Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Projekt DONNA LEON. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Projekt DONNA LEON. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 grudnia 2024

Donna Leon - Ulotne pragnienia

Na fali żalu, że kobita mi podebrała kiedyś dwie Donny Leon z knihobudki, pożyczyłam sobie z biblioteki. I och, jak mi się za Wenecją zatęskniło! Do tego stopnia, że wyciągnęłam mapę i śledziłam ruchy komisarza Brunettiego. Zwłaszcza, że tenże przechodził ulicą Barbaria della Tole chcąc zajrzeć do sklepu z japońszczyzną, a myśmy tam z córką raz mieszkały 😍

Oczywiście blurba napisał ktoś, kto książki nie czytał, ale to już (prawie) normalka, niestety.
Gdy kładłam książkę na biurku bibliotekarki, zobaczyłam, że jest zalana barszczem. Znaczy tak pomyślałam w pierwszej chwili 😉 Bibliotekarka zresztą mówiła, że ona też tak myślała.

O ile ciągle lubię czytać te weneckie kryminały, o tyle coraz bardziej mnie denerwuje maniera autorki, żeby opisywać detalicznie szczegóły nic nie znaczących ruchów. Obaj uważnie przyglądali się swoim dłoniom; palce Brunettiego były teraz splecione, Duso uciskał kłykcie palcami drugiej dłoni. I takie tam bajery.

I taka ciekawostka. Ja też czytam na leżąco, ale nie kojarzę tego z ubóstwem mojej rodziny 😂 A Wy jak czytacie? I w jakiej porze dnia?
 


Początek:


 
Koniec:


Wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2024, 291 stron

Tytuł oryginalny: Transient Desires

Przełożył: Marek Fedyszak

Z biblioteki

Przeczytałam 27 grudnia 2024 roku  

A gdybyście mi kazali wymienić JAKIKOLWIEK tytuł z serii o komisarzu Brunettim - nie, no way. Nie pamiętam żadnego, żadne mi się z niczym nie kojarzy, tak samo i te Ulotne pragnienia. Czy to świadczy o jakości tych tytułów czy jedynie o mojej cudownej pamięci?


W parku Koło Fortu - czy jakoś tak się nazywa -  byłam już co najmniej parę razy, zwłaszcza, że jest tam knihobudka. Ale nigdy, ani razu nie przyszło mi do głowy pójść nieco dalej 😂 Tak sobie myślałam, że nazwa pochodzi od fortu, który kiedyś tam był (teren powojskowy). A wczoraj na południowej przebieżce przy pięknym słoneczku odkryłam, że on tam ciągle jest... to dwa kroki ode mnie przecież! Jak to jednak dobrze być na emeryturze (mimo wszelkich ograniczeń) i móc sobie pozwolić na skoki w bok 🤣 A nie wiecznie się spieszyć...


 Zdjęcie powyższe daję, żeby uświadomić, że ławka ławce nierówna 😂 bo było dużo pisania w internetach o koszcie jednej krakowskiej ławki (ale nie tej). A ta tutaj przypuszczam, że będzie dobra dla żyrafy, gdyby przypadkiem uciekła z Zoo, bo spokojnie sobie oprze głowę (a zwłaszcza szyję).

Na mapie się to nazywa Fort reditowy 7 "Za Rzeką". Oczywiście, gdyby się ktoś pytał, mam książki o fortach krakowskich, ale zajrzę tam dopiero na wiosnę, gdy spróbuję zejść na dół (i to w towarzystwie raczej, bo nigdy nie wiadomo). Ze zdumieniem natomiast odkryłam już teraz, że fort jest obecnie własnością Uniwersytetu Pedagogicznego, obecnie zwanego Ukenem. Co oni tam robią?


Wycieczka zakończyła się - jak każda - ponownym zajrzeniem do "mojej" knihobudki. Ja tam chodzę skontrolować i wyrównać książki co najmniej cztery razy dziennie 😂 I o bogowie! Patrzcie tylko, co znalazłam! Nie oddam, to już zostanie u mnie!


