Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Projekt IRENA JURGIELEWICZOWA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Projekt IRENA JURGIELEWICZOWA. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 grudnia 2014

Irena Jurgielewiczowa - Byłam, byliśmy

Duże nadzieje wiązałam z tym tomem wspomnień, gdy go odkryłam w bibliotece i potem przeglądałam w drodze do domu. Może zbyt duże? Trochę się zawiodłam. Zwłaszcza wobec zachwytów z okładki (który to już raz daję się na nie nabrać)...

Czego się spodziewałam? Skoro to wspomnienia pisarki, to może historii dochodzenia do pisania, kształtowania się powołania, drogi artystycznej, okoliczności, które spowodowały wydanie pierwszej książki, znajomości z innymi literatami... Tymczasem książka dotyczy pierwszych dwudziestu lat życia i całej historii rodzinnej przed pojawieniem się na świat autorki. Od razu powiem: historia rodziny nie zostawiła we mnie najmniejszego śladu, nic interesującego w niej dla siebie nie znalazłam. No taka jakaś nieczuła jestem i niewrażliwa na cudze losy, czy co. Żeby nie było, że to dlatego, że z Krakowem nie ma nic wspólnego! Nie nie. Nie jestem aż tak ograniczona :)
Zasugerowałam się jakąś wzmianką odkrytą podczas pobieżnego przeglądania książki o rozwodzie rodziców i rozdźwięku, jaki on spowodował w młodej osobie autorki, automatycznym opowiedzeniu się za matką i odkryciu dopiero po latach racji ojca. I ten temat mocno mnie zaintrygował, na niego czekałam - przez prawie całą książkę - właściwie na próżno. Bowiem okazało się, że Jurgielewiczowa postanowiła przerwać (czy zakończyć) swe wspomnienia w momencie, gdy wchodzi w dorosłość, gdy zakochuje się z wzajemnością - uważając, że teraz to już byłyby wspomnienia Ich Dwojga - a więc nadużycie z jej strony. Czyli cała "afera" rozwodowa rodziców tak naprawdę dopiero jeszcze przed nią. Poczułam się jak dziecko, któremu zabrano wręczony przed chwilą prezent!

Co mi też przeszkadzało w lekturze, to nieustanne analizy dokonywane przez autorkę, dzielenie włosa na czworo. Za dużo też w niej polityki, jak na moje nerwy. Ale to świadczy o tych różnicach międzypokoleniowych, o których sama Jurgielewiczowa wspomina. Świadczy na moją niekorzyść oczywiście. Jedną z immanentnych cech inteligencji, o których pisze autorka, jest zainteresowanie dla spraw kraju, państwa. Kolejny raz się potwierdziło, że należę do ćwierćinteligencji (pracującej), niestety. Dla własnego lepszego samopoczucia wmawiam sobie, że to dlatego, iż nie mam i nie mogę mieć wpływu na to, co się dzieje, na ludzi, którzy znajdują się przy korycie u steru władzy... zresztą Jurgielewiczowa sama zauważa olbrzymi rozziew między poziomem polityków (administracji) międzywojennych a późniejszych, i to nie tylko PRL-u, bo to wiadomo, ale również już z czasów III Rzeczypospolitej.

Najwyraźniej jednak nie jesteśmy z Ireną Jurgielewiczową z jednej bajki i muszę się z tym pogodzić, choć mi przykro, bo naprawdę myślałam, że może będzie to jedna z ulubionych książek, że rozejrzę się za tym, by mieć własny egzemplarz. Cóż, tak się nie stało, trudno.


Autorka z bratem Stanisławem

Początek:
i koniec:


Wyd. Akapit Press, Łódź BEZ DATY!!! 267 stron + ilustracje
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 16 grudnia 2014 roku



W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ dwudziesty czwarty film ze Stanisławem Lubszinem - NIE STRIELIAJTIE W BIEŁYCH LIEBIEDIEJ (Не стреляйте в белых лебедей - Nie strzelajcie do białych łabędzi), reż. Rodion Nachapietow, 1980
Na YT jest pierwsza część filmu, ale nie znajduję kolejnych :(


Z rosyjskiej Wikipedii dowiedziałam się, że to ekranizacja powieści Borysa Wasiliewa (ze Smoleńska), ale chyba nie tłumaczonej na język polski. To również autor "Tak tu cicho o zmierzchu". Film ma na Filmwebie zaledwie jedną ocenę, ale dość wysoką - 7/10 - zresztą z rosyjskiego streszczenia widzę, że mi się spodoba. Bohaterem jest Jegor Połuszkin, zwany w swej wiosce Biedonoscem - za co by się nie wziął, wyjdzie jakaś bieda. Obdarzony talentem prawdziwego artysty, nie przystaje do praktycznych wieśniaków. Wreszcie jednak znajduje pracę swych marzeń - zostaje leśniczym.

