Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z knihobudki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z knihobudki. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 października 2026

Zbigniew Kiwka - Araukarie pana Crolla

Takiego rupiecia zgarnęłam z osiedlowej knihobudki miesiąc temu, z zamiarem szybkiego przeczytania - ciągle sobie mówię w takich niejasnych przypadkach (dziwne książki o nigdy nie słyszanych tytułach i autorach), że raz-dwa przeczytam i być może odniosę... po czym na podłodze gromadzą się stosy. Toteż w listopadzie chyba zabiorę się ZNOWU (po dwóch latach) za odkurzanie i ponowną segregację. W listopadzie, bo córka znów jedzie pilnować kota i będę mogła swobodnie robić bałagan, a co! 😂


Znaleźć coś w internecie o tej pozycji to ciężka sprawa. Owszem, autor ma swoje hasło na Wiki, ale to tylko parę podstawowych faktów: gdzie się urodził, gdzie mieszkał (w Słupsku, Goooosia może powinna coś wiedzieć na ten temat 😁), kiedy debiutował, tytuły kilku wydanych powieści, reszta pozostała w rękopisie. Tematyka - wojna. Trochę tego jakby dość... ale to książka pisana pod koniec lat 60-tych, więc sprawa była ciągle jeszcze żywa (dwadzieścia osiem filmów o tym zrobiłem). Co prawda Kiwka miał zaledwie 13 lat, gdy wojna się skończyła, ale niewątpliwie wpłynęła na jego życie - rodzina była repatriowana do Polski. 

Narrator Araukarii pana Crolla jest literatem i z grupą pisarzy znalazł się w Berlinie, gdzie urywa się z oficjalnych uroczystości, by spełnić prośbę starca nad grobem, poszukującego syna zaginionego w czasie wojny. Twierdzi, że ten syn jest teraz sławnym śpiewakiem o zmienionym nazwisku, funkcjonującym na Zachodzie, więc pisarz obiecał mu, że znajdzie na to dowody. W tym celu odwiedza w Berlinie Zachodnim dawnego komendanta lagru, przypuszczając, że to on wywiózł i przekazał niemieckiej rodzinie zdolnego chłopca. To właśnie Johann Croll, który - jak wielu innych hitlerowców - nie poniósł po wojnie żadnej odpowiedzialności, a teraz świetnie prosperuje. Tenże Croll jest opiekunem czy też przybranym ojcem Gerdy, z którą narrator miał jeszcze w Polsce romans, a teraz dziewczyna szykuje się do zamążpójścia za... syna Crolla (ale tak naprawdę kocha jego, narratora, ha ha). Cała historia jest tak pogmatwana, a to jesteśmy w Berlinie wcześniej, a to później, a to czas wojny, też poplątany, jakieś rozgrywki partyzanckie, jakaś Xymena przyjmująca w swym domu Niemców, ale szpiegująca dla Polaków, karuzela różnych nazwisk - gubiłam się w tym, być może i dlatego, że nie czytałam jednym ciągiem, tylko po kawałku, bo - szczerze - niezbyt byłam zachwycona tą lekturą i doczytałam z jakiegoś dziwnego obowiązku 😏 Elementem humorystycznym (żeby nie powiedzieć baśniowym) było kilkukrotne wspomnienie o tym, że Gerda jest znudzona dobrobytem, znużona i rozczarowana, że chciałaby z nim wrócić do Polski, że w Polsce życie byłoby może interesujące, dalekie od tego toczącego się ponad próżnią. Tylko to życie miałoby godność i sens 😉

A na koniec muszę wspomnieć o kiepskiej pracy redaktora i korekty w Wydawnictwie Poznańskim, no nie przyłożyli się w tym wypadku, dużo błędów językowych, niezręczności. Stangreci ubrani są w czarnych liberiach. Z oczu Marthy wysunęło się parę łez. Popadałem w długie fazy milczenia. 

Bez żalu odnoszę do  budki. 

Początek:

Koniec:


Wyd. Wydawnictwo Poznańskie 1970, 180 stron

Z knihobudki (czyli do niej wraca)

Przeczytałam 25 października 2026 roku


Z życia emerytki 

Wczoraj migrenowo i choć po paru godzinach zelżało (nie żeby samo, tabletka pomogła) to już mi się nie chciało wyłazić z łóżka. Czytałam drugi tom Prousta (ale ma 600 stron, a dałam radę 125, więc jeszcze droga daleka) zerkając co chwilę na Waszą ulubioną ścianę 😂

