Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie emeryty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie emeryty. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 października 2026

Celia Svedhem - Ciemny pokój. O historii migreny i poszukiwaniu ulgi

Czegoś takiego nie mogłam nie pożyczyć z biblioteki, skoro stało na półce z nowościami. Ja, migreniczka od półwieku. Właściwie dłużej, bo w pamięci mam już ataki w podstawówce. 

W sumie to kto wie, czy mój upadek ze schodów, jak byłam mała, rok czy jakoś tak, nie odegrał pewnej roli... 

Autorka zaczyna od opisu zwykłego dnia - bo migrena jest dla niej stanem codziennym. A przy tym oprócz pracy ma jeszcze dwójkę małych dzieci. No tak źle to jednak nie miałam. Owszem, często zdarzały się dwudniowe ataki, ale potem był zawsze kilka dni spokój. No i jedno dziecko, które ewentualnie było zabierane do dziadków, gdy ja leżałam... a potem, już większe, samo sobie radziło. Gorzej, gdy pracowałam. A to nie zdążyłam dobiec do łazienki i ozdobiłam pawiem ścianę przy drzwiach, a to w ostatniej chwili wyciągałam w tramwaju foliową torebkę (przepraszam tę panią, co koło mnie siedziała), a to obrzygałam żywopłot idąc już do domu, a to ktoś zajrzał do pokoju, gdy siedziałam z głową na biurku i doniósł na recepcji, że ta pani jest pijana. No bywało. O tym, jak migrena może zdeterminować całe życie (bo pewnych zawodów nie wybierzesz), wiem doskonale. Jak również o tym, że lepiej nie umawiać się dziś na jutro (czy jeszcze dalej), bo jutro może być migrena. Zresztą wywołana samym faktem, że jestem umówiona. Tylko dziś na dziś. O tym, że żadnych teatrów. Że każda emocja wywoła atak. I o tym, że rzeczywiście ludzie, którzy migreny nie zaznali, nie mają pojęcia, o czym mówią, gdy proponują, żeby się przejść. Tytułowy ciemny pokój to jedyne rozwiązanie (bo nie remedium) w ataku. 

I o tym wreszcie, że nie ma ratunku. 

Owszem, zdarzają się przypadki, że komuś migrena minie po menopauzie (bo na tę przypadłość cierpią głównie kobiety), ale liczyć na to za bardzo nie można.  


Dawno temu czytałam na forum migreny o tryptanach i była to dla mnie jakaś bajka o żelaznym wilku, zważywszy, że pisały o nich Polki, ale mieszkające za granicą. Ja byłam skazana na zwykłe tabletki przeciwbólowe, które raczej nie pomagały, umówmy się. Do czasu, aż w końcu wybrałam się do neurologa. Wówczas okazało się, że i u nas są one dostępne i nastał złoty okres, gdy - w odpowiednim momencie zażyta (kluczowe!) - tabletka likwidowała atak. Z czasem organizm się przyzwyczaił, zresztą te tabletki były na tyle drogie, że brałam je tylko wtedy, gdy musiałam, czyli - gdy trzeba było iść do roboty. I zastanawiałam się, co będzie POTEM, bo w ulotce wyraźnie napisano, że do 65 roku życia można je brać. Tyle, że do pracy już nie chodzę... ale dalej ich potrzebuję... w Pradze na przykład. Na Pragę zabieram zawsze potężny zapas, no bo co - położę się i będę zdychać cały dzień i całą noc?

Gdy byłam ostatni raz u neuro - nowej pani doktor - zapytałam o ten limit wiekowy i powiedziała, żeby się tym nie przejmować. Hm. Czyli będę dalej brać 😁

A co w książce? Te same lub podobne objawy, tylko bardziej intensywne szukanie pomocy, w tym poprzez psychoterapię (ale to już zboczenie zawodowe). Po drodze akupunktura,  bo też niektórym pomaga. Ale przede wszystkim UNIKANIE. Unikanie emocji, bo to najistotniejsze. Czyli poniekąd unikanie życia jako takiego... Unikanie pewnych potraw, pewnych napojów. Słońca. Zmiany rutyny. Tyle jest migrenogennych rzeczy na świecie...

Celia Svedhem wgłębia się w życiorysy znanych osób i odkrywa, że też cierpiały na migreny (nieraz nie zdiagnozowane jako takie), co widoczne jest w ich twórczości - Virginia Woolf, Zygmunt Freud, Darwin. Sprawdza, jak sobie kiedyś próbowano radzić z atakami, te pijawki, to opium. Przypominam sobie słój z pijawkami u babci. Czyżby ona też cierpiała na migreny? Ale mama nigdy mi nic takiego nie mówiła, więc może to było "zwykłe" nadciśnienie?

Początek:


Koniec:

Wyd. Czarne, Wołowiec 2025, 163 strony

Tytuł oryginalny: Det mörka rummet: om migränens historia och jakten på lindring

Przełożyła: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Z biblioteki

Przeczytałam 20 października 2026 roku
 

Z życia emerytki (w tym tygodniu bez migreny) (odpukać, bo kto wie, co będzie jutro) 

Sobotni poranek... i cóż, że ponury i chłodny? Życie na emeryturze jest CUDOWNE (gdy nigdzie nie trzeba iść 😁), żadnego myślenia o pracy, żadnej listy rzeczy do zrobienia i spraw do załatwienia, tylko tabletki rozłożyć na cały tydzień 🤣 Nic, tylko spożywać słodkie owoce żywota mego pracowniczego, przysyłane mi przez ZUS 😏

Pan Romek wpadł wczoraj wymierzyć dokładnie nakastlik pod spodem, bo widział w OBI tę podstawkę na kółkach, co jest przeznaczona pod kwiatki. Wygląda na to, że będzie pasować, więc ma nabyć i po niedzieli nastąpi operacja wybebeszania zawartości szafki, żeby ją położyć na boku i przykręcić 😉 Miałam się pozbyć, a inwestuję 🤣 Co prawda zostało mi tylko 200 zł na przyszły tydzień, ale może styknie?