2/ następny film polski z okresu powojennego - CZARCI ŻLEB, reż. Tadeusz Kański, Aldo Vergano, 1949
Na YT, jak większość starych polskich filmów - w całości:


Dramat sensacyjny osnuty wokół udaremnionej akcji przemytu dzieł sztuki przez granicę polsko-czechosłowacką na zachód. Góral Jasiek (Tadeusz Schmidt) był kiedyś przemytnikiem, teraz jest żołnierzem Wojsk Ochrony Pogranicza, odbywającym służbę w swych rodzinnych stronach, w Tatrach.

3/ film czeski - jeden z najukochańszych, bo połączenie cudownej prozy Hrabala z maestrią Menzla - ŚWIĘTO PRZEBIŚNIEGU (Slavnosti sněženek), reż. Jiří Menzel, 1983
Na YT w całości - po czesku:


Mozaika krótkich opowieści o mieszkańcach Kerska, małej miejscowości niedaleko Pragi. Ze scenek codziennego życia niezwykłych i momentami groteskowych postaci wyłania się portret epoki socjalizmu.
Dziś rano stoczyłam na allegro zawziętą walkę o kolejną książkę Wiery Panowej - walkę wygraną! - i zajrzałam, co tam jeszcze sprzedawca ma w ofercie - a tu właśnie "Święto przebiśniegu" w mojej ulubionej serii literatury czeskiej i słowackiej - więc natychmiast nabyłam, jak fajnie jak fajnie jak fajnie!

4/ z Orientu znów film japoński - TOKYO FAMILY (Tokyo kazoku) - reż. Yôji Yamada, 2013
To remake filmu "Tokijska opowieść" z 1953 roku, na którym byłam kilka lat temu w kinie.
Na YT w całości z angielskimi napisami:


Starzejące się małżeństwo Hirayama, Shukichi i jego żona Tomiko wyruszają ze swojej wysepki na
Morzu Wewnętrznym do Tokio, aby odwiedzić swoje dorosłe już dzieci. Najstarszy syn Koichi prowadzi gabinet lekarski, córka Shigeko jest właścicielką salonu piękności, a najmłodszy syn Shoji pracuje w teatrze. Dzieci zajęte swoim życiem nie mają jednak czasu dla rodziców, a sami rodzice z nutą goryczy obserwują swe wyrosłe dzieci. Szczególnie relacje pomiędzy Shukichim a jego najmłodszym synem nie układają się najlepiej.

5/ i żeby w miarę być na bieżąco - MÓW MI VINCENT (St. Vincent), reż. Theodore Melfi, USA 2014
Na YT trailer, ale bez problemu znajdziecie cały film z polskimi napisami:


Vincent (Bill Murray) to zgryźliwy mizantrop, któremu dni upływają na wyścigach konnych, w ulubionym barze i w towarzystwie zaprzyjaźnionej nocnej damy (Naomi Watts). Pewnego dnia do domu obok wprowadza się Maggie (Melissa McCarthy) z synem Oliverem. Powitanie nowych sąsiadów odbywa się bez ciepłych słów i nie zapowiada początku pięknej przyjaźni. Jednak wiecznie spłukany Vin dostrzega szansę na podratowanie swego opłakanego budżetu. Zostaje może nie najtańszą, ale na pewno najbardziej ekscentryczną niańką w mieście.