Migrena nie wzięła się znikąd. Poprzedniego wieczora będąc w toalecie zwróciłam uwagę na nieustannie lejącą się wodę słyszalną w pionie kanalizacyjnym. Przy tej nowej rurze plastikowej  doprawdy nie jestem w stanie stwierdzić, czy to dźwięk z rury czy nie-daj-boże leje się z góry gdzieś w pionie. Nawet odkręciłam płytkę w zabudowie i świeciłam telefonem, ale wody nie widziałam. Jednak było to w cholerę niepokojące - że tak cały czas słychać, a nie zrywami, gdy ktoś spuszcza wodę w toalecie. Było po 22.00, ale poszłam do sąsiadki wyżej. Pukania oczywiście nie słyszała (podwójne drzwi, telewizor głośno, bo niedosłyszy), ale na szczęście odebrała telefon, więc mnie wpuściła. I szerokim gestem ukazała na ławę w dużym pokoju, zastawioną bukietami. Miała 80-te urodziny. Ładnie pięknie, gratulacje, ale czy mogę zajrzeć do ubikacji. Tam nic się nie dzieje. Jednak słyszę jakiś jednostajny szum z łazienki. Pralka? Ale pralkę ona ma przecież w kuchni. Mogę zajrzeć? Proszbardzo.

Otwieram drzwi i bucha na mnie gorąc. W brodziku leży słuchawka od prysznica i leje się z niej woda. Spływa sobie, więc OK, ale na co po co. Puściła, żeby spłukać brodzik... i zapomniała. Trzy godziny temu. Ten szum to nie był szum wody, tylko - piecyka gazowego! Który chodził od 3 godzin!

Nosz k. 

- Znowu mnie Pani uratowała!

Taaa? Chyba siebie. I innych sąsiadów. Przecież ten piecyk mógł wybuchnąć albo co. Dostała prikaz, żeby go do następnego dnia nie używać, niech ostygnie. 

Ale coraz bardziej się martwię. Ostatnio sama wspomniała, że myśli o likwidacji tego cholernego piecyka i przyłączeniu ciepłej wody, toteż nawet będąc w Spółdzielni w Wiadomej Sprawie Knihobudki zapytałam i o to. Bez problemu, wpłaca 3800 i robią. Przekazuję jej info.

- Nie jestem na to gotowa psychicznie.

Aha. Ja jestem gotowa już od dłuższego czasu, bo ten jej piecyk nie daje mi spokoju. Że też się nie da zmusić administracyjnie do wymiany...

Tak że kogo by zdziwił globus następnego ranka?  

poniedziałek, 12 października 2026

100 pomysłów na małe mieszkanie. Koncepcja i tekst: Maria Tyniec

Tag Z knihobudki oznacza, że coś stamtąd przyniosłam i to coś z powrotem odnoszę 😂 Wiem, jest to mylące, bo mam już setki książek przytarganych z takich miejsc i nawet je od czasu do czasu czytam, ale zostają u mnie (póki co), więc tego tagu tam nie daję. Trzeba było na samym początku inaczej to wymyślić, teraz za późno. 

Tę (po)pierdółkę jak z budki brałam od razu wiedziałam, że nie ma co się szykować na fajerwerki pomysłów. Ani na ciekawe ROZWIZANIA 🤣

Pomysł nr 3 na przykład to zestaw tych dwóch zdjęć, z informacją, że i małe mieszkanie można urządzić jak się chce 😂


W pomyśle nr 4 autorka radzi, żeby rzeczy rzadko używane schować, żeby nie zawadzały. Toż to genialne! Jest tam więcej takich przemyśleń: w MAŁYM mieszkaniu przydadzą się zapasowe krzesła albo drabinka, wszystko to przecież bez problemu schowacie.


Czytelnik może sobie nie zdawać sprawy z tego, że drzwi szafy potrzebują miejsca na otwarcie, więc całe szczęście, że w książce znajdą tę informację! Przy okazji - często widujecie w małych mieszkaniach szezlongi?


A tu taka ciekawostka wymiarowa - chodzi o to, ile miejsca potrzebujecie w przedpokoju na poszczególne czynności: wkładanie butów, wkładanie płaszcza samemu i z pomocą drugiej osoby - jak widać poniżej tyle samo. 

A wśród ilustracji takie oto urokliwe małe mieszkanko. Mogłoby być - wyczerpana przy garach osuwam się na kanapę bez zbędnych kroków. Że słup? Jaki słup?!


Pomysł nr 100 - wybierz lampy, które pełnią więcej niż jedną funkcję.

