Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Projekt CHANDLER. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Projekt CHANDLER. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 września 2024

Raymond Chandler - Bay City Blues

To jest łup z "mojej" biblioteczki, jak by się kto pytał. Bardzo się ucieszyłam, bo ani nie miałam ani nie słyszałam nawet. Ba! Tam jest obok nazwiska fraza Autor Hiszpańskiej krwi. Jakiej znowu Hiszpańskiej krwi??? Też mi reklama. Chandler to Kłopoty to moja specjalność, to Żegnaj, laleczko, to Głęboki sen, a nie jakaś tam hiszpańska krew.

Zbiorek zawiera trzy opowiadania, w tym dwa nie będące kryminałami. Albo raczej - niby trochę tak, bo chodzi tam o morderstwa, ale właśnie w wersji fantasy, jak lojalnie uprzedzono na okładce 😉 A że ja do fantasy mam stosunek nawet nie mieszany, tylko otwarcie dość wrogi (nudzi mnie to, nie mam cierpliwości czytać), to całe szczęście, że chodzi jedynie o opowiadania, a nie całe powieści 😁

Bo tak. Używka profesora Bingo powoduje, że człowiek staje się niewidzialny (nie na zawsze, na parę godzin) i co prawda łatwo jest w tej sytuacji popełnić morderstwo, ale wcale nie łatwo wybrnąć z niego. Zaś przekroczenie Spiżowych drzwi powoduje zniknięcie delikwenta, raz i na zawsze (ach, wreszcie ta straszna baba-żona zniknie), gorzej, gdy się samemu pozwoli przez nie wepchnąć... 

Natomiast rozbudowaną wersję tytułowego opowiadania to chętnie przeczytam, bo miałam z nią do czynienia daaaaawno temu.

Początek:

Koniec:

Wyd. Da Capo, Warszawa 1993, 170 stron

Tytuły oryginalne: Bay City Blues; Professor Bingo's Stuff; The Bronze Door

Przełożył: Jan Kraśko

Z własnej półki

Przeczytałam 15 września 2024 roku



Wczoraj umówiłam się z dziewczyną ze Śmieciarki, że książki, które chciała wydać, zostawi pod klatką, a ja przyjadę prosto z pracy (inaczej bym musiała specjalnie wieczorem jeździć) - i nikt siatki z nimi nie zaiwanił! Czekały! Po te książki zgłosiłam się w celu zaniesienia ich do "mojej" biblioteczki (aczkolwiek coś tam sobie zostawiłam, oczywiście). Tymczasem przyjeżdżam, a tu biblioteczka pełna 😍 

No słuchajcie, działa to miejsce, działa. Tym bardziej mi przykro, że trzeba będzie zmienić lokalizację, bo ta wydawała się idealna. Dzisiaj obleciałam osiedle i robiłam zdjęcia różnych miejsc, ale z każdym jest coś nie tak. Chcę w każdym razie zrobić listę i umówić się na rozmowę w Spółdzielni w tej sprawie. 

Tymczasem - poszłam jeszcze skontrolować półkę w Jordanówce. Oto rezultaty 😂

Córka mówi:

- Przecież nigdy tego nie użyjesz.

Oj tam. Sama ostatnio ma fazę na bagietki z kremem czekoladowym, to możemy sobie kiedyś przyrządzić na deser 😁 Fondue to było modne chyba w latach 90-tych?

A ten Mongoł (jak został przeze mnie roboczo nazwany)  tak mnie rozbawił, że MUSIAŁAM zabrać! Szyja się wielbłądowi majta i nie mam pojęcia, co w ogóle z tym zrobić, ale MAM i już.

Co mi przypomina, że któregoś dnia podczas przebieżki znalazłam na wystawce takie cóś i też nie wiem, co z tym, leży w przedpokoju i czeka na doczyszczenie, a potem na pomysł.

Z tego wszystkiego wniosek płynie, że jak już skończę z pracą, to zrobię w domu magazyn rzeczy wszelijakich 🤣

 

A Ojczasty tak: coraz częściej wstając od stołu nie gasi światła (zapala je zawsze, czy dzień czy noc), zapomina. Ostatnio wyszedł z łazienki, a nie zakręcił w ogóle kranu. Strach wyjść z domu, bo generalnie w toalecie spuszczając wodę tak naciśnie, że ona się potem leje - dopóki któraś z nas nie naciśnie ponownie. Już bywało, że wracam, a woda wesolutko szumi. Godzinę, dwie?

A wczoraj wieczorem taki szpas. Oglądałyśmy Chirurgów, nadciągnął, zawiesił się nade mną oparty na kuli i pyta:

- Mamy w domu Przedwiośnie Żeromskiego?

No mamy. 

- Mamy? (uradowany). - To daj mi do czytania.

A nie był przecież wyrwany ze snu czy coś. Więc co? Demencja już pięknie postępuje?

 

Sobota: 13.204 kroki - 7,7 km

Niedziela: 9.806 kroków - 5,7 km

Poniedziałek: 5.639 kroków - 3,2 km


czwartek, 13 czerwca 2024

Raymond Chandler - Długie pożegnanie

To znalezisko z półki w Jordanówce to strzał w dziesiątkę. Równo miesiąc temu ze zdumieniem stwierdziłam, że tego nie miałam - bo przyniosłam do domu na wszelki wypadek, nie będąc pewna, czy mam czy nie - a przecież taki znany tytuł. I nawet nie wiem, czy jednak kiedyś to czytałam, pożyczone czy co. Chyba jednak nie, nie przypominam sobie nic z fabuły ani z postaci.

To jest taka książka, że z jednej strony chciałoby się czytać ją jak najdłużej, żeby tej przyjemności wystarczyło chociaż na tydzień, a z drugiej - no nie sposób zwlekać, można nawet poświęcić kolejny odcinek Chirurgów (jesteśmy już w dwunastym sezonie i co gorsza Derek umarł, jak mogli mi to zrobić!).

Philip Marlowe (tu pisany jako Filip, Bóg wie dlaczego; jaki znowu Filip, z konopi czy co) poznaje pewnego pijaczynę o angielskich manierach, ale ta znajomość nie wyjdzie mu na dobre. Czego zresztą może się spodziewać podrzędny prywatny detektyw? Właśnie się dowiedziałam, że po angielsku ten zawód nazywa się private eye, no kto by przypuszczał.

W ogóle życiorys Chandlera  przeczytany na ciotce Wiki dostarczył mi wzruszeń: na przykład pisarz ożenił się z matką kolegi z wojska, zresztą dopiero po śmierci własnej matki, bo ta się temu ożenkowi stanowczo sprzeciwiała 😂 A gdy po 30 latach żona zmarła, wpadł w depresję i próbował popełnić samobójstwo. Depresja nie pozwoliła mu nawet odebrać prochów żony i zdaje się została ona dokooptowana do jego grobu wiele lat później. To tyle ploteczek, reprodukuję pierwszą stronę powieści, ale ostatniej Wam oszczędzę, bo jeśli ktoś zechce się w przyszłości zapoznać z tym dziełem, to chyba by go szlag trafił (nawiasem, spotkamy się tu z pisownią szlak dokładnie w tym samym kontekście, aj, gdzie była korekta) 🤣

Natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, byście zobaczyli motywację Marlowe'a, by zostać detektywem 😁

Wyd. Czytelnik, Warszawa 1979, 414 stron

Seria z jamnikiem

Tytuł oryginalny: The Long Good-Bye

Przełożył: Krzysztof Klinger

Z własnej półki

Przeczytałam 12 czerwca 2024 roku


Udałam się we wtorek w nocy (no dobrze, była 6.10) pod przychodnię, coby zająć sobie kolejkę w celu zamówienia wizyty domowej dla Ojczastego. Jestem już w pewnym wieku, w dodatku dość osłabiona chorobą, więc chyba się nie ma co dziwić, że zabrałam ze sobą krzesło?

Byłam po pierwsze pierwsza, a po drugie o w pół do siódmej przyszła pani z recepcji i łaskawie wpuściła wszystkich do środka, więc posiedziałam tylko 20 minut. Ale oczywiście musieliśmy odczekać jeszcze te pół godziny do podniesienia rolety w okienku. 

Tak czy siak wizyt domowych już na ten dzień nie było, jednak Ojczasty został zapisany na środę, dzięki czemu jest już osłuchany, zaantybiotykowany, dostał milion innych medykamentów, z których połowa - po przeczytaniu przeze mnie ulotek - prawdopodobnie pójdzie do kosza, bo nie ma możliwości wytłumaczenia głuchemu, jak ma je zażyć. No nic, wsparliśmy przemysł farmaceutyczny, a że lekarz nie pomyślał, to trudno. 