Na kulturę w końcu nie wydaję, uczęszczając do knihobudek, a filmy oglądając online* 😎 Jeden z blogerów ostatnio wyraził się, że w knihobudkach można znaleźć jedynie książki w gównianym stanie. No to proszę, znalezisko z wczoraj, nówka sztuka nieśmigana.


Tak się zastanawiam, czy nie założyć na FB grupy o łupach z knihobudek... żeby każdy mógł tam pokazać swoje znajdy 😁 Bo na przykład na Starych polskich książkach dużo osób pokazuje, ale zgodnie z nazwą grupy, a w Łupach by można wszystko.

* Miałam chodzić raz w miesiącu do kina, a ostatni raz chyba w marcu czy kwietniu byłam, a i to tylko dlatego, że był przegląd z Fabryki... jakoś się bronię przed wyjściem z domu takim konkretnym, nie że na spacerek 

Ze spaceru właśnie:

Nie pytajcie, co to za ustrojstwo w ogródku przed kamienicą. A raczej - powiedzcie, co to za ustrojstwo.


Nowy mural. TUSE LA VIE, napisane i nie wiedziałam, o co chodzi.

A tu teraz usłyszałam w radiu* piosenkę C'est la vie i do mnie dotarło, że to przecież właśnie Zauchy jest. Ale dlaczego TUSE? Czyżby pseudonim autora malowidła? Tak, powiedziało AI, jest nim niejaki Piotr "Tuse" Jaworski**. Czyli tak sobie sprytnie połączył nick z tytułem piosenki 😁

* Było to Radio Pogoda, bo jeszcze jak pracowałam, to kolega jeden nieraz wspominał o takim radiu i teraz wreszcie je sobie wyszukałam i w kuchni włączam. Fakt, mnóstwo wspomnień z dawnych czasów przy tych starych piosenkach 😍 ale reklamy i bzdetne programy też oczywiście są, więc nie wytrzymuję dłużej niż pół godziny, nie mam do tego cierpliwości.

** Z jednym Jaworskim byłam na studniówce, ale to nie był Piotr 😏

czwartek, 22 października 2026

Michail Bulgakov - Uova fatali [Bułhakow - Fatalne jaja]

Chyba na Orlenie to znalazłam. Znaczy tam koło stacji Orlenu jest plac zabaw i są TRZY knihobudki 😁 Wtedy dopiero sobie uświadomiłam, że w domu Fatalnych jaj niet. I jak to się stało? No Ślubny zabrał w ramach podziału majątku, tak musiało być. 

Lepsze po włosku, niż żadne, więc zabrałam. Jest tu jeszcze Diaboliada, ale do niej się nie palę.


To jakieś szkolne wydanie, zaopatrzone w materiały dydaktyczne - ciekawam, czy u nas w szkołach przerabia się coś poza Mistrzem i Małgorzatą, zresztą całe szczęście, że za moich czasów to było w ogóle niemożliwe, bo bym pewnie MiM nienawidziła, gdyby mi go kazali rozbierać na części pierwsze 😂 

Gdy byłam na stypendium w Perugii - a był to sierpień - handlowano tam akurat podręcznikami szkolnymi i sobie trochę przywiozłam, jakieś gramatyki, historie literatury... też podpisane przez poprzednich właścicieli, jak ta tutaj 😉 


Fatalne jaja pewnie czytałam wtedy, gdyśmy je ze Ślubnym mieli do spółki, ale nie pamiętałam. Teraz, po lekturze we włoskim tłumaczeniu, miałabym chęć wrócić do egzemplarza po polsku, no ale NIE POŻYCZAM Z BIBLIOTEKI, jak wiadomo 😂 Pozostaje liczyć na to, że któregoś pięknego dnia trafię w knihobudce (bo dlaczego nie). Kto nie czytał, temu mówię, że historia jest pokrótce taka: profesor Piersikow odkrywa w swym laboratorium tajemniczy promień, który powoduje gigantyczne i błyskawiczne namnażanie organizmów. Władze nakazują mu przekazać jedno z urządzeń kierownikowi sowchozu, który w ten sposób ma zaradzić kryzysowi jajecznemu w kraju... tyle że przez pomyłkę trafiają tam nie jaja kurze, ale pewnych gadów. Satyryczne spojrzenie na pierwsze lata SS (Sowieckiego Sojuza znaczy), a teraz piszą, że to ostrzeżenie przed ingerencją człowieka w inżynierię przyrody.

Początek:


 Jak bym tak miała każde zdanie powieści analizować, to bym wolała sobie strzelić w łeb... albo raczej strzelić flaszkę czerwonego, bo na trzeźwo się nie da 🤣


Wyd. Juvenilia, Edizioni Scolastiche Walk Over spa, Bergamo 1988

W stopce jest napisany tytuł oryginalny następująco: Rokovya jajca

A przełożyła na włoski: Linda Pettinari 

Z własnej półki (przyniesione z knihobudki 27 września 2026)

Przeczytałam 17 października 2026 roku 


Z życia emerytki

Wczoraj wreszcieśmy się zmówili z panem Krzysztofem i mapa powieszona, jak również dwa kwietniki u sufitu. Chwilowo co prawda na te kwietniki nie mam odpowiednich, zwisających i ładnych, gęstych roślin, ale wszystko po kolei, w jednym z nich wisi Franek 😁 


W środowe popołudnie zakończyłam też epopeję galeryjną. Trwała trzy dni. Trylogia znaczy.

