czwartek, 24 września 2026

Klarka Mrozek - Patrzę na nas

Gdy tak zaglądam na stolik z gratisami w bibliotece (a nuż coś ciekawego będzie), czasem podejdę też do półek z nowościami. Oczywiście staram się opanować żądze, ale różnie to bywa. Tym razem się nie udało, bo Klarka Mrozek rzuciła mi się w oczy, a przecież czytuję ją od dawna. Znaczy blog jej.

Nie jestem wielką fanką transponowania blogów na książki, to jednak różne środki wyrazu i już się parę razy nacięłam, ale tym razem dobrze wyszło 😍 Książka objęła 13 lat blogowania, są tam relacje ze zwykłych codziennych domowych spraw, są wspomnienia z dzieciństwa (niewiele pozytywów z biednego domu z sześciorgiem dzieci), opisy pracy tej czy innej, sprawy trudne, dużo cierpienia, dużo radości. Anegdoty, historie mniej lub bardziej zmyślone, lekkie pióro, przemycony morał. Autorka jest świetną obserwatorką, a przy tym bardzo wrażliwą i empatyczną osobą. Powstała książka, którą można czytać jak powieść. Która każe nam po wielekroć zamyślić się - na przykładzie innych - nad sobą.

Bardzo mnie zainteresowały strony, na których opowiada o pracy (bardzo ciężkiej) w mleczarni - bo to koło mojego osiedla. Głównie dlatego, że wielu sąsiadów tam pracowało. Wspomniałam o tym jednemu znajomemu małżeństwu (właśnie tam się poznali). Ona (zainteresowana głównie tym, jak się nazywa autorka, ale pamiętałam jedynie ten pseudonim blogowy):

- Straszne to było, dziś nikt by tak już nie pracował.

On (na moje, że autorka pisze, iż z kobietami było różnie, ale wszyscy mężczyźni tam byli chujcami borsuczymi):

- Yyy.

No cóż 🤣🤣🤣

Jedna z anegdot potwierdziła, że słuchy o tym, jakoby narożny domek przy sąsiedniej ulicy miał być agencją towarzyską, były prawdziwe 😉
To jest tego rodzaju książka, że gdziekolwiek otworzycie, znajdziecie coś ciekawego. Może być dramatycznie, może być zabawnie. Otwieram więc na chybił trafił i...

 Ze skrzydełka: 

Z okładki: 

Początek:

Koniec: 

Wyd. Convivo, Warszawa 2025, 340 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 21 września 2026 roku 


Emerytka sobie sprytnie wymyśliła, jak nie jeździć co tydzień do galerii handlowej. Do tej pory wybierała się tam raz na kwartał czy coś koło tego. Ale odkryła tę nieszczęsną knihobudkę (która jest, jak wiadomo, wielkim zagrożeniem dla podłogi w blokowym mieszkaniu), a jednocześnie zapadła na chorobę polegającą na palącej potrzebie spożywania mieszanki emeryckiej*. Mieszankę studencką czyli Studentenfutter znacie. A mieszanka emerycka powstaje w ten sposób, że nabywa się rozmaite bakalie na wagę i samemu miesza i (tym bardziej samemu) zeżera. Żeby je nabyć na wagę, należy udać się gdzie? No do galerii przecież. I tak co tydzień emerytka jeździła po kolejną porcję, przy okazji przywożąc kolejne książki, aż w końcu miała nápad, że należy kupić takie kilogramowe opakowania poszczególnych składników i w ten prosty sposób ograniczyć bywanie w galerii do... no, to zależy, na ile to wystarczy. Ale już nie co tydzień 😂 Jak postanowiła, tak zrobiła. Ale cóż, przerosło ją to finansowo, bo o ile jakieś tam rodzynki czy orzeszki czy chipsy bananowe można nabyć w rozsądnej cenie, o tyle takie na przykład orzechy włoskie kosztują prawie 5 dych a nerkowiec 35 zeta. A więc tak: część została nabyta z dużym zapasem, a po te orzechy będzie się jeździć po mniejsze porcje - no, powiedzmy, co 2 tygodnie. Albo co 3, jak emerytka nie zje za dużo. 

* Córka mi co prawda od razu wyszukała, jakie to niezdrowe i kaloryczne - ale za to ile energii!


W ten oto chytry sposób emerytka zmniejsza ryzyko przytargania do domu następnych książek, których nie ma gdzie upchnąć. Ostatnim razem przywiozła wspomnienia reżysera Kutza o zmarłych przyjaciołach, ale te zaraz zaczęła czytać, żeby się ich szybko pozbyć z powrotem 😁 Kutzowi towarzyszyła Papusza Czarnego, ta jednak została godnie umieszczona pomiędzy innymi Czarnymi. Oraz Karolcia, bo emerytka miała - nie wiadomo dlaczego - tylko Witaj, Karolciu! Tylko że ta Karolcia to nie jest takie wydanie, jakie by się chciało - jak Doktor Doolittle na przykład, więc jeszcze do zdecydowania.

Aaa, gdybyście pytali o tę białą porcynelę w tle, to emerytka dokonała pewnych ruchów zarówno w kuchni jak i w szafie: filiżanki, pojedyncze kieliszki etc. do budki (tak, tak... no ale zniknęły natychmiast) (o, a te stare kubki, co to ich nie można było doszorować w środku, pamiętacie akcję, poszły do śmieci, wreszcie!) (znowu naoglądałam się filmików o oczyszczaniu domu czyli dekluteryzacji, jak się domyślacie); ciuchy na gabaryty, a te najlepsze (wiadomo, nie dopinam się w cyckach) dziś wywędrują do kościoła, z nadzieją, że je przyjmą. W szafie z kurtkami wreszcie zrobiło się luźno, bo i córka przetrzebiła swoje! Ach, jak cudownie!

/i żeby się tak dało z książkami.../

Właśnie. W bibliotece byłam, tylko żeby oddać Polityki i Newsweeki przeczytane, ale zerknęłam nieszczęśliwie na półki z nowościami i skończyło się przytarganiem do domu trzech sztuk, więc znowu będę czytać nie swoje 🙄 


A co my tu mamy z filmami

Naszło mnie na radzieckie i rosyjskie. A to przypomniałam sobie film z 1977 roku Po siemiejnym obstajatielstwam (ma polski tytuł Wojny domowe, ale gdzie to niby po polsku zobaczyć?). Trzeci raz, wyobraźcie sobie 😁 Lubimy przecież te piosenki, które znamy! Jacy tam aktorzy! Galina Polskich, Jewgienij Stiebłow, Jewstigniejew, Durow, Bykow, Chanajewa... Kocham ich wszystkich. A w komentarzach można zobaczyć, jak wielka jest nostalgia za ZSRR tych, którzy w tym czasie żyli.

 


Następnie wyświetlił mi się film Miełoczi żizni z 1980. Okruchy życia? Szukałam na Filmwebie pod nazwiskiem reżysera, ale co? Ale nie ma. Po raz kolejny stwierdzam, że Filmweb to dziadostwo. Za to AI mi powiedziało (tłumacząc z IMDb), że to kameralny dramat wyprodukowany przez studio filmowe im. Dowżenki, opowiadający o kryzysie małżeńskim i próbie ponownego poukładania relacji po latach spędzonych razem. No tak właśnie.

Na koniec pośmiałam się trochę oglądając współczesną produkcję Babki, ale to tylko dlatego, że krótkie.  

 


Wczoraj obejrzałam brytyjski biograficzny film One Life z 2023 roku, opowiadający o Nicholasie Wintonie, który przed wybuchem II wojny światowej wywiózł z Pragi ponad 600 dzieci (żydowskich głównie), które następnie umieścił w rodzinach angielskich. Historię oczywiście znałam, nawet kiedyś pokazywałam Wam pomnik na peronie nr 1 na Hlavní nádraží w Pradze. Film jest tutaj, gdyby ktoś chciał, są i polskie napisy (PL2), a Wintona gra Anthony Hopkins (ponoć na życzenie córki bohatera). Może sobie jeszcze przypomnę czeski film na ten temat, nazywa się Wszyscy moi bliscy

Oraz co jeszcze. A to.

Czyli Gorky Park, koprodukcja amerykańsko-radziecka z 1983 roku, z jednej strony obejrzana ze względu na Pacułę (drewniana ta Pacuła, ale ładna), z drugiej na Moskwę. Są napisy polskie (jak widać). Kiedyś przyniosłam z budki książkę i ciągle trzymam, choć sama nie wiem, czy przeczytam kiedykolwiek - 400 stron thrillera, którego akcję już znam - ale niektórzy twierdzą, że dobra w opisach sowieckiej rzeczywistości. 

I jeszcze jeden brytyjski - How to Make a Killing, z tego roku, bo jest też jakiś wcześniejszy o tym samym tytule. Czyli Przepis na morderstwo, napisy PL1. Bohater pochodzi z bogatej rodziny, ale jest na ostatnim miejscu do dziedziczenia - znaczy trzeba się pozbyć poprzedników 😎
 

A ja już od dawna postuluję, żeby w tramwajach były toalety!