Czy to jest koklusz czy nie, nie wiemy i się nie dowiemy. Infekcja i tyle. Za to z badania krwi wynikło, że jestem cokolwiek anemiczna i będę brać żelazo, co ponoć wiąże się z bardzo ciekawymi efektami ubocznymi... 

Ja anemiczna? Z moimi kilogramami? Hm.


czwartek, 29 września 2022

Raymond Chandler - Głęboki sen

 

Dariusz/Hebius doniósł przy poprzednim Chandlerze, że wychodzi nowe tłumaczenie. Ponieważ i tak starego wydania Wielkiego snu w domu nie miałam, zamówiłam to nowe w biblio.

A byłam święcie przekonana - jeszcze przed chwilą! że stare nosiło taki właśnie tytuł. Patrzę jednak do internetów - najwyraźniej nie, od początku był to Głęboki sen. Musiałam pomylić z filmem. Taaaa... to jedna z tych chwil, kiedy człowiek dałby sobie rękę uciąć albo założyłby się o milion, że jest tak - a jest inaczej.

A więc Głęboki sen. Powieściowy debiut Chandlera i od razu prywatny detektyw Philip Marlowe w pełnej krasie. Jest rok 1939, Marlowe ma 33 lata, kiedyś pracował w policji, skąd wylano go za niesubordynację, a jeszcze wcześniej zaliczył college, więc gdy mowa jest o Prouście, tylko udaje, że go nie zna. Nie jest żonaty, bo nie lubi żon gliniarzy. Ale generalnie kobiety lubi, a i one jakoś lgną do tego dowcipnego, niby to cynicznego, ale tak bardzo uczciwego przystojniaka 😁

Tak, Los Angeles końcówki lat 30-tych jest pełne pięknych i najczęściej zdeprawowanych kobiet, choć trafiają się chwalebne wyjątki. Pełne mężczyzn w garniturach o wywatowanych ramionach. Pełne milionerów nad grobem i drobnych szantażystów, próbujących naciągnąć tych pierwszych na parę dolców. Ech, czasy, gdy dolar był porządnym wynagrodzeniem za drobną przysługę, a za dwie stówki można było nawet ryzykować życiem... Czasy, gdy z okien mijanych domów dobiegały dźwięki radia (od razu przypomina mi się zupełnie inna książka, z innego kontynentu, opowiadająca o pewnym autorze powieści radiowych - wiecie, o jaką książkę mi chodzi?), a dzwoniąc na informację można było się dowiedzieć, jaki jest numer telefonu na danej ulicy pod danym numerem. Czasy, gdy wynagrodzenie prywatnego detektywa wynosiło 25 dolarów dziennie plus wydatki. Z tego żył, a nawet opłacał wynajem biura (choć już bez sekretarki).


Początek:

Koniec:

Wyd. Karakter, Kraków 2022, 280 stron

Tytuł oryginalny: The Big Sleep

Przełożył: Bartosz Czartoryski

Z biblioteki

Przeczytałam 24 września 2022 roku

 

A skoro o filmie mowa, odszukałam i obejrzałam. Tę pierwszą, kanoniczną wersję z 1946 roku, z Humphreyem Bogartem i Lauren Bacall. Nie jestem jakąś fanatyczną wielbicielką Bogiego, ale przyglądanie się temu duetowi, gdy tak wyraźnie widać, jak między nimi iskrzyło (byli od niedawna małżeństwem), to czysta przyjemność.

Natomiast śledzenie zawiłej akcji... oj, legenda mówi, że sami scenarzyści się w niej pogubili 😄 Dobrze, że przeczytałam książkę (choć oczywiście w filmie pozmieniano sporo). A wiecie, kto był jednym ze scenarzystów? Wiliam Faulkner, bardzo ceniony również w tym charakterze.

                                      /pojemniki z Pepco rządzą/
 

Natomiast doskonale pamiętam z czasów chyba jeszcze licealnych taką frazę wielki sen, mała drzemka. I tak sobie myślę, że to musiał być tytuł recenzji (pewnie dość krytycznej) tej drugiej ekranizacji powieści, z 1975 roku. Pewnie w tygodniku Film. Tam Marlowe'a grał Robert Mitchum. Bardzo możliwe, że ta recenzja jest w jednym z pięciu roczników Filmu, które mam do tej pory. Możliwe też, że gdybym była na normalnej emeryturze, to już bym się rzuciła do ich przeglądania, by ten artykuł odszukać i się upewnić, że pamięć mnie nie myli...

