Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odchodzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Odchodzenie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 lutego 2026

Philip Roth - Dziedzictwo. Historia prawdziwa


 Cała ta sytuacja z nałożeniem się remontu na śmierć Ojczastego i perturbacje z pogrzebem spowodowały, że nie sposób normalnie przejść przez żałobę. A przecież - aczkolwiek spodziewaliśmy się - szok jest zawsze. Dopiero teraz, po 2 tygodniach, zaczyna to ze mnie schodzić i jest tak, jak po śmierci mamy, kiedy ni z tego ni z owego zaczynałam płakać w tramwaju czy na ulicy. Jakaś myśl, jakieś skojarzenie i leci. Nawet nie chodzi o to, że odszedł, bo to już i tak od dłuższego czasu była jedynie wegetacja - chodzi o to, że odeszła w ten sposób cała rodzinna przeszłość. Jest to tak nieodwołalne i tak straszna jest ta świadomość. Że ktoś żył, był i koniec, i już nigdy.

I teraz nagle znajduję w knihobudce tę książkę, czy ktoś mi ją specjalnie podrzucił?


Philip Roth to wiadomo - Kompleks Portnoya i słynna wątróbka 😁 Ciekawe, co się z nim stało, bo w domu nie ma. Może Ślubny zabrał. Mam jakieś Wzburzenie w serii Nike. W każdym razie nagle coś tak kompletnie różne. Tak osobiste (choć zawsze pisał o sobie). Tak brutalnie szczere. Tak intymne. Tak wzruszające. I tak blisko tego, przez co ja przeszłam. Przyszło do mnie nie wiem od kogo i już zostanie. 

Początek:


 Koniec:


Wyd. Czytelnik, Warszawa 2007, 212 stron

Tytuł oryginalny: Patrimony. A True Story

Przełożył: Jerzy Jarniewicz

Z własnej półki

Przeczytałam 27 lutego 2026 roku 

 

Najnowsze nabytki

Nazbierało się nowych nabytków. Ostatni raz o nich pisałam 8 lutego, więc minęły trzy tygodnie. Jak widać, sporo tego, aczkolwiek ani głowy nie miałam do przeglądania, więc nie jest powiedziane, broń Boże, że one wszystkie zostają. I dziś też ich nie przejrzę, bo ciągle sprzątam. Ot, brałam, co w rękę wpadło i tyle. Nawet jedna czeska była. Hołowni oczywiście nie poważam, ale może tam ciekawie ludzie będą coś mówić? Bo z okładki wiem, że chodzi o reakcje na ból i stratę.

 

Z boku stoją Ekspresy Reporterów, których już trochę nazbierałam i tak, będę czytać, zobaczymy, o czym się w PRL-u pisało.

A poniżej osobno książeczki, które nie mają tytułu na grzbiecie. 


Ale na dziś to nie mam pojęcia, co teraz wziąć do czytania, tak jestem okrutnie wymęczona. 


Skończyło się.  

Wcześniej było tak:



A jest tak:

Czyli co, tu zaszła zmiana? Tak, dwie:

1/ narzędzie widać spadło na podłogę, bo jest poharatana jedna płytka, więc będę już miała do końca pamiątkę po wymianie pionu

2/ u góry po lewej stronie widnieje KRATKA. Mianowicie kominiarz podczas kontroli zadysponował, że ma tam być. Otóż 35 lat nie było ani kratki w WC ani mowy o tym, że miałaby być - a nagle niezbędna. 

Tak więc mogłabym powiedzieć, że zapłaciłam 2 koła za kratkę w WC. Bo przecież reszta jest tak, jak była przed dwoma tygodniami.

Znaczy prawie, bo dekoru sprzed lat nie ma. Pies z nim tańcował.



No i teraz można by uznać, że cisza, spokój, odpoczynek. Ale nie - przecież ja jestem żaba gotowana w coraz gorętszej wodzie! Nastawiłam rano pranie i sięgam po nowe ręczniki na zmianę, na półkę w łazience. A tam - jedne tylko mokre okazują się, inne dodatkowo śmierdzą taką wstrętną stęchlizną. Kuźwa, te trzy półki też były zalane!!! I nie wiem, kiedy? Być może w zeszłą sobotę, co to sąsiadce z góry puściła uszczelka pod brodzikiem i lało się u mnie w pokoju. A być może jeszcze wcześniej?

Chodzi teraz trzecie pranie, więcej dzisiaj już nie zrobię. Modlę się tylko, żeby te ręczniki nadawały się do użytku, jak tak się kisiły tydzień... Zakup nowych raczej nie wchodzi w grę w obliczu sytuacji (od teraz zostaję na gołej emeryturze czyli zaczyna się sięganie do kupki). Ale o finansach to może kiedy indziej.

