wtorek, 18 września 2012

Eugeniusz Kabatc - Oranie morza

Gdy czytałam Filipa i Dżuliettę, zwróciłam uwagę na początku książki na opis pojawienia się dziewczyny: zajmowała się właśnie oraniem morza, łowiąc na kolację arselle (rodzaj małży). Natychmiast przypomniałam sobie książkę kupioną w antykwariacie 30 lat temu, a zatytułowaną właśnie tak - Oranie morza.
Podtytuł: Rekonesanse włoskie. Właśnie ze względu na ów podtytuł kupiłam ją wówczas - gromadziłam wszystko, co z włoszczyzną było związane. Traf jednak chciał, że do wielu z tych książek potem nie zajrzałam, ciągle odkładając je na później - skoro już są w domu i grzecznie czekają na półkach... Tak więc dopiero teraz sięgnęłam po tę skromną książeczkę. Skromną rozmiarami, ale imponującą erudycją i orientacją w historii sztuki. Wędrujemy wraz z autorem po różnych zakątkach Włoch, po Wenecji, Perugii, Asyżu, Mediolanie, Rawennie, wyspach, poznając zabytki, ale przede wszystkim ludzkie historie, bo na dziejach artystów, wielkich malarzy, skupia się Kabatc. Nie brak i odniesień do czasów współczesnych, współczesnych oczywiście autorowi w momencie pisania książki, bo dziś liczy ona już sobie 47 lat...

O autorze niewiele można się z internetu dowiedzieć. Ot, krótka notka na Wikipedii, okładki książek z allegro czy innych serwisów handlujących książkami i tyle.
Zapytałam wczoraj znajomego, który akurat się napatoczył, a jest intelektualistą powiązanym z kręgami dyplomatycznymi i dosłownie wszystkich zna. Zna i Kabatca, dziś już 80-letniego pana, ale ciągle czynnego. Właśnie czyta jego nową książkę, opowieść o Stanisławie Brzozowskim, który mieszkał i zmarł we Florencji. A więc ciągle włoskie klimaty. Poza tym uświadomił mnie, że Kabatc to prawdziwy Białorusin, wielce dumny z pochodzenia oraz szalenie przystojny mężczyzna :)

Tu zamieszczam zdjęcie skrzydełek z Orania morza, z krótkim życiorysem i informacją na temat samej książki.
Przeczytałam 16 września 2012.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz