Stałyśmy z Grażynką (tą, która przychodziła do Ojczastego jeszcze w Dżendżejowie i która wpadła mnie odwiedzić, gdy było wolne łóżko z powodu nieobecności córki) przed knihobudką ("moją"), przeglądając ofertę. Wzięłam ten drobiazg do ręki, a Grażynka - o, to jest fajne, czytałam kilka razy.
Nie wiem, czemu zapamiętałam, że to będzie z gatunku humor i satyra. Nie było. To znaczy tak, poczucia humoru autorce odmówić nie sposób, ale jednak więcej tam było dramatu. Otóż bowiem po humorystycznych opisach umierającej regularnie ciotki i odwiedzającej ją siostrzenicy nadchodzi moment prawdziwej śmierci. A w spadku bohaterka/autorka dostaje nie tylko brylanty i futro, ale również przepaskudnego psa. Zaopiekowanie się nim jest warunkiem sine qua non objęcia schedy. Pies jest stary, ślepy i tak brzydki, że wszyscy zgodnie twierdzą, iż nigdy w życiu nie widzieli takiej pokraki. Ale cóż zrobić, to była jedyna miłość zmarłej ciotki (jak się okazuje, zawołanej nazistki). Bohaterka i jej rodzina powoli przyzwyczajają się do paskudy, uczą wspólnego życia. Nadchodzi jednak ten moment, gdy trzeba uciekać przed Hitlerem - bo gdy zostaną, mąż trafi do obozu. A więc spakować w kilka walizek całe życie, zabrać dziecko - i psa - i w drogę. Z psem nie będzie łatwo...
Szkoda, że nic więcej tej autorki u nas nie przełożono.
Początek:
Koniec:
Wyd. Czytelnik, Warszawa 1976, 181 stron
Tytuł oryginalny: Das Scheusal
Przełożył z niemieckiego: Feliks Przybylak
Seria z kotem
Z własnej półki (z knihobudki 22 lipca 2026 roku)
Przeczytałam 15 sierpnia 2026 roku
Z życia emerytki
Emerytka została zaproszona na obiad na działkę.
Wizyta trwała w sumie sześć godzin, bo jak to na działce: owoce pozbierać, liście wygrabić, robota się zawsze znajdzie. Emerytka większość czasu spędziła na leżaku pod drzewem i czuła się tak trochę jak stara baba (którą w sumie już jest) albo jak jakaś rekonwalescentka; po prostu nie oparła się pokusie zlegnięcia w okolicznościach przyrody. Było jednak bardzo miło, ale cóż to zobaczyła na girach swoich po powrocie?
A im bardziej się wykręcała przed lustrem tym więcej tego było. Córka zaraz znalazła, że to pogryzienie przez meszki. W komentarzach w internecie a to maść a to przykładać sodę a to lekarz przepisał antybiotyk. Hm. Nie swędziało, nie szczypało, nic. Ale było, całe nogi upstrzone. Tak się szczęśliwie złożyło, że następnego dnia po południu miałam wizytę w przychodni, bo chcę skierowanie do dermatologa. To pokazałam przy okazji. Tak, maść, a raczej krople o tej samej nazwie, ale gdyby po 2-3 dniach nie przeszło to wrócić po antybiotyk, bo wtedy to może być zakaźna róża. No nie uradował mnie taką perspektywą pan doktor (nowy w przychodni, był pierwszy dzień i ma na imię uwaga Roger - ciekawe, jak się to czyta). Wygląda jednak na to, że Fenistil pomógł, tylko w jednym miejscu, tam gdzie ta czerwona kropka na zdjęciu, dalej czerwona kropka jest.
Wnioski? Żadnej więcej działki 🤣 Lepiej siedzieć w domu i filmy oglądać!
A właśnie! Jakim cudem oglądać czyli skąd znowu internet w laptopie? Otóż po powrocie z Pragi już się szykowałam na wyjście do serwisu, gdy mi przyszło do głowy poszukać, jak to było poprzednim razem, gdy padła karta sieciowa. I okazało się, że ona wtedy nie padła tak całkowicie, tylko sterowników nie miała uaktualnionych*. Co mnie wówczas kosztowało 100 zł. Mówię więc do córki, że może by ściągnęła te sterowniki na swoim laptopie, dała je na pędraka i zainstalowała u mnie. Coż uczyniła i wyciągnęła rękę po stówę (żarcik).
* jak to dobrze wszystko zapisywać w kalendarzu...
Wobec tego dalej pracuję nad listami filmów do obejrzenia. Nr 20 to są same włoskie, nastąpił jakiś wysyp na wiadomej stronce i tam zazwyczaj nie ma żadnych napisów, sorry.
Tymczasem obejrzałam pierwszy film w ogóle otwierający cały projekt czyli islandzkie road movie Matka siedzi z tyłu z 2022 roku; matka i syn mieszkają na jakimś straszliwym zadupiu, a gdy ona umiera syn chce spełnić jej ostatnie życzenie i pochować ją w rodzinnej miejscowości, więc wystrojoną i umalowaną sadza na tylnym siedzeniu auta, zabiera również psa Breżniewa i rusza w drogę. Jeszcze nie wie, że ta podróż zmieni całe jego życie. A więc Driving Mum. Oglądałam z rosyjskimi napisami, ale są i angielskie, jak by co.
A następnego dnia zapodałam Bezmiar sprawiedliwości, o którym wspomniał u siebie Dariusz. To z okazji śmierci Jana Frycza. Wcześniej nie widziałam, ale miałam na płycie. Historia pewnego procesu oglądanego z trzech punktów widzenia - oskarżyciela, obrońcy i wreszcie sędziego. Tytuł mówi wiele, jeśli nie wszystko: najpierw pojawia się napis Bez sprawiedliwości, a potem do bez dołącza miar... Jeszcze Englert tam jest dobry. Polecam.