 

Tymczasem nie mam na to czasu, choć dziś sytuacja na froncie Nowej Kuchni uległa zmianie. Mianowicie pan Waldek i spółka mieli zacząć remoncik w poniedziałek 3 października, ale mają obsuw na innym mieszkaniu i teraz jest mowa o 17 października. Ha ha ha. No cóż. Miałam dziś wziąć do ręki śrubokręt i odkręcać drzwiczki od szafek kuchennych (że może do piwnicy z nimi, bo siem przydadzom) albo zlecić tę robótkę córce, ale skoro tak, mogłam napisać posta 😁

No i nie ma tego złego, bo po pierwsze za dwa tygodnie to już przetoczy się największy nawał roboty na Fabryce, a po drugie będę mogła pojechać w ten weekend do Dżendżejowa. 


A jeszcze coś. Jak już tak myślałam o filmie i o Filmie, przypomniałam sobie, że przez pewien czas prenumerowałam takie pismo, nie wiem, czy miesięcznik czy kwartalnik, gdzie opisywano wszystkie filmy, które w danym czasie wchodziły na ekrany kin, z zaznaczeniem czy do normalnej dystrybucji czy do kin studyjnych i ile kopii (w skali kraju oczywiście). Jakżeż to się mogło nazywać?

To jest wspomnienie związane właśnie z Dżendżejowem, bo udawałam się odbierać te prenumeraty (i Amerykę i Brytanię i kto wie, co tam jeszcze było) do biurowca Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej Prasa - Książka - Ruch przy ul. Reymonta. Której to Spółdzielni już od dawna nie ma, a podejrzewam, że dżendżejowskiego biurowca też nie. A miałam tam swoją półkę (czy przegródkę?)... Kiedyś to się powodziło - albo ta prasa była jakaś tańsza 😂


Czyściliśmy mieszkanie naszego szefa, który wrócił do ojczyzny, i znaleźliśmy takie coś. Stawiamy zakłady, do czego to służy. Pomysły są różne, co jeden to bardziej wyuzdany 😅


środa, 27 lipca 2022

Raymond Chandler - Wysokie okno

 

Szukałam sobie kryminału jakiegoś i wyszło na to, że Chandlera nie czytałam od lat, więc dawaj! I słuchajcie, to jest hit, jest lepszy od Macdonalda, bierę się za niego! Detektyw Marlowe moim idolem! Cudowny romantyk, choć wie doskonale, jak ten świat jest skonstruowany.

Mam niestety tylko sześć Chandlerów, ale dobre i to. Reszty poszukam w bibliotece. Jego powieści mają klimat, który mi się od zawsze kojarzy właśnie z kryminałem amerykańskim czy z film noir. Swoją drogą, jednym z planów na emeryturę jest wrócić po niespełna 40 latach 😎 do tych filmów, kiedyś oglądanych w kinie Młoda Gwardia koło dworca...

Plany na emeryturę... Spotkałam wczoraj panią, z którą kiedyś pracowałyśmy razem, i w pełni popiera mój plan nieangażowania się już w żadną stałą pracę, tylko dorywcze robótki (ona sama na emeryturze już od dawna). Jak to miło trafić na inteligentnego człowieka 😀

A, właśnie - bo wiecie co? Zlikwidowałam działalność. Żeby postawić kropkę nad i. I przestać myśleć, co by było, gdyby. 

/oczywiście zawsze można otworzyć na nowo 😅/

Początek:

Koniec:

Półka

Wyd. Czytelnik, Warszawa 1986, 239 stron (II wydanie, dziadowskie takie)

Tytuł oryginalny: The High Window

Przełożył: Wacław Niepokólczycki

Z własnej półki (kupione 19 grudnia 1986 roku za 220 zł, w księgarni)

Przeczytałam 24 lipca 2022 roku


Moje życie na emeryturze chwilowo obraca się wokół smarowania skóry twarzy 😂 Ale słuchajcie - skończył się zalecony przed dermatolożkę tydzień robionej maści, przeszłam do tych gotowych. I jak było już całkiem w porzo, tak natychmiast stan skóry się pogorszył! Zadzwoniłam na rejestrację, że chciałabym na wizytę kontrolną, no bo nie mam pojęcia, co robić. Mało tego, w ulotce kremu na dzień doczytałam się, że czas leczenia wynosi od 3 do 4 miesięcy (a w działaniach niepożądanych stoi jak byk, że możliwe pogorszenie, nawiasem mówiąc) oraz żeby unikać ekspozycji na światło słoneczne. Jezus Maria, a co z Pragą??? Dzwonię więc, a tam mi mówią, że w październiku. No way wcześniej, nie ma wolnych terminów. 

