środa, 10 października 2012

Franciszek Klein - Notatnik krakowski

Wtorkowy blues, dies sine linea - dosłownie, z powodu migreny nie przeczytałam ani linijki, nawet w tramwaju do pracy siedziałam sztywno jak pal Azji, nie ważąc się na wyciągnięcie książki z torby, a czytam sobie właśnie Dickensa, więc sami rozumiecie, jaki ból.

Tymczasem niedzielna jeszcze zaległość.
Wspaniały tom szkiców, powstałych na przestrzeni ponad pięćdziesięciu lat, a opublikowanych przez Wydawnictwo Literackie w 1965 roku. Franciszek Klein (1882-1961) był historykiem sztuki, a przede wszystkim miłośnikiem starego Krakowa, któremu poświęcił wiele prac publicystycznych. To on opracował Rocznik Krakowski zatytułowany Stary Kraków i zilustrował go własnymi, charakterystycznymi fotografiami.

W Notatniku krakowskim Klein pisze sporo o ratowaniu starych zabytków: otwierający tom szkic Pałac Pod Krzysztofory opowiada ciekawą historię o tym, jak to przed I wojną światową pałac omal nie uległ zagładzie, gdy krakowski potentat handlowy Gustaw Gerson Bazes postanowił go zburzyć i na tym miejscu wznieść... galerię handlową. Coś mi to przypomina... Trzeba było dopiero interwencji Wiednia u prezydenta Leo, by sprawie ukręcono łeb.
W szkicu Mały Rynek Klein zachwyca się urokiem dawnego Krakowa i boleje nad przeprowadzeniem przez to miejsce linii tramwajowej, co spowodowało zamknięcie wszystkich malowniczych budek i straganów. Kiedyś Mały Rynek huczał i żył pełną piersią. Wtedy także szynkownia Barbera przeżywała swoje najpiękniejsze chwile, a na twarzach stałych mieszkańców Małego Rynku widać było owo zadowolenie, jakie daje człowiekowi tylko owocna praca no i... alkohol.
:)

W rozdziale o Plantach autor wylicza ilość zabytkowych drzew i ubolewa nad złą gospodarką, która każe wycinać starodrzew bez potrzeby, zamiast odpowiedniego podcinania. Czyż to nie aktualne i dziś?
Mamy tu opowieści o cukierni Maurizia, której ostatnich dwóch właścicieli znał Klein dobrze i często u nich bywał. Nie brak szkiców o artystach: Zofii Stryjeńskiej, Janie Styce, o Wyspiańskim, Sichulskim, Wyczółkowskim czy Dunikowskim, wszystkie okraszone odpowiednią ilością anegdotek, jak ta o Dunikowskim właśnie, który pojechał do Paryża w gronie kilku osób i zapomniał wynająć pokój w hotelu, a z okazji Wielkiejnocy wszędzie było przepełnienie. Jeden z towarzyszy wybawił go z kłopotu, zapraszając do swego szerokiego łoża małżeńskiego. Po kilku dniach Dunikowski spotkał Kleina i odwiedził go w jego hotelu, gdzie położył się na kanapie i spał do wieczora. Na drugi dzień Klein spotkał dotychczasowego towarzysza łoża Dunikowskiego w kwaśnym humorze. Był on przekonany, że artysta się na niego obraził, bo wróciwszy do hotelu wynajął osobny pokój i przeniósł się nie mówiąc ani słowa. Klein uspokoił go, że po prostu Dunikowski zobaczył u niego, że można samemu spać,a niekoniecznie we dwóch w jednym łóżku :)

Jest tu też ciekawy rozdział o bibliotekach krakowskich, gdzie naturalnie Klein wspomina Karola Estreichera z jego nieodstępnym pieskiem Dżimusiem (Dżimuś miał do obroży przywiązane dzwoneczki i zawsze chodził ze swym panem, więc wszyscy wiedzieli, że dyrektor się zbliża; dramatyczną historię o tym, jak Dżimusia pochwycił hycel i babka chodziła do magistratu go wyreklamować, opowiada wnuk dyrektora Biblioteki Jagiellońskiej, też Karol Estreicher w "Nie od razu Kraków zbudowano"), jest kilka historii z prowincji o sprzedaży antyków... co ja będę wyliczać, oto spis treści:

Obwolutę zaprojektował Daniel Mróz, a w jakim jest stanie - sami widzicie :) książkę kupiłam w antykwariacie już tak wyszmelcowaną, nie że ja mało szanująca.
Przeczytałam 7 października 2012.

Obejrzałam włoski film Giorni e nuvole (Obłoki i dni), reż. Silvio Sodini, 2006
Na YT tylko trailer i jakieś drobne kawałki:

Historia dobrze sytuowanego małżeństwa po czterdziestce: Michele jest przedsiębiorcą w 3-osobowej spółce, Elsa właśnie ukoronowała swoje długoletnie marzenie: zrobić dyplom z historii sztuki.

Córka Alice właściwie już nie mieszka z rodzicami, trochę zawiodła rodziców, bo nie chciała studiować i prowadzi małą restauracyjkę; ma chłopaka, który również nie skończył studiów i z tego powodu nie przypadł do gustu ojcu.

