Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 lutego 2026

Lucille Fletcher - Sorry, Wrong Number + Daphne du Maurier - Don't Look Now

Lucille Fletcher - Sorry, Wrong Number

Taką książkę znalazłam w knihobudce przed paroma dniami i przeglądając spis treści zobaczyłam znajomy tytuł - albo kiedyś widziałam film albo był jakiś Teatr Telewizji czy inna Kobra. No to wzięłam. 


Przepraszam, pomyłka - tak brzmi polski tytuł filmu. Lucille Fletcher jest określana jako scenarzystka, ale widzę na Lubimy czytać, że wyszedł u nas jeden jej jamnik, pod tytułem Krzyk w nocy. Może się kiedyś trafi w knihobudce? 😉  

Pewna unieruchomiona w łóżku kobieta czeka na późny powrót męża z pracy. Próbując się do niego dodzwonić, jest przypadkowym świadkiem rozmowy dwóch mężczyzn, którzy planują zbrodnię - jakiejś kobiety mieszkającej obok wiaduktu kolejowego: o 23.15 będzie tamtędy przejeżdżał pociąg, więc ewentualnie zagłuszy krzyk. Bohaterka bezskutecznie próbuje zainteresować tym faktem najpierw centralę telefoniczną, a potem policję i w końcu zdaje sobie sprawę, że to ona ma być ofiarą morderstwa, zaplanowanego przez jej małżonka...

Wiecie, znacie, co nie?

Film w każdym razie jest - z polskimi napisami - na wiadomej stronce. 

Początek: 

Koniec: 

Moja głowina już nic nie rejestruje, nawet, gdy poszukam znaczenia jakiegoś słówka, to go nie zapamiętuję... Ale te dwa zwroty powinnam wykuć na pamięć: going out of my mind + driving me crazy. Mam oczywiście na myśli remont.



Wyd. American Book Company, New York 1961, 10 stron

Z własnej półki (? - miałam tylko to przeczytać i odnieść, ale może też poczytam kiedyś inne opowiadania, więc na razie zostawiam)

We wstępie napisano, że jest to a collection of American prose and poetry selected for the advanced student of English as a second language, ale że trudność wzrasta z każdym rozdziałem, to w pierwszym mam jeszcze opowiadanie Saroyana (hm hm) i Jacka Londona i jeszcze jakichś nieznanych autorów. 

Przeczytałam 23 lutego 2026 roku

 

Daphne du Maurier - Don't Look Now 


Kolejna książeczka to już tradycyjnie skrót prawdziwej, podają na okładce poziom 2 - Elementary (500 words). I znów tytuł znany z filmu, a ja patrzę na okładkę i zastanawiam się, jak też się nazywa ten aktor, on przecież grał Casanovę u Felliniego. I nic, nie przypomniałam sobie bez pomocy internetu. Mojej (bez)pamięci już nic nie pomoże.

O dziwo, ta lekturka nie pochodzi z knihobudki, skąd tyle ich naprzynosiłam, tylko swego czasu ją nabyłam drogą kupna. Moje plany względem angielskiego nie datują się od wczoraj 🤣

Historia jaka jest, każdy widzi. Pewne małżeństwo przyjeżdża na urlop do Wenecji, po stracie córki. Tam spotykają jakieś dwie dziwne starsze siostry, które wmawiają nieszczęsnej matce, że zmarła córka jest tu z nimi. I że córka ta ostrzega, żeby natychmiast wyjechali. Mąż jest oczywiście sceptyczny, ale gdy nadchodzi wiadomość, że młodszy syn w szkole w Anglii jest poważnie chory, oboje podejmują decyzję o wyjeździe. Nie wszystko jednak pójdzie zgodnie z planem. To horror jest, a ja za tym gatunkiem nie przepadam, więc cieszę się, że było krótko 😉
 


Początek:


Wyd. Penguin Books 1992, 43 strony

Z własnej półki

Przeczytałam 24 lutego 2026 roku


Może powstać pytanie ale o co chodzi, dlaczego są dwie książeczki razem. Ano chodzi o moją obsesję, że jeden post = jedna przeczytana książka, a jako że osobny poświęciłam Ojczastemu, więc teraz muszę nadrobić, żeby się ilość przeczytanych w miesiącu książek zgadzała z ilością postów 😁 Możecie się śmiać, ale ja tego pilnuję - czego najlepszym dowodem są posty z Pragi z tymi dziecinnymi książeczkami.

Wyobrażałam sobie, że po skończonym remoncie pionu kanalizacyjnego i po pogrzebie nastąpią dni ciszy i spokoju. Nie nastąpiły, bo rekonstrukcja tylnej ścianki w WC to nie przelewki: w poniedziałek zdemontowano przechodni sedes, zainstalowano z powrotem stelaż od geberitu i pan przystąpił do obudowy, oflizował* dół i tak nas zostawił na noc i drugi dzień, bo sedesu na razie nie mógł zawiesić, musi wyschnąć. Czyli było gorzej niż w trakcie remontu, gdzie kibelka nie miałyśmy tylko od 7.00 do 15.00. Co nas nie zabije... ale ja na drugi dzień obudziłam się z migreną, więc prawie mogę uznać, że mnie zabiło.

* okleił płytkami znaczy się 


Jakież to jest wszystko poniżające.

Następnego dnia już około 20.00 sedes był do użytku. Teraz znów zdjęty, bo pan robi górę i by przeszkadzał. Ludzie, kiedy to się skończy. Osiwiałam, wyłysiałam, będę następna w kolejce do zakładu pogrzebowego. 

A najlepsze, że nakurzyło się na sam koniec, bo to i folie już ponadrywane, podziurawione. W kuchni wszystko pokryte białą warstewką. Tymczasem dziś zjadłyśmy ostatnie zupy ze słoików.
 

Dodajmy, że całe to cierpienie jest NA NIC - to tylko odtworzenie stanu wyjściowego, a nie remont, który ma coś odnowić, ulepszyć. Ten dopiero mnie czeka 🤣


 

Druga sprawa - pomór w klatce. W czwartek przyjechały dwie karetki do sąsiadki z I piętra, biegali z tlenem etc., ale nic nie zdziałali (atak serca, już miała wcześniej zawał). W piątek zaś zmarła (nie w domu, w hospicjum, galopujący rak) sąsiadka z II piętra. Samotna bezdzietna pani, bardzo skromna, wyciszona, codziennie rano chodziła do kościoła. Latami opiekowała się swym leżącym mężem, dopóki siły nie odmówiły jej posłuszeństwa i wtedy umieściła go w ZOL-u (tym samym, w którym my czekaliśmy na miejsce dla Ojczastego; ona go poleciła). To była ta pani, która mi tak bardzo pomogła, gdy córka miała operację i chciałam być z nią w szpitalu - zgodziła się zająć w tym czasie Ojczastym i robiła to z wielkim oddaniem, widać było, że ma podejście do niedołężnych osób. Na początku lutego widziałam, jak ją zabierała karetka, więc po południu zadzwoniłam zapytać, w którym jest szpitalu i czy jej czegoś nie potrzeba, czy coś przywieźć. Okazało się, że jest już z powrotem w domu i że dziękuje, ale nic nie potrzeba, zajmuje się nią siostrzenica. Aniśmy nie wiedzieli o istnieniu takowej. No, a dwa tygodnie później przyszła wiadomość, że pani jest w hospicjum. Bardzo mi żal. 

Więc teraz dwa pogrzeby. 

I wniosek do ZUS trzeba wysłać o wypłatę emerytury i świadczenia jeszcze.

I do spółdzielni iść napisać wniosek o odszkodowanie za zalanie kuchni w poprzednią niedzielę.

