sobota, 19 czerwca 2021

Rade Obrenović - Śmieszna rodzinka

 

Tę książeczkę nie wiem, skąd wzięłam - bardzo możliwe, że przyniosłam z półki w Jordanówce. I wiecie co - z powrotem ją tam odniosę. Podczas zeszłorocznych pandemicznych porządków wytypowałam ją do przeczytania i podjęcia decyzji o jej losie 😁

Co prawda zyskam na tym zaledwie pół centymetra na półce, ale tak czy siak będzie to milowy krok. Że coś jeszcze odważę się wydać! Może za Śmieszną rodzinką pójdą następne pozycje? 

/nie bardzo w to wierzę, ale nigdy nie mów nigdy/


 Chciałam znaleźć w internecie coś bardziej aktualnego o autorze, choćby w obcych językach, ale marnie mi szło. Jest kopacz piłki o tym samym nazwisku i to on się przepycha w sieci. Lubimy czytać doniosło, że wyszła u nas jeszcze jedna książka Obrenovića, Co za rodzinka, ale ani jej szukać nie będę. To po prostu takie obrazki z życia pewnej jugosłowiańskiej rodziny w kamienicy pełnej dzieciaków i mniej lub bardziej interesujących lokatorów, ale nic moc. To mówię ja czyli stara baba, która to przeczytała po raz pierwszy. Na wspomnianym portalu czytelniczym trzy opinie głoszą, że to była jedna z ulubionych książek dzieciństwa - i to jest ta różnica, w czasie lektury 😏 Gdybym ją znała z dzieciństwa, co jest niemożliwe, bo wyszła dopiero w 1986 roku, to pewnie też bym ją inaczej zapamiętała. Dziś nie zrobiła na mnie wrażenia.

Znalazłam za to co nieco o tłumaczu. Pan Branko Ćirlić był slawistą i propagatorem kultury polskiej w Jugosławii (oraz vice versa), a także tłumaczem Josipa Broz Tito. Na stronie jakiejś tv czy czego tam przeczytałam, że:

Branko Ćirlić przed II Wojną Światową był harcerzem w Jugosławii. Do Polski przyjechał w 1937 roku na wymianę skautów. Branko do Warszawy przyjechał z przyjacielem Borysem. Razem zwiedzali całą Polskę. Branko zakochał się w naszym kraju od pierwszego wejrzenia. Spędził tutaj większość swojego życia. Od 1946 roku Branko na stałe zamieszkał w Polsce. 

Zajrzyjcie pod podany wyżej link, można tam obejrzeć filmik, gdzie o panu Branko opowiadają polscy syn i żona.

Początek:

Koniec:

 A teraz o półce. Mam w domu jeden regał ukryty za żaluzją 😁 Kiedyś był tam rodzaj korytarza, kończącego się ślepą ścianą, miała powstać w tym miejscu szafa oczywiście, ale potem zburzyłam boczną ścianę i powstał regalik. Nie pamiętam, dlaczego właściwie postanowiłam go zasłonić żaluzją, ale dzięki temu stał się idealnym miejscem na ukrycie różnych bardzo, ale to bardzo sfatygowanych książek 😂

Jak widać na załączonym obrazku. 

Ta druga bez grzbietu to...

Jest ze mną coraz gorzej. Za cholerę nie mogłam sobie przypomnieć ani tytułu ani nazwiska autora. A wstawać i podnosić żaluzji mi się nie chciało 😏Wpisałam do wyszukiwarki książka o szalonym bibliofilu, nic. Szalony bibliofil profesor - link do wywiadu z profesorem Aleksandrem Krawczukiem. W końcu szalony bibliofil profesor Kien, bo jednak pamiętałam nazwisko bohatera - no wreszcie! Link do recenzji spektaklu w Starym Teatrze. Na którym przecież byłam, bo mnie ta książka kiedyś zafascynowała!

Więc - Auto da fé Eliasa Canettiego. To jest książka z oberwanym grzbietem i okładkami luzem. Chyba zapytam kolegi w pracy, czy mógłby coś na to pomóc... Zwłaszcza, że chciałabym sobie powieść przypomnieć.

W trakcie poszukiwań trafiłam na artykulik o 8 słynnych bibliofilach - zaraz idę sobie pooglądać ich biblioteki, bo można powiększyć obrazki 😎 

A ta pierwsza bez grzbietu to Kawafis. Może by mi kolega zrobił po prostu obwolutę? On jest artysta i lubi takie wyzwania 😍

No, a abstrahując od tych rozważań - co znacie?

Wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Poznań 1986, 101 stron

Tytuł oryginalny: Tata vikend i mama vikendica

Przełożył: Branko Ćirlić

Z własnej półki

Przeczytałam 13 czerwca 2021 roku

 

Na spacerze tydzień temu dotarłam do Miasteczka Studenckiego, gdzie oczywiście dałam się ponieść fali wspomnień, ale tego Wam oszczędzę. Natomiast wyrażę swoje zdziwienie faktem, że przed akademikami było mnóstwo rowerów. Myślałam, że studia są ciągle online? 

Szczerze to już powoli przestaję się interesować pandemią... nie żebym wierzyła w jej koniec, o nie 😥 ale jestem tym zmęczona. Wyobraźcie sobie, że jeszcze 7 czerwca mam zapisane dane, które codziennie podawała Wybiórcza (notowałam w kalendarzu każdego dnia). Potem GW przestała je publikować, albo nie daje ich na główną stronę, nie wiem, nie chce mi się już szukać, od 8 czerwca tabula rasa.


A ktoś w mojej klatce zrobił małe porządki w mieszkaniu i wystawił przed blok zbędności 😄 Ja bym na tę orzechówkę w sumie miała chęć (za kapcie dziękuję), ale czasy mamy takie, że człek nieszczęsny podejrzewa nawet chęć otrucia... Nie wszyscy jednak są takimi pesymistami, bo zniknęło szybko 😎

czwartek, 17 czerwca 2021

Ross Macdonald - Z tamtej strony dolara

 

Comiesięcznego Macdonalda mam z głowy. Gdybym miała więcej czasu, policzyłabym, ile mi ich zostało. Któregoś dnia to zrobię. Podobnie jak zajrzę wreszcie na Wiki i poczytam o autorze. Bo mnie dość ciekawi, skoro tak mi się podoba jego twórczość. Ba, nawet już planuję, że za jakieś 10 lat będę czytać te książki z powrotem i wtedy sobie dokładnie rozpiszę ich kolejność chronologiczną i dość skąpo ujawniane szczegóły życiorysu narratora czyli prywatnego detektywa o nazwisku Lew Archer.

Zerknę też przy okazji na biogram tej żony-pisarki, której raczej nie kojarzę. To znaczy na pewno nie kojarzę, nie wiem, czy była u nas tłumaczona i co pisała.

Wszystko to pieśń przyszłości, tymczasem melduję tylko wykonanie zadania, nieśmiało zdradzę, że zaraz po kryminale przeczytałam cienką książkę dla dzieci, a teraz się biedzę nad bynajmniej nie cienką książką dla dorosłych, która mi się wcale nie podoba, ale skoro przywlokłam z biblioteki i zaczęłam, to ciągnę 😐

Początek:


Koniec:

Teoretycznie mogłabym ustalić, ile mi Macdonalda zostało do przeczytania oglądając jedynie to zdjęcie półki, ale guzik tam. Nie w każdym przypadku napisali na grzbiecie nazwisko autora, co jest skandalem. W ten oto sposób Chandlery mieszają się z Macdonaldami i Gardnerami, a gdzieś z boku pcha się jeszcze Asimov (którego nie czytałam).

Aha, okazuje się, że jakieś paskudne plamki są na tej górnej półce widoczne, chciałam poprosić córkę, żeby mi je zlikwidowała - oczywiście na fotce jedynie - ale co będę pudrować rzeczywistość! Półka jaka jest każdy widzi!

Wyd. Iskry, Warszawa 1978, 314 stron

Tytuł oryginalny: The Far Side of the Dollar

Przełożyła: Kalina Wojciechowska

Z własnej półki (kupione 29 grudnia 2014 roku - pewnie na allegro)

Przeczytałam 12 czerwca 2021 roku


Do ubiegłego piątku do godziny 20.00 mieliśmy napisać test online, wieńczący kolejny semestr na kursie czeskiego. Chyba mnie coś natchnęło, że w środę wieczór usiadłam i napisałam, bo potem to już by czasu nie było. Ale drugą częścią testu było wypracowanie, i to sobie obiecywałam skrobnąć i posłać do Naszej Pani w piątek po pracy. Tyle że w piątek wróciłam z roboty o 19.55 i to kompletnie wymiśkowana, zadzwoniłam więc i powiedziałam, że doślę w weekend. 

No i sobota od rana była zepsuta, bo oczywiście nie chciało mi się usiąść i wyprodukować. W końcu powiedziałam sobie, że dość tego, nie zepsuję sobie przecież i niedzieli, napisałam i posłałam, aczkolwiek dodając, że naprawdę bardzo, ale to bardzo mnie kusiło, żeby raczej umyć okno i to z żaluzją. Nasza Pani w odpowiedzi przysłała mi mema.


Córka mówi, że to suchar, ale ja nie znałam 😂😂😂 Ale za to wiem, jak jest suchar po czesku!