No, a teraz czas pomyśleć o Nowym Roku. Jakieś plany? Natürlich 😁 Głównie zainspirowana filmikiem Planety Abstrakcji na YT o uczeniu się języków. Dotarło do mnie, że w ten sposób, jak to teraz robię z angielskim, daleko nie zajadę. Tu trzeba intensywniej, a nie 20 minut dziennie i to przed spaniem. Oni uczą się nowego języka (azjatyckie jakieś, teraz farsi) po 3 godziny dziennie przez 4 miesiące... i to im pozwala na swobodną konwersację z lokalsami podczas podróży. No dobrze, ja mam może inne cele, ale jednak trzeba to zintensyfikować. Z wiadomych względów nie mam aktualnie możliwości poświęcać 3 godzin dziennie nauce - i być może ani bym nie dała rady - ale godzinę MUSZĘ. To jest mój plan noworoczny. Jeszcze do dopracowania, jak konkretnie ma wyglądać ta nauka, bo przecież w dobie internetu nie warto zajmować się tylko podręcznikiem. Na przykład stare piosenki - wyszukać tekst, przerobić z niego słówka, jeśli są nieznane jakieś i śpiewać razem z YT 😂

Ostatnio usłyszałam w radiu jedną pościelówę ze szkolnych czasów i przypomniałam sobie, jak się tego słuchało nic a nic nie rozumiejąc i zniekształcając angielskie słowa 😂 Ale co tam angielskie, całe życie myślałam, że jadą jadą panny, obok jadą siki 🤣 A ta piosenka po angielsku to było I can't live without you, zwana wówczas Kenli 😁, będzie jedna z pierwszych do opanowania.

W każdym razie zaczęłam już robić notatki z lekcji. Albowiem w knihobudce na Grottgera znalazłam pięcioletni notes do zapisywania złotych myśli, ale jako że takowych nie miewam, wolę zapisywać, że ATM to bankomat. Ten notes jest pięcioletni, bo każdego dnia idzie się na następną stronę, a dopiero po skończeniu roku wraca do początku. I tak pięć razy.



Dziś rano powstał też plan, żeby raz w miesiącu chodzić do kina, jak za dawnych dobrych czasów. Jest to projekt kontrowersyjny - ponieważ ja płaczę jak głupia 😂 No, ale spróbujmy. Wypisałam sobie pięć kin, które wchodzą w grę (no bo że jakieś tam multipleksy nie wchodzą, to chyba jasne) i oto już jutro w najtańszym z nich grają o 16.00 nowego Almodovara. Ono jest najtańsze, bo pamiętam, że nie było tam foteli, tylko krzesła oraz ogrzewanie szwankowało 🤣 Ale może to się zmieniło? Na wszelki wypadek ciepło się ubiorę!

 

Sobota 28 XII: 8.922 kroki - 5,3 km

Niedziela 29 XII: 11.093 kroki - 6,5 km

piątek, 7 października 2022

Donna Leon - Pokusa przebaczenia

 

Lubię te Donny Leon, no bo Wenecja. Nie wiem, czy bym lubiła, gdyby te kryminały miały akcję w Hongkongu albo choćby w Monachium 😁 Ale nawet Wenecja nie pomaga, gdy sposób pisania autorki zaczyna mnie troszeczkę... nie wiem, wkurzać? Aż tak to nie. Ale irytować co nieco to już tak. Ma manierę dokładnego opisywania pewnych scen, z czego czytelnik wysnuwa wniosek, że ta konkretna scena jest istotna, że coś wniesie, że coś może się stanie. A tu nic z tych rzeczy. Po prostu lanie wody. Na przykład: scena w szpitalu, na korytarzu leży ranny, Brunetti wstaje z krzesła i podchodzi do noszy, żeby mu się przyjrzeć. Komisarz ugiął nogi i pochylił się nad mężczyzną, wspierając się ręką na noszach. Po co to ugiął nogi? Samo pochylenie się nie wystarczy? Po co takie detaliczne opisy? W cukierni kobieta z obsługi wychodzi z pomieszczenia z prawej strony z tacą brioszek, przechodzi za bar i wsuwa tacę do gablotki nad ladą. No i? Co z tego, że z prawej strony?? Ojacieniemoge.

Zresztą, jak spojrzycie na pierwszą stronę, też to zobaczycie. Choć tam akurat zirytowała mnie czwarta linijka (co ja taka irytująca się jestem? pewnie dlatego, że nie noszę krawata). Przegląda gazetę dla zabicia czasu. Najpierw pomyślałam, że znalazł ją na ławce, gdzie usiadł. Ale nie, to jego gazeta, okazuje się. To po co ją kupił, skoro nie zamierzał czytać - tak tylko przegląda dla zabicia czasu. No, chyba że za prawdziwe czytanie zamierza się zabrać w pracy 😉

A jeszcze a' propos wtrącania obcojęzycznych słów. Nie rozstrzygnęłam, jak to powinno być. Przykład: zajrzał do drewnianej armadio czy do drewnianego armadio? Armadio to szafa, ale po włosku jest rodzaju męskiego. Więc co wtedy? I dlaczego akurat szafę napisać po włosku?

Dawniej irytowała mnie Paola, żona komisarza, taki wzór doskonałości - nie dość, że wspaniała żona i matka, to jeszcze profesor na uniwersytecie (czytaj: intelektualistka) i cudowna kucharka. Jej umiejętność godzenia wszystkich tych ról (nie zapominajmy jeszcze o byciu córką arystokratów) mogła wpędzić w niemałe kompleksy. Dzisiaj, gdy czytam, że pomiędzy prowadzonymi na uczelni zajęciami przygotowuje trzydaniowy obiad, w tym piecze ciasto na deser, a potem jeszcze taką samą kolację (nie, nie myślcie, że odgrzewa to, co zostało z obiadu), to cóż... a niech jej tam będzie na zdrowie, widać contessy mogą więcej 😂


Początek:

Koniec:


Wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2021, 353 strony

Tytuł oryginalny: The Temptation of Forgiveness

Przełożył: Marek Fedyszak

Z biblioteki

Przeczytałam 4 października 2022 roku

 

Impresja wenecka z targu 😏

W powieści komisarz Brunetti idzie do szpitala ulicą Barbaria de le Tole, więc wołam córkę, czy myśmy czasem nie mieszkały przy tej ulicy. Córka z całej Wenecji pamięta głównie niejaką Elenę Cicinskaite grającą na lutni, bowiem wybrałyśmy się pewnego wieczoru na jej koncert i to nazwisko moje dziecko po prostu zafascynowało (tudzież miny, jakie artystka serwowała przy grze) 😂 

Zajrzałam jednak na google maps, pamiętam przecież, że to nasze palazzo było właśnie blisko szpitala, zwłaszcza że w owym szpitalu spędziłyśmy pół dnia, gdy mi dziecko zemdlało na łodzi płynącej na Burano. 

/tak, pogotowie przyjechało po nas też łodzią/

/czyli właściwie przypłynęło/

/w tym szpitalu pierwszy raz w życiu i mam nadzieję, że ostatni, bo po co mi takie wrażenia, widziałam na ekranie monitora, jak otwierają się zastawki w sercu i bucha przez nie krew, po czym znów się na chwilę zamykają - fascynujące/

No i tak, faktycznie mieszkałyśmy na Barbaria de le Tole, dziś rano w przypływie nostalgii zaczęłam szperać po szufladach w poszukiwaniu płytek ze zdjęciami stamtąd, ale krucafuks tylko jedną odkryłam (coś podejrzewam, że reszta zdjęć jest na tym dysku zewnętrznym, którego żaden komputer już nie widzi). I z tej jednej jedynej znalezionej płytki tu oto kilka zdjęć sprzed 15 lat... Na pierwszym klatka schodowa w palazzo.
 





 

SYTUACJA DŻENDŻEJOWSKA

Jest lepsza, o niebo lepsza, acz nie doskonała.

Bo jednak najlepiej by było, gdyby Ojczasty miał opiekę cały czas. 

Ale nie narzekajmy. Brat mi wczoraj wyjawił tajniki pani Grażynki, bezdzietnej wdowy. Mąż jej zmarł rok temu i wtedy wyszło na jaw, że tak jakby nie płacił czynszu (mieszkali w bloku) od dawna. Ponoć popijał. No i przepił chatę w sumie, bo panią Grażynkę wyeksmitowano. Wynajmuje jakąś norę z piecem kaflowym, ale na węgiel nawet nie ma (emeryturę ma pewnie taką, jak ja).  Z bratem się znali oboje, bo w większym towarzystwie jeździli przed laty nad jakieś jezioro, gdzie wynajmowali domki. 

Wczoraj pani Grażynka zatelefonowała do brata po szychcie (na dwie godziny ma przychodzić, codziennie), sumitując się, że wiele nie zdziałała - bo Ojczasty był bardziej nastawiony na gadanie 😁 I to jest bardzo dobre, bo przecież strasznie mu brakuje kontaktu z ludźmi. Jeszcze gdy był bardziej na chodzie zarzucił odwiedzanie resztek znajomych, no bo co, głuchy przecież. 

Przyszło nam do głowy - jednocześnie i mnie i bratu - pewne rozwiązanie, domyślacie się jakie?

Ale na to grubo za wcześnie. Zobaczymy, jak się będzie układać.

 



poniedziałek, 28 lutego 2022

Donna Leon - Doczesne szczątki

 

Jadę sobie ci ja ciemną nocką z Fabryki, wyszłam rano, wracam wieczorem i moją jedyną myślą jest:

- Teraz sobie odgrzeję zupę, zjem i pójdę do łóżka obejrzeć kolejny odcinek serialu. Chwila lektury i lulu, zamknąć wreszcie oczy.

Gdy nagle - kurdeflak, przecież post na książkowego! Przecież dziś ostatni dzień miesiąca, jak nie napiszę, to mi się statystyki przeczytanych książek nie będą zgadzały!

Raju, co za ból!

PS. Nie powiem na głos jakiej produkcji serialu, ale przecież wiecie, co ja oglądam...

Tak więc niniejszym odnotowuję jedynie, że przeczytałam najnowszą Donnę Leon i że niestety stwierdzam, że psuje się kobieta od głowy. Słuchajcie, przecież to są kryminały, a tymczasem przez 130 stron NIE DZIEJE SIĘ NIC. Komisarz Brunetti zdaje się być wyczerpany swoją robotą i wykorzystuje okazję (lekarz zalecił trochę odpoczynku), by się zresetować dwutygodniowym pobytem na jednej z wysp na weneckiej lagunie. W wiejskiej rezydencji (jak uparcie nazywa to miejsce tłumacz) ma wąchać kwiatki (nie od spodu), czytać Pliniusza i ogólnie nie myśleć za wiele, a zwłaszcza o pracy. Nawet o Paoli.

Spędza czas powracając do wiosłowania, którego kiedyś uczył go ojciec, tym bardziej, że dozorcą rezydencji jest dawny przyjaciel ojca, hodujący pszczoły na odległych wysepkach - więc tak sobie wiosłują całymi dniami, a biedny czytelnik musi o tym czytać przeraźliwie nudne opisy wsuwania wiosła w dulkę i takie tam. 

W dodatku, gdy chciałam przynajmniej obejrzeć na mapie te miejsca, okazało się, że jej nie posiadam. Znaczy Wenecji tak, choć jakieś dziadowskie, ale już okolic i laguny nie. 

Ale za to wróciła mi tęsknota za Serenissimą. I żal taki, że już pewnie nigdy tam nie wrócę.

Początek:

Koniec:

Wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2020, 369 stron

Tytuł oryginalny: Earthly Remains

Przełożył: Marek Fedyszak

Z biblioteki

Przeczytałam 27 lutego 2022 roku

 

Uciekam więc do łóżka, nawet domofonu dziś nie będzie (nie wspominając o historii orkanowo-pociągowej), może tylko podzielę się wydarzeniem z życia fabrycznego, kiedy to gostek jeden przyniósł trzy listy polecone za potwierdzeniem odbioru, w sekretariacie zrobił się rejwach, kto ma podpisywać, a gostek mówi, wskazując na mnie:

- Starsza pani, bo ją znam.

Starsza pani!

😂😂😂 

Powiem Wam, że pierwszy raz ktoś mi tak prosto w oczy walnął. Ciągle nie wiem, jak się z tym czuję.


czwartek, 9 stycznia 2020

Donna Leon - Dzika zachłanność


Pewne rzeczy są niezmienne - muszę co jakiś czas przeczytać kolejną Donnę Leon. Jak ich kiedyś zabraknie, to pewnie będę wracać do starych :)
Ale to nie dlatego wcale, że tak kocham komisarza Brunettiego (a zwłaszcza jego szlachetną małżonkę Paolę), nie nie. To tylko (lub ) Wenecja!
Człowiek ma zawsze nadzieję... ale powoli zaczynam sobie zdawać sprawę, że już tam nigdy nie wrócę. I nie chodzi tylko o to, że zastąpiłam jedną pasję drugą (czyli Wenecję Pragą). W sercu zawsze znajdzie się miejsce na dwie namiętności (a może i więcej). W sercu tak, ale w możliwościach urlopowych i finansowych - niekoniecznie.
Jakie to w gruncie rzeczy szczęście, że przytrafiła mi się (sercowo) akurat Praga, gdzie znajdę nocleg i za 80 zł, co w Wenecji nie byłoby już od bardzo dawna możliwe...
Więc teraz patrzę na Wenecję w Donnie Leon, uświadamiam sobie, że części miejsc, o których ona napomyka, już nie pamiętam - ale wywołuje to tylko lekką melancholię, nie rozpacz. Było, minęło.
Zresztą, gdy czytam, co się z Wenecją dzieje, w gruncie rzeczy myślę, że jeśli się ją kocha, to nie powinno się do niej jeździć. Nie dorzucać swojego kamyczka do jej zagłady. Albo tam mieszkać (co jest coraz trudniejsze) albo uwielbiać z daleka - to jedyne opcje.


Coś mi się nie podobał styl autorki w tym tomie. Albo to może kiepskie tłumaczenie? Męczył mnie, a chwilami irytował jakimiś zbędnymi zupełnie frazami (no, moim zdaniem, oczywiście). Jak chociażby to pasmo górskie z pierwszej strony...

Początek:
Koniec:


Wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2015, 351 stron
Tytuł oryginalny: Beastly Things
Przełożył: Marek Fedyszak
Z biblioteki
Przeczytałam 8 stycznia 2020 roku

czwartek, 30 maja 2019

Donna Leon - Woda wiecznej młodości

Szybko szybko (czytam), bo nazbierało mi się książek z bibliotek, a niektórych nie można prolongować, bowiem jest na nie kolejka. Sto pociech z tymi bibliotekami :) Dziś znowu weszłam na stronę z nowościami i coś zamówiłam. Nie wygrzebię się z tego chyba.
Ale Donna Leon była trafiona!
Dawno już nie czytałam, nawet nie jestem pewna, czy zajrzałam do tej ostatniej, którą nabyłam (i gdzie ona jest), przed laty, jak sądzę.
Z przyjemnością więc wróciłam do komisarza Brunettiego, nawet Paola mnie wyjątkowo nie denerwowała :)
Trochę poczułam atmosfery Wenecji, przypomniałam sobie, jak tam jeździłam i jaką pasją mi się wtedy wydawała Serenissima. A potem skasowali tanie loty do Treviso i zdążyłam zapomnieć. Tanie loty wróciły, ale do mnie z kolei przyszła Praga...


Tym razem machnęłam ręką na błędy, jakie zwykle pojawiają się, gdy autorka wstawia wtręty po włosku :) może ze trzy były :)
Jak się już odrobię z tymi innymi bibliotecznymi lekturami, chyba poszukam kolejnych - a raczej wcześniejszych - śledztw, bo to jest raptem z 2016 roku, a więc bardzo aktualne, o czym zresztą świadczą również napomknięcia o włoskich realiach i polityce.



Początek:
Koniec:

Wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2018, 348 stron
Tytuł oryginalny: The Waters of Eternal Youth
Przełożyła: Małgorzata Kaczarowska
Z biblioteki
Przeczytałam 29 maja 2019 roku

sobota, 25 czerwca 2016

Donna Leon - Po nitce do kłębka

Zajrzałam na Rajską po Trans-Atlantyk (bo będzie tematem następnego spotkania Klubu Czytelniczego, a gdzie jest domowy egzemplarz, diabli wiedzą, zaczynam powątpiewać w jego istnienie, no w każdym razie nie chciałam tracić czasu na szukanie i wolałam się udać do biblioteki), a tam Donna Leon, której nie znam, musiałam wziąć, nespa.

Z biblioteki, więc nie powinno być zdjęć z półki, ale stała sobie na takowej, więc zrobiłam :)



Z okładki:

No to już wszystko wiecie.
Od siebie dodam, że co najmniej kilka razy miałam wrażenie niezręczności tłumacza... ale nie wiem, czy to ten sam co zawsze, czy jakiś nowy czy też to potknięcia autorki. Ogólnie jednak czytało się dobrze, choć tym razem już bez mapy Wenecji pod ręką :) Wenecja jakoś odeszła na dalszy plan przy Pradze... tak to dawniejsze miłości ustępują nowym... ale czasem się do nich wraca. Teraz jednak finansowo nie podołałabym Serenissimie. Dosyć się wyprztykałam z pieniędzy w ostatnich latach, to remont łazienki, to malowania etapami, to nowy regał, to drugi laptop, to znowu projektor... kasa wyszła i coś nie wraca. Niby teraz powinien być spokój i można próbować przynajmniej zaoszczędzić... to znowu córka mi jakiś mobing urządza w sprawie wymiany kuchenki, a i piecyk w łazience też dożywa swoich dni.
Spółdzielnia ogłosiła instalację ciepłej wody miejskiej zamiast niebezpiecznych piecyków... no ładnie się ocknęli, teraz jak ja mam nową i piękną łazienkę to oni myślą, że mi rury poprowadzą po wierzchu... nie ma takiej opcji. Jednak 60% lokatorów zdecydowało się na tę operację, głównie z myślą o dopłatach. Oczywiście nie mam pewności, że za parę lat wymiana nie będzie obowiązkowa (i to po kosztach rzeczywistych)... ale parę lat bez rur też dobre :)


Początek:
Koniec:

Wyd. Noir Sur Blanc Warszawa 2014, 330 stron
Tytuł oryginalny: Drawing Conclusions
Przełożył: Robert Sudół
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 18 czerwca 2016 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Z allegro.

































W TYM TYGODNIU OGLĄDAM

1/ pierwszy odcinek rosyjskiego serialu ZAKOŁDOWANNYJ UCZASTOK (Заколдованный участок), 2006
Na YT:


Jak wyrzut sumienia leży kartka z wydrukowaną filmografią Stanisława Liubszina, gdzie utknęłam na latach 2000, głównie dlatego, że są to już same prawie seriale... ale co tam, wracam do nich!
I wtedy się okazało, że to jakby dalszy ciąg wcześniejszego serialu UCZASTOK, bez udziału Liubszina. Cóż było robić...

2/ pierwszy i drugi odcinek serialu UCZASTOK (Участок), 2003



3/ kolejne odkrycie - że był taki czeski film Dům na Ořechovce, 1959
A ja Ořechovce poświęciłam jedno popołudnie w Pradze, gdy na FB przeczytałam, że to taka willowa dzielnica. Właściciel hotelu pomógł mi ją zlokalizować i pojechałam. I teraz mam sentyment. I odkrywam, że film jest, więc go zdobywam i zabieram się za oglądanie.
Zdjęcia z oglądania, bo na YT nie ma.
Ale jest polski plakat:

To drugi obejrzany w oryginale film czeski, a jeśli dodać ten, który widziałam w przepięknym kinie LUCERNA, to trzeci. Nie wiem czemu ten z kina zawsze traktuję osobno :) Nawiasem mówiąc, dopiero teraz zajrzałam do słownika, czy lucerna coś znaczy (bo jakoś tak kojarzyłam raczej ze Szwajcarią, jak u nas kino Kijów na przykład) i okazuje się, że tak - latarnia!
Wracając do filmu, mniej więcej się rozumiało :) To historia właściciela willi na Ořechovce, który z braku pieniędzy wynajmuje jeden pokój studentowi medycyny. Ten kończy studia, zaczyna pracę, żeni się i chciałby oczywiście żonę sprowadzić do siebie, wynajmując również drugi, przyległy do swojego pokój. Tak rozpoczyna się walka dwóch stron: jedna chce spokoju i ciszy, druga tylko miejsca do życia dla siebie. Problem mieszkaniowy nie tylko u nas był (od "Skarbu" do "Daleko od szosy") i nie tylko u ruskich (patrz "Mistrz i Małgorzata").



Kilka wspomnień z majowej Ořechovki:

Dyrektor dał mi przyzwolenie na październikową Pragę, czekam teraz aż Polski Bus ruszy z rezerwacjami na ten termin, ale nie mogę odżałować maja i rozkwitu wiosny...