Szczerze gdybym miała powiedzieć, że jest tu jakaś dobra rada, to tak, jedną znalazłam - żeby wybrać uchwyty wpuszczane w drzwi szafek (to głównie w kuchni). Komuś to faktycznie może nie przyjść do głowy, a w ciasnej kuchni wystające uchwyty też zabierają miejsce. Nie zgodzę się natomiast z twierdzeniem, że przed szafą należy zostawić 120 cm wolnego miejsca - mówię to z doświadczenia, mam w sypialni odstęp między szafą a łóżkiem 60 cm - i wystarcza. Co innego, gdyby tam były szuflady, oczywiście. Tak samo nie musicie mieć w małej łazience minimalnie 110 cm na wytarcie się po kąpieli - mamy 80 cm i jakoś obywa się bez wygibasów...

Taka to publikacja. 

Przeczytałam 7 października 2026 roku 


W piątkowy wieczór córka wpada do domu z wiadomością, że jakiś facet ładuje pełno książek do naszej budki. Rzucam wszystko i lecę, wiadomo 😁 


Wszędzie podwójne rzędy! Ciężko było przejrzeć nawet, no bo jak. Ale jakoś to poukładałam. Połowę z tych książek znałam z domu... nie żeby od razu przeczytane, ale same okładki towarzyszyły mi przez tyle lat... Ktoś likwidował inteligencką bibliotekę. Szkoda, że już go nie było, gdy przyszłyśmy, dopytałabym o dzieje.
Teraz jest już trochę przebrane i dokopałam się do dwóch książeczek w moim ulubionym formacie - małe i cienkie 🤣 Wtedy w piątek wzięłam jeszcze pięć innych, tylko zdjęcia nie zrobiłam. Ale wszystkie takie mikrusy, słowo daję!


Wczoraj seans z gatunku na ostatnią chwilę: film jugosłowiański z 1967 roku Nóż - kryminalny, czarno-biały, z elementami humoru, mniam mniam. A gdyby ktoś przez przypadek znał Belgrad z tamtych czasów, to już w ogóle.

Belgrad, lata 60. XX w. Kiedy popularny piosenkarz, Aleksandar Kiš, zostaje zamordowany w swoim mieszkaniu, śledztwo obejmuje komisarz Marko i jego asystent. Szybko okazuje się, że powszechnie lubiany gwiazdor nie był tak kryształową postacią, za jaką uchodził, a krąg podejrzanych coraz bardziej się poszerza.

Tutaj do zobaczenia jeszcze dziś lub jutro. Oni tam na Arte wiecznie ściemniają: pod filmem piszą dostępny do 14 X do 5:00, a gdy się klika na info u góry po prawej to jest do 15 X. Jeśli wierzyć pierwszej opcji, oznacza to dokładnie to, co napisałam - dziś i jutro, więc się pospieszcie! Mało chyba kina tamtejszego można u nas zobaczyć. Kusturica wiadomo, znany, a tak to Jugosławia słynęła z filmów wojennych (partyzanckich), no i z koprodukcji, bo plenery jugosłowiańskie były dość popularne, choćby filmy o Winnetou. Zajrzałam do tomiszcza Kino epoki nowofalowej i znalazłam tam nazwisko aktora, który w Nożu grał komisarza, piszą, że miał na koncie liczne występy w dziełach czarnej fali, ale to role bohaterskich partyzantów przyniosły mu status gwiazdy.

 

W piątek mam wizytę u zakaźnego (wiecie, ta ciągle niezdiagnozowana historia wątrobowa), więc dziś rano udałam się na pobranie krwi. Wchodzę i cóż moje kaprawe o tej nieludzkiej porze oczy widzą? Ale to nie że ja tylko mało nie zemdlałam, każdy patrzył z niedowierzaniem na to, co widział w korytarzu czyli na kolejkę ciągnącą się do końca, a tam zakręcającą w bok. Upewniłam się, że to ta (pod drugą ścianą stała kolejka do EKG czy coś) i potulnie zajęłam miejsce, ale po kilku minutach poszłam przeliczyć wszystkich. Byłam wówczas 41., z tym, że w dalszej części korytarza siedzieli jeszcze ludzie przemieszani z obu kolejek, więc w sumie nie wiadomo. Przez cały ten czas przesunęliśmy się o jakieś 30 cm do przodu, co jeden z panów skomentował:

- Pewnie ktoś schudł, no bo bez jedzenia...

Chętnie bym schudła, ale nie za tę cenę, więc w końcu poszłam precz. Fajna wycieczka była. Jutro niestety powtórka z rozrywki, bo nie chcę zostawiać na środę, nie wiem, czy wyniki by były na piątek... Z tym, że nastawię budzik, żeby pojechać jeszcze wcześniej (jak pomyślę o pielęgniarce, która próbuje mi się wbić w żyłę już ledwo widząc na oczy przy setnym pacjencie...). Matko jedyna, a obiecywałam przecież budzikom śmierć 🙄

 

Ale może dość użalania się, wróćmy do początku października. Przeczytałam na FB (bo gdzie niby indziej), że będzie otwarcie bronowickiej filii bibliotecznej, więc się wybrałam. I teraz zapraszam na mały fotoreportaż 😁











Biblioteka malutka, kompaktowa, jak to mawiają, część dla dzieciaków i druga dla dorosłych, ale uwaga! jest też toaleta! To się tak często nie zdarza. Może w tych nowo remontowanych? 

Kiedyś miałam pomysł, żeby odwiedzić wszystkie filie, że niby co tydzień jedna, ale tego się nie da zrobić... w sensie, że z każdej miałam pożyczyć książkę i przeczytać, no to gdzie tam. Zwłaszcza, gdy NIE CHCĘ przecież pożyczać 😂 W bibliotece bronowickiej cóż, pożyczyłam - Spacerownik po Prądniku. Po czym wpadłam na pomysł, że taki Spacerownik to trzeba w domu mieć, a nie pożyczać z biblio (mam dwa: Stare Miasto i Bronowice), więc zadzwoniłam do Rady Dzielnicy ichniej, gdzie mi powiedziano, że były na stoliku do wzięcia, ale już nie ma, niemniej jednak żeby napisać maila. Napisałam. Przyszła odpowiedź, że fakt, mieli 20 czy 30 egzemplarzy od autorki i rozdali, ale żeby pytać jeszcze w trzech miejscach - na razie się nie zebrałam w sobie i nie wiem, na co czekam 🤣

No, a idąc sobie spacerkiem z Bronowic do domu usłyszałam, że nadeszła wiadomość na Messengerze. I oto pyta się znajomy sprzed 35 lat, czy ja to ja, bo mnie znalazł na FB, a szuka kontaktu do mojego Ślubnego. Jak zaczęliśmy gadać, to końca nie było. Że właśnie były obchody stulecia Żaczka i nikt nawet się nie zająknął o Ślubnym, który tam rozwinął niespotykaną wcześniej działalność i on, ten znajomy, chce o tym ważnym epizodzie napisać, ale chciał to trochę ze Ślubnym uzgodnić. Obiecałam, że po powrocie do domu odnajdę numer telefonu i dam znać. Odnalazłam, ale usłyszałam, że nie ma takiego numeru. A ten znajomy mówił, że gdy Ślubnego szukali po internetach, to znaleźli nagrobek w Bolesławcu z jego imieniem i nazwiskiem oraz jego rokiem urodzenia. Hm. A cóż by on robił akurat w Bolesławcu? Ostatni kontakt z nim miałam parę lat wcześniej, gdy Ojczasty prosił, żeby do niego zadzwonić i dowiedzieć się, co słychać (Ojczasty pozostawał z nim w kontakcie listownym, ale już nie dawał rady czytać/pisać). Odnalazłam zdjęcie tego nagrobka - na szczęście dzień i miesiąc urodzin były inne 😀 Nie żebym pamiętała, ale akurat córka mi przecież przywiozła akt naszego ślubu, który brat zabrał z likwidowanego mieszkania rodziców, więc był pod ręką.

Dzwonię więc do znajomego i mówię, żeby kupił sobie znaczek i napisał list, bo mam tylko adres na jakiejś wsi tarnowskiej. A jaka to wieś, pyta. Mówię. 

- O, to ja znam, tamtędy jeżdżę, gdy muszę coś tam...

Kurde, jaki ten świat jest mały 😂

Obiecał, że pojedzie i da mi znać, więc czekałam trochę w nerwach, co z tym Ślubnym. Jestem wdową czy nie? Ale chłop ma dopiero 68 lat...

No i pojechał i znalazł go! Ślubny się mocno zdziwił, jak go zobaczył po 30 latach z okładem - ale miło sobie pogadali i powspominali Żaczkowe czasy (byli współpracownikami). 

Ślubny dawno temu pozwijał wszystkie swoje interesy i kupił jakąś gospodarkę czy co i sobie żyje powolutku: ma kury, kaczki, 2 psy i 7 kotów 😂 Jak z nim wtedy rozmawiałam, wspominał, że robi też nalewki. Jak to się w życiu dziwnie plecie, człowiek tak aktywny, zawsze z milionem pomysłów. 

poniedziałek, 28 września 2026

Kazimierz Kutz - Portrety godziwe

Bardzo specyficzny styl, który mi nie przypasował, a nawet trochę zmęczył. I teraz się boję, że tom Klapsy i ścinki, który gdzieś tam w drugim rzędzie czeka, a który jest znacznie obszerniejszy, też może być ciężkostrawny, ale z drugiej strony tam są znacznie krótsze formy, bo to Kutza alfabet filmowy, więc może brak miejsca na rozpasane rozpędzanie się 😂