Cóż było robić, porzuciłam dwa kremy (a to te za 160 zł, które spowodowały moją katastrofę finansową w tym miesiącu) i wróciłam na własną rękę do maści robionej. Znów poprawa. I co teraz? Chyba zabiorę jej trochę ze sobą w pudełeczku i tyle. 

Co do stanu finansów natomiast, radzę sobie świetnie. Mam jeszcze 10 zł do wydania, wyobraźcie sobie! Ale faktem jest, że ojciec mojej córki przyniósł a to arbuza a to jakiesiś mięso z nogi kurczaka a to wczoraj dwa kotlety mielone (dziś obiad mam z głowy), tak że ten, nie musiałam aż tak bardzo kombinować 😂 Pojechałam nawet wczoraj "do miasta" kupić sobie torebkę, bo była w planie przed wyjazdem do Pragi, a nie chciałam zostawiać na ostatnią chwilę. No ale to już z sierpniowych piniendzy się liczy, kreatywna księgowość 😁 Właśnie, przy okazji zobaczyłam śliczną letnią sukienkę, prościutką, bez wzorów - i do tej nowej torebki by mi pasowała - kręciłam się chwilę koło niej, ale pani sobie gdzieś poszła, było puste stoisko - i to mnie uratowało. Chociaż córka mówi, żeby jechać jeszcze raz i kupić. Może ma rację? 

A właśnie się wybieram niedaleko po głośniki, to...?

Bowiem z racji mnóstwa czasu (powiedzmy) poświęcam się ostatnio polowaniom na Śmieciarce 😂 Zero waste, wicie rozumicie, dajemy drugie życie etc. Zazwyczaj umawiam się na wieczory, coby nie eksponować się słonecznie, ale nie zawsze się da, więc chodzę z parasolką, jak ta głupia 😀

Więc tak: czajnik dla Ojczastego (jego waży chyba 2 kilo, tyle ma w środku kamienia), herbatki dla mnie, stos gazet też wzięłam dla Ojczastego (ale nie wiem, czy będzie czytał Wysokie Obcasy 😁), a słoiki znowu dla mnie do przesypywania, jeszcze nie wiem czego, ale w kuchni zawsze się przydadzą, one są takie fajne pękate, nieduże, 10 cm wysokości.




W jednej z gazet znalazłam bardzo na czasie przepis 😍

Fantastyczną stroną tego jeżdżenia po mieście (jak to dobrze, że jednak wykupiłam kartę na lipiec!) jest zwiedzanie nowych okolic. A wczoraj wieczorem po te gazety byłam w okolicy Nowego Kleparza i słuchajcie, była tam w kamienicy cudna drewniana winda z 1937 roku, z podwójnymi drzwiami, zdobieniami i w ogóle - a ja, dupa jedna, nie zabrałam aparatu. Tak samo pożałowałam, gdy byłam po tę torebkę, bo jechało akurat sobie ścieżką rowerową to ustrojstwo - samobieżny robot dostawca jedzenia - sympat'ak, jak by powiedzieli Czesi 😀 Kasia się nazywa!

Tak że ten, pakuję aparat do nowej torby i jadę, bo obiecałam być między 11:00 a 12:00. Z parasolką, bo słońce wróciło, tyle że upału nie ma.

 

ACHTUNG, ACHTUNG

Nie chciałabym, żeby mi się w sierpniu w Pradze przydarzyło to samo, co w maju. Mianowicie zabrałam ten nieszczęsny telefon na przejażdżkę i tyle, za to ani razu nie udało mi się z niego skorzystać. Chciałam wysłać dwa esemesy już w drodze do, bo się pociąg spóźniał - i w ogóle nie wyszły.

Co ja mam włączyć? Te dwa pierwsze zaznaczyć? Czy tylko ten roaming?