No, a wieczorem poszłam chodzić i odwiedziłam dziki. To znaczy poszłam w tę stronę, gdzie one mieszkają, jak przeczytałam w necie. Jakieś dobre dziecko nawet powiesiło ogłoszenie na drzewie 😍

Na szczęście żadnego nie spotkałam. Ale oczywiście wszystko przede mną, bo coraz później na te spacery chodzę.

Jednakże ma się ku lepszemu, gdyż wczoraj ogłosiliśmy zwycięzcę konkursu, uprzątnęliśmy wszystkie papierzyska (chyba tonę) i o 16.00 wyszliśmy z roboty. Co za ulga 😜

Oczywiście nie wiadomo, ile to potrwa, zanim dziewczynę przyjmą do pracy. Kolega z najdłuższym stażem (od początku istnienia Fabryki) mówił dziś, że czekał... 2,5 roku! I że już zaczynał myśleć, że ten wygrany konkurs mu się tylko przyśnił. Drugi kolega grzebał na moją prośbę w swoim segregatorze, nie dogrzebał się, ale twierdzi, że rok chyba upłynął od konkursu do podpisania umowy. 

No, ale to były czasy przedinternetowe, teraz chyba pójdzie szybciej. Ja na wszelki wypadek poradziłam zwyciężczyni, żeby się jeszcze nie zwalniała z poprzedniej pracy.

Przy okazji wyszło na jaw, że gdybym startowała w tym konkursie, nie dostałabym ani pół punktu za pracę - mimo 22-letniego stażu w tej instytucji. Bo nie jestem tam zatrudniona. Spędzam tam codziennie 7 godzin od 22 lat i nic, nie liczy się w konkursie, bo to tylko współpraca, a nie praca, wedle Zwierzchności. Należy zaznaczyć, że wymuszona przez instytucję, a nie wybrana przeze mnie (sławetna jednoosobowa DG). Jeden z kandydatów miał papiery na 10 lat współpracy z jedną TV i nie zaliczono mu, bo nie na etacie

Jak bardzo trzeba być odległym od rzeczywistości na rynku pracy, żeby nie rozumieć, że dziś rzadko kto ma etat. Dyrekcja chyba i dział księgowości (sprzątaczki już nie, bo usługę zapewnia firma zewnętrzna, podobnie jak ochronę). Prekariat kwitnie, a oni sadzą takie kwiatki 😬😬😬

sobota, 12 czerwca 2021

Truman Capote - Śniadanie u Tiffany'ego


Jedna z najukochańszych książek. Taka, do której wracam co kilka lat i nigdy nie zawodzi. Ostatnio córka mówiła, że oglądała film Dwoje na drodze z Audrey Hepburn i że film jej się podobał, ale samej Hepburn nigdy nie lubiła. Oczywiście w rozmowie wypłynęło Śniadanie u Tiffany'ego.  Nie lubię tego filmu i na pewno sobie go nie obejrzę znów z okazji ponownego przeczytania książki. On dla mnie z powieścią (no, to właściwie jest opowiadanie) nie ma wiele wspólnego po prostu, poczynając od kwestii z czego żyje narrator. W filmie zrobiono z niego utrzymanka. Specjalnie czytając teraz zwracałam uwagę na szczegóły, na to, czy jest tam najlżejszy choćby ślad takiej sugestii - i oczywiście nie ma. W gruncie rzeczy nie wiemy, z czego się utrzymuje, do momentu, gdy znajduje sobie pracę.

Być może chodziło o to, żeby stworzyć taką przeciwwagę dla Holly, która niewątpliwie utrzymanką jest. Ale Holly tak fascynuje narratora właśnie dlatego, że reprezentuje kompletnie inny świat, całkiem mu obcy.

Być może dlatego też i ja tak lubię tę książkę. Za tę nowojorską atmosferę i za to, że jej bohaterowie żyją w sposób, na jaki ja sama nigdy bym się nie odważyła. 

A JAKIE SĄ WASZE NAJUKOCHAŃSZE KSIĄŻKI? 

Zaczęłam dodawać książki na blogu do najukochańszych, ale to strasznie nudna robota. Chyba zajmę się raczej obiadem 😉

To wydanie zawiera jeszcze Harfę traw, ale ona nigdy mi nie przypadła do gustu, przeczytałam raz i wystarczy. Natomiast Śniadanie... to była miłość od pierwszego wejrzenia, przeczytałam jeszcze w szkole, mój egzemplarz - mocno sfatygowany, jak widać - dostał na imieniny Ojczasty w roku mego urodzenia 😍

Początek:

Koniec:


Patrzcie tylko! Bilet nie skasowany! Zmarnowałam 120 zł! Ciekawe, kiedy to było, takie ceny 😉 Może wtedy, gdy czytałam książkę poprzedni raz? A było to w 2010 roku...

Półka jaka jest, każdy widzi. Dlaczego te Nike takie wymęczone są? Bo stare? Ale to starzy przyjaciele, mają prawo do wyłysienia i skapcanienia, czas ich nie oszczędza 😉

Co znacie? Znów kiepsko widać, Nike ze względu na mały format są chyba wszystkie upchane na takich niskich półkach pod parapetem, więc widoczność tam marna.

Wyd. Czytelnik, Warszawa 1962, 133 strony

Tytuł oryginalny: Breakfast at Tiffany's

Przełożył: Bronisław Zieliński

Z własnej półki

Przeczytałam 8 czerwca 2021 roku

 

Straszny tydzień. Powroty z Fabryki wieczorem. To ten nieszczęsny konkurs na sekretarkę. Człowiek sobie nie zdaje sprawy, ile jest z tym zawracania gitary (zwłaszcza, gdy przewodnicząca komisji nie ruszy dupy, żeby przyjechać, tylko wszystko załatwia zdalnie)...

Nie wiem, co to film, nie wiem, co to porządny obiad, nie wiem, co to ekspienie (moja córka zawsze tak mówi o siedzeniu w internetach, ale nie wiem, czy sama to wymyśliła, czy też takie słowo funkcjonuje). 

Jedyne, co wiem - czego udało się nie zarzucić - to bieganie chodzenie 😁 W całym tym galimatiasie jednak zdobywałam się na to, żeby jeszcze wieczorem ruszyć, choć raczej już tylko po osiedlu. Wczoraj - w piątek, co jest naprawdę skandalem - skończyliśmy przed 19.00 i wiedziałam, że jak wrócę do domu, usiądę, żeby zjeść byle co, to już się nie podniosę, butów więcej nie założę... Zlekceważyłam więc tramwaj i wróciłam do domu na piechotę. Godzina i pięć minut 😊 

Dalej się nie rozejrzałam za jakimś punktem napraw sprzętu elektronicznego, ale kolega w pracy odkurzył mi ten szwankujący odtwarzacz i teraz działa - w taki mianowicie sposób, że owszem, można sobie pliki odsłuchać, tylko nie bardzo wiadomo, czego akurat się słucha 😂 Pionowe paski zasłaniają właśnie lewą stronę, gdzie się wyświetlają nazwy tychże 😂 Tak, że jest to loteria.

Któregoś z tych ciężkich dni zastałam na biurku prezent od córki - jej osobiste dzieło sztuki 😜

Rzecz jednak nie w jej artystycznych umiejętnościach, ale - we francuskim. Wiecie, ona oczywiście miała francuski w szkole, ale nie nauczyła się NIC. Kompletne nemo. A odkąd udziela się na instagramie, nagle... Właściwie nie wiem, jak ona to robi, bo podręczniki do francuskiego, gramatyki stoją nietknięte, ale coraz więcej kuma i sama jest w stanie WYTWORZYĆ wypowiedź. Od czasu do czasu o coś tam zapyta i tyle. 

Opowiadała mi, że miała wczoraj takie zdarzenie. Z jakąś tam inną instagramerką (Boże, co za słowo) dziewczyną z insta sobie od dawna pisały, pisały - po angielsku oczywiście - aż w końcu moja córka zapytała, skąd tamta jest. 

- From Poland.

Moja córka zgłupiała. 

- Are you kidding me???

- Why?

- Zgadnij.

😂😂😂😂😂

niedziela, 6 czerwca 2021

Karol Estreicher - Nie od razu Kraków zbudowano

 

Szymiczkowa w Złotym rogu inspiruje się w pewnym momencie historią złapania przez hycla pieska Dżimusia, opisaną w Nie od razu Kraków zbudowano i zachciało mi się wrócić do wspomnień Estreichera, ikonicznych dla miłośników Krakowa 😍

Właściwie zdumiałam się, bo wyszukiwarka blogowa nie wykazała tej lektury, a są tu książki od 2006 roku. Co prawda blog założyłam w 2010, ale w pierwszym poście spisałam wszystkie przeczytane książki od 2006 roku. Czyli - co najmniej 15 lat nie czytałam Estreichera. Aż mi się wierzyć nie chce! Żyłam w przekonaniu, że wracam do niego regularnie 😏

A jednak, o dziwo, pamiętam, co tam w środku tych wspomnień jest. Diabli wiedzą, ile razy wcześniej to czytałam od zakupu... Jeśli ktoś ma sentyment do szopki krakowskiej, to rozdział o Ezenekierze jest OBOWIĄZKOWY! A ja tym razem bardziej się skupiłam na złośliwych często relacjach dotyczących profesorów uniwersyteckich 😂 Zawsze też miło znów poczytać o tym, jak się żyło przed ponad stu laty, w autentycznych wspomnieniach, a nie w wyobrażeniu autorów, jak przy poprzedniej książce. 

Można powiedzieć, że w kilka godzin połknęłam Nie od razu Kraków zbudowano - no, ale w końcu jest niedziela. Postanowiłam szybciutko napisać ten post, nie odkładać go na później, bo przede mną ciężki tydzień w pracy, raz że powrót do dawnych godzin, a dwa, że od wtorku do piątku będziemy przeprowadzać ten konkurs na sekretarkę, a więc dodatkowa robota. A jeszcze trzy, że w tym tygodniu piszemy test końcowy z czeskiego, zapomniałabym! W związku z tym teraz się zastanawiam, co by sobie wybrać do czytania kolejnego, żeby było takie przyjemne i odprężające...

Teraz chciałam tu pokazać tę inspirację, o której wyżej. Po lewej Szymiczkowa, po prawej Estreicher.



Dla mnie to bardziej  przepisanie niż inspiracja 😎

Początek:

Koniec:

Książkę kupiłam w antykwariacie i teraz patrzcie - była to 175-ta książka nabyta w 1988 roku, a był dopiero lipiec! Kiedyś to były szczęśliwe czasy! Jedyne, co mnie ograniczało w zakupach, to ewentualnie finanse, a nie ilość półek!


Półka z książkami, których akcja toczy się w Krakowie, bardzo różnymi. Regał stoi w kuchni i po tych ponad 30 latach muszę stwierdzić, że nie był to najszczęśliwszy pomysł. Albo może byłby dobry przy nowoczesnym wyposażeniu tejże - a ja nie mam nawet okapu. Niestety książki noszą ślady tego, że tutaj się gotuje 😠

Ale trudno, tego się już nie cofnie. Do rzeczy więc - znacie coś?

Wyd. PIW, Warszawa 1956, 218 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 6 czerwca 2021 roku


Moja łąka nadal nie zawiera kwiatów, ale przynajmniej rośnie 😂

Chciałam znaleźć coś do pracy na obiad do pudełka... i nic. Albo sałatki z majonezem (no weźcie, nie po to chodzę biegać chodzić, żeby potem żreć majonezy) albo nie mam dziś w domu potrzebnych składników albo znowu ten problem, że w czym niby mam zabrać winegret? Idea zalania nim rano sałaty i jedzenia jej jakiejś kompletnie zdechłej o 14.00 coś mi nie pasuje. Wygląda na to, że trzeba będzie nosić kanapki, a obiad robić (i zjadać) pod wieczór. Bez sensu. A żeby coś ugotować i odgrzać w mikrofalówce w robocie, to też mi się nie widzi. Niedobre 😰

Córka mówi, żebym szukała na YT hasła lunch box. No to zaraz na początku trafiłam na jedną dziołchę, która w niedzielę przygotowuje pudełka na PIĘĆ dni. W piątek je obiad przygotowany w niedzielę! Smacznego!

Mam problemy, co nie?

Rozbestwiłam się przez ten pandemiczny rok,  kiedy jadło się codziennie świeżo przyrządzony obiadek, żadnego odgrzewania i o ludzkich godzinach...

sobota, 5 czerwca 2021

Maryla Szymiczkowa - Złoty róg

U Hebiusa chyba natknęłam się na ten tytuł, więc zapisałam się do kolejki bibliotecznej. Teraz ta kolejka stoi za mną, więc przeczytałam szybciutko, żeby długo nie czekali 😃

Czytałam dwie pierwsze Szczupaczyńskie, a teraz się zorientowałam, że ominęłam trzecią, Seans w Domu Egipskim, co niewątpliwie nadrobię, choć niekoniecznie w najbliższym czasie. Wszystkie z biblioteki i właśnie myślę nad tym, czy gdyby nie tragiczne warunki lokalowe, to skusiłabym się na zakup tej serii.

Chyba jednak nie. Bo owszem, czyta się to dość przyjemnie, oczywiście ze względu na osadzenie akcji w Krakowie i te galicyjskie klimaty 😊 ale jednak... czy warto zajmować miejsce na półce? To raczej jednorazowa lektura. Nie umniejszam przy tym wielkiej pracy autorów nad znalezieniem olbrzymiej ilości szczegółów z epoki - zakładam, że są wszystkie autentyczne, pieczołowicie wyszperane choćby w rocznikach Czasu albo w dawnych publikacjach, na przykład choćby nazwiska weteranów powstania styczniowego z przytuliska. Tutaj chapeau bas!

Ale ogólnie historie prywatnych śledztw profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej aż tak nie wciągają. To taka intelektualna gra z czytelnikiem, na ile zna krakowskie realia sprzed ponad stu lat i trochę na zasadzie znacie, to posłuchajcie

W przypadku Złotego rogu nawet mi to wadziło, że w tak wielkich ilościach "Szymiczkowa" posługiwała się cytatami z Wyspiańskiego i Boya. Cała ta część poświęcona słynnemu weselu dłużyła mi się bardzo.

Nawiasem mówiąc, ciągle nie rozumiem, po co ta Szymiczkowa, skoro wręcz już na okładce mówi się, kto jest prawdziwym autorem. Może to wyjaśniał Dehnel w jakiejś rozmowie, ale ani mi się nie chce szukać.

Jedynie jako praktyk miałabym taką uwagę: jeśli ktoś zasłania sobie nos przed wyziewami z kanalizacji, żeby nie dostać ataku straszliwego globusa - to na pewno ta chusteczka nie może być perfumowana, na Boga! Od zapachu perfum globus też murowany - niestety wiem, co mówię 😐  

Dobrze, a teraz idę poszukać, co znaczy tabetycznym krokiem.

Początek:


Koniec:

Wyd. Znak, Kraków 2020, 317 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 5 czerwca 2021 roku


W ramach przeglądu tygodnia donoszę, iż:

1/ wczoraj Derechcja oznajmiła, że od poniedziałku pracujemy już normalnie (do tej pory wychodziliśmy około 13.30, czasem przy dobrym humorze szefa i o 13.00)

Było to cios w samo serce. No nie mogę w to uwierzyć! Naprawdę pandemia się skończyła?

Teraz trzeba rozstrzygnąć, co z obiadami. W OGÓLE NIE PAMIĘTAM, JAK TO BYŁO PRZED 👀 No przecież nie przyjdę do domu o piątej po południu i się będę dopiero zabierać za gotowanie!

Ale przede wszystkim - masakrycznie mi się znów skróci dzień i niewątpliwie z czegoś trzeba będzie zrezygnować. Na pewno jednak nie z biegania chodzenia! A więc z czego?

2/ nie mogłam zasnąć (coraz częściej mi się to zdarza, na razie obsobaczyłam córkę, że przychodzi pogadać o 22.00, kiedy ja powinnam się wyciszać i pogrążać powoli w senność - o 23.00 muszę gasić), wstałam wyjrzeć przez okno, a tam na trawniku - DZIK! DZIK! DZIK!

Zawołałam córkę, bo nie wierzyłam własnym oczom 😁 A tu spod moich okien zasuwa małe jeszcze! Czyli to locha, tak? Ta najbardziej niebezpieczna, tak? Na osiedlu w mieście, tak?

Obiecałam sobie solennie, że znikąd po nocy nie będę wracać. Rano dzielę się informacją z sąsiadką, która wyszła z psem, mówię:

- I wiesz, co widzę na trawniku?

A ona:

- Dziki.

Mówi, że wracała raz późno z pracy i się natknęła. Ja bym się ZESRAŁA chyba. Zaczęłam szukać w internetach: w zeszłym roku jakiś czytelnik krakowskiej gazety wysłał zdjęcia zrytego trawnika koło osiedla naszego i sugestią, że one gdzieś w krzakach obok żyją. Ponieważ jestem odważna w dzień (a i to nie zawsze), poszłam na swoje chodzenie właśnie tam. Żaden jednak z krzaków nie wyjrzał na ścieżkę, toteż dziś mogę tu do Was nadawać 😂

3/ Firefox zrobił "ulepszenie", niech go... dzięki temu mam już wszystko po czesku, nawet bloggera. Teraz na przykład pisząc posta widzę na pasku słowo odstavec i nie mogę sobie przypomnieć, co tam wcześniej po polsku było 😏 Nasza Klasa z kolei zawiadomiła, że się zamyka, i to chyba dobrze, bo miałam z nią problem. Regularnie dostawałam "prezent" - ale anonimowo, nie mam pojęcia od kogo i dość mnie to gryzło, że ani podziękować nie mogę. No, to będzie spokój 😉

4/ Skończyłam oglądać duński serial DOCHODZENIE, który co prawda miał tylko 6 odcinków, ale dla mnie to i tak jest wyczyn, bo jednak wolę cały film machnąć niż tak się dłubać, nie jestem serialowa. 

W tym przypadku chciałam sobie posłuchać, jak po duńsku mówią (wiecie, Gang Olsena i te sprawy 😀). I ten serial - kryminalny - podobał mi się, bo był cały skupiony na pracy śledczej, coś niewiarygodnie żmudnego (miałam tylko jeden problem - bez przerwy w tle dzwoniły telefony, a ja za każdym razem się podrywałam, że to u mnie). A historia autentyczna, zamordowania młodej dziewczyny, dziennikarki, na prywatnej łodzi podwodnej. Nawet mi się nie śniło, że są prywatne łodzie podwodne!


 

A skoro już jesteśmy na YT, to w zeszłą niedzielę przypadkiem trafiłam na bociany i wiecie co? Dwie godziny się wgapiałam w gniazdo czekając na karmienie 😂 Teraz zajrzałam ponownie i się zdumiałam, jak te bocianiątka przez 6 dni urosły.

  


Ach, i jeszcze taka sprawa - nie rozumiem, co z tą Szwecją nagle. Dlaczego ze Szwecji i kto ze Szwecji? Skąd ta szwedzka frekwencja na blogu? A dodatkowo na blogu praskim, gdzie przecież pies z kulawą nogą nie zagląda, wczoraj 350 wejść.  Normalnie są trzy, górna granica to pięć 😂



czwartek, 3 czerwca 2021

Blanka Kovaříková - Příběhy domů slavných i zapomenutých

 

Zrobiłam sobie przyjemność lekturą ostatniej części trylogii o praskich domach i ich mieszkańcach. Pierwsza część była tu, a druga tu. Teraz mi żal, że się skończyło 😏 Na pewno będę do wszystkich trzech części jeszcze nieraz wracać, szukając inspiracji do kolejnych praskich wycieczek, ale wiadomo, że najfajniej się czyta pierwszy raz.

Człowiek się zawsze ucieszy, gdy się natknie na coś już znajomego, jak tu na początku. Pewnego sierpniowego wieczora błąkałam się po terenie klasztoru św. Agnieszki, ale nie znałam jego historii bliżej i choć mam inne, "poważniejsze" źródła, tutaj dopiero przeczytałam, że już w końcu XVIII wieku były tu mieszkania dla uboższych warstw społeczeństwa i poznałam wspomnienia XX-wiecznych mieszkańców. Narzucają mi się dwie książki w mym posiadaniu, których akcja toczy się w tym miejscu, już bym je chciała czytać - no ale obiecałam sobie, że raz na miesiąc, tak?

Na lekcjach czeskiego, w tych dawnych, prawie zapomnianych czasach, gdy odbywały się stacjonarnie, graliśmy nieraz w pexeso. Czyli po naszemu (a raczej angielsku) memory. A tu przeczytałam, skąd się wzięło - bo wymyślił je Czech, jak się okazuje - a przede wszystkim skąd taka nazwa 😀 Był taki program czeskiej tv Pekelně se soustřeď (czyli Skup się piekielnie). Wynalazca wziął po dwie pierwsze litery z każdego wyrazu, ale żeby wydawca nie musiał płacić drogiej licencji, literę s z drugiego wyrazu zamieniono na x. To były lata 60-te, czasy niebywałej popularności enerdowskich filmów o Winnetou, więc pierwsze czeskie pexeso miało obrazki związane właśnie z Dzikim Zachodem.

Fińskie domki już sobie wpisałam do zeszytu na tegoroczną Pragę. Mają podobne pochodzenie jak te nasze w Warszawie, krótko po wojnie przybywały w częściach z Finlandii, a ich żywot był obliczony na 30 lat... W Pradze stoi taka mini kolonia w dzielnicy Vokovice, gdzie nigdy nie byłam, więc przy okazji sobie zwiedzę.

Jest tu też rozdzialik o kolonii Slatiny, związanej z moim ulubieńcem Zdeňkiem Svěrákiem. Może pamiętacie, że miałam zamiar do niego napisać? Więc ta zaadresowana koperta z pięknymi znaczkami ciągle leży na biurku... Krucafuks, nie mogę się za to zabrać 😐

Widzicie tam na półce trzy książki Praha 4, 7, 8? No, to na dniach wychodzi Praha 10. Wpisywałam do zeszytu książki, za którymi się mam w Pradze rozejrzeć i oto okazuje się, że przez te dwa lata wyszła cała masa nowych rzeczy, których bym absolutnie nie dała rady przywieźć osobiście. Tu nie ma co się bić z myślami, tu trzeba zamówić już teraz. Obliczyłam wstępnie, wyszły straszne pieniądze, ale co robić? Na coś trzeba te oszczędności całego życia wydawać 😂

Wyd. Nakladatelství Brána, Praha 2017, 311 stron

Z własnej półki (kupione 22 maja 2018 roku za 399 koron)

Przeczytałam 3 czerwca 2021 roku

 

A jeden z rozdziałów mówił o tzw. Szklanym Pałacu i jego mieszkańcach, jednym z najbardziej luksusowych praskich budynków mieszkalnych z międzywojnia. Gdy go poszukałam na mapie, okazało się, że byłam o krok, ale akurat na ten plac, przy którym stoi, nie poszłam. 