I kontrola gazowa. Na osiedlu zmarła w zeszłym tygodniu 14-letnia dziewczynka, od piecyka.

I kontrola kominiarska.

I wystawić opinię pensjonatowi.

I za nic się nie mogę zabrać. 

niedziela, 4 kwietnia 2021

Mikołaj Gogol - Rewizor

Nie napiszę, dlaczego wzięłam do czytania Rewizora, bo zapomniałam, choć to było zaledwie przedwczoraj. Jest coraz gorzej z moją pamięcią. Gdy kiedyś się poskarżyłam neurologowi tak przy okazji, że idę do kuchni i wracam, bo zapomniałam, po co, powiedział:

- Proszę pani, połowa ludzi tak ma.

No, duża pociecha.

Więc nie mówię już o nazwiskach czy tytułach (literatura, film), nie pamiętam, o czym było, a najgorzej chyba jest w pracy, gdy Derechcja mówi mi, że mam zrobić to i to, zapisuję szybko - to podstawa, kartka i długopis pod ręką - ale dzwoni telefon, nie zdążyłam zapisać tej drugiej sprawy - i już nie wiem, za Chiny.

Mówiłam dzisiaj do córki, że chyba powinnam nakupić sobie krzyżówek i ćwiczyć pamięć. 

No ale dobra, Rewizor. W tym tomie jest jeszcze Ożenek, ale ołóweczkiem zapisałam, że czytałam go w 2011 roku. I jeszcze są szkice dramatyczne: Gracze, Poranek dygnitarza, Proces i inne. Czterotomowe Pisma wybrane pochodzą oczywiście z księgozbioru Ojczastego, jeszcze z jego kawalerskich czasów. Jak zresztą cała zawartość tej półki.
Przyznam się, że gdy czytam taki spis dramatis personae, to robi mi się trochę słabo, mnie, co znam rosyjski - a co dopiero mówić o zagraniczniakach 😉 Mam tu oczywiście na myśli swoją Psiapsiółę z Daleka, którą usiłowałam swego czasu namówić na Mistrza i Małgorzatę. Poległa. To znaczy mówiła, że dopóki czytała rozdziały o Jeszui, było wszystko OK i bardzo jej się podobało, ale jak tylko przechodziła do współczesności i zaczynały się sypać te potrójne nazwiska, wymiękała, wszystko jej się myliło. 
Początek:

Jeżeli Gogol obnaża w komedii nieprawidłowości w systemie państwowym, rzutujące na mentalność obywateli, prowadzące do absurdów - to jest nadal cholernie aktualny.
Cytat o Aleksandrze Macedońskim i łamaniu krzeseł powszechnie znany, ale - nie pamiętałam wcale, że to z Rewizora.


Wyd. Czytelnik, Warszawa 1957, 131 stron

Tytuł oryginalny: Ревизор

Przełożył: Julian Tuwim

Z własnej półki

Przeczytałam 3 kwietnia 2021 roku


Z pewną taką nieśmiałością zadzwoniłam wczoraj do brata, jako pretekst biorąc jego piątkowe szczepienie - jak się po nim ma. Ma się dobrze i najwyraźniej już nie jest obrażony. Od razu mi się humor polepszył.

 

Humor może też poprawić film Zuzana je zase sama doma, 1961 Reż: Eva Sadková 

  

Ponieważ nic wcześniej o tym telewizyjnym filmie nie czytałam (a wybrałam go do obejrzenia ze względu na długość, a raczej krótkość), trochę się zdziwiłam - co jest grane, gdzie tu będzie jakaś akcja, nic, tylko śpiewają 😀 Potem okazało się, że to telewizyjna adaptacja legendarnego przedstawienia z praskiego teatru SEMAFOR. Te piosenki stały się przebojami i są grane do dziś. Dla nas, Polaków, szczególnie interesująca może być "Ach, ta láska nebeská" (bo dżinsy farbują) 😅 Nadmieniam, że nebeská NIE ZNACZY niebieska, tylko niebiańska 😜 Wśród innych gwiazd czeskiego teatru i piosenki występuje tu niedawno zmarła Hana
Hegerová, którą określano jako 'wielką damę czeskiego szansonu'. A sama akcja jest taka, że Zuzana siedzi w domu, słucha piosenek z magnetofonu i medytuje nad nimi. Jest to satyra na drobnomieszczaństwo, które odsądza od czci i wiary muzykę jazzową i rock'n'rollową.

 

Roladowa epopeja

Od razu wiedziałam, że problem może być z brakiem właściwej blachy. W przepisie było, że 32x37 cm. W sklepie osiedlowym znalazłam tylko 25x36 cm (ani mi było w głowie pchać się przed świętami do Auchana, gdzie może mają większy wybór; w osiedlowym Pepco też dużych nie było; mam w domu jakąś taką z IKEA, ale bez boków, na ciasteczka czy co). Siłą rzeczy warstwa biszkoptu była grubsza. I weź tu teraz człowieku zwiń!

Popękało.
Ściśnięcie folią na noc w lodówce spowodowało, że jakoś się to kupy trzyma, ale - przez mniejsze rozmiary - rolada jest zwinięta tylko raz.
Nie ma więc tego wyglądu, jak w oryginalnym przepisie. Niemniej - smaczna jest 😍 córka się nią zajada.

A teraz uciekam, bo zaplanowałam długi spacer aż na Wolę Justowską - chyba trzeba wziąć parasol?

Jeszcze mi się przypomniało: rozmawiałam z tą przyjaciółką mojej mamy, która się umówiła z dziećmi i wnukami na spotkanie na cmentarzu. Okazuje się, że w poprzednią niedzielę czuła się fatalnie, wszelkie objawy covidowe (jest już po szczepieniu), córka w końcu wydzwoniła opiekę świąteczną i dostała skierowanie dla niej na test. Karetka przyjechała pobrać wymaz po 2 dniach, ale ciągle nie było wyniku, wreszcie córka się dowiedziała, że negatywny.

Ale zdaje się, że Sanepid kieruje na kwarantannę już w momencie, gdy dostajesz skierowanie na test - codziennie dzwoni do niej policja. Mówiła im, że jest negatywna, ale oni, że mają ją w wykazie i muszą sprawdzać. 

No to jak ją jutro chycą przy cmentarzu, dostanie grzywnę, mówię.

Ojejej. Będzie wobec tego siedzieć w domu, dopóki nie zadzwonią (zawsze do południa) i wtedy dopiero wyjdzie.

Weź potem odkręcaj w sądzie tę grzywnę. Wygląda na to, że jak cię raz system złapał, to już nie puszcza, niezależnie od wyniku?

 

niedziela, 23 sierpnia 2020

Michał Bułhakow - Powieść teatralna


Przed wyjazdem do taty spędziłam dłuższą chwilę przed półkami, zastanawiając się, co ze sobą zabrać do czytania i w rezultacie stanęło na Bułhakowie, Pilchu i Gwiaździstym bilecie Aksionowa. Machnęłam dwie pierwsze i zabrałam się za trzecią, gdy podiwanił mi ją Ojczasty. A zaczęła mi się podobać! Teraz nie wiem, kiedy ją odzyskam i skończę :) Sytuacja wygląda tak, że do pociągu ani myślę wsiadać. Dwa razy zabrał mnie samochodem brat i odwiózł z powrotem, ale jak będzie dalej, nie wiadomo, zwłaszcza w kontekście pracy - byłam rozmawiać na ten temat, ale wiele nie ustaliliśmy, Derechcja wrzuciła tylko wstępnie, że 3 razy w tygodniu miałabym przychodzić. Jeśli tak, to trochę komplikuje koncepcję, że brat by mnie zabierał wracając skądyś z weekendu w niedzielę wieczorem czy w poniedziałek rano, jak ostatnio - i odwiózł w środę wieczorem... No, ale to jego problem, bo tu chodzi o to, żebym ja POSPRZĄTAŁA :) Jak ktoś ma obie lewe rączki, to niech się głowi. Pomysł, żeby jakąś kobietę zawołać w tym celu, średnio mi się podoba w dobie pandemii...

Ale nie o tym mowa ma być, tylko o książkach. Dziwna sprawa - jak jestem w Dżendżejowie, czytanie mi idzie bardzo szybko. Zastanawiałam się, skąd się to bierze. I chyba wiem. Dwa czynniki grają rolę. Pierwszy to brak komputera i internetu :) nic mnie nie odrywa od lektury - w domu, zwłaszcza teraz, w pandemii, utarło się tak, że laptop jest włączony calutki dzień, od wstania do 20.00. Ósma wieczorem to ten święty czas, kiedy zabieram się za kino. I tu dochodzimy do drugiej przyczyny: że zostaje mi teoretycznie godzinka na czytanie, po filmie - o 23.00 MUSZĘ zgasić światło (bo później w ogóle nie zasnę). Teoretycznie, a w praktyce jeszcze mniej - łazienka, ostatnia herbatka etc. Natomiast tam u taty raczej nic nie oglądam - zawsze mam ze sobą pendrive'a na wszelki wypadek, ale rzadko korzystam, bo... nie umiem już patrzeć na filmy na telewizorze :) za mały obraz i w ogóle... Tak więc czasu na czytanie w Dżendżejowie nie brakuje (a w domu owszem).


Że wybitne dzieło, to hm, trzeba to potraktować jako typowy zapis blurbowy wydawcy, wiadomo. Ale - w przeciwieństwie do poprzedniego razu (bo przeczytałam Powieść teatralną po raz drugi) - spodobała mi się. Odnalazłam w niej o wiele więcej punktów stycznych z Mistrzem i Małgorzatą niż za pierwszej lektury (przed dziesięcioma laty) czy wręcz "mistrzowski" klimat. Wielka to szkoda, że powieść nie została ukończona, czyta się to ostatnio zdanie:
Zżerany miłością do Teatru Niezależnego, chodziłem wieczorami na przedstawienia...
odwraca się kartkę, a tu ŁUP... nie ma dalszego ciągu... spis treści...

Przedmowę zamieszczę w całości:

Dość logiczne, prawda?

To co prawda Moskwa sto lat temu, ale myślę, że dla miłośników teatru pozycja obowiązkowa i dziś w Warszawie. I wiadomo chyba, kogo tu mam na myśli, prawda?
:)

Początek:
Koniec:


Trzeba będzie kiedyś się zabrać za ten Dziennik, myślę, że odpowie na wiele pytań, które się rodzą podczas lektury Powieści teatralnej. Ale jeszcze nie teraz - w piątek przywlokłam z biblioteki pięć książek, leżą na kwarantannie :) A miałam nic nie pożyczać! No, ale nieostrożnie zaczęłam przeglądać biblioteczne nowości i oto rezultat.

Wyd. Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 1994, 166 stron
Tytuł oryginalny: Театра́льный рома́н /Запи́ски поко́йника
Przełożył: Ziemowit Fedecki
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 17 kwietnia 1996 roku za 4,50 zł)
Przeczytałam 17 sierpnia 2020 roku

O powieści na rosyjskiej Wiki - tutaj.

sobota, 15 sierpnia 2020

István Örkény - Rodzina Tótów

W zeszłym roku znalazłam na półce w Jordanówce ten tom i choć był to już czas, kiedy niby książek nie kupuję, zabrałam. Bo raz, że węgierska (a mam słabość do Madziarów), a dwa, że teatr (prędzej coś przeczytam, niż na scenie obejrzę). Podczas porządków udało się ją upchnąć gdzieś pod sufitem, ale i zakodowałam sobie w głowie, że mam kiedyś się za to zabrać.
Sięgnęłam więc - z myślą o Magdzie Szabó.