Postacie, którym Kutz poświęcił wspomnienia, znamy, choć zdarzyli się i tacy jak Janusz Sidło, gdzie wie się jedynie, że owszem, był taki, oszczepem rzucał. Z racji niedawnego serialu o lekarce na Śląsku ciekawe było poczytać o generale Ziętku, tak pięknie tam zagranym przez Mariana Dziędziela. Z zainteresowaniem też przeczytałam o Gierku i jego smutnym końcu. Esej o mocowaniu się z Łomnickim - nie nie nie. Generalnie Kutz lubi dać do zrozumienia, że coś wie, ale nie powie.

Bez żalu odnoszę do knihobudki. 

Początek: 

Koniec: 

Wyd. ZNAK, Kraków 2004, 160 stron

Z knihobudki

Przeczytałam 24 września 2026 roku 


Na FB wątek Książka, którą krytycy uważają za arcydzieło, a ty ledwo przez nią przebrnąłeś - od razu wiedziałam, że będzie tam Mistrz i Małgorzata i jest, nie zawiedli 🤣 Najlepszy jest komentarz, gdzie czytelniczka dojechała do sceny tańców w Klubie Literatów i oburza się, że jak o tym pisać można, w tym samym czasie miliony ludzi konają w łagrach. Ja prdl. Dalej Tokarczuk, Joyce, Mann, Lalka, Pan Tadeusz, Imię róży, Gombrowicz, Faulkner... Niektórzy albo nie zrozumieli tematu wątku albo twierdzą, że Alchemik jest uważany przez krytyków za arcydzieło 😂 Albo Jeździec miedziany. Dwór cierni i róż - aż poszukałam, czyje to arcydzieło, bo w życiu nie słyszałam tytułu 😂 A to wszystko na profilu Książkowzięci... Znaczy - każdemu podoba się co innego, oczywiście, i ja na przykład póki co przez Faulknera też nie przebrnęłam i nawet jestem w stanie zrozumieć, że komuś się MiM nie podobał (mimo własnego uwielbienia), ale po co w to mieszać Coelho i Kinga 😁 

[Najlepszy komentarz: Wolę nie czytać komentarzy, bo dostanę raka mózgu] 

A Wy? Przez co nie przebrnęliście do tej pory? Ale wiecie - chodzi o arcydzieło.

A' propos Bułhakowa. Wczoraj przychodzę na Orlen - tam są trzy budki - koło jednej z nich siedzi pan na ławce i studiuje książkę, a obok ma ułożony stos chyba dziesięciu innych. O, myślę z rozpaczą, ubiegł mnie. Ale w budce jest jeszcze sporo innych, dużo z serii Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej i to ładnie zachowanych. Żem wzięła Gałczyńskiego, z myślą, że robiąc kroki będę się uczyć któregoś wiersza na pamięć 😎 Bo to ponoć dobre na ćwiczenie mózgu i pamięci. 

[Cztery linijki opanowałam, wybrane na chybił trafił. I to jeszcze mamrotałam w kółko pod nosem, jak jakaś stuknięta 😂

Na dole przed Akademią,

w małe zebrane kupki,

płakały nad biedną Ziemią,

rajcowały miejskie przekupki.]

Ale nie o tym, nie o tym, tylko o Bułhakowa książce również wziętej z tej budki, pod tytułem Uova fatali. Otóż pomyślałam, że fajnie będzie poczytać, jak po włosku wygląda radziecka nomenklatura etc. A tu w domu okazuje się, że ja nawet po polsku Fatalnych jaj nie mam - a przecież były - chyba Ślubny zabrał czy co. Tak że całe szczęście, że wzięłam z budki z ciekawości lingwistycznej 😁 Choć nadal oznacza to, że na polskie tłumaczenie trzeba polować.

Niby taka fanka ze mnie, a proszę. I ze wszystkim tak powierzchownie 🙄 Nawet i z tą Pragą. O, a Czeszka wczoraj pisze, żeby jej przysłać listę tych, co je po czesku mam, bo ona już ma dla mnie następne. A niech ją ręka boska broni!!!


A z niedzielnego spaceru jeszcze takie odkrycie w czyimś ogrodzie. Taki jakby Mitoraj 😀


 I głowy wawelskie (bo na murze klubu sportowego Wawel) 😂


Oraz zdjęcie sprzed chwili. Słusznie prawią, że nasze osiedle pełne zieleni. Sałatkę by można zrobić 😁


niedziela, 13 września 2026

Sterling North - Hultaj


Taką oto piękną książeczkę wyfasowałam, gdy poszłam na kroki do parku koło fortu. Twarda okładka z płóciennym grzbietem, bardzo dobrze mi się takie książki kojarzą z dzieciństwa. Na przykład Kubusia Puchatka mam takie wydanie, obie części.

