 kwietnia 2013

Mira Michałowska - Przez kuchnię i od frontu


Przez kuchnię i od frontu Miry Michałowskiej przeleżało się w jakimś kuchennym zakamarku lat bez mała dwadzieścia. Powrót po latach - niejako "wymuszony" wyzwaniem Trójki e-pik - okazał się poniekąd... odgrzewaniem kotletów. Faktem jest, że w ciągu tych 20 lat nastąpił prawdziwy boom wydawniczy, jeśli chodzi o literaturę okołokulinarną, poczynając choćby od prowansalskich książek Petera Mayle'a, a kończąc na toskańskich wyżerkach Marleny de Blasi.
Osobiście miałam wrażenie przy lekturze Przez kuchnię i od frontu, że na nowo odczytuję Czy wiesz, co jesz Ireny Gumowskiej, rzecz, którą sobie niedawno podczytywałam we fragmentach, szukając inspiracji, głównie warzywnych, do diety. Otóż tam wszelakie warzywa, a i inne produkty: mięsa, wędliny, napoje - są dokładnie opisane raz co do zawartości merytorycznej, dwa co do pochodzenia i historii rozprzestrzeniania się po świecie. Trochę o tym samym pisze Michałowska - w dziurach, jakie wypełnia między opisami dyplomatycznych przyjęć, towarzyskich spotkań, przyjacielskich kontaktów i historyjek osobistych bądź zasłyszanych. Dla nas oczywiście najcenniejsze będą te właśnie historyjki, nieraz dotyczące niegdysiejszych celebrytów, a czasem osób, o których nie zdarzyło się nam do tej pory usłyszeć, ale niemniej przez to ciekawych.



Raz jest to opowieść o tym, jak w słynnej kawiarni "Ziemiańska" w Warszawie poznała tłumaczkę Wandę Kragen. Oho, myślę sobie, przecież dopiero co zetknęłam się z tym nazwiskiem. I rzeczywiście, Kragen tłumaczyła czytane przez mnie niedawno Niepokoje wychowanka Törlessa, nie wspominając o takich "drobiazgach" jak Krystyna córka Lavransa czy Saga rodu Forsyte'ów lub Marsz Radetzky’ego lub też, z innej beczki, Doktor Dolittle i jego zwierzęta.

Tak, takie to były (przedwojenne) czasy: pani domu szczyciła się, że własnoręcznie pokroiła marchewkę, ot, taki kaprys :) Autorka też pod tym względem miała lekko, bowiem posiadała gosposię, której zresztą poświęciła w książce sporo miejsca, z sympatią zwłaszcza opisując jej "wyczyny" w Ameryce, gdzie państwo Michałowscy zabrali ją ze sobą na placówkę do Waszyngtonu. Tam wielkim powodzeniem cieszyła się polska kuchnia, której pani Karolcia hołdowała namiętnie, za to nie znosiła cudzoziemskich frykasów. Raz gospodarz domu przywiózł z Francji ser roquefort, którym postanowił zachwycić gości. Przykazał gosposi wyjąć go z lodówki odpowiednio wcześniej, odpakować i wyłożyć na półmisek. Gosposia ser wyjęła (już wcześniej jej się nie podobał, bo nieźle śmierdział), ale rozwinąwszy z opakowania aż się żachnęła: ser był ewidentnie zepsuty, cuchnący i poprzetykany pleśnią. W desperacji wydłubała nożem, co się dało, a resztę podała tak zmasakrowaną, myśląc sobie a co tam, jak pan zamiast przywieźć z zagranicy rajstopy jakieś głupie sery przywozi, to dobrze mu tak!

Ciekawa jest opowieść o ziemniaku, m.in. o tym, jak to w Polsce protestował przeciw jego uprawie Kościół, twierdząc, że szkodzi zdrowiu, a przy tym obawiając się szczególnie mąki kartoflanej - że hostia sporządzona z mieszanki mąki pszennej i kartoflanej nie będzie zdatna do celów liturgicznych. O tym, jak to królowa Elżbieta I skosztowała ziemniaków w 1586 roku na przyjęciu u sir Waltera Raleigha i uznała je za obrzydliwość, w wyniku czego przez długi czas nikt w Anglii ich nawet nie próbował, a tymczasem rzecz polegała na nieporozumieniu: kucharz nie wiedząc, co ma zrobić z tym fantem przywiezionym z Wirginii, obciął i wyrzucił korzenie, a ugotował i podał do stołu nać.