W poniedziałek pojechałam "po orzechy". Do nich nie dotarłam, bo po drodze obtorbiłam się w kurtkę (świetny zakup, bo brakowało mi czegoś pomiędzy cienką kurteczką a puchówką) i spodnie dresowe - więc znowu nie miałam wolnych rąk na pakowanie bakalii. Czy ja się nauczę brać wózek? Wcześniej jednak zdążyłam wstąpić do Media Markt i pan mi polecił pilota do tv (nasz coś się chrzani, naciskasz trzy przyciski, po czym musisz odczekać parę minut, żeby kolejne nacisnąć, bo nie reaguje). Kosztował 70 zł, więc zapytałam przytomnie, czy można zwrócić. Tak, byle nie uszkodzony. OK.

W domu telewizor na niego nie reaguje. Instrukcja każe go sparować z kodem jakimś, klikam i klikam, nic. Pakuję z powrotem do pudełka, żeby oddać. Na allegro odkrywam, że piloty do Sharpa można kupić za 20 zł i wystarczy włożyć baterie, bez żadnego parowania. Super...

We wtorek popołudniu jadę więc do galerii. Zgłaszam się w MM i dowiaduję się, że... zwroty jedynie na kartę podarunkową! P...one gnoje ukradły mi 70 zł. Niby, że mam czas wykorzystać tę kartę trzy lata, ale ja nic stamtąd nie potrzebuję, zwłaszcza po tym doświadczeniu. Wchodzę na sklep, żeby wypłacić z liścia temu facetowi, co mnie zapewnił, że można zwrócić (bez drobnej uwagi, że specyficznie), ale gość najwyraźniej wyczuł pismo nosem, bo rozpłynął się w powietrzu.

Orzechów znów nie kupiłam, bo nie miałam nerwów na Auchana jeszcze. Na pocieszenie za to oglądam w Pepco lampę stołową. Ładna taka, ceramiczna podstawa w kolorze pudrowy róż 🤣, będzie na okno przy kanapie, bo tam taka starutka stoi. I w dodatku na wyprzedaży za 40 zł, bo końcówka serii, jak mnie pani objaśniła. Ale też pytam, czy mogę oddać, skoro przeceniona (bo ma duży dość abażur i nie wiem, czy się zmieści). Można.

Jak się domyślacie, nie mieści się. Znaczy mieści, ale wygląda jak pół dupy zza krzaka. Czyli do zwrotu. Cudny dzień doprawdy.

Środa po południu, jadę do galerii. Oddaję lampę bez problemu. Ale jeszcze rozglądam się po sklepie i odkrywam inną, z abażurem o mniejszej średnicy. Za 50 zł, zwykła biała lampa na drewnianej nóżce, ale niech już będzie. Pani na kasie skanuje i oznajmia, że 20 zł. Ale że jak to????

- Promocja jest.

😍😍😍 

Swoją drogą już się kiedyś spotkałam gdzieś z taką sytuacją, że inna cena na regale, a przy kasie niższa... Dziwne.

No, ale grunt, że tym razem nic już nie muszę zwracać i szlus z tymi wycieczkami, bo córka już opowiada u ojca, że ja teraz codziennie jeżdżę do galerii 🤣

/orzechy też kupione, spokój na tydzień/ 


Tym pisaniem o szufladzie na kółkach w regale z Ikei natchnęliście mnie na pomysła - żeby nakastlikowi takie kółka przykręcić i postawić go koło biurka, bo wtedy można łatwo go przesunąć, żeby mieć dostęp do okna. Czyli żeby się go nie pozbywać. Wezwałam na obdukcję szafki pana Romka (on ma inną specjalizację, niedawno naprawiał mi zawiasy w szafie), się podjął i będzie szukał czy to kółek odpowiednich czy też jeszcze innej opcji - są takie tacki na kółkach, pod rośliny doniczkowe - gdyby taką przymocować od spodu do nakastlika, byłoby to prostsze. 

Tymczasem sytuacja z knihobudką rozwija się następująco: jakiś pan z osiedla pochodził, znalazł białe fronty od szuflad, zabrał i przyciął i umieścił w budce. Tacy są ludzie 😍 

Jak widać, część półeczek jest płytsza i generalnie to ma być tymczasowe, ja się kopsnęłam do Spółdzielni, żeby się wstrzymali z docinaniem tych docelowych półek, bo jest jeszcze inny pomysł - żeby kupić metalowy regał, taki magazynowy. I żeby oczywiście Spółdzielnia go sfinansowała w tym wypadku. Dowiedziałam się, z kim rozmawiać w tej sprawie i dziś się wybieram na negocjacje. A tu rano wchodzę na FB i widzę zdjęcie zrobione w nocy, że już ktoś dwie półki zap...

Tacy są ludzie 😖

Jedna pani twierdzi, że w tym bloku mieszka jakiś były wojskowy, który ciągle na tę budkę narzeka, przeszkadza mu, bo tak i że to może on wziął się na sposób? Patrzcie, kiedyś pani z kiosku narzekała i w końcu budka została przeniesiona, bo miałam dosyć wysłuchiwania, jak to jej klientów odbieram, ale teraz to już nie ma gdzie jej przenieść, żeby była dostępna 24h, a jednocześnie pod dachem. 

Leje od rana, jeszcze nie wychodziłam i sama nie wiem, co robić. 

W poniedziałek kontaktował się ze mną ktoś z krakowskiej telewizji, że chce zrobić reportaż; na razie mówię, żeby poczekać, bo zobaczymy, co Spółdzielnia powie.  

===========

I znów rozmawiałam w Spółdzielni, pomysł z regałem metalowym też nie jest najlepszy - bo złomiarze ukradną. Więc wracamy do koncepcji, że dorobią półki z tych drzwi meblowych, które ściągnęłam z wystawki, tyle że je solidnie przykręcą. To jedno, a dodatkowy pomysł jest taki, żeby tam zainstalować fotopułapkę. Tylko że oczywiście potrzebna jest zgoda Zarządu, jak na wszystko 😂 I kwestia RODO wchodzi, wyobraźcie sobie. Znaczy ta fotopułapka musi być oznaczona*, a jeśli się przyłapie na zdjęciu złodzieja, to najpierw z tym na policję, która musi wyrazić zgodę na upublicznienie wizerunku czy coś w tym guście. Takie mamy czasy, że chronieni są głównie złodzieje. 

