poniedziałek, 22 października 2012

Włodzimierz Majakowski - Kocham

Hm.
Mam co prawda w domu parę tomików poezji.
Ale nie ma tak, że biorę któryś z półki, zasiadam w fotelu i oddaję się delektowaniu wierszami.
O nie.
Wiersze są jakby dla ozdoby. Na co dzień nie zaglądam do nich wcale.
Jedyny sfatygowany tomik to Staff, który był mistrzem mojej córki, gdy oddawała się twórczości (w podstawówce).
Po prostu brak nawyku. Brak potrzeby. Brak odpowiedniej wrażliwości.
Co więc mną powodowało, gdy brałam do ręki Majakowskiego i to jeszcze w bibliotece?

Jakaś ciekawość po lekturze biografii Lili Brik. Tylko tyle i aż tyle. Podparłam się poduszką i przeleciałam przez tego Majakowskiego jak burza. Bo nic specjalnie nie zatrzymało mojej uwagi na dłużej, nie przykuło do książki, nie zafascynowało. Bardziej zainteresowały mnie kwestie językowe, przekładu... wszak to najwyższa szkoła jazdy, przekładanie poezji. Tu mamy do czynienia z takimi nazwiskami jak Mieczysław Jastrun, Anatol Stern, Seweryn Pollak, Bruno Jasieński, Adam Ważyk.
Zabrakło przekładów Tuwima, Słonimskiego i Broniewskiego, ponoć ze względu na to, że Majakowski wprowadził później (już po tych tłumaczeniach) korekty do wierszy.

Brak obwoluty, ale dwujęzyczną serię poetycką Wydawnictwa Literackiego pewnie znacie?
Przeczytałam 20 października 2012.






Obejrzałam - po raz drugi - Jestem miłością Luki Guadagniniego, z 2009 roku. I tak jak nie podobał mi się ten film za pierwszym razem - tak teraz oszalałam na jego punkcie.

Bohaterką jest Emma (Tilda Swinton), żona mediolańskiego przemysłowca. Bohaterką jest bogata rodzina Recchich, żyjąca we wspaniałej willi odseparowanej od świata osobnym budynkiem portierni, tabunem służby i ogrodem.
Bohaterką jest samotność. Bohaterką jest miłość. Bohaterem jest powrót do natury.
Emma jest z pochodzenia Rosjanką. Mąż Tancredi - znany kolekcjoner - był kiedyś w Moskwie w interesach, poznał ją i zabrał ze sobą. Do kolekcji. Znamienne były słowa, jakie wówczas wygłosił do swej matki:
- Poślubiam kobietę piękniejszą od Ciebie.
Nie kobietę, którą kocham.
Emma nigdy więcej nie widziała rodzinnego kraju, wtopiła się w rodzinę męża, straciła nawet swoje prawdziwe imię - do końca go nie poznamy. Jedyne, co jej zostało z przeszłości to język rosyjski, w którym rozmawia z najstarszym synem Edo i jego ukochana zupa rybna, którą nauczyła się przyrządzać jeszcze w kraju.
Emma ma troje dzieci: najbliżej związana jest właśnie z Edo, potem drugi syn Gianluca, z którym nie wydaje się mieć szczególnych relacji i wreszcie córka Betta - aspirująca artystka, malarka, która pragnie zostać fotografem.
To właśnie Betta powoduje pierwszy wyłom, jest pierwszym liszajem na zdrowej skórze rodziny: Emma odkrywa, że córka nie ma zamiaru wyjść za swego narzeczonego, bo właśnie zakochała się... w dziewczynie. W gruncie rzeczy to Betta popycha matkę do tego, co później nastąpi.
Edo planuje otworzyć restaurację do spółki z kucharzem Antonio.
Tak właśnie Emma poznaje Antonio i ulega jego czarowi: najpierw smakuje z rozkoszą przygotowane przez niego jedzenie, by potem ulec magii natury wśród pięknego pejzażu Ligurii.
Romans trwa i Emma wreszcie wydaje się odnajdywać sens życia.
Film nie byłby jednak dramatem, gdyby nie skończył się tragicznie. To ten koniec tak mnie drażnił za pierwszym razem, wydawał się rodem z telenoweli... a teraz mnie przekonał.

W filmie pojawiła się (w roli teściowej) dawno nie widziana Marisa Berenson, gwiazda Viscontiego i Kubricka.

7 komentarzy:

  1. Świetna biografia B. Jangfeldt "Majakowski. Stawką było życie" - dla mnie pierwszorzędna sprawa, zupełnie inna postać niż ta, o której wyobrażenia nabrałem na podstawie szkolnej edukacji i encyklopedycznych notek :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, kusisz kusisz. Bo biografię chętnie bym przeczytała.

      Usuń
    2. Warto, zupełnie nie pasuje do jego portretu poety-rewolucjonisty :-)

      Usuń
  2. Moja Droga Faworytko, ja poezję wchłaniałam jako dziecko i nastolatka, wzięłam z niej chyba wszystko co jest potrzebne rozwijającej się pannicy.Teraz tylko zawodowo się do niej zabieram.Nie piszę, nie, raczej...używam. Niepotrzeba jest mi dziś - co miałam do poukładania dzięki niej już to zrobiłam.A z filmami to jak z książkami. Kiedy czytam lub oglądam drugi raz to się okazuje, że jejciu, to zupełnie inna rzecz! Nawet nie to, że zmieniam zdanie na ich temat, ale pamiętam je zupełnie inaczej. Jakas scena czy wątek, które wydawały mi się niezwykle ważne i rozbudowane okazują sie zaledwie nieznacznym epizodem. No, to tyle,pa. Pozdrawiam barrrdzo gorrrąco i zabieram się do "W stronę Misi z Godebskich" E.K.Kossak. Ja od paru lat w pamiętnikach i wspomnieniach się kręcę.Misię też już czytałam, ale teraz kupiłam ją sobie.Bardzo polecam wspomnienia Wirydianny Fiszerowej. Są super i taka np. scena kiedy jej teść podróżując z żoną "na pierwszym postoju zasłabł na duszności.Kazał gnać dalej, by zdążyć do domu, ale nie dojechał dalej niż na pierwszy nocleg. Tam ducha wyzionął, zachowując do ostatniej chwili przytomność umysłu. Ponieważ księdza nie było sam sobie odczytywał głosem donośnym modlitwy za konających i kazał wtórować służbie."Może jestem nienormalna, ale połakałam się przy tym ze smiechu.I tym optymistycznym...Magda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co to za jakaś taka Wiridianna wesoła, na Boga. Pierwsze słyszę. Fiszera tylko Franca znam :)
      Trza będzie poszukać. Ciekawe, czy w Małopolsce dają :)
      A i ta Misia też nęci.
      Patrzcie państwo, jedna notka , a już trzy sugestie lektur. Tymczasem z biblioteki przywlokłam (niechcący) Akunina. To idę wykończyć pannę Brodie najpierw. Człowiek nie wie, w co ręce kłaść. No i te okna czekają.

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm. Ma facet szczęście, że żył w czasach bez HIV-u :) a i tak wziął i umarł. Z tej miłości.

      (no dobra, sam zadecydował)

      Usuń