Mira Michałowska lubi jeść i lubi mówić o jedzeniu. Jak sama przyznaje, uwielbia atmosferę restauracji i kawiarni. Odeszła w 2007 roku dożywszy pięknego wieku, ale nie sposób mówić o Niej w czasie przeszłym, tak pełna życia to osoba.
Na potwierdzenie, że regularne chodzenie do kawiarni jest rzeczą bardzo pożyteczną, przytacza następującą historię:


Gdy pracowała nad tłumaczeniem, a była sama w domu, lubiła zjeść na obiadek jajka w majonezie z plasterkiem ogórka. Nastawiała te nieszczęsne jajka i wracała do biurka... po jakimś czasie niemożebny smród przywoływał ją do rzeczywistości, biegła do kuchni, a tam czarny rondelek, czarny i... pusty, jajka wyparowały. W rozpaczy uniosła oczy do nieba... i wtedy ujrzała swoje jajeczka, dokładnie przyklejone do sufitu: patrzyły na mnie żółtym spojrzeniem pełnym wyrzutu i politowania zarazem. Cóż, przy okazji był mały remoncik :) To mi przypomina jedną z książek Shirley Jackson, gdzie bohaterka, pani domu i matka czworga dzieci, pewnego dnia poczuła smród w kuchni. Wezwany fachowiec natychmiast orzekł, że to ulatnia się z lodówki trujący gaz, lodówka wywędrowała na podwórze, wieczorem mąż został zmuszony do wypisania czeku na nową plus przy okazji na kuchenkę i świeże firanki oraz ceratę na stół kuchenny... a potem okazało się, że źródłem smrodu była pozostawiona na talerzyku na kaloryferze przez jednego z synów jakaś wyprodukowana przez niego substancja. Bohaterka wolała już o tym męża nie informować :)

Gdy w latach 50-tych mąż-ambasador poprosił Michałowską o znalezienie odpowiedniej siedziby dla stałej polskiej delegacji przy ONZ w Nowym Jorku. Idealny dom został znaleziony od razu, a był własnością znanego nowojorskiego projektanta mody, który postanowił przenieść się na starość na francuską Riwierę. W spadku polskim dyplomatom zostawił bogato zaopatrzoną w omszałe butelki piwniczkę, i tak nie mogąc zabrać win za ocean. Radość nowych mieszkańców trwała krótko. Okazało się, że większość win nie nadaje się nawet na ocet, bowiem właściciel nie zajmował się swoją kolekcją, nie obracał butelek, nie zmieniał korków, co robią prawdziwi kolekcjonerzy. Od czasu do czasu Michałowscy zapraszali przyjaciół i urządzali degustację, otwierając kolejne butelki i próbując, czy dane wino nadaje się jeszcze do picia - za którymś razem była to dopiero dziesiąta butelka :) Ech, szkoda, że mnie przy tym nie było, bo mam świetny, profesjonalny otwieracz do wina, sprezentowany mi kiedyś pod choinkę przez brata jako artykuł pierwszej potrzeby. Radzę sobie z każdą butelką w kilka sekund :) znaczy z otwarciem, bo ze spożyciem to mi już znacznie wolniej idzie :)

I tak opowieść za opowieścią, historia za historią snują się i plotą i aż czytelnikowi żal, że sam nigdy nie obracał się w tak wyrafinowanych kręgach i jeśli wysiaduje w jakimś lokalu, to zazwyczaj przy nędznej kawinie :) no dobra, ja dzisiaj umówiłam się na grzańca :)

Spis treści:



Na końcu są wybrane lektury, ale głownie obcojęzyczne, więc nie ma sensu ich tu podawać.

Jak przystało na literaturę kulinarną, w środku znalazłam w charakterze zakładek powkładane niegdyś papierki z czekoladek Baci Perugini: producent ma w zwyczaju dołączać do każdej czekoladki jakieś motto czy przysłowie w pięciu językach:



Wyd. "Twój Styl" Warszawa 1994, wyd.II, 205 stron
Z własnej półki (kupione w Taniej Jatce za 2,50 zł)
Przeczytałam 4 kwietnia 2013.


Książka przeczytana w ramach Trójki e-pik:

książka, w której motyw kulinarny odgrywa ważną rolę

30 komentarzy:

  1. Nie ma to jak obracać się w wyższych sferach, mieć swoją gosposię i pisać o kuchni(sic!). Czemu tak niektórym żyje się łatwiej?:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No kochana, a kto Ci bronił wyjść za dyplomatę?
      Mnie też nikt nie zabraniał i jakoś nie wyszłam, widać się słabo rozglądałam...

      Usuń
  2. Jeśli chodzi o ziemniaki, to Niemcy do dzisiaj składają na grobie Fryderyka Wielkiego, obok kwiatów, kartofle. To dzięki jego Kartoffelbefehl, także i my je dzisiaj jemy :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Michałowska wspomina o jego wojnie kartoflanej :)

      Usuń
    2. Aaa ..., ale to była zupełnie inna sprawa :-)

      Usuń
    3. A, to tu się pani MM nie do końca udokumentowała... bo przypisała rozkaz przeznaczenia części pola na kartofle Fryderykowi Wilhelmowi I, a nie Wielkiemu.

      Usuń
  3. Przeczytalam z zachwytem Twoja recenzje i biegne w podskokach poszukac ksiazki:) Uwielbiam takie okolojedzeniowe historyjki:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawa książka. Wydawnictwo Twój Styl miało niektóre bardzo ciekawe pozycje, także pamiętnikarskie. Ale nie ma ich już na rynku od kilku lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, to już starocie :) żeby nie powiedzieć białe kruki :) Ja mam na przykład taką książeczkę Dwie księżne Czartoryskie.