* fotopułapkę też można ukraść albo rozwalić, wiadomo... 

W każdym razie pan mówił, że owszem, domyślają się, kto to jest, no ale bez złapania za rękę nic nie można zrobić.  


czwartek, 24 września 2026

Klarka Mrozek - Patrzę na nas

Gdy tak zaglądam na stolik z gratisami w bibliotece (a nuż coś ciekawego będzie), czasem podejdę też do półek z nowościami. Oczywiście staram się opanować żądze, ale różnie to bywa. Tym razem się nie udało, bo Klarka Mrozek rzuciła mi się w oczy, a przecież czytuję ją od dawna. Znaczy blog jej.

Nie jestem wielką fanką transponowania blogów na książki, to jednak różne środki wyrazu i już się parę razy nacięłam, ale tym razem dobrze wyszło 😍 Książka objęła 13 lat blogowania, są tam relacje ze zwykłych codziennych domowych spraw, są wspomnienia z dzieciństwa (niewiele pozytywów z biednego domu z sześciorgiem dzieci), opisy pracy tej czy innej, sprawy trudne, dużo cierpienia, dużo radości. Anegdoty, historie mniej lub bardziej zmyślone, lekkie pióro, przemycony morał. Autorka jest świetną obserwatorką, a przy tym bardzo wrażliwą i empatyczną osobą. Powstała książka, którą można czytać jak powieść. Która każe nam po wielekroć zamyślić się - na przykładzie innych - nad sobą.

Bardzo mnie zainteresowały strony, na których opowiada o pracy (bardzo ciężkiej) w mleczarni - bo to koło mojego osiedla. Głównie dlatego, że wielu sąsiadów tam pracowało. Wspomniałam o tym jednemu znajomemu małżeństwu (właśnie tam się poznali). Ona (zainteresowana głównie tym, jak się nazywa autorka, ale pamiętałam jedynie ten pseudonim blogowy):

- Straszne to było, dziś nikt by tak już nie pracował.

On (na moje, że autorka pisze, iż z kobietami było różnie, ale wszyscy mężczyźni tam byli chujcami borsuczymi):

- Yyy.

No cóż 🤣🤣🤣

Jedna z anegdot potwierdziła, że słuchy o tym, jakoby narożny domek przy sąsiedniej ulicy miał być agencją towarzyską, były prawdziwe 😉
To jest tego rodzaju książka, że gdziekolwiek otworzycie, znajdziecie coś ciekawego. Może być dramatycznie, może być zabawnie. Otwieram więc na chybił trafił i...

 Ze skrzydełka: 

Z okładki: 

Początek:

Koniec: 

Wyd. Convivo, Warszawa 2025, 340 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 21 września 2026 roku 


Emerytka sobie sprytnie wymyśliła, jak nie jeździć co tydzień do galerii handlowej. Do tej pory wybierała się tam raz na kwartał czy coś koło tego. Ale odkryła tę nieszczęsną knihobudkę (która jest, jak wiadomo, wielkim zagrożeniem dla podłogi w blokowym mieszkaniu), a jednocześnie zapadła na chorobę polegającą na palącej potrzebie spożywania mieszanki emeryckiej*. Mieszankę studencką czyli Studentenfutter znacie. A mieszanka emerycka powstaje w ten sposób, że nabywa się rozmaite bakalie na wagę i samemu miesza i (tym bardziej samemu) zeżera. Żeby je nabyć na wagę, należy udać się gdzie? No do galerii przecież. I tak co tydzień emerytka jeździła po kolejną porcję, przy okazji przywożąc kolejne książki, aż w końcu miała nápad, że należy kupić takie kilogramowe opakowania poszczególnych składników i w ten prosty sposób ograniczyć bywanie w galerii do... no, to zależy, na ile to wystarczy. Ale już nie co tydzień 😂 Jak postanowiła, tak zrobiła. Ale cóż, przerosło ją to finansowo, bo o ile jakieś tam rodzynki czy orzeszki czy chipsy bananowe można nabyć w rozsądnej cenie, o tyle takie na przykład orzechy włoskie kosztują prawie 5 dych a nerkowiec 35 zeta. A więc tak: część została nabyta z dużym zapasem, a po te orzechy będzie się jeździć po mniejsze porcje - no, powiedzmy, co 2 tygodnie. Albo co 3, jak emerytka nie zje za dużo. 

* Córka mi co prawda od razu wyszukała, jakie to niezdrowe i kaloryczne - ale za to ile energii!


W ten oto chytry sposób emerytka zmniejsza ryzyko przytargania do domu następnych książek, których nie ma gdzie upchnąć. Ostatnim razem przywiozła wspomnienia reżysera Kutza o zmarłych przyjaciołach, ale te zaraz zaczęła czytać, żeby się ich szybko pozbyć z powrotem 😁 Kutzowi towarzyszyła Papusza Czarnego, ta jednak została godnie umieszczona pomiędzy innymi Czarnymi. Oraz Karolcia, bo emerytka miała - nie wiadomo dlaczego - tylko Witaj, Karolciu! Tylko że ta Karolcia to nie jest takie wydanie, jakie by się chciało - jak Doktor Doolittle na przykład, więc jeszcze do zdecydowania.

Aaa, gdybyście pytali o tę białą porcynelę w tle, to emerytka dokonała pewnych ruchów zarówno w kuchni jak i w szafie: filiżanki, pojedyncze kieliszki etc. do budki (tak, tak... no ale zniknęły natychmiast) (o, a te stare kubki, co to ich nie można było doszorować w środku, pamiętacie akcję, poszły do śmieci, wreszcie!) (znowu naoglądałam się filmików o oczyszczaniu domu czyli dekluteryzacji, jak się domyślacie); ciuchy na gabaryty, a te najlepsze (wiadomo, nie dopinam się w cyckach) dziś wywędrują do kościoła, z nadzieją, że je przyjmą. W szafie z kurtkami wreszcie zrobiło się luźno, bo i córka przetrzebiła swoje! Ach, jak cudownie!