Ale po przeczytaniu wstępu się Magdy Szabó przestraszyłam, bowiem okazało się, że ubrała swych bohaterów w historyczny kostium, którego z zasady się boję, a tu jeszcze co się okazuje - połowa X wieku! No nie!
Wobec tego padło na Rodzinę Tótów.


We wstępie było zachęcająco...

I wszelkie oczekiwania sztuka spełniła.
Polska Wiki podaje, iż:
István Örkény (ur. 5 kwietnia 1912, zm. 24 czerwca 1979) - węgierski prozaik i dramaturg.
W czasie II wojny światowej służył w szeregach armii węgierskiej na froncie wschodnim. Trafił do radzieckiej niewoli, w której przebywał do 1947 roku. Był autorem utworów utrzymanych w konwencji groteski i absurdu, często poddających analizie mechanizmy działania tyranii. Do głównych dzieł należą powieści (m.in. Wystawa róż, 1967), dramaty (Rodzina Tótów, 1967) oraz miniatury prozatorskie i opowiadania.
Czeska jest nieco obszerniejsza - po węgiersku nie podejmuję się czytać :) - i zamieszcza frazę o tomie Zabawa w koty, który mnie dość zainteresował:
Kočičí hra, 1963 – tragikomedie, hra o dvou stárnoucích sestrách, jedna z nich je pořádkumilovná a druhá má neuspořádaný život, ale přesto je to ona, kdo má nakonec více sil k boji za plnohodnotný život. Örkény tuto hru napsal nejprve jako filmovou anekdotu, až později ji zdramatizoval pro divadlo. Byla přeložena do velmi mnoha jazyků a je často hrána v různých evropských i amerických divadlech.
I teraz jestem głupia, bo to przecież sztuka, a na Lubię czytać podają, iż tom Zabawa w koty zawiera 39 opowiadań. To ja już nie wiem. I w najbliższym czasie się nie dowiem, bo co prawda w Bibliotece Kraków książka jest, ale, jak się można było spodziewać, w Nowej Hucie... całe szczęście w sumie, że ta akurat filia jest ciągle nieczynna, bo jeszcze, nie daj Boże, bym się uparła, żeby jechać i umarła znów na rowerze :)
Wrzuciłam na wirtualną półkę, kiedyś zobaczymy.
A Rodzina Tótów trochę mi jakby przypominała tę czeską słynną powieść, której tytułu właśnie sobie nie mogę uświadomić (coraz gorzej ze mną), a przecież i film znany... No nic, w każdym razie spodobał mi się ten absurd, z jakim pokazał autor przemoc władzy. O ilości skojarzeń, jakie się nasuwały podczas lektury, lepiej nie mówić...




Początek:

Koniec:

Czy Wy też uważacie, że napisy na grzbietach książek powinny być generalnie w jedną stronę? O ileż by to uprościło życie czy to w księgarni czy w bibliotece... czy też we własnym domu! To odwracanie głowy raz w prawo raz w lewo może przecież spowodować szkody zdrowotne!

Wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1982, str. 327-419
Tytuł oryginalny: Tóték
Przełożyła: Camilla Mondrai
Z własnej półki (zdobyte 3 października 2019 roku)
Przeczytałam 13 sierpnia 2020 roku

Dawno mnie żadna wiadomość tak nie ucieszyła...
W ostatniej chwili :) Następnego dnia mój brat miał przywieźć ojca i jechać w rajzę. Nie żebym się cieszyła z cudzego nieszczęścia, ale umówmy się - żadne to nieszczęście, że się tego lata nie pojedzie do Norwegii :)
Ciągle my z ojcem musimy ponosić koszty tych jego wyjazdów. A wydarzenia z marca nic go nie nauczyły najwyraźniej, skoro się znów pchał. Bileciki na prom przepadły, ale za głupotę trzeba płacić, prawda?

