piątek, 26 kwietnia 2013

Danuta Suchorowska-Śliwińska - Moja Moskwa (1951-1956)


Kupiłam to w ciemno na allegro, wyłącznie po tytule. I dobrze zrobiłam, bo sympatyczna to była lektura. Suchorowska-Śliwińska przebywała na stypendium w Rosji jako młoda adeptka skrzypiec na przełomie czasów stalinowskich i chruszczowowskich, ale nie zrobiła z siebie męczennicy systemu ani nie opisała tych lat jako straconych - wręcz przeciwnie, przyznaje, że były najpiękniejsze w jej życiu, co oczywiście wiąże się i z okresem młodości, który zawsze wspomina się z łezką w oku. Owszem, daleka była od apologetyzowania Związku Radzieckiego, często ze zdziwieniem przyglądała się rosyjskim przyjaciołom, którzy szczerze, prawdziwymi łzami żalu opłakiwali Wielkiego Giedura, jak nazwał Stalina jeden z Polaków. Naturalnie, jako zagranicznej stypendystce żyło jej się lżej od rodowitych studentów-Rosjan, obowiązywały ją inne zasady, nie musiała chodzić na pochód pierwszomajowy (choć z ciekawości raz poszła) i dostawała znacznie większe stypendium (jedno z uczelni, a drugie z polskiej ambasady), przez co nie musiała ciężko wiązać końca z końcem, a nawet mogła sobie pozwolić na uczęszczanie do restauracji i poznawanie regionalnych przysmaków.

Kim jest autorka? Jak to mam w zwyczaju, zamiast pracowicie przepisywać dane biograficzne, wolę pójść na łatwiznę i dać zdjęcie okładki :)






Przede wszystkim jako studentka konserwatorium chłonęła muzykę i inne rodzaje sztuki: biegała na koncerty, przedstawienia operowe, zakochała się w balecie, zwiedzała galerie i wystawy, troszkę tylko dziwiąc się, czemu niektóre z nich były zakazane: czy to muzyka czy dzieła malarstwa. Widać u niej wielką wrażliwość na piękno, nieraz objawiające się w niespodziewanych okolicznościach - jak choćby wizyta w luksusowej łaźni, w której opisie autorka odwołuje się do greckiej i rzymskiej mitologii :) A co do szarości ówczesnej Moskwy i jej mieszkańców - pocieszała się rosyjskim przysłowiem czełowiek nie swinia, ko wsiemu priwykajet :)
Nie zabrakło i miłości, bo właśnie podczas pobytu w Moskwie Suchorowska-Śliwińska poznała swego pierwszego męża, Bułgara Radosveta, za którym potem, po ukończeniu studiów przez oboje, pojechała do Bułgarii. Przyznam się, że chętnie poczytałabym o jej dalszych losach właśnie tam, w Bułgarii, która jest dla mnie kompletnie terra incognita (chociaż mam przyjaciółkę bułgarystkę).
Akordem zamykającym moskiewskie wspomnienia jest ostatni rozdział, poświęcony tragicznej postaci poetki Mariny Cwietajewej. Mam w domu jej biografię i zaraz mi się zachciało ją czytać, może ją włączę do planu majowego?

To moje pierwsze zetknięcie z wydawnictwem LTW, o którym ostatnio tu i ówdzie na blogach czytałam peany, że takie wartościowe rzeczy wydają. Bardzo możliwe, ale dlaczego tak niechlujnie? Żeby nie móc określić, kiedy książka została opublikowana??? Mój egzemplarz posiada - na szczęście - dedykację od autorki, najprawdopodobniej wypisaną przy okazji jakiegoś spotkania autorskiego w styczniu 2005 roku, z czego wnoszę, że książka została opublikowana może jeszcze w 2004. A ta ilość literówek? Korekty zero. Jeżeli widzę pończochy fildekostowe to ja wiem, że to błąd, ale młody człowiek już niekoniecznie i bardzo prawdopodobne, że takie właśnie słowo sobie zmemoryzuje :( co gorsza, po paru takich błędach zaczynam myśleć, że być może nazwiska, które wymienia autorka - też zawierają omyłki. Książka staje się w końcu - bez winy autora - mało wiarygodna.

Wyd. LTW Warszawa bez daty, 190 stron
Z własnej półki (kupiona 25 lutego 2013 na allegro za 16 zł)
Przeczytałam 25 kwietnia 2013


ALMA MATER, nr 155

Numer monograficzny, poświęcony wydziałowi historii na UJ.
Wśród ciekawych artykułów:


14 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Korekta - jak wiemy z Bruneta wieczorową porą - jest po to, żeby zrobić INNE błędy :)

      Usuń
  2. No i kurcze, też zrobiłam błąd, bo nie mówi się "pół pełna":)))

    OdpowiedzUsuń
  3. To prawda, że młode4 lata zawsze mile wspominamy, chyba, że były bardzo dramatyczne a nasze takie nie były, najwyżej trochę biedne, ale to dało się przeboleć, gdyż życie w nas kipiało i nadzieja była na lepsze jutro.
    Sama bym te książkę z ciekawością przeczytała.)

    OdpowiedzUsuń
  4. Błędy to chyba ogólna bolączka tego typu wydawnictw ale przyznam, że mnie bardziej odrzucają okładki, mimo że kryją często znacznie ciekawszą zawartość niż one same :-). Jak widzę okładki książek Rembeka to aż mnie zęby bolą. Pewnie to wszystko kwestia kosztów i ceny, eh życie ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okładki, masz rację, czasami są naprawdę beznadziejne, zwłaszcza w obliczu obecnych możliwości...

      Usuń
  5. Empik podaje, że premiera książki miała miejsce 5 stycznia 2005 roku.
    Osobiście, gdy zdarza się taki przypadek (choć to rzadkie, by nie podać roku wydania)zaglądam zawsze do katalogu internetowego Biblioteki Narodowej.
    Tam też podano [2005].

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę, nie przyszło mi do głowy tak proste rozwiązanie :)

      Usuń
  6. Ja już chyba w ogóle nie powinnam tu zaglądać. Znowu mam coś do kupienia przez Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  7. A to znasz? Zastanawiałam się właśnie nad tą książką, musiałam ją tylko znaleźć. Ciągle zapominam Cię zapytać, czy warto? http://www.ltw.com.pl/?book=antoni-slonimski--moja-podroz-do-rosji--opr-miekka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem święcie przekonana, że to czytałam, ale wrażeń żadnych nie pamiętam :( więc czy warto? z drugiej strony, dla jednego tak, dla drugiego nie, musisz się sama przekonać :)

      Usuń