niedziela, 23 listopada 2014

Irena Jurgielewiczowa - Ten obcy

Witam po kilkudniowej przerwie. W pracy roboty huk, a w domu nerw z powodu tej nagłej, a niespodziewanej diety i kombinowanie, jak by tu przeżyć, nie umiejąc praktycznie gotować... Ponieważ mówią, żeby nie jeść odgrzewanego, wyszło na to, że w pracy jakieś sałatki, a prawdziwy obiad po powrocie do domu. I tak w piątek postanowiłam - pierwszy raz w życiu (teraz często będę coś robić pierwszy raz) - ugotować rybkę na parze. Naczynia specjalnego na razie nie mam, więc położyłam durszlak na garnku z wodą, do niego rybkę posypaną przyprawami, nakryłam pokrywką i poszłyśmy z córką na piątkowe zakupy. Koleżanka w pracy powiedziała mi, że tak 45 minut ona robi. Dobrze. Wracamy po 15 minutach z pierwszego sklepu, żeby schować zakupy do lodówki, sprawdzam, a tu woda prawie całkiem wygotowana. Chyba za duży gaz czy co? Dobra, dolałam, poszłyśmy do drugiego sklepu. Wracamy, jest akurat 45 minut - rybą czuć już na klatce schodowej, a o mieszkaniu nie wspomnę. A w smaku kompletnie nijaka, choć dałam jakieś przyprawy. Ech, nie ma to jak smażona w panierce... Ciężkie czasy nastały. Córka rozważa powrót do stołowania się u babci, jak w szkole :)


No, ale skorzystałam z dużej ilości wolnego czasu w sobotę i wreszcie skończyłam kolejną Jurgielewiczową - Ten obcy. Naturalnie musiałam to czytać w szkole, skoro lekturą jest, ale kompletnie nie pamiętałam. W efekcie czytało się lepiej niż coś znanego od dawna.
Rzecz bardzo kształcąca - dla młodego czytelnika oczywiście. Historia Zenka, który uciekł z domu, od ojca pijaka i poszukiwał wujka, chcąc zamieszkać u niego, a w swojej wędrówce zatrzymał się na pewien czas na wyspie, będącej ulubionym i sekretnym miejscem zaprzyjaźnionej czwórki młodych ludzi, przebywających na wakacjach na wsi. Każde z nich ma inną sytuację życiową, inny charakter, więc czytelnik łatwo znajdzie pośród tej piątki bratnią duszę, której będzie kibicował i z którą się utożsami. To może być Ula, półsierota, nie mogąca znaleźć wspólnego języka z ojcem, odkąd odszedł do innej kobiety. Lub jej przyjaciółka Pestka, ładna i wygadana, przyzwyczajona do wodzenia prymu, która z bólem spostrzega, że to na Ulę właśnie ten obcy Zenek zwrócił uwagę, a nie na nią. To może też być Marian, poważny i odpowiedzialny, czuwający nad młodszym postrzelonym Julkiem, wciąż szukającym akceptacji starszych.


Na Wikipedii przeczytałam:
"Bohaterowie powieści pojawiają się także w innej książce autorki zatytułowanej Inna? (1975). Na jej podstawie zrealizowano film fabularny."
I głupia jestem: która powieść została sfilmowana: Ten obcy czy Inna?


Początek:
i koniec:


Wyd. NASZA KSIĘGARNIA Warszawa 1984, wyd.X, 281 stron
Ilustrowała: Leonia Janecka
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 22 listopada 2014 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Oznajmiłam ci ja światu, że znów przeczytałam Pana Tadeusza i oto na fali mego entuzjazmu nożyce się odezwały, a dokładniej Bernadeta z bloga Półeczka z książkami, która zaproponowała mi fantastyczny prezent w postaci gawędy-przewodnika PODRÓŻE Z PANEM TADEUSZEM autorstwa Andrzeja Kuźmińskiego, przepięknie ilustrowanego.
Piękność jego w całej ozdobie pokażę, gdy zabiorę się za czytanie :)
Ale na przewodniku nie koniec. Paczka nie zmieściła się w skrzynce, tak była wypchana - i listonosz zaniósł ją do "teściowej" (ja tak piszę w cudzysłowie, bo rozumiecie, za jej syna za mąż to do końca nie wyszłam). Cóż w niej jeszcze było? A oto:
Tak, panatadeuszowa mapa (czy ja kiedykolwiek wybiorę się do tej Wielkopolski?) i T-shirt z nadrukiem PODRÓŻE Z PANEM TADEUSZEM, przyjdzie mi reklamować w Krakowie Soplicowo i inne miejsca :)
Już się cieszę na lekturę!