Za to inne wiadomości, nadchodzące cały czas z Białorusi, przejmują okropnie. Martwię się, a jednocześnie podziwiam, że inni potrafią się upomnieć o swoje. Pewnie, że mają już za sobą ćwierćwiecze tych rządów, a my o wiele mniej...

niedziela, 12 stycznia 2020

Herman Sudermann - Honor

A oto i rezultat odkurzania książek.
Zabrałam się za półki, które kiedyś tam wcisnęłam pod okienny parapet. Na wysokość zmieściły się trzy, ale takie niskie, na drobne pozycje (Nike, Biblioteka Narodowa, Literatura na Świecie - nad którą przemyśliwam, czy nie pozbyć się - kryminały z serii Jamnik czy Z kluczykiem). Ponieważ te półki nie mają tylnej ścianki (zresztą nie wiem, czy z tego właśnie powodu) książki tam są straszliwie zapyziałe. W ogóle zauważyłam, że na wielu są takie brązowe plamki, nie wiem, czy to nie jakaś zaraza, może wilgoć :(
No ale do rzeczy.
Ten Sudermann.
Hm.
Ukradziony.
Licealistką będąc pomagałam w szkolnej bibliotece... taka to i pomoc... No ale sprawdziłam kartę - nie było ŻADNYCH wypożyczeń, więc stwierdziłam, że jak zaiwanię, to nikt na tym nie straci. Ale dlaczego w ogóle chciałam ją MIEĆ, to już nie pamiętam. Czy wówczas przeczytałam - też oczywiście nie wiem.
W ogóle byłam pewna, że to jakiś dramaturg skandynawski :)
Zaczęłam szperać po internecie przede wszystkim za datą wydania, bo w książce nie ma.
Znalazłam wydawnictwo, ale z ogólną informacją, że działało do 1924 roku, a byłam prawie pewna, że rzecz pochodzi jeszcze sprzed I wojny.
Zajrzałam do katalogu Biblioteki Jagiellońskiej - nie mają tego.
Jest w Bibliotece Narodowej - rok 1901!

Przy okazji rozejrzałam się za autorem, okazał się Niemcem. Na Wikipedii jest w różnych językach jego hasło, ale po polsku nie ma. Za to gdy się wpisze do wyszukiwarki HERMANN SUDERMANN - wyskakuje jakaś dziwna strona, ze słowem wiki w adresie, ale najwyraźniej przetłumaczona na polski przez Google translate... nie wiem, co to jest.
Wedle tej strony, Honor to:
swój pierwszy dramat, Die Ehre ( „Honor”, 1889), który zapoczątkował nowy okres w historii niemieckiej scenie. Sztuka ta, pierwotnie pomyślany jako tragedię , ale na poradę Blumenthal i ostatecznie „ happy end ”, był pseudo Nietzscheańska atak na moralność maluczkich.

Przy czym, kto to Blumenthal, nie wyjaśnia :)
Ale jak się zkontroluje niemieckie hasło, można się dowiedzić, że Oscar Blumenthal, auch Oskar Blumenthal (* 13. März 1852 in Berlin; † 24. April 1917 ebenda) war ein deutscher Schriftsteller, Kritiker und Bühnendichter :)
Niemniej jednak uciekam stamtąd, bo co prawda moje IKAGAI mi podpowiada, że każdego dnia coś nowego trzeba zrobić/się dowiedzieć/nauczyć, ale jak się wdepnie w Wikipedię, to i dwie godziny mogą zlecieć, a ja tymczasem na niedzielne popołudnie przewidziałam coś innego.