Był taki piękny dzień i tak bym sobie gdzieś poszła... no to nie, muszę pilnować pralki i suszarki.  

czwartek, 29 grudnia 2022

Jacek Baczak - Zapiski z nocnych dyżurów

 

Pan Baczak odpracowywał służbę wojskową jako pielęgniarz czy sanitariusz w zakładzie dla nieuleczalnie chorych, co mi przypomniało podobną historię mojego brata. Ten pracował w Kobierzynie, tyle że nie powstała potem książka 😏 Związek mojego brata z literaturą polega na próbie twórczości, dokonanej w szkolnych latach, która (czy to miała być powieść czy tylko opowiadanie, tego najstarsi górale już nie pamiętają) zaczynała się pamiętnym zdaniem:

Kolano wyjrzało zza płota.

Tak, wiem, powtarzam się z tą historyjką, ale cóż 😃

Wszystko, co trzeba wiedzieć, jest na okładce wyżej. Ale muszę dodać, że gdy zamawiałam ten tomik w bibliotece - jedynie po tytule, nie szukając niczego w internecie, myślałam, że chodzi o lekarza w szpitalu. Jestem jakaś zafiksowana na tej tematyce: szpitale, choroby, umieranie, pogrzeby. Ciekawe, dlaczego? W kolejce do czytania czeka na przykład jeszcze jedna pozycja i to przytupując nóżką, bo ktoś się na nią po mnie zapisał i muszę oddać do 9-go stycznia - Szarlatani. Najgorsze pomysły w dziejach medycyny 😕

W książce Baczaka - jedynym dziele autora, za to wychodzącym już po raz trzeci - czytałam z zainteresowaniem głównie te rozdziały, które odnosiły się bezpośrednio do pacjentów i do ich historii. Bo spora część tekstu to rozważania artystyczno-filozoficzno-egzystencjalne; to już mnie tak bardzo nie zajmowało. Baczak studiował malarstwo i w czasie, gdy pisał, tkwiło w nim jeszcze to pragnienie twórczości plastycznej bardzo silnie (może zresztą tkwi do tej pory, choć się przekwalifikował zawodowo zostając pedagogiem specjalnym).


Naprawdę wcześniej ludzkość nie myślała o upływie czasu?


Obietnica czasu, kiedy nie muszę nic robić. Tak, to wspaniałe uczucie - jaka szkoda, że go tak rzadko zaznajemy.


Początek:

Koniec:


Wyd. Wolno, Lusowo 2021 (wydanie III, zmienione), 103 strony

Z biblioteki

Przeczytałam 25 grudnia 2022 roku

 

Więc o tej pracy. Przyjechał młody człowiek, który po raz pierwszy w życiu kieruje instytucją - i oczywiście o niczym nie ma pojęcia. Tym niech się oczywiście martwią inni (czyli pracownicy). Ja jestem tylko siłą najemną, która w świetle ostatnich wytycznych tak jakby nie istnieje. Mianowicie jako firma zewnętrzna po pierwsze absolutnie nie mogę mieć wglądu w sprawy instytucji, nie mam prawa być wtajemniczona w nic. Wiecie, ja, co tu robię 23 lata kontra gość kompletny żółtodziób plus dwie pracownice o stażu 1 rok 😂 Oczywiście dyrektywy z góry to jedno, a trzeźwo myślący szef to drugie - no ale takiego aktualnie nie ma na stanie. Ten, który jest, ze strachu, że nie wie, jak się ma w stosunku do mnie zachowywać i jak mnie traktować, ogranicza się do mówienia dzień dobry i do widzenia 😁 Tak od miesiąca. Serio serio. Co ma swoje dobre strony, bo nie jestem zapraszana na zebrania i w zwiazku z tym nie dostaję dodatkowego przydziału zadań, jak to drzewiej bywało 😜

Poza tym młody ma problem z podejmowaniem decyzji, toteż zyskał sobie od razu ksywę Mateusz wajchę przełóż, w skrócie Wajcha. 

Umowę mam do połowy lutego i gość będzie musiał w końcu usiąść do rozmowy, co dalej. Jestem bardzo ciekawa, czy i kiedy się na to zdobędzie... 

Okropnie mi się nie chce już chodzić do pracy. Tak bym chciała, żeby znów nie dzwonił budzik, jak to było w czasie mojej 2,5-miesięcznej emerytury. Z drugiej strony wiem, że nigdzie tak łatwo tych pieniędzy nie zarobię, a plan, że je w całości odłożę (żeby mieć z czego dodawać w przyszłości do ZUS-owskich ochłapów), oczywiście nie wypalił, skoro poza Nową Kuchnią wymyśliłam jeszcze urządzanie pokoju. Odkładam podliczenie wszystkiego, ale w końcu trzeba będzie zobaczyć, ile mi zostało...  

Wpadłam na genialny (moim zdaniem) pomysł, żeby pracować od września do stycznia, a drugi semestr żeby kto inny ogarniał - może bym nie była taka zmęczona i wreszcie miała trochę czasu dla siebie? No ale weź znajdź człowieku osobę, która będzie skłonna pracować przez pół roku jedynie! Miałam dwie kandydatury, obie zostały z hukiem odrzucone przez Administrację. 