sobota, 25 października 2014

Irena Jurgielewiczowa - Niespokojne godziny

Pożyczyłam z Rajskiej kilka książek Jurgielewiczowej, ale jakoś mi się nie chciało za nie zabierać. Co prawda o Niespokojnych godzinach ktoś tu się wyrażał bardzo dobrze przy okazji poprzedniej powieści tej autorki, ale - zniechęcała mnie okładka. Nie lubię takich nowoczesnych, krzykliwie kolorowych. Jak to się gusty zmieniają. W młodości uwielbiałam jedną z książek Niziurskiego, gdzie na okładce było też zdjęcie, dżinsów, o ile pamiętam. Taka była nowoczesna :)
O, znalazłam:
No ale to było dzieści lat temu, dziś preferuję starocie i tzw. old fashion :)

Czas jednak mija nieubłaganie, przyszło ponaglenie z biblioteki, trzeba było przedłużyć, więc - myślę sobie - chociaż jedną przed następnym przedłużeniem oddam.
Nawiasem mówiąc, tak się odzwyczaiłam od korzystania z biblioteki, że zapomniałam hasła. Coś mi po głowie chodziło, że wpisuje się najpierw numer karty, a potem nazwisko bez polskich czcionek. Nieeeee. Nie wychodzi. Nie udaje się zalogować. Nie poddaję się jednak i dzwonię do działu informatyki, tłumaczę, że zapomniałam hasła. Pan mi jednak mówi, że on nie ma uprawnień i że kolega już poszedł do domu, dzwonić jutro. Termin jednak naglił, więc trudno, zadzwonię, żeby przedłużyć przy pomocy pani bibliotekarki... A pani bibliotekarka prolonguje, po czym mówi mi, że hasło to zawsze PIERWSZE CZTERY LITERY NAZWISKA - a nie całe. No tak, od razu mi się przypomniało: w dawnych czasach, gdy na potęgę korzystałam z biblioteki, ciągle to było w użytku, w różnych wersjach, bo mam trzy karty (na siebie, na córkę i na jej ojca) na różne nazwiska. I teraz powiedzcie mi - czy informatycy ZAWSZE są tacy niekumaci? Ech.

Na okładce wyczytałam niewiele:
W gruncie rzeczy nie było to zbyt zachęcające, no ale jakem się poświęciła tak i jadę, jak zwykł prześmiewczo mówić Ojczasty przy różnych okazjach.
I wiecie co?
Całkiem przyzwoita powieść dla młodzieży! Realia lat sześćdziesiątych (ech, ta okładka), Warszawa, Kasia przyjeżdżająca na dwa tygodnie do starszej siostry-lekarki, z małego prowincjonalnego miasteczka, ale bynajmniej nie zahukana nieśmiała dziewczynina, jakiej można by się spodziewać. Wręcz przeciwnie, pewna siebie, oblatana, orientująca się i w samej stolicy. A przy tym dobra, w starym rozumieniu tego słowa - pomocna ludziom, empatyczna - i myśląca, inteligentna. W pewnym momencie tego długiego kwietniowego dnia, podzielonego na dziewięć historii-rozdziałów, jej droga przecina się z wędrówką Janusza, który czuje się niekochany we własnej rodzinie, gdzie starszy brat-student gra pierwsze skrzypce, i który właśnie zdecydował się na wagary.

Ach, jakże prawdziwie pokazany jest ten poranek wagarowicza, z wszelkimi jego trudnościami: żeby nie spotkać nikogo znajomego, nie natknąć się na nauczyciela, pozbyć się gdzieś teczki i tarczy z rękawa, ukryć i przemelinować na czas niepogody (kwiecień-plecień... w istocie cała powieść wypunktowana jest ciągłymi zmianami pogody, podobnie jak nieustanne są zmiany relacji między młodymi bohaterami). Jak ja to dobrze znam z autopsji :) Nie żebym takim wagarowiczem strasznym była, nie nie, ja przecież z tych, no, prymusów raczej :) ale zdarzało się, oj, zdarzało - chcieć uniknąć jakiejś klasówki - i zazwyczaj sprawa była prosta, bo całkiem zwyczajnie zostawałam w domu, przecież rodzice już wcześniej wyszli do pracy - ale było i tak, że ja już mam zaplanowane od poprzedniego wieczoru wagary, a tu rano coś mama nie wychodzi, nie zbiera się o wpół do siódmej, co jest? Okazuje się, że wzięła sobie wolny dzień z jakiegoś tam powodu - i trzeba z domu wyjść. A tu pogoda w kratkę, całkiem jak w Niespokojnych godzinach, miasteczko małe, cały czas w strachu, że ktoś znajomy rodziców mnie dostrzeże, włóczę się po bocznych uliczkach, w końcu ląduję na dworcu kolejowym, żeby się zagrzać... ech, do dziś to pamiętam. Wagary to nie dla mięczaków sprawa!