Tak więc oczywiście idzie do tegorocznego planu, ale tymczasem dałam się namówić autorce na obejrzenie filmu Tři přání (Trzy życzenia) z 1958 roku, w reż. Klosa i Kadára, spółki, która później wyreżyserowała słynny oscarowy Sklep przy głównej ulicy. Bowiem para bohaterów Trzech życzeń dostaje mieszkanie właśnie w tym Szklanym Pałacu.

Już miałam się rozglądać w internetach, gdy film znalazłam we własnym katalogu. Zawsze w Pradze wyszukuję takie kioskowe wydawnictwa z czeskimi filmami, przez długi czas kupowałam je na dworcu głównym, ale już w 2019 to stoisko nie istniało, a nikt nie umiał powiedzieć, czy się gdzieś przeniosło i od tej pory szukam, gdzie tylko mogę. Kiedyś w przypływie szaleństwa zamówiłam z Polski w jakimś sklepie internetowym z filmami 44 sztuki 😂😂😂 No, one były po 29 koron czyli po 5 zł, ale jednak... W każdym razie to DVD właśnie z ówczesnego zakupu pochodzi.

  

To jest widok budynku z filmu, a tu są obrazki dzisiaj. 

Sam film świetny, półkownik zresztą, i nie ma się co dziwić. Opowiada historię Petra, który w zapchanym trolejbusie ustępuje miejsca staruszkowi, a ten okazuje się być bajkowym dziadkiem i obiecuje spełnić trzy życzenia Petra. Petr oczywiście w to nie wierzy i dwa życzenia marnuje na jakieś głupoty, ale gdy widzi, że się spełniają, mocno się zastanawia nad trzecim i wreszcie wybiera takie - chce być zadowolony ze swego życia. Dziadek się złości, bo to niby jedno życzenie, ale w praktyce będzie przy nim zatrudniony cały czas (Petr dostał od niego dzwoneczek, którym ma go wzywać w razie potrzeby), no ale zgadza się. Petr z żoną i dzieckiem wreszcie mogą się wyprowadzić od rodziców, w pracy dostaje awans, na loterii wygrywa samochód... 

Wszystko to jednak nie przynosi upragnionego zadowolenia. Między innymi dlatego, że jak wiadomo ludzie są zawistni. My Polacy zwykliśmy o sobie mówić, że jesteśmy zawistnym narodem (patrz słynna scena modlitwy, aby sąsiadowi Bóg zesłał wszelkie plagi w filmie Dzień świra), ale Czesi to samo myślą o sobie, być może nie bez racji, zważywszy na ilość donosów w czasach tzw. normalizacji.

Aż w końcu przychodzi moment prawdy - trzeba się zdecydować i wybrać: nasze zadowolenie czy dobro innych ludzi, choćby najbliższego przyjaciela. Ostra i odważna krytyka socjalistycznego społeczeństwa. Bardzo się cieszę, że obejrzałam.

 

A teraz jeszcze Kraków. Gdy byłam na chodzeniu z aparatem i doszłam do Królewskiej, znalazłam dom z taką tabliczką.

Ulica Królewska tak się nazywała za komuny. Na tym akurat domu dano nową tabliczkę, ale pozostawiono też stare, co mi się bardzo podoba. Akurat przyjechała tam na rowerze jakaś kobieta i wdałam się w pogawędkę (starość, starość, zaczepiam ludzi...). Okazało się, że ona wynajmuje tam od niedawna, w ogóle nie jest z Krakowa i nie wiedziała, dlaczego 18 Stycznia. 

Przy okazji wspomniałam o tajemniczej willi z drugiej strony. Odkryłam ją w zeszłym roku, gdy wracałam z pracy na rowerze. To jest właśnie zdjęcie z tamtego czasu.

W tym półokrągłym wielkim wykuszu na parterze poprzez brudne szyby było widać wiszące na sznurach szmaty, a cały budynek sprawiał trochę wrażenie opuszczonego. Ta kobieta ma okna z widokiem na willę i mówi, że z jej drugiej strony (bo wejście do niej jest od ulicy Lea) ponoć mają pralnię i dlatego się tam szmaty suszą... nie wiem, czy temu wierzyć.

Ale poszłam na Lea i znów coś odkryłam 😀 Otóż ta willa jest cofnięta sporo od ulicy, a przed nią pagórek porosły trawą, krzewami i drzewami.



Setki razy tamtędy szłam na najbliższy przystanek tramwajowy z kina Mikro i nigdy się nie przyjrzałam, co to i dlaczego właściwie. A rozwiązanie zagadki było pod ręką 😏