 

czwartek, 21 stycznia 2021

Raymond Chandler - Kłopoty to moja specjalność

Chandlerów to ja nie czytałam tak dawno, że ani nie pamiętałam, że to tutaj opowiadania są. Byłam święcie przekonana, że Kłopoty... to cały regularny kryminał! Ale to nie przeszkadza - Chandler to taki mistrz, że nawet opowiadanie satysfakcjonuje 😄
Oczywiście planuję już resztę - triumfalnie donoszę, że z bibliotek mam w domu już tylko siedem, w tym jedną przeczytaną (Mrożek, o którym będzie następnym razem) i jedną, którą oddam bez czytania (a co!). Więc powolutku się wygrzebuję i BĘDĘ CZYTAĆ SWOJE 💪💪💪

Oprócz takiego charakterystycznego klimatu chandlerowskich kryminałów - wiecie, prywatny detektyw ze stawką dzienną 20 dolarów, czarne charaktery, piękne blondynki o zimnym sercu, małe pistoleciki o rękojeści wykładanej macicą perłową w każdej torebce, biura pełne spluwaczek, rozklekotane otwarte kabiny wind (uwielbiam gatunek film noir, jakby się ktoś pytał) - to, co mi się bardzo podoba to kompletny brak poprawności. Murzyn jest tam ciągle Murzynem (i zazwyczaj parkingowym)!

Na Spring Street widać było, że zbliża się godzina zamykania biur. Puste taksówki krążyły blisko krawężników, stenotypistki ukończywszy wcześniej pracę szły już do domów, tramwaje tłoczyły się jeden za drugim, a policjanci drogowi usiłowali rozładować korki tworzące się na skrzyżowaniach ulic. Budynek Quorna miał wąską fasadę koloru wyschniętej musztardy; tuż obok wejścia wisiała duża gablota pełna sztucznych zębów.
Pewnie przez tę miłość do gatunku prawie oniemiałam, gdy zobaczyłam w Pradze po raz pierwszy w życiu na żywo paternoster!

Tytuły opowiadań:

Początek:
Koniec:
Półka była na początku stycznia odkurzana i stąd pomysł, żeby wrócić do starych dobrych jamników i srebrnych kluczyków:

Wyd. Czytelnik, Warszawa 1977, 299 stron

Tytuł oryginalny: Trouble is my business

Przełożył: Michał Ronikier 

Seria z jamnikiem

Z własnej półki 

Przeczytałam 16 stycznia 2021 roku

 

Przeglądałam ostatnio krakowskie nekrologi i znalazłam taki, który może nie że chwycił od razu za serce, ale - spodobał się (o co w nekrologach trudno). Od razu zrobiłam zrzut ekranu, żeby tu pokazać.

A potem pokazałam córce, ona pyta, ile miał lat pan matematyk, wrzucam w internety i co się okazuje? Że ten nekrolog już zdążył zrobić furorę w sieci (na przykład klik), tak że - znowu się spóźniłam, ale liczę na to, żeście jednak nie widzieli...

Na koniec może jednak lepiej o żywych (a przynajmniej mam nadzieję, film jest sprzed 4 lat, ale bohaterzy nie wyglądają na mocno schorowanych, tym razem nie będę przepatrywać ani książki telefonicznej ani stron z nekrologami). Znowu starsi ludzie, znowu Kraków 😊

WIĘZI, reż. Zofia Kowalewska, 2016

Z oficjalnego opisu: 

Barbara i Zdzisław są małżeństwem z 45-letnim stażem. Osiem lat temu Zdzisław zostawił Barbarę i zamieszkał z kochanką. Niedawno zdecydował się wrócić do żony. Barbara przyjęła go z powrotem. Powrót do wspólnego życia w jednym mieszkaniu okazuje się jednak dla małżeństwa trudny. Zdzisław proponuje zorganizowanie jubileuszu ich związku. Film znalazł się na shortliście do Oscara w kategorii Documentary Short Subject.

Na You Tube krótka (4 minuty) wypowiedź młodej reżyserki, która jest jednocześnie wnuczką tego małżeństwa.

 

Jeśli Was zaciekawiła, to możecie obejrzeć ten dokument (raptem 18 minut) na NINATECE. 

A właśnie. Ninateka to moje najnowsze odkrycie - po latach. Jakoś przy wymianie laptopa i stracie linków zapomniałam o jej istnieniu, a to przecież prawdziwa kopalnia (na szczęście nie bitcoinów - czy Wy też jesteście masowo atakowani spamem na ten temat? Bo ja dostaję CODZIENNIE z 5-6 maili...) nie tylko dokumentów! Już sobie pozaznaczałam całą masę do obejrzenia. Uprzejmie proszę o wydłużenie doby do 48 godzin, co najmniej.