Jak potoczy się dalej ten dzień dla naszych bohaterów, których dotknęła miłość, którym przydarzyło się to wielkie uczucie, na które każdy czeka i z którym niełatwo się uporać - przeczytajcie sami. Idźcie do biblioteki, pożyczcie, podsuńcie własnym dzieciom, którym przychodzi dokonywać pierwszych wyborów moralnych i zmagać się z nieprostymi dylematami. I pamiętajcie:
Jeżeli człowiek nie oczekuje w życiu nic takiego, co zaledwie można przeczuć, jeżeli już wszystko ma się za sobą, nie przed sobą, to musi być bardzo smutno.

Zapomniałabym: to świetna książka dla varsavianistów! Bohaterzy ciągle krążą po mieście, wydeptują ulice i dzielnice, Kasia zachwyca się trasą W-Z i "elektrycznymi schodami", jednocześnie pełno tam jeszcze ruder-pozostałości wojny. Można chodzić po Warszawie z powieścią w ręku i porównywać.

A mnie właśnie doszła tortilla na patelni, więc udaję się do stołu :) Smacznego i Wam sobotniego obiadku!

Początek:
i koniec:


Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 2007, 198 stron
Z biblioteki na Rajskiej
Przeczytałam 24 października 2014 roku

sobota, 27 września 2014

Irena Jurgielewiczowa - O chłopcu, który szukał domu

Kontynuuję projekt IRENA JURGIELEWICZOWA. Co prawda pożyczyłam z biblioteki kilka jej książek, ale jakoś wzięła mi się na razie własna.
Z tej tu półki:
Odnalazła się, bo pisałam wcześniej, że nie wiem, gdzie jest. A gdzież mogła być, skoro została kupiona w tym roku? Tylko na najnowszym regale!

To niewesoła historia. Powstała w 1947 roku, po wojnie. I o następstwach tej wojny traktuje. Oto idzie przez las mały chłopczyk, Piotruś. Wojna pozbawiła go rodziców i domu. Wędruje przed siebie, choć brak mu już sił i tylko myśl o wróżce Miłoradzie, o której niegdyś opowiadała mu mama, dodaje mu odwagi. Na szczęście spotyka kowalową - ciotkę Martę, jak kobieta każe się nazywać i od tej pory idzie razem z nią, do jej domu, w której czekają dwie małe dziewczynki. Niestety po dotarciu na miejsce okazuje się, że Kasi i Trusi już tam nie ma. Oszalała z bólu ciotka Marta pozostawia gospodarstwo na głowie Piotrusia i udaje się na poszukiwania córek. Piotruś bardzo się boi zostać sam w obcym domu, ale oswoić się ze wszystkim pomagają mu kotka Pamela i pies Kitaj.
Kowalowa wraca z niczym, ale Piotruś znajduje napis zostawiony przez starszą z córek, wskazujący miejsce ukrycia wiadomości dla matki. To kłębek błękitnej wełny, którego jednak nie udaje się odnaleźć w żadnym kącie domu. Piotruś wpada na pomysł, że mogą mu pomóc zwierzęta, potrafiące wcisnąć się do każdej szczeliny - jak jednak im wytłumaczyć, czego mają szukać? I wówczas chłopczyk udaje się po pomoc do wróżki Miłorady, wszak mama zawsze mówiła, że ona opiekuje się dziećmi i zwierzętami. Malec chce, by go zaczarować tak, by mógł się ze zwierzętami porozumieć. Wróżka zmniejsza go do postaci prawie krasnoludka, ale ostrzega, że żaden człowiek nie może go zobaczyć, bo inaczej nigdy już nie powróci do swej postaci.
Dzięki odnalezionemu kłębkowi wełny Piotruś już wie, że dziewczynki wywieziono do Szarego Kraju i postanawia odnaleźć je i przyprowadzić do ciotki Marty. Wyrusza w daleką i niebezpieczną drogę wraz ze swym przyjacielem Kiwajem. Czekać go będzie mnóstwo niebezpiecznych przygód, ale poradzi sobie z każdym niebezpieczeństwem, jeśli wezwie na pomoc odwagę, rozum i serce i będzie pamiętał o radzie wróżki: POMAGAJ.

Przypomniała mi się historia rodzinna o jednej cioci, która wracała do domu w Ełku po wojennej zawierusze, z obozu. I w lesie niedaleko domu spotkała małą dziewczynkę i rozpoznała w niej własną córeczkę. Za każdym razem wszyscy płaczemy, gdy się o tym wspomina... Dziś nie ma już ani tej cioci ani jej córeczki, która wcześnie odeszła na raka :( Znowu się poryczałam.


Początek:
i koniec:


Wyd. NASZA KSIĘGARNIA Warszawa 1972, wyd.III, 174 strony
Z własnej półki (kupione na allegro 25 kwietnia 2014 roku za 4 zł)
Przeczytałam 26 września 2014 roku



Makaron Soba
Kupiłam podczas orientalnego tygodnia w Lidlu i nie wiedziałam, co z nim zrobić. A przy tym ciągle kusił - nawet go do kredensu nie schowałam, tylko leżał cały czas na stole, a ja zastanawiałam się, jak też tu przyrządzić jakieś danie, żeby nie wymagało cudów-wianków w charakterze składników oraz woka w charakterze naczynia.
Tymczasem co chwilę wpadał w dłoń - wręcz kusił, by go brać do ręki, taki jakiś milutki - czekoladowy z wyglądu - i jeszcze podzielony na osobno związane pęczki, jak rozumiem takie akurat dla jednej osoby.
Przed ciężkim tygodniem czekającym mnie od poniedziałku - malowanie jednego pokoju, wizyta u ginekologa (błe), sprzątanie po malowaniu i wizyta rodziny w następny weekend w celach podziwiania - nie chciało mi się kombinować zbyt wiele z gotowaniem (tartę z pieczarkami odłożyłam na jutro), więc z wdzięcznością przyjęłam pomysł tegoż Lidla, by wieczorem przecenić brokuły z 3,99 na 1,99 zł. Dzięki temu miałam też jeden z najtańszych obiadów świata na 2 osoby :)
Koszty:
- brokuł 1,99 zł
- pół paczki makaronu Soba za 2,44 zł
- jeden ziemniak (a' 0,99 zł za kilogram)

Jeszcze się chwilę martwiłam, że zmywania będzie trochę, ale potem dokładnie sobie obmyśliłam i zrobiłam tak:
- do garnka z gotującą osoloną wodą wrzuciłam podzielonego na cząstki brokuła
- po jakimś czasie do tego samego garnka dorzuciłam ziemniaka, pokrojonego drobno
- gdy ziemniak był już miękki, dołożyłam makaron Soba - gotuje się on dokładnie 3 minuty
- po czym odcedziłam całość i przełożyłam na patelnię z rozgrzaną odrobiną oliwy
I na talerze:
Tak więc do zmywania pozostał tylko garnek, cedzak i patelnia, ale to na później, bo jak się okazało, na nas dwie to było całkiem sporo i zostało jeszcze dla którejś na kolację (na tejże patelni). Zaoszczędziłam na półmisku, bo nałożyłam od razu na talerze, jak w barze mlecznym, ale co tam!
Czas przyrządzenia obiadu wyniósł gdzieś tak około 20 minut :)

Uprzedzam: nie jest to nic wystrzałowego, ale jako awaryjne błyskawiczne danie jest idealne. Być może smak wzbogaciłby dodatek ziaren sezamu uprażonych na suchej patelni (o których to ziarnach piszą przy prawie każdym przepisie na Sobę), ale nie miałam i nie dałam. Jeszcze nawet w życiu nic nie prażyłam na suchej patelni :)


wtorek, 9 września 2014

Irena Jurgielewiczowa - Ważne i nieważne

No, to odreagowałam ten nieszczęsny włoski kryminał, pożal się Boże. Zabrałam się za książkę dla dzieci i mogę sobie tylko pogratulować, taka była fajna.
Powieść wyhaczyło moje oko na tej samej półce, gdzie stoją Orlątka z Panną:
wśród innych książek dla dzieci i młodzieży:
Nawiasem mówiąc, chętnie bym zgrupowała całą tego typu literaturę w jednym miejscu, ale mam poważne obawy... że jak już ściągnę ją z półek i zacznę układać na nowo, absolutnie mi się nie zmieszczą z powrotem! I tak to jest - szukam innych Jurgielewiczowych, a tu...
Katalog książek mówi wyraźnie, że w domu są cztery pozycje tej autorki:
- Inna
- O chłopcu, który szukał domu
- Ważne i nieważne
- Wszystko inaczej

Tymczasem na jednej z półek znalazłam tylko tę ostatnią:
A przecież jeszcze powinien być gdzieś Ten obcy, najwyraźniej nie wprowadzony do katalogu. Bordello, moiściewy, bordello! Bodajże to u Guciamal czytałam, że jeden z pisarzy czasem pożycza książkę z biblioteki, żeby sobie przypomnieć okładkę i w ten sposób łatwiej ją znaleźć u siebie. Ktoś z komentujących dziwił się; ileż to trzeba mieć książek (albo jak słabą pamięć). Otóż oświadczam: wcale nie tak dużo! Ja w tej chwili absolutnie nie mogę sobie przypomnieć, jak wygląda powieść O chłopcu, który szukał domu, a przecież nie kupowałam jej dawno temu - myli mi się z radziecką powieścią O pechowcu, który miał szczęście... też chyba powinnam iść do biblioteki :)

Irena Jurgielewiczowa to autorka dobrze znana dawnym czytelnikom, Ten obcy to była przecież lektura szkolna (nie wiem, czy dalej jest, bo już się w tych roszadach - to usuwają, tamto dodają - nie wyznaję). Zerknęłam do cioci Wiki i ze zdumieniem odkryłam, jaki to był solidny przedwojenny materiał - żyła ponad sto lat! Najwyraźniej jednak nie utrzymywała się z pisania, bo tych pozycji nie ma zbyt wiele, zdołała sobie jednak zarobić na Order Uśmiechu i jako pierwsza polska autorka znalazła się na międzynarodowej liście najlepszych książek dla dzieci.

Ważne i nieważne podejmuje temat - jeden z moich ulubionych w literaturze dziecięcej - przeflancowania dziecka wiejskiego na grunt miejski i trudności, z jakimi ten proces się odbywa. Przy czym zawsze powstaje pytanie - czy było warto. Nawet jeśli takie dziecko szybko się zaaklimatyzuje i dostosuje do nowych "miastowych" warunków, zawsze mam poczucie utraty. Czegoś cennego i niezastąpionego. Coś za coś. Znika gdzieś ta świeżość i bezpośredniość, pojawia się myślenie i kalkulowanie.
Bohaterką Ważnego i nieważnego jest Terka, mieszkająca z mamą i dziadkiem w Starej Gajówce, położonej na uboczu, toteż dziewczynka poza szkołą jest pozbawiona kontaktu z rówieśnikami. Jeszcze rok temu mieszkali z nimi ciocia i wujek z Lucynką, cioteczną siostrą Terki i była to przyjaźń nieoceniona, obu dziewczynkom nie zamykały się buzie od nieustającego gadania, zwierzania się, wspólnych marzeń. Ale Lucynka z rodzicami wyjechali do Warszawy i od tej pory przyjaciółkom pozostały już tylko listy. Listy, w których Terka odkrywa z czasem coś niepokojącego, niezrozumiałego - Lucynka zachwyca się nowym miastem, nową szkołą i nowymi koleżankami, co już jest najgorsze. Czyżby ich przyjaźń miała się zachwiać? Okazuje się jednak, że Terka z mamą i dziadkiem też pojadą do Warszawy - na wsi brak dla matki pracy. Na razie zatrzymają się u rodziny i Terka już cieszy się na to nowe mieszkanie razem. Nie przychodzi jej nawet do głowy myśl, że jej ukochany pies Kitka mógłby z nimi nie jechać... Dorośli jednak myślą inaczej - nie dość, że zwalają się w trójkę na głowę kuzynom, to jeszcze pies? Przez delikatność nawet się o tym nie wspomina. Terka będzie musiała rozpocząć samotną walkę - samotną, bo jakoś Lucynka je w tym nie dopinguje. A to tylko początek problemów. Bo ta miastowa Lucynka okazuje się całkiem inną niż była wcześniej: wstydzi się wsiowych sukienek Terki, jej uczesania w prosty warkocz, a już najbardziej właśnie tej ukochanej dawniej Kitki - przecież to zwykły kundel, gdzie jej tam do miastowych rasowych psów, którymi można zaimponować koleżankom na podwórku. Czy uda się odzyskać dawną przyjaźń?