Warunki finansowe rodziny pozwalają na luksusowe mieszkanie w centrum Genui, na łódź w porcie i na dom starców dla ojca Michele, który żyje we własnym świecie. Elsa nie musi pracować, za to z pasją oddaje się restauracji fresku w jednym ze starych domów genueńskich, nie licząc na wynagrodzenie.

Bohaterów poznajemy w momencie, gdy Elsa broni pracy magisterskiej i świętuje ten wyczekany dzień z rodziną i przyjaciółmi. Następny poranek jest jednak gorzki: Michele wyznaje żonie, że od 2 miesięcy jest bez pracy.
Całe dotychczasowe życie wali się w gruzy. Z upływem dni Michele traci nadzieję na znalezienie jakiegokolwiek zatrudnienia. Trzeba sprzedać mieszkanie i przeprowadzić się do jakiejś klitki na peryferiach. Trzeba też sprzedać łódź, z którą wiąże się wiele wspomnień.

Elsa wydaje się lepiej sobie radzić z powstałą sytuacją, co potwierdza tezę, że kobiety są silniejsze psychicznie; szybko znajduje pracę part-time w call center, potem przyjmuje dodatkowe wieczorne zatrudnienie w biurze.
Jednak najgorszy jest wstyd: jak przyznać się do nagłego zubożenia przed przyjaciółmi? Co zrobić z ojcem w przytułku? Co będzie dalej z ich życiem?
Michele załamuje się psychicznie po tym, gdy rozwożącego przesyłki jako kuriera na motorowerze zobaczyła go córka - długo nie znająca prawdy o ich sytuacji.
Woli spędzać dni na niczym, wyprzedawać rzeczy ze starego mieszkania, by móc zapłacić za dom starców ojca...
Małżonkowie powoli oddalają się od siebie.
Jednak koniec filmu zostawia promyk nadziei, że nie wszystko dla nich skończone.

Główne role zagrali Margherita Buy (która zainkasowała dwie najważniejsze filmowe nagrody włoskie za tę kreację), Antonio Albanese i Alba Rohrwacher.
Można tu znaleźć trzy filmy w jednym: film o miłości, film społeczny (świetny obraz współczesnej rzeczywistości włoskiej) i film-spojrzenie na miasto Genuę, na jej port, na jej otwarcie na świat, ale i zamknięcie pewnych zaułków, takie spojrzenie metafizyczne...

8 komentarzy:

  1. Ciekawie ten Klein wygląda:)
    A z filmoteki to sobie właśnie skończyłem klasyczny peomat "Sibiriada" oglądać i aż zdziwiony jestem, że to w tym Związku i w tych latach coś takiego udało się nakręcić:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, "Syberiada"... w ogóle dużo "sowieckich" filmów może nas zdziwić :)

      Usuń
  2. To, że cenię ten blog za przypominanie "zakurzonych", tytułów to już pisałam. Ale nie wiem, czy pisałam, że tak najbardziej, najbardziej to czekam tu na Cracoviana. Kleina zamówiłam na Allegro od razu gdy pojawił się w Pani planach czytelniczych na ten miesiąc. Dokupiłam jeszcze Planty krakowskie tegoż i choć okrutnie czuć te książki starą, wilgotną piwnicą nic nie umniejsza mojego szczęścia z ich posiadania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie leżę w łóżku zasmarkana (wyżebrałam wolne w pracy), a obok mnie leży kusząco to niedawno kupione "Collegium Nowodworskiego"... i tak sobie myślałam, że całe szczęście, że wyznaczam sobie te plany miesięczne, bo inaczej pogrążyłabym się tylko w cracovianach i by mi się kiedyś skończyły... a tak, to mam ich jeszcze na długo :)
      A "Planty" dostałam kiedyś w PDF i ciągle zapominam je wydrukować.

      PS. Ależ nie paniujmy sobie :)

      Usuń
    2. Bardzo chętnie:) nie chciałam tak wprost:) no właśnie konsekwencja z planami miesięcznymi godna podziwu. Ale sądząc po wpisach, zdjęciach księgozbioru i pasji nie wierzę, że Twoje cracoviana szybko by się skończyły;)

      Usuń
    3. Ale ja planuję długo żyć!

      (żeby jak najwięcej zdążyć przeczytać)

      :)

      Właściwie to jest tak: wypadałoby umrzeć tak na chwilę przed emeryturą (bo z tego, co dostanę z ZUS, i tak nie wyżyję). Ale ile dokładnie lat mi zostało - nie wiem, bo boję się liczyć po tych przedłużeniach.

      Usuń
  3. I ja życzę tego długiego życia, ale nie na łasce ZUS, oczywiście;) Ja nie mam szansy dożyć do emerytury, przede mną jeszcze 30 lat obowiązkowej pracy. Żaden organizm tego nie wytrzyma;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się tak kiedyś wydawało... a teraz marzę tylko, żeby ta praca była, bo nie znam dnia ani godziny :)

      Usuń