Ktoś kiedyś dostał Hultaja jako nagrodę. MDK to pewnie Miejski Dom Kultury... Albo Młodzieżowy?


Od razu się zabrałam za czytanie i na początku byłam trochę zawiedziona - nie była to taka typowa książka dla dzieci /młodzieży, raczej wspomnienia z dzieciństwa, z dużą ilością opisów przyrody 😏 Ale powoli powoli rozsmakowałam się w tym i gdy nadszedł koniec, zrobiło się żal.

12-letni Sterling (pisze w pierwszej osobie) mieszka w Wisconsin z ojcem. Matka zmarła przed 7 laty, dorosłe siostry są już poza domem, a brat na froncie, bo jeszcze trwa I wojna światowa. Chłopak jest właściwie pozostawiony sam sobie, ojciec poza pracą zajęty jest pisaniem książki o Indianach (której nigdy nie wyda), a widząc, że syn jest bardzo samodzielny, nie zajmuje się nim specjalnie. Potrafi jednak dostrzec jego potrzeby i zabrać go na wycieczkę, żeby mogli posłuchać śpiewu lelka, albo na 2-tygodniową wyprawę samochodem nad jezioro. Pozwala mu nie tylko na budowanie kanoe* w salonie, ale też na prawdziwą menażerię w domu, więc gdy chłopiec przynosi do domu malutkiego szopa-pracza też nie robi z tego problemu. Co innego sąsiedzi, którym Hultaj pustoszy kurniki... w końcu więc przyjdzie się z ukochanym zwierzątkiem rozstać, ale zanim to się stanie, przeżyją razem cały rok wśród różnych przygód. 

Nawiasem mówiąc, sądziłam z okładki, że tytułowy Hultaj to ten samochód 😁 

* w przypisie jest wyjaśnienie, że słowo kanoe czyta się kenu... a ja całe życie dosłownie 🤣 

Jeszcze dodam, że czytając ciągle myślałam o Jacku i jego wyprawach! 

Doczytałam, że:

na podstawie książki stworzono anime, które w Japonii okazało się tak popularne, że zaczęto masowo sprowadzać tam szopy jako zwierzątka domowe - ich potomkowie żyją do dzisiaj i mają się dobrze we wszystkich prefekturach. 

ale czy to prawda? Tak niby piszą na Wikipedii.

Distribution in Japan

In Japan, up to 1,500 raccoons were imported as pets each year after the success of the anime series Rascal the Raccoon (1977). In 2004, the descendants of discarded or escaped animals lived in 42 of 47 prefectures.[260][261][262] The range of raccoons in the wild in Japan grew from 17 prefectures in 2000 to all 47 prefectures in 2008.[263] It is estimated that raccoons cause thirty million yen (~$275,000) of agricultural damage on Hokkaido alone. 

 

Początek:

Koniec: 

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1973, 184 strony

Tytuł oryginalny: Rascal. A Memoir of a Better Era

Przełożyła: Ewa Kołaczkowska
Ilustracje: Stanisław Rozwadowski 

Z knihobudki

Przeczytałam 11 września 2026 roku 

 

Film nakręcono oczywiście. Jest na wiadomej stronce, ale z angielskimi napisami tylko. Może w ramach ćwiczenia języka obejrzę? 



Kolejne filmy online. Nr 23 to są wyłącznie włoskie i nie zwracajcie na to uwagi 🤣 Niektóre mają ocenę 4/10... no ale wiecie, trza się trzymać au courant. Albo jak mawiała jedna koleżanka au courvant.





Obejrzałam za to film z kartki nr 1 - japoński Survival Family z 2017 roku. Mamy przeciętną rodzinkę z przedmieścia Tokio, która pewnego ranka budzi się bez prądu. Nie działa nic, nawet budzik nie zadzwonił (baterie też wysiadły). Okazuje się, że sytuacja jest powszechna, aczkolwiek jak bardzo dowiadujemy się dopiero na końcu filmu - nie działają wszak środki masowego przekazu i jest jak w czeskim filmie - nikt nic nie wie. Najpierw wykupywanie w sklepach świeczek i gotowego jedzenia, a potem, wzorem innych, w drogę (bo plotka niesie, że w Osace prąd jest). A więc film drogi, który jak zwykle niesie obraz przewartościowania wszystkiego (a zwłaszcza relacji rodzinnych), gdy trzeba walczyć o przetrwanie. Interesujące popatrzeć, jak to mogłoby wyglądać w odmiennej kulturze. Są polskie napisy, więc bez męki 😉

