Porządki w książkach, tych leżących w stosach, do zdecydowania, czy zostawić czy wynieść. Córka to kiedyś przyniosła z knihobudki, nie spodobało jej się i odłożyła do wydania. A ja wzięłam do przeczytania w ramach oddechu od pewnej powieści sensacyjnej, którą męczę od paru dni i chyba nie zmęczę, ale o niej może następnym razem.
Więc wzięłam do łóżka tę Katarzynę, zaczynam czytać i - o rany, to jest napisane dokładnie w stylu Patricka Modiano! Więc zachwyt! Więc przeczytanie za jednym zamachem! Zresztą to mała książeczka.
Po ostatniej stronie zamykam tomik, patrzę jeszcze na tylną okładkę:
Hm... autor: Modiano 🤣🤣🤣
Tak, nie zauważyłam jego nazwiska, tylko Sempé mi się w oczy rzuciło 😁
Pośmiałam się sama z siebie i ze swoich odkryć. A teraz jeszcze dodatkowo myślę, że ja już kiedyś tę Katarzynę czytałam, pewnie w czasach przedblogowych. Tak czy siak - urocza lektura i taka tęsknota mnie ogarnęła za Modiano, że zaczęłam od razu Rue des boutiques obscures, choć czytałam sześć lat temu czyli jeszcze się nie odstało 😉 Ale poza nostalgią za klimatem tej książki jest jeszcze jeden powód, o którym oczywiście też następnym razem. Ten klimat jest i w samym tekście - opowieści o dzieciństwie bohaterki, spędzanym z troskliwym ojcem w Paryżu - i w mikołajkowych ilustracjach, jakby z innej bajki. To jest Paryż, którego ja poznać nie mogłam (byłam tam po raz pierwszy w 1986 roku), ale który mam gdzieś z tyłu głowy zakodowany: Paryż ludzi nie wiadomo skąd, Paryż ciemnych interesów, Paryż lat wczesnopowojennych, Paryż rosyjskich imigrantów...
Początek:
Koniec:
Wyd. TENTEN, Warszawa bez daty (chamstwo! jak tak można!), 95 stron
Tytuł oryginalny: Catherine Certitude
Przełożyła: Regina Gręda
Z własnej półki
Przeczytałam 2 maja 2026 roku
Siedzę oczywiście nad Pragą. Zeszyt już prawie zrobiony, listy książek i filmów powklejane (żeby nie przywlec nic podwójnie), cztery wycieczki kupione. CZTERY, mimo, że nudzi mnie chodzenie za przewodnikiem 🤣 No, ale to czasem jedyna okazja, żeby usłyszeć, zobaczyć coś, czego w książkach się nie znajdzie. I teraz tak: jedna z tych wycieczek, znaleziona przypadkiem, bo z tym organizatorem (Pamięć narodu) jeszcze nigdy nie chodziłam, wiedzie na miejsce happeningu KEEP TOGETHER zorganizowanego w 1973 roku przez praski underground. Trasa 4km, czas trwania 2 godziny, wszystko OK, ale na końcu opisu taka uwaga - trudniejszy teren, początkowo strome podejście, zalecane obuwie trekkingowe. No to ja odpadnę na samym początku, bowiem jeśli chodzi o wchodzenie pod górę to jestem autentyczny neptek 😣
W związku z tym postanowiłam trenować - obok osiedla jest lekkie podejście pod górkę do Bronowic, tzw. Zielony Most. I poszłam. Ale to jest faktycznie LEKKIE i mało. Nawet się nie zmęczyłam. I co dalej? Uświadomiłam sobie, że w okolicy nie ma nic pod górkę! W sumie to dobrze - na co dzień, ale gdzie tu poćwiczyć? Chyba będę wchodzić u siebie na X piętro... Wiem, co by mnie mogło wykończyć: pojechać na al. Kasztanową na Woli Justowskiej i stamtąd wleźć pod górę do Lasu Wolskiego! Ale nie w ten upał, bo rzeczywiście mogłabym wtedy mówić o wykończeniu (się).
Wracając do praskiego zeszytu: ciągle pracuję nad ulepszeniami 😁 W zeszłym roku doszłam do wniosku, że lepiej projekty wypraw zapisywać na luźnych kartkach, a to dlatego, że jeśli pozostają niezrealizowane (a zawsze są takie), to nie trzeba ich przepisywać do kolejnego zeszytu. Więc mam tu opracowanych kilka wycieczek na cienkich kartkach ze starego kalendarza 😂 Ciekawe, ile z nich uda się odbyć, a ile zostanie na sierpień...
Niby jadę na 10 dni, ale weekend Open House odpada, dni podróży też, cztery wycieczki - więc cóż zostaje? Malutko. Czego się nie dotknę, to już bym chciała tam iść. Bardzo szkoda, że tylko dwa razy w roku mam tę przyjemność. Teraz na emeryturze jestem niby wolny człowiek i mogłabym jeździć częściej (w miarę finansów), ale niby kiedy? Raz byłam w październiku i bez sensu, ciągle padało. We wrześniu są jakieś dni architektury, może by wtedy skoczyć? Ale tak przecież nie cierpię samej podróży... Baba nie wie, czego chce.
Tymczasem w Bronowicach. Udogodnienie dla zmęczonych długim oczekiwaniem na przejściu.
Zajmujemy sobie miejsce na zaparkowanie auta.
Na Bronowiance jest nowy mural z wyobrażeniem dwudniowego pomnika sprzed lat. Szkoda, że nie pomyślano, żeby zrobić napis z prawej strony nieco wyżej, skoro jest tam parking...
Ukradzione z FB:
W 1969 roku na terenie boiska klubu sportowego „Bronowianka” doszło do niezwykle odważnego, jak na tamte czasy, incydentu.
21
lipca, w dniu lądowania Neila Armstronga na Księżycu, ustawiono tam
pomnik upamiętniający to wydarzenie. Pomysł jego stworzenia powstał w
ścisłej konspiracji, tuż po tym, jak świat obiegła informacja o
planowanej misji, która miała się zakończyć lądowaniem człowieka na
Księżycu.
Pomnik zaprojektowała
Danuta Nabel-Bochenkowa i wykonała go wspólnie z Kazimierzem Łaskawskim.
Miał on 6 metrów wysokości. Wzmianka na jego temat pojawiła się nawet w
„Gazecie Krakowskiej”.
Pomnik
stał jednak tylko dwa dni. Gdy ówczesny pierwszy sekretarz partii
komunistycznej, Władysław Gomułka, dowiedział się o jego istnieniu,
nakazał natychmiastowe usunięcie pod pretekstem remontu obiektu
sportowego „Bronowianki”.
W
międzyczasie otrzymał depeszę z podziękowaniem od prezydenta USA,
Richarda Nixona, oraz reprymendę od Leonida Breżniewa — najważniejszej
osoby po drugiej stronie układu sił.
Nad Rudawą odwiedziłam knihobudkę (na szczęście nic tam dla mnie nie było):
Wypatrzone w gąszczu:
Na osiedlu parkuje z kolei rower.
Dawno nie donosiłam, co się dzieje w mojej willi. Otóż, ludzie kochani, nie żadne werandy budują, tylko najwyraźniej osuszają fundamenty. A przynajmniej tak wnioskuje laik czyli ja.

