Jedyna nadzieja w wiośnie! Może mi się będzie bardziej chciało? 🌷🌸🌻🌼🌹🌳🍀🌝🌞 Na razie nawet o Pradze nie myślę.

Za to opróżniałam dwie szuflady z papierzyskami dotyczącymi firmy i teraz mam taką zagwozdkę. Bo okładki ksiąg podatkowych to sobie wyrzuciłam do śmieci, ale już zawartość nie bardzo, w końcu pełno tam danych osobowych. Jak myślicie, czy to będzie jakieś przestępstwo lub choćby wykroczenie, jeśli pójdę na łąkę na skraju osiedla i tam te papiery spalę? W końcu jest zima, pożar chyba nie grozi? Inna sprawa, że zostanie sporo popiołu... Co robić?


wtorek, 27 sierpnia 2019

Marcin Wicha - Rzeczy, których nie wyrzuciłem

Melduję się po dłuższej przerwie, wymuszonej wyjazdem do Pragi. Podczas pobytu tamże nic nie czytałam (znaczy jedną - dwie stroniczki do poduszki, na więcej nie było czasu), a książka naszykowana na podróż powrotną pozostała nietknięta, bo musiałam przestudiować wszystkie czeskie gazety dostępne na pokładzie :)
Za to następnego dnia po powrocie pognałam do osiedlowej biblioteki, gdzie czekały na mnie Rzeczy, których nie wyrzuciłem i rzeczy te łyknęłam w tempie ekspresowym.
Bo i temat leżący mi dosyć - co po nas zostaje, co z tym mają zrobić krewni, ale głównie co po nas zostaje w pamięci bliskich. Co oni tak naprawdę o nas wiedzą. Co wiedział, a czego się dowiedział z pozostałych rzeczy autor o swej matce - co ja wiem o swojej matce, która też już odeszła, tyle że nie likwidowało się potem mieszkania, jako że żyje jeszcze ojciec, więc nie powstała taka sytuacja segregacji szpargałów, wyrzucało się tylko ubrania...
Moja córka po mojej śmierci będzie miała okazję dowiedzieć się więcej, bo zostaną po mnie choćby kalendarze pełne osobistych zapisków.
Co będzie mogła wywnioskować z pozostałych po mnie książek?
Czy trafnie rozpozna te ulubione? O jednych wie, o innych nie rozmawiałyśmy.
Zostanie ten blog (choć i to jest niepewne, już niejedną platformę blogową diabli wzięli).
Zostanie trochę listów w szufladzie.
Zostaną zeszyty i notesy (o ile nie zrobię kiedyś z nimi porządku).
Znajoma już od kilku miesięcy wojuje z papierami, pracowicie dzieli na kupki, te do zostawienia, bo się przydadzą, te wyrzucić, więc podrzeć na drobniusieńkie kawałeczki i spuścić w toalecie.
Nie wyobrażam sobie tej roboty.


Początek:
Koniec:

Wyd. Karakter, Kraków 2017
Z biblioteki
Przeczytałam 23 sierpnia 2019 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Nic nie kupuję :) no ale byłam w Pradze, więc jak mogłam wrócić z pustymi rękami?
Jeszcze przed wyjazdem zamówiłam w Ulubionym Antykwariacie 15 sztuk za skromną sumę 400 koron (czyli 67 zł) i następnego dnia po przyjeździe pojechałam je odebrać. Zasadniczo myśląc sobie, że to by było na tyle :) Ale nie było oczywiście, bo nie dość, że na półkach z Pragensie w drugim Ulubionym Antykwariacie było to i owo, co musiałam mieć, to jeszcze kusiły inne półki, te z książkami po 10 koron (co wcale nie znaczy, że gorszymi, po prostu mniej chodliwymi).
No i w rezultacie przywiozłam 23 sztuki. Za każdym razem więcej... zobaczymy w przyszłym roku, czy się uda przebić tę liczbę... zwłaszcza, że samodzielnie :)
Osoba Towarzysząca (o, to było ciekawe doświadczenie!) co prawda po ujrzeniu tych pierwszych piętnastu sztuk i wypytaniu PO CO MI ONE (hm) zadeklarowała, że zabierze kilka do swojej walizki, jak będziemy wracać... ale gdy nadejszła historyczna chwila, ani się nie zająknęła :)
Dałam więc radę sama i nawet nie było tragicznie, więc możliwości rozwoju istnieją :)

Do tego dołączyło się 25 filmów, ale to już doprawdy drobiazg.
Przyznam się, że wydaje mi się to dość nieprawdopodobne, żebym nie miała do tej pory Koli po czesku... ale na liście wklejonej do zeszytu (na każdy wyjazd zeszyt taki przygotowuję) go nie było... a teraz boję się sprawdzić na półce :)