 

A skoro Japonia, to jeszcze inny film - Touch [Dotyk] z 2024 roku, islandzki, ale przenosimy się do Japonii, gdy lekarz sugeruje bohaterowi, by uporządkował jak najprędzej swoje sprawy, więc ten postanawia coś jeszcze w życiu odnaleźć - miłość sprzed 50 lat, młodą Japonkę poznaną podczas studiów w Londynie. Na tym uczuciu położyła się cieniem Hiroshima. Jest to taki snuj, ale sympatyczny, coś dla miłośników romantyzmu w życiu 😁 Napisy PL2.

Na YT trafiłam przypadkiem na idealny film na początek roku szkolnego - Anička jde do školy z 1962 roku. Przeuroczy 😍 Anička właśnie przenosi się z rodzicami do Pragi, gdzie zacznie naukę, a w rodzinnej wsi został jej ukochany piesek. Pierwsze kontakty z rówieśnikami na praskim blokowisku może nie są zachęcające, ale dziewczynka jest bystra i radzi sobie doskonale. Film powstał według książki, więc oczywiście będę na nią polować!

 

Z nowości skusiłam się na amerykańskie Zaproszenie [The Invite], z polskimi napisami (PL1). Że takie w stylu Woody Allena. Do małżeństwa w kryzysie przychodzą na kolację nowi sąsiedzi... i zaczyna się psychodrama. Nic nowego, tyle że można popatrzeć na dobrą grę.

I drugi tegoroczny film - Tuner [Stroiciel sejfów]. Dobrze żarło na początku, nawet przekonał mnie do siebie Leo Woodall w roli stroiciela fortepianów z nadwrażliwością słuchową, który odkrywa, że może również - otwierać sejfy, co poprowadzi go ku zgubie oczywiście. No, ale schemat za schematem. Miło było popatrzeć na Dustina Hoffmana, szkoda że za krótko.

Zajrzałam na Arte, a tam końcówki różne i na chybcika oglądam. Dokument na przykład taki:


I pada takie zdanie, które doskonale charakteryzuje nie tylko islam, ale generalnie wszelkie wyznania...

 

O tym mówi też irlandzki film Kołysanka z 1990 roku.


My tu gadu gadu, a trzeba się zbierać na stację po córkę marnotrawną wracającą z rancza 😁 Zostało dla niej trochę tarty z wczoraj i słuchajcie, robiłam na cieście francuskim, że to tak będzie błyskawicznie i wygodnie. Wszystko ładnie pięknie, ale to ciasto, jak zaczęło w piekarniku po brzegach puchnąć, jak zaczęło spychać nadzienie ku środkowi... 🤣🤣🤣


 

To jeszcze tylko info, którego się domagał Dariusz. Regulamin knihobudki w galerii handlowej. Nie ma takiego.

Ale na stronie galerii jest następująca informacja:

W naszym centrum handlowym znajdziesz specjalny lokal z książkami, gdzie znajdziesz lektury, które możesz zabrać do domu. W zamian przynieś przeczytane książki i zostaw je w tym miejscu.

Dzięki bookcrossingowi, czyli wymianie książek, puszczamy egzemplarze w obieg i dajemy możliwość przeczytania ich innym osobom. Sami też zyskujemy na tej wymianie, ponieważ wzbogacamy naszą biblioteczkę o nowe tytuły.

Zapraszamy do dzielenia się pasją czytelniczą z innymi!

Czyli wymiana, a nie branie sobie jak leci 🙄 Co generalnie jest zasadą knihobudek, ale nie taką rygorystyczną przecież.


czwartek, 10 września 2026

Maria Kuncewiczowa - Dyliżans warszawski

Czy jest jakaś awaria znów na blogspocie? Nie udaje mi się załadować żadnego zdjęcia. Nie chcę jednak odkładać publikacji posta, bo znów porobią mi się zaległości, więc trudno, bez zdjęć. Jak naprawią, to dodam.

Chyba, że to nie ich wina? Ups. Ale Jotka dzisiaj wstawiła zdjęcia do nowego postu... Może na przykład skończyło się miejsce? Ale tak bez uprzedzenia? Gdzie informacja, że jak chcę więcej, to mam zapłacić?

Kuncewiczowej czytałam jedynie Dwa księżyce i to z biblioteki. Zaglądam do posta sprzed 4 lat i czytam, że bardzo podobał mi się język pisarki. I proszę, to by się zgadzało 😁 Bo i Dyliżans pod tym względem nie zawodzi. 