/i żeby się tak dało z książkami.../

Właśnie. W bibliotece byłam, tylko żeby oddać Polityki i Newsweeki przeczytane, ale zerknęłam nieszczęśliwie na półki z nowościami i skończyło się przytarganiem do domu trzech sztuk, więc znowu będę czytać nie swoje 🙄 


A co my tu mamy z filmami

Naszło mnie na radzieckie i rosyjskie. A to przypomniałam sobie film z 1977 roku Po siemiejnym obstajatielstwam (ma polski tytuł Wojny domowe, ale gdzie to niby po polsku zobaczyć?). Trzeci raz, wyobraźcie sobie 😁 Lubimy przecież te piosenki, które znamy! Jacy tam aktorzy! Galina Polskich, Jewgienij Stiebłow, Jewstigniejew, Durow, Bykow, Chanajewa... Kocham ich wszystkich. A w komentarzach można zobaczyć, jak wielka jest nostalgia za ZSRR tych, którzy w tym czasie żyli.

 


Następnie wyświetlił mi się film Miełoczi żizni z 1980. Okruchy życia? Szukałam na Filmwebie pod nazwiskiem reżysera, ale co? Ale nie ma. Po raz kolejny stwierdzam, że Filmweb to dziadostwo. Za to AI mi powiedziało (tłumacząc z IMDb), że to kameralny dramat wyprodukowany przez studio filmowe im. Dowżenki, opowiadający o kryzysie małżeńskim i próbie ponownego poukładania relacji po latach spędzonych razem. No tak właśnie.

Na koniec pośmiałam się trochę oglądając współczesną produkcję Babki, ale to tylko dlatego, że krótkie.  

 


Wczoraj obejrzałam brytyjski biograficzny film One Life z 2023 roku, opowiadający o Nicholasie Wintonie, który przed wybuchem II wojny światowej wywiózł z Pragi ponad 600 dzieci (żydowskich głównie), które następnie umieścił w rodzinach angielskich. Historię oczywiście znałam, nawet kiedyś pokazywałam Wam pomnik na peronie nr 1 na Hlavní nádraží w Pradze. Film jest tutaj, gdyby ktoś chciał, są i polskie napisy (PL2), a Wintona gra Anthony Hopkins (ponoć na życzenie córki bohatera). Może sobie jeszcze przypomnę czeski film na ten temat, nazywa się Wszyscy moi bliscy. 

Oraz co jeszcze. A to.

Czyli Gorky Park, koprodukcja amerykańsko-radziecka z 1983 roku, z jednej strony obejrzana ze względu na Pacułę (drewniana ta Pacuła, ale ładna), z drugiej na Moskwę. Są napisy polskie (jak widać). Kiedyś przyniosłam z budki książkę i ciągle trzymam, choć sama nie wiem, czy przeczytam kiedykolwiek - 400 stron thrillera, którego akcję już znam - ale niektórzy twierdzą, że dobra w opisach sowieckiej rzeczywistości. 

I jeszcze jeden brytyjski - How to Make a Killing, z tego roku, bo jest też jakiś wcześniejszy o tym samym tytule. Czyli Przepis na morderstwo, napisy PL1. Bohater pochodzi z bogatej rodziny, ale jest na ostatnim miejscu do dziedziczenia - znaczy trzeba się pozbyć poprzedników 😎
 

A ja już od dawna postuluję, żeby w tramwajach były toalety!


niedziela, 20 września 2026

Elżbieta i Roman Konieczni - Krzywy uśmiech Bienia [Ekspres reporterów]

Wspominałam ostatnio o tym zbiegu okoliczności: najpierw na tablicy koło kościoła nekrolog twórcy naszego osiedla, architekta Krzysztofa Bienia, a potem w knihobudce kilka egzemplarzy Ekspresu reporterów, z których wybrałam sobie cztery i dosłownie po otwarciu pierwszego z nich zobaczyłam Krzywy uśmiech Bienia. Tak nazywano nasze osiedle 😁 Dlaczego krzywy? Bo było zaprojektowane amfiteatralnie. I od północnej strony miał je zamykać blok 23-kondygnacyjny czyli autentyczny wieżowiec (choć z wielkiej płyty). 

Ale o tym za chwilę, najpierw ten Ekspres reporterów, bo pojawia się u mnie po raz pierwszy, mimo że w katalogu mam ich już 27 sztuk, a teraz przybyły kolejne. 

AI mówi (niestety nie ma hasła na Wiki), że ta seria wydawnicza zaczęła wychodzić w 1976. I tu się może mylić, bo mam zapisany tomik z 1974 roku (chyba że źle wpisałam przy katalogowaniu, ale ponieważ jest to gdzieś tam w drugim rzędzie, to nie każcie mi teraz się do tego dostawać - czyli zdejmować pierwszy rząd 😂). W każdym razie były to lata 70-te i 80-te, a książeczki ukazywały się co miesiąc i osiągały ogromne nakłady.

Mam plan, żeby co miesiąc przeczytać jeden z reportaży - nie całe wydanie, bo wtedy nie byłoby jak wpisać w tytule posta wszystkich autorów i tytułów reportaży... na taki sposób się wzięłam. 

Co jest irytujące, to że na okładce podają tytuły reportaży, a te w środku są inne 🙄 co sami możecie zobaczyć na dzisiejszym przykładzie.  


