sobota, 29 września 2012

Louisa May Alcott - Małe kobietki

Wiecznie gdzieś na te Małe kobietki się natykałam, w sensie tytułu, jako hitu evergreenowego, ale nigdy w rękach nie miałam, więc nagle (!) postanowiłam udać się do biblioteki i zapoznać z tematem.

Po czym temat znudził mię deczko. Jakoś nie potrafiłam się wciągnąć emocjonalnie w życie czterech sióstr amerykańskich w czasie wojny domowej (przypominam: 1861-65). Może to wina wojny? Jakieś 20 lat temu z okładem zanabyłam Przeminęło z wiatrem i zabrałam się z zapałem za czytanie. I co? I nico. Utknęłam gdzieś w drugim tomie... ale jeszcze do niego wrócę!
Natomiast do Małych kobietek keine szanse. Usiłowałam zrozumieć, czemu mnie to nie bierze. Wszak są te cztery siostrzyczki, każda inna, a więc dostatecznie dużo emocji związanych z ich przeżyciami i reakcjami na następujące po sobie wydarzenia. Jest biedny dom, a w opozycji pojawia się bogaty sąsiad z wnuczkiem-rówieśnikiem jednej z dziewcząt. Jest ta odległa wojna, która zabiera daleko ojca. Są wreszcie typowe dla młodego wieku przygody: pierwsze bale, przyjaźnie, wyjazdy do koleżanek, pikniki, pisanie pierwszych opowiadań... tylko ja już za stara chyba na te pierdoły :)

Pewne książki KONIECZNIE należy przeczytać w młodości, wtedy powrót do nich jest zupelnie inny.
Na końcu autorka zapowiada, że jeśli powieść się spodoba, powstanie jej dalszy ciąg. I tak się stało, ale ja już drugiego tomu Małych kobietek szukać nie będę. Wolę wrócić do Ani z Zielonego Wzgórza.

Przedwczoraj miałam jedyną ciepłą myśl związaną z siostrami March - pokrewieństwo dusz - gdy dwie z nich wybierają się na bal i kompilują swoje biedne stroje: mają tylko jedną parę czystych rękawiczek, więc dzielą się nią po połowie, czyste rękawiczki zakładają na dłonie, a w drugiej jedynie trzymają rękawiczkę zabrudzoną. Poza tym Jo ma przypaloną sukienkę, więc dostaje radę, żeby cały czas siedzieć spokojnie i nie pokazywać pleców. Otóż ja z kolei byłam zobowiązana wziąć udział w pewnej oficjalnej okazji, wyciągnęłam więc z szafy odpowiednią sukienkę, zakładam... a tu suwak z boku w talii niestety nie dopina się (ostatni raz miałam ją na sobie ze cztery lata temu)... cóż było robić, żakiecik, żeby zasłonić, mmocne postanowienie niezdejmowania go, choćby było nie wiem jak gorąco i wio! Potrzeba matką wynalazków :)
Przeczytałam 28 września 2012.

6 komentarzy:

  1. W pełni się zgadzam z Tobą, był ten czas, minął i dzisiaj szkoda czas na, jak to dosadnie określiłaś pierdoły.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Weź nie strasz, bo ja zamierzam jak najbardziej zabrać się za HP w całości. Czytałam pierwszy tom razem z córką, zaraz gdy wyszedł i nawet mi się podobał.

      Usuń
  3. Ja też tego nie zmogłam, tzn. zmogłam oba tomy, ale ledwo ledwo i wynudziłam się jak licho. A Harry Potter jest ok tak do 3-ciego tomu włącznie, potem robi się coraz mroczniej, fabuła znika a za to kolejnymi tomami można podeprzeć chwijący się ciężki mebel, bo coraz grubsze i grubsze.. puchną w oczach chciałoby się powiedzieć ha ha ^__^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, zauważyłam tę prawidłowość, że każdy kolejny musiał być grubszy od poprzedniego :) rzuca się w oczy na półce :)

      Usuń