Nie są to klasyczne wspomnienia, choć zabierając się za czytanie myślałam, że mam w ręku coś w stylu W cieniu zamkowego zegara, choć to nie ta generacja... Ale nie, czekaj! Czekalski raptem 10 lat starszy od Kuncewiczowej! Ale on koncentruje się na XIX wieku, podczas gdy ona - na okresie międzywojennym. To wiwisekcja ówczesnej Warszawy, ni to eseje, ni to reportaże, ironia, sarkazm, zwłaszcza w opisach lepsiejszego towarzystwa. Tematy różnej wagi, od wizyty w ZOO poprzez mecz bokserski aż po los podrzutków czy prostytutek. Ciekawe.

Mam jeszcze jakiś zbiorek 4 opowiadań, zatytułowany Tamto spojrzenie, ale na razie odkładam na później, czekają inne 😉

 
Z wydania Dzieł pisarki.


 Początek:

Koniec: 

Wyd. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1981, 121 stron

Z knihobudki 

Przeczytałam 9 września 2026 roku 


Miałam o filmach, ale skoro nie da się zdjęć wstawić, to historia niefotograficzna (jak trzymałam drabinę to nie w głowie mi było robić zdjęcia. A szkoda).

Z życia emerytki

Emerytka robi tak. Właśnie wychodzi z mieszkania na zakupy i zamyka drzwi, gdy widzi listonosza wchodzącego do klatki. Następuje rozmowa na temat, żeby może przyszedł za godzinę, on nie może, bo ma rehabilitację, więc jutro. Konwersację kontynuują jeszcze chwilę przed blokiem, po czym emerytka udaje się do Lidla. Wraca z zakupami i sięga po klucze do prawej kieszeni plecaka (zawsze są w tej samej). Zonk. Kieszeń otwarta, kluczy nie ma. Hm. Następują poszukiwania w innych kieszeniach, a następnie przekładanie zakupów z plecaka do siatki, żeby się dogrzebać na samo dno.

Kluczy nie ma. 

Są dwie hipotezy: albo ktoś mi je wyjął z plecaka (w sklepie? że niby nie zauważyłam? ale po co? zna mnie? czy też śledził mnie potem, gdzie mieszkam?) albo zostawiłam je w zamku i ktoś z miłosiernych sąsiadów zabrał, żeby mnie nie okradli. Tylko dlaczego nie zostawił kartki? Co robić?

Telefon do przyjaciela. Znaczy do tzw. Sąsiada czyli ojca mojej córki, mieszkającego dwie klatki dalej. Na szczęście wiem, że ma właśnie urlop. Sąsiad przychodzi, upewnia się, że kluczy nie mam i udaje się na moją prośbę do Spółdzielni w celu pożyczenia wyższej drabiny. Aha, bo zostawiłam okno w kuchni otwarte. 

W Spółdzielni każą przyjść później, bo robotnik od drabiny jest "na osiedlu". Sąsiad idzie do kogoś pożyczyć taką zwykłą, aluminiową, co ludzie często w domu mają. Ja też powinnam mieć, ale gdzie to trzymać...

Przystawiamy drabinkę do ściany bloku i cóż widzimy? Mała, za mała. Na filmie to co prawda bohater stanąwszy na jej najwyższym stopniu zrobił by fik mik i już, ale to życie, nie film. W desperacji Sąsiad staje na tym takim pałąku zaokrąglonym, co jest na górze drabinki (ja niby ją trzymam i upewniam), po czym dokonuje cudów ekwilibrystyki, żeby wspiąć się na parapet, a potem się odwrócić przodem do mieszkania.

Jest! Udało się! Wlazł! Zdejmuje z drzwi wiszące tam klucze córki i otwiera. Uff. Umawiamy się, że czekam do wieczora, czy przyjdzie ktoś z sąsiadów, a jeśli nie, to jutro rano wołam ślusarza, żeby wymienił zamek.

Wyładowuję zakupy do lodówki, a na końcu sól z plecaka. Sól zawsze się trochę rozsypie, więc muszę plecak na lewą stronę wywrócić w celu wytrzepania.

I...

No tak, już wiecie 🤣🤣🤣 

PS. Jak myślicie, ile osób zwróciło uwagę, że ktoś włazi do mieszkania przez okno po drabinie i zainteresowało się? 

 

Apdejt, kurde! Apdejt, apdejt!!!

Oj oj. Dawno nie zaglądałam na Arte, a tu filmy się kończą. Donoszę, że dziś (piątek) ostatni dzień jest dostępny dokumentalny film o Davidzie Hockneyu, tak że teges.