Czyli dzisiejszy reportaż to Proces jakiego nie było alias Krzywy uśmiech Bienia. Proces, bo architekt podał do sądu instytucje odpowiedzialne za realizację naszego osiedla. Dlaczego? Bo naruszono jego prawa autorskie. Czytaj: on zaprojektował osiedle w danym kształcie, a budowano je z dużymi zmianami, zlecając przeprojektowanie innemu architektowi.  Osiedle, choć ograniczone wówczas (w latach 70-tych) normami i możliwościami budowlanymi, miało być czymś do tej pory niespotykanym, pomyślanym jako miejsce zamieszkania nie tylko przyjazne, ale i odpowiadające na potrzeby estetyczne mieszkańców, którzy mieli z okien swych mieszkań podziwiać rozległe krajobrazy z dwoma krakowskimi kopcami włącznie. Duże odległości między blokami, zaprojektowana cała infrastruktura dla 10 tysięcy mieszkańców, zieleń, amfiteatr, biblioteka, dom kultury, przychodnia, przedszkole, szkoły, sklepy... Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze? Nie do końca, bo pewne rozwiązania zostały zachowane, ale wieżowce nie powstały, osiedle nie zostało w ten sposób domknięte, a jakość wykonania - cóż, powszechna fuszerka nie oszczędziła i Widoku. Jest tam passus z notatki służbowej z wizji lokalnej:

- w niektórych mieszkaniach skrócono łazienki o 11 cm, co uniemożliwiło prawidłowe ustawienie wanien i umywalek na jednej ścianie

- w tych samych łazienkach na przeciwległej ścianie przesunięto rury c.o. blokując tym samym miejsce przewidziane na pralkę

- w 11 mieszkaniach przesunięto o 20 cm ścianki działowe, zwężając wnęki na szafy ścienne w przedpokojach

- w 22 mieszkaniach w pomieszczeniach wc wystąpiła kolizja między drzwiami a muszlą klozetową 

- w pracowni Bienia (na dachu tzw. falowca czyli łamańca powstały pracownie dla artystów; jedną z nich zajął sam architekt) rura odprowadzająca wodę z wanny biegnie przez środek pomieszczenia, gdyż krany zamocowano po jednej, a kratkę ściekową po drugiej stronie łazienki

Z czego wynikały takie fuszerki niczym z Alternatyw? Między innymi i z tego, że najpierw budowy się ślimaczyły, potem nagle ruszyły z kopyta - przy jednym budynku pracowało 400-600 osób i NIKT nie miał nad tym kontroli, nie respektowano niczego. Moce przerobowe, wiecie, raz są, raz ich nie ma...

Ale proces nie dotyczył niedoróbek budowlanych, tylko zmian w projekcie, wprowadzonych czy to z oszczędności czy z potrzeby unifikacji (lepiej, żeby było tak jak wszędzie, lepiej się nie wyróżniać). A generalnie założenie było takie, że wobec armii ludzi czekających na mieszkania nie stać nas na robienie dobrej architektury.

Z wieżowcem dyskusja trwała długi czas, raz przychodziła z Warszawy zgoda, raz ją cofano. Zakładam, że w reportażu wówczas nie można było wszystkiego napisać, więc tak do końca nie jest to wyjaśnione. Bienia a to wyrzucano z biura projektowego, a to przyjmowano, ale nie dawano mu konkretnej pracy. Proces z miastem ponoć wygrał* (o tym w reportażu nie ma, bo wówczas jeszcze się toczył), ale co mu to mogło dać poza satysfakcją? Już za nowych czasów domagał się cofnięcia zgody na budowę nowego bloku obok wiaduktu, jako naruszającego kompozycję osiedla. Oczywiście bez skutku. 

* znalazłam w sieci rozmowę z autorką książki Betonia:

To był jedyny w Polsce proces architekta przeciwko miastu. Bień był jednym z tych architektów, którzy po odwilży zaczęli wyjeżdżać. W Paryżu spał w samochodzie obok osiedla La Défense, w Szwajcarii odwiedzał rodzinę i oglądał, co się tam buduje. Wymyślił osiedle z panoramą na krakowskie kopce i Salwator, złożone z bloków różnej wielkości, z zielenią i pawilonami handlowymi. No, ale projekt był własnością biura i ono mogło zrobić z nim, co chciało - zastosować inne technologie, zmienić proporcje. Zaczął się stawiać, więc wyleciał z pracy. Wtedy pozwał miasto. Proces toczył się bardzo długo, odbił się szerokim echem na świecie i skończył wyrokiem salomonowym. Czyli uznano wprawdzie, że naruszono prawa architekta, ale projektu nie naprawiono, bo niechciane bloki już stały.   

Blok zbudowany jako tarasowy ma też ciekawą historię. Miał powstać dla naukowców, przyjeżdżających z Francji do Instytutu Fizyki i gdy Bień zaproponował tę formę tarasową, z każdym kolejnym piętrem ustępującym kaskadowo, o dziwo Komitet Wojewódzki zaakceptował go od razu. Jakim cudem? Bo mieszkań dla naukowców miało być zaledwie kilka, a reszta dla sekretarzy, którzy zwietrzyli okazję... 

Dodajmy, że całe osiedle było zbudowane tak, żeby było przewietrzane - Bień projektował bloki "z różą wiatrów leżącą na mapie", uwzględniając warunki klimatyczne i kierunki przewietrzania. Tego w późniejszych czasach nie naruszono - ale obok osiedla obecnie powstają apartamentowce, które właśnie zagradzają drogę tym wiatrom, bo zaplanowano je w układzie odwróconym o 90 stopni. Czyli i tak poszło się ... wiecie co.

Proces był sensacją, pisano wówczas na ten temat bardzo wiele, a na YT znalazłam krótki materiał na ten temat: 

 

Tu natomiast jest pełen materiał. 

Jako mieszkanki osiedla nie od początku, bo od 1988 chyba roku, ciekawostką dla mnie był opis drogi reporterów do pracowni Bienia w 1977 roku, według wskazówek samego architekta:

Od pętli tramwajowej w Bronowicach krzywym chodniczkiem w dół, obok pawilonu Argedu. Arged tu mają zamiast targowiska [...] Pawilon jest duży, import z NRD. Parę lat temu Kraków dostał ich kilka [...] w czwartym, właśnie na Widoku sprzedaje się garnki, wiadra, syfony [...]. Mijamy pawilon, bloki Chodorowskiego, skręcamy w lewo i wreszcie jest falowiec - złamany w dwóch miejscach , najdłuższy budynek osiedla. Pracownie są na dachu. Bień zaprojektował ich kilka czy nawet kilkanaście, wykorzystując w tym celu puste przestrzenie pomiędzy wystającymi ponad budynek pomieszczeniami maszynowni wind. Ryzykował, bo nie było zgody inwestora. - Będzie to pana drogo kosztować. Jak nie przyjdzie pozwolenie, zapłaci pan za projekty z własnej kieszeni - krakał nad Bieniowym uchem dyrektor. Ale pozwolenie przyszło.

W ramach rozglądania się za mieszkaniem oglądaliśmy takie właśnie w łamańcu, do którego przynależała pracownia na dachu... Ale było dla nas za drogie. Mój Boże, jaka szkoda, ileż tam książek by się zmieściło 😁 A do Argedu przyjeżdżali ludzie z całego Krakowa, bo był świetnie zaopatrzony (jak na tamte czasy).

Początek:

Koniec:

Wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1979, strony od 7 do 65

Z własnej półki (z "mojej" knihobudki)

Przeczytałam 16 września 2026 roku 


Taka niespodzianka w niedzielny poranek 😍

I ja teraz nie wiem, która to z czytelniczek 😁 Czy w komentarzach się podpisuje inaczej czy też raczej nie komentuje 😉
Swoją drogą ta grupa leży odłogiem z mojej strony ostatnio... scrolluję FB w poszukiwaniu praskich ciekawostek, a resztę pomijam - tak, bo jako emerytka (bez działki) nie mam czasu 🤣🤣🤣 I co ja niby robię przez cały boży dzień? Ludzie kochani, w tym wieku wszystko robi się wolniej, weźcie to pod uwagę! 

Przekroczyliście dzisiaj dwa i pół miliona wyświetleń, a ja raźnym krokiem zbliżam się do dwóch tysięcy postów 😎 Tyle donosów ze statystyk, a co mówią donosy z życia emerytki? 

Że umyśliła sobie jakoś w sierpniu w Pradze, że musi zawiesić w domu mapę tejże. Że ładnie pięknie z mapą w telefonie, ale wolałaby mieć pod ręką taką większą całość, bo czasem zapomina, gdzie jakaś peryferyjna dawna wioseczka, a obecnie część Pragi, leży. No i w ogóle. Porozkładała wszystkie posiadane plany, co to je kiedyś kupowała za każdym pobytem w Pradze nowe i wytypowała dwa. Żeby jak najmniej obcinały właśnie te peryferie. Pierwszy okazał się za szeroki na ten kawałek ściany, który jest jeszcze do dyspozycji (117 cm), drugi się zmieści, bo ma wymiary 97 x 67 cm.

Zaczęła obdzwaniać pobliskie oprawy obrazów. W pierwszej powiedzieli, że jednak lepiej pod szkło niż pod pleksi, bo to ostatnio się brzydko starzeje, i chcieli za to coś jak 430 czy 470 zł (emerytka zapomniała, ile konkretnie). W drugiej ładnie poopowiadali, że dadzą mapę na piankę, przykryją laminatem i z "podstawową" ramką to będzie 570 zł. Emerytka była nawet gotowa wyszarpnąć tę kwotę ze skarpety (czego się nie robi dla hobby), ale przyszedł listonosz (he he) i powiedział, żeby nie była głupia, że znajdzie się taką gotową ramę w internecie za stówkę, dopłaci coś tam za przesyłkę i gitara. Zaraz nawet zaczął szukać i przesłał mi jakiś link esemesem. Znaczy tak powiedział, a emerytka się nawet dziwiła, że nic nie słyszy z leżącego w pobliżu telefonu, ale nie dociekała. A jak listonosz już poszedł, zadzwonił telefon stacjonarny i coś tam mumlał - a mianowicie przekazywał treść esemesa w postaci adresu tej strony internetowej - bowiem pan listonosz ma zapisane oba telefony moje i nie zwrócił uwagi, na który śle 🤣

Swoją drogą chyba mi już ten stacjonarny niepotrzebny? Tylko nie chce mi się zabrać za kasowanie go, zwłaszcza że mam go od dostawcy internetu i opłata jest połączona, trochę się boję w tym grzebać...

W każdym razie póki co emerytka nie szukała w internecie, zajęta innymi pierdołami ważnymi i nie cierpiącymi zwłoki sprawami, aż tu pojechała do Ikei po karnisz (to osobny pomysł, ale mniejsza) i mówi do córki obejrzyjmy też ramy. A tam gotowiec w postaci 100 x 70 cm, "imitacja dębu", za 129 zł - bieremy!

No i teraz tak: dziś wsadzę do niej mapę, a jutro dzwonię do pana Krzysztofa, żeby się umówić na wieszanie. Taki jest gryplan. Żeby pan Krzysztof nie przychodził jedynie do jednego wieszania (i nie wiedział, ile skasować za taki drobiazg), dorzucimy mu jeszcze ten karnisz i może coś więcej się znajdzie 😂 Oj napoci się chłop. 


czwartek, 10 września 2026

Maria Kuncewiczowa - Dyliżans warszawski

Czy jest jakaś awaria znów na blogspocie? Nie udaje mi się załadować żadnego zdjęcia. Nie chcę jednak odkładać publikacji posta, bo znów porobią mi się zaległości, więc trudno, bez zdjęć. Jak naprawią, to dodam.

Chyba, że to nie ich wina? Ups. Ale Jotka dzisiaj wstawiła zdjęcia do nowego postu... Może na przykład skończyło się miejsce? Ale tak bez uprzedzenia? Gdzie informacja, że jak chcę więcej, to mam zapłacić?

Kuncewiczowej czytałam jedynie Dwa księżyce i to z biblioteki. Zaglądam do posta sprzed 4 lat i czytam, że bardzo podobał mi się język pisarki. I proszę, to by się zgadzało 😁 Bo i Dyliżans pod tym względem nie zawodzi. 

Nie są to klasyczne wspomnienia, choć zabierając się za czytanie myślałam, że mam w ręku coś w stylu W cieniu zamkowego zegara, choć to nie ta generacja... Ale nie, czekaj! Czekalski raptem 10 lat starszy od Kuncewiczowej! Ale on koncentruje się na XIX wieku, podczas gdy ona - na okresie międzywojennym. To wiwisekcja ówczesnej Warszawy, ni to eseje, ni to reportaże, ironia, sarkazm, zwłaszcza w opisach lepsiejszego towarzystwa. Tematy różnej wagi, od wizyty w ZOO poprzez mecz bokserski aż po los podrzutków czy prostytutek. Ciekawe.

Mam jeszcze jakiś zbiorek 4 opowiadań, zatytułowany Tamto spojrzenie, ale na razie odkładam na później, czekają inne 😉

 
Z wydania Dzieł pisarki.


 Początek:

Koniec: 

Wyd. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1981, 121 stron

Z knihobudki 

Przeczytałam 9 września 2026 roku 


Miałam o filmach, ale skoro nie da się zdjęć wstawić, to historia niefotograficzna (jak trzymałam drabinę to nie w głowie mi było robić zdjęcia. A szkoda).

Z życia emerytki

Emerytka robi tak. Właśnie wychodzi z mieszkania na zakupy i zamyka drzwi, gdy widzi listonosza wchodzącego do klatki. Następuje rozmowa na temat, żeby może przyszedł za godzinę, on nie może, bo ma rehabilitację, więc jutro. Konwersację kontynuują jeszcze chwilę przed blokiem, po czym emerytka udaje się do Lidla. Wraca z zakupami i sięga po klucze do prawej kieszeni plecaka (zawsze są w tej samej). Zonk. Kieszeń otwarta, kluczy nie ma. Hm. Następują poszukiwania w innych kieszeniach, a następnie przekładanie zakupów z plecaka do siatki, żeby się dogrzebać na samo dno.

Kluczy nie ma. 

Są dwie hipotezy: albo ktoś mi je wyjął z plecaka (w sklepie? że niby nie zauważyłam? ale po co? zna mnie? czy też śledził mnie potem, gdzie mieszkam?) albo zostawiłam je w zamku i ktoś z miłosiernych sąsiadów zabrał, żeby mnie nie okradli. Tylko dlaczego nie zostawił kartki? Co robić?

Telefon do przyjaciela. Znaczy do tzw. Sąsiada czyli ojca mojej córki, mieszkającego dwie klatki dalej. Na szczęście wiem, że ma właśnie urlop. Sąsiad przychodzi, upewnia się, że kluczy nie mam i udaje się na moją prośbę do Spółdzielni w celu pożyczenia wyższej drabiny. Aha, bo zostawiłam okno w kuchni otwarte. 

W Spółdzielni każą przyjść później, bo robotnik od drabiny jest "na osiedlu". Sąsiad idzie do kogoś pożyczyć taką zwykłą, aluminiową, co ludzie często w domu mają. Ja też powinnam mieć, ale gdzie to trzymać...

Przystawiamy drabinkę do ściany bloku i cóż widzimy? Mała, za mała. Na filmie to co prawda bohater stanąwszy na jej najwyższym stopniu zrobił by fik mik i już, ale to życie, nie film. W desperacji Sąsiad staje na tym takim pałąku zaokrąglonym, co jest na górze drabinki (ja niby ją trzymam i upewniam), po czym dokonuje cudów ekwilibrystyki, żeby wspiąć się na parapet, a potem się odwrócić przodem do mieszkania.

Jest! Udało się! Wlazł! Zdejmuje z drzwi wiszące tam klucze córki i otwiera. Uff. Umawiamy się, że czekam do wieczora, czy przyjdzie ktoś z sąsiadów, a jeśli nie, to jutro rano wołam ślusarza, żeby wymienił zamek.

Wyładowuję zakupy do lodówki, a na końcu sól z plecaka. Sól zawsze się trochę rozsypie, więc muszę plecak na lewą stronę wywrócić w celu wytrzepania.

I...

No tak, już wiecie 🤣🤣🤣 

PS. Jak myślicie, ile osób zwróciło uwagę, że ktoś włazi do mieszkania przez okno po drabinie i zainteresowało się? 

 

Apdejt, kurde! Apdejt, apdejt!!!

Oj oj. Dawno nie zaglądałam na Arte, a tu filmy się kończą. Donoszę, że dziś (piątek) ostatni dzień jest dostępny dokumentalny film o Davidzie Hockneyu, tak że teges. 

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

John Escott - Goodbye Mr Hollywood

Nie wygrzebię się z tych lekturek dla początkujących, bo co myślę, że już zrobiłam wszystkie i przechodzę o poziom wyżej, to znów znajduję kolejne w knihobudce. Podobnie było i z tą (i jeszcze jest druga tak wydana).

Myślałam, że to będzie historia o aktorach czy innych reżyserach, ale nie, to było o córce milionera i naciągaczu bogatych panienek. Główny bohater to Nick, a travel writer. Cały czas jeździ po świecie zbierając materiały do książek podróżniczych i właśnie je śniadanie gdzieś tam w Kanadzie, gdy przysiada się do niego ładna dziewczyna, twierdząc, że poznali się na jakimś party w Toronto. Tak zaczyna się przygoda, która mogła się skończyć tragicznie, gdyby nie... 

Nieważne 😂
I tak nie będziecie tego czytać.


Początek:

Koniec: 

Notka o autorze mówi mi, że mamy podobne zainteresowania 😁 z tym, że ja wypatruję zapomnianych książek w knihobudkach, a nie w małych księgarