Lubię te Donny Leon, no bo Wenecja. Nie wiem, czy bym lubiła, gdyby te kryminały miały akcję w Hongkongu albo choćby w Monachium 😁 Ale nawet Wenecja nie pomaga, gdy sposób pisania autorki zaczyna mnie troszeczkę... nie wiem, wkurzać? Aż tak to nie. Ale irytować co nieco to już tak. Ma manierę dokładnego opisywania pewnych scen, z czego czytelnik wysnuwa wniosek, że ta konkretna scena jest istotna, że coś wniesie, że coś może się stanie. A tu nic z tych rzeczy. Po prostu lanie wody. Na przykład: scena w szpitalu, na korytarzu leży ranny, Brunetti wstaje z krzesła i podchodzi do noszy, żeby mu się przyjrzeć. Komisarz ugiął nogi i pochylił się nad mężczyzną, wspierając się ręką na noszach. Po co to ugiął nogi? Samo pochylenie się nie wystarczy? Po co takie detaliczne opisy? W cukierni kobieta z obsługi wychodzi z pomieszczenia z prawej strony z tacą brioszek, przechodzi za bar i wsuwa tacę do gablotki nad ladą. No i? Co z tego, że z prawej strony?? Ojacieniemoge.
Zresztą, jak spojrzycie na pierwszą stronę, też to zobaczycie. Choć tam akurat zirytowała mnie czwarta linijka (co ja taka irytująca się jestem? pewnie dlatego, że nie noszę krawata). Przegląda gazetę dla zabicia czasu. Najpierw pomyślałam, że znalazł ją na ławce, gdzie usiadł. Ale nie, to jego gazeta, okazuje się. To po co ją kupił, skoro nie zamierzał czytać - tak tylko przegląda dla zabicia czasu. No, chyba że za prawdziwe czytanie zamierza się zabrać w pracy 😉
A jeszcze a' propos wtrącania obcojęzycznych słów. Nie rozstrzygnęłam, jak to powinno być. Przykład: zajrzał do drewnianej armadio czy do drewnianego armadio? Armadio to szafa, ale po włosku jest rodzaju męskiego. Więc co wtedy? I dlaczego akurat szafę napisać po włosku?
Dawniej irytowała mnie Paola, żona komisarza, taki wzór doskonałości - nie dość, że wspaniała żona i matka, to jeszcze profesor na uniwersytecie (czytaj: intelektualistka) i cudowna kucharka. Jej umiejętność godzenia wszystkich tych ról (nie zapominajmy jeszcze o byciu córką arystokratów) mogła wpędzić w niemałe kompleksy. Dzisiaj, gdy czytam, że pomiędzy prowadzonymi na uczelni zajęciami przygotowuje trzydaniowy obiad, w tym piecze ciasto na deser, a potem jeszcze taką samą kolację (nie, nie myślcie, że odgrzewa to, co zostało z obiadu), to cóż... a niech jej tam będzie na zdrowie, widać contessy mogą więcej 😂
Początek:
Koniec:
Wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2021, 353 strony
Tytuł oryginalny: The Temptation of Forgiveness
Przełożył: Marek Fedyszak
Z biblioteki
Przeczytałam 4 października 2022 roku
Impresja wenecka z targu 😏
W powieści komisarz Brunetti idzie do szpitala ulicą Barbaria de le Tole, więc wołam córkę, czy myśmy czasem nie mieszkały przy tej ulicy. Córka z całej Wenecji pamięta głównie niejaką Elenę Cicinskaite grającą na lutni, bowiem wybrałyśmy się pewnego wieczoru na jej koncert i to nazwisko moje dziecko po prostu zafascynowało (tudzież miny, jakie artystka serwowała przy grze) 😂
Zajrzałam jednak na google maps, pamiętam przecież, że to nasze palazzo było właśnie blisko szpitala, zwłaszcza że w owym szpitalu spędziłyśmy pół dnia, gdy mi dziecko zemdlało na łodzi płynącej na Burano.
/tak, pogotowie przyjechało po nas też łodzią/
/czyli właściwie przypłynęło/
/w tym szpitalu pierwszy raz w życiu i mam nadzieję, że ostatni, bo po co mi takie wrażenia, widziałam na ekranie monitora, jak otwierają się zastawki w sercu i bucha przez nie krew, po czym znów się na chwilę zamykają - fascynujące/
No i tak, faktycznie mieszkałyśmy na Barbaria de le Tole, dziś rano w przypływie nostalgii zaczęłam szperać po szufladach w poszukiwaniu płytek ze zdjęciami stamtąd, ale krucafuks tylko jedną odkryłam (coś podejrzewam, że reszta zdjęć jest na tym dysku zewnętrznym, którego żaden komputer już nie widzi). I z tej jednej jedynej znalezionej płytki tu oto kilka zdjęć sprzed 15 lat... Na pierwszym klatka schodowa w palazzo.
SYTUACJA DŻENDŻEJOWSKA
Jest lepsza, o niebo lepsza, acz nie doskonała.
Bo jednak najlepiej by było, gdyby Ojczasty miał opiekę cały czas.
Ale nie narzekajmy. Brat mi wczoraj wyjawił tajniki pani Grażynki, bezdzietnej wdowy. Mąż jej zmarł rok temu i wtedy wyszło na jaw, że tak jakby nie płacił czynszu (mieszkali w bloku) od dawna. Ponoć popijał. No i przepił chatę w sumie, bo panią Grażynkę wyeksmitowano. Wynajmuje jakąś norę z piecem kaflowym, ale na węgiel nawet nie ma (emeryturę ma pewnie taką, jak ja). Z bratem się znali oboje, bo w większym towarzystwie jeździli przed laty nad jakieś jezioro, gdzie wynajmowali domki.
Wczoraj pani Grażynka zatelefonowała do brata po szychcie (na dwie godziny ma przychodzić, codziennie), sumitując się, że wiele nie zdziałała - bo Ojczasty był bardziej nastawiony na gadanie 😁 I to jest bardzo dobre, bo przecież strasznie mu brakuje kontaktu z ludźmi. Jeszcze gdy był bardziej na chodzie zarzucił odwiedzanie resztek znajomych, no bo co, głuchy przecież.
Przyszło nam do głowy - jednocześnie i mnie i bratu - pewne rozwiązanie, domyślacie się jakie?
Ale na to grubo za wcześnie. Zobaczymy, jak się będzie układać.











