      Usuń
    2. Znam i mam:) Cieniutka książeczka, ale jak ładnie wydana! Kupiłam w Muzeum Czartoryskich. Ciekawa jestem, jak będzie wyglądać Muzeum po remoncie, w planach miała być duża księgarnia muzealna.

      Usuń
    3. Jestem pełna najgorszych przeczuć. Mieliśmy JEDYNE takie muzeum w świecie. Będziemy mieć jedno z tysiąca podobnych.
      Księgarnia muzealna to już teraz standard i MUSI być. Pytanie rzeczywiście, jak będzie zaopatrzona. Muzeum Narodowe w Głównym Gmachu ma chyba w tej chwili największą (nie byłam jeszcze u Szołayskich, nie wiem, jak to tam wygląda). Interesująco się prezentuje księgarnia z działem antykwarycznym w Krzysztoforach.

      Usuń
    4. Matko jedyna, toście jeszcze tego muzeum nie wyremontowali? Dwa razy sie nącięłam, ludziom naobiecywałam - w końcu (z chęcią zresztą) wybraliśmy Rydlówkę. I w związku z tą Rydlówką powiem ci kochana... jak przygoda toooo, tylko w Krakowie, w Krakowie.
      "W kuchni i w salonie" cenię sobie bardzo, ale nie mam.
      Niedługo zdobędę potrzebną wiedzę, by nie być "anonimem", póki co tradycyjnie -Magda.

      Usuń
    5. Niestety jeszcze nie... Jestem bardzo ciekawa całości.Eksponaty są obecnie w różnych miejscach. Część widziałam w Puławach na specjalnej wystawie, część chyba w Niepołomicach, a słynna Dama ma swój "apartament" na Wawelu.

      Usuń
    6. => Magda
      Tylko nie -ście! Ja się do tego dzikiego pomysłu nie poczuwam! Ja wolałam po stokroć trzeszczącą drewnianą podłogę w korytarzyku i karawaki na wyciągnięcie dłoni!
      Ale nie bądź taka, opowiedz o tej przygodzie w Rydlówce, no opowiedz! Ja kcem wiedzieć, ja niedaleko mieszkam! (to już ten ostateczny argument)

      => Magdalena Biograff
      A ja nigdzie nie widziałam poza. I w ogóle jak słyszę nowe muzeum Czartoryskich to mi się nóż (a raczej kielecki scyzoryk) w kieszeni otwiera, pod tym względem jestem straszną, ale to straszną konserwatystką.

      Napiję się kawy, żeby mi przeszło... sobotni rytuał (choć powinnam, zgodnie z lekturą, zaserwować sobie czekoladę, ale nie dla nas to, migrenowców, smakołyki).

      Usuń
    7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    8. Cóż, Wawel to takie państwo w państwie... a miejsca mocy się w ogóle nie zwiedza. Zwyczaj jest wystawania i podpierania ściany od strony dziedzińca i tę ścianę Dyrekcja któregoś pięknego dnia przysłoniła planszami, żeby Wawelu nie kompromitować :)
      O bilety trudno, bo jest określony przerób Komnat i cóż, sprzedają do limitu, a potem kuniec. Uzasadnione to jest względami konserwatorskimi i na to nie poradzisz.

      Usuń
    9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    10. Ja bym opowiedziała, ale to za długie na tutaj, poza tym właśnie wyprałam na 60st. komórkę mojej młodszej córki i nie mogę się na niczym skupić. W ogóle ostatnio szkód w domu narobiłam co niemiara - trzy spalone garnki (także z jajami), potłuczone różności, ech...."Nad Niemnem" chyba sobie poczytam dla ukojenia, jest tam parę zrównoważonych postaci. Magda

      Usuń
    11. => Magda
      Poczytaj Noce i dnie, Barbary Niechcicowej nie przebijesz :)

      => Alicja2010
      Chodkiewicza? Nie znam, buuuuuuu. O Hindusach przed wojną pisze też Święch.

      Usuń
    12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W kuchni i w salonie jest świetne, no tyle że to inny genre :) ale też tę książkę bardzo cenię, na pewno do niej wrócę i doczeka się tutaj omówienia!

      Usuń
  6. Szybko się uwinęłaś z pozycją kulinarną.
    Takie wspomnienia są warte czytania i dobrze się je czyta.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Natanno, nniewątpliwie lektura idzie migiem :)

      Usuń
  7. Urocze! I te jajeczka zerkające z sufitu... Nie chciałabym czegoś takiego przeżyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zazwyczaj ograniczam się do spalenia rondelka z wlaną oliwą... tak na chwilę odchodzę do komputera... na czas zagrzania się oliwy, zanim wrzucę gotową już, pokrojoną cebulkę :)
      Przynajmniej nic na mnie z sufitu nie zerka!

      Usuń
  8. zaglądam do tej książki co najmniej dwa razy do roku. Zawsze robię się po niej weselsza i głodna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja - ze względu na dietę - muszę być bardziej ostrożna ;)

      Usuń