Początek:
i koniec:

Wyd. Nasza Księgarnia Warszawa 1971, wyd.I, 204 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 7 września 2014 roku


W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film radziecki z dorobku aktora Stanisława Lubszina - PIERWAJA LIUBOW - PIERWSZA MIŁOŚĆ (Первая любовь), reż. Wasylij Ordynskij, 1968
Na YT znalazłam tylko fragment, ciężko się przegrzebać przez zasoby portalu z tak banalnym tytułem:


Według powieści Iwana Turgieniewa. Wczorajszy gimnazjalista zakochuje się w sąsiadce z daczy, która kokietuje wszystkich dookoła, również jego. Młodzieniec cierpi, ale nie przypuszcza, że szczęśliwym rywalem jest jego własny ojciec.

2/ kolejny film z dorobku Janusza Nasfetera - MÓJ STARY, 1962
Na YT w całości:


Dwunastoletni Paweł Grzela (Tadeusz Wiśniewski) mieszka z matką w starej warszawskiej kamienicy. Odczuwa brak ojca, który wiele lat wcześniej wyjechał za granicę. Koledzy Pawła wciąż mówią o swoich ojcach i przechwalają się ich dokonaniami. Autorytet chłopca rośnie, gdy odkrywa, że nieobecny tato był niegdyś słynnym cyrkowym zapaśnikiem. Wkrótce ojciec Pawła zapowiada swój powrót z Francji...

3/ film czeski JAK UTOPIĆ DOKTORA MRACZKA (Jak utopit dr. Mráčka aneb konec vodníků v Čechách), reż. Václav Vorlíček , 1975
Na YT fragment:


Jana Vodiczkova jest prawie zwyczajną uczennicą liceum, która różni się tylko tym od innych, że jest „wodniczką”. Wraz ze swą rodziną mieszka w starym domu nad brzegiem Wełtawy, a w czasie wakacji bardzo chętnie spędza czas na basenie. To właśnie tam ratuje życie tonącemu doktorowi Mraczkowi, nie wiedząc, że za próbą wyprawienia doktora na tamten świat odpowiedzialni są członkowie jej rodziny, na czele z despotycznym Wassermanem. Powodem ataku na doktora Mraczka jest to, iż ten jako pracownikiem urzędu lokalowego, otrzymał zadanie przeniesienia rodziny Vodiczków z wilgotnego domu do mieszkania w blokach z centralnym ogrzewaniem.

4/ film NIECH ŻYJE REŻYSER! (Kantoku - banzai!), reż. Takeshi Kitano, 2007
Na YT trailer:


Surrealistyczna komedia, która ma być hołdem wobec japońskiej kinematografii. Opowiada historię pewnego pechowego reżysera chcącego nakręcić kasowy przebój. Jednak jego droga do stworzenia filmu jest usiana wieloma przeszkodami...

5/ film polski MIŁOŚĆ, reż. Sławomir Fabicki, 2012
Trailer:


Marcin Dorociński oraz wschodząca gwiazda polskiego kina Julia Kijowska (najlepsza aktorka MFF w Salonikach) w poruszającej opowieści autorstwa Sławomira Fabickiego ("Z odzysku"), której pierwsze pokazy wzbudziły wielki entuzjazm widzów i krytyki. "Miłość" to historia kobiety uwikłanej w trudną relację, której konsekwencje wystawią jej szczęśliwe małżeństwo na długotrwałą próbę. W życie dwójki trzydziestolatków wkracza ktoś, kto sprawi, że będą musieli na nowo określić, czym jest dla nich wzajemne uczucie. Początkowo ufni i otwarci, potem zagubieni i coraz bardziej oddalający się od siebie bohaterowie zmuszeni są postawić sobie niezwykle ważne pytania. Czy chcą się wszystkim dzielić i czy wszystko powinni wiedzieć? Jak wiele są w stanie wytrzymać i co teraz oznacza dla nich słowo "kochać"? "Miłość" to film zainspirowany prawdziwą historią.