Ramota taka XIX-wieczna i tyle. Ten happy end raczej sztuce nie pomógł, bo wynikło, że honoru można bronić jedynie mając majętnych i wpływowych przyjaciół. Historia jest taka, że młody człowiek wraca do rodzinnego domu (bardzo skromnego, proletariackiego) po dziewięciu latach nieobecności. Kiedyś w ramach pewnej rekompensaty dla ojca poturbowanego przez powóz państwa z pałacu zaoferowano poniesienie kosztów jego wykształcenia. I Robert został posłany do Indii, by zajmować się interesami "państwa". Teraz wrócił i zastał rodzinę w rozkładzie, zwłaszcza młodszą siostrę uwiedzioną przez panicza. Pałac oferuje zwyczajowe w takich przypadkach odszkodowanie pieniężne na odczepnego, ale Robertowi honor nie pozwala tego przyjąć... A co gorsza teraz widzi, jak daleko odszedł od swych korzeni, od rodziny, która czekiem jest zachwycona...
Nie wiem, czy sztuka ta bywa jeszcze grywana.

Początek:
Koniec:

Wyd. Nakładem i drukiem Wilhelma Zukerkandla. Złoczów, 132 strony
Przełożył: Ryszard Ordyński
Z własnej półki
Przeczytałam 11 stycznia 2020 roku

wtorek, 28 lutego 2017

Samuel Beckett - Czekając na Godota

No i masz ci los, miesiąc się skończył, alem się naczytała, że ho ho!
Jeszcze takiego kryzysu nie miałam!
No ale wszystko w życiu ma swój sens, mówią, więc może mi się któregoś dnia ten sens objawi?


Dzisiaj na FB Monika się ze mnie uśmiała, gdy jej SZCZERZE powiedziałam, dlaczego do tej pory nie czytałam Skvorecky'ego (bo gruby). No taka prawda jest. A teraz wydali nowego poprawionego i co robić. Przecież nie kupię.
Marinina cienka a i to już tydzień czytam.
Powiedzcie, że to przejściowe, że nie skończę jak ci, co w ogóle nie czytają!
Żeby nie było jak z cukrem!
Chociaż i z cukrem do ściany jeszcze nie doszłam.
/odzwyczajam się, zeszłam z 3 łyżeczek - TAK! - do dwóch i chyba nawet już mi smakuje :) ale chwilę, gdy zacznę słodzić półtorej łyżeczki na razie odkładam na później/


Co do sztuki, to zasadniczo teatr absurdu może należy oglądać w teatrze jednakże?
Niby lubię czytać sztuki, w liceum wynajdywałam w szkolnej bibliotece jakieś stare, nie wiadomo skąd wzięte wydania Skandynawów. Ale ten Beckett mnie zmęczył. Albo inaczej - nie wciągnął, nie zainteresował.
Widać organizm mówi chwilowo NIE na wszystko.
Wzięłabym Pana Tadeusza, ale boję się, że i on zostałby odrzucony. Przez organizm oczywiście.

A może by tak zacząć od jutra nowe życie?


Początek:
Koniec:

Wyd. PIW Warszawa 1973, 131 stron
Tytuł oryginalny: En attendant Godot
Przełożył: Julian Rogoziński
Z własnej półki
Przeczytałam 23 lutego 2017 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

To się zdarzyło drugi już raz. Poszłam do muzeum po egzemplarz nowej książki z promocji:

a rzucił się na mnie cały stół z wydawnictwami muzealnymi sprzedawanymi za 50% ceny. No nie mogłam tak sobie odejść obojętnie.

Więc nakupiłam i nawet jeszcze do żadnej nie zajrzałam, leżą na podłodze i czekają na Godota... to znaczy na miejsce gdzieś na półkach :)



A jeszcze pan mnie zatrzymał, żebym chwilę poczekała, bo mi się należą gratisy za ten zakup. Poszedł i kombinował, aż przyniósł kolejną siatkę.
Jeszcze nawet odmówiłam tego i owego, bo już miałam. A potem dopiero pomyślałam, że przecież mogłam komuś dać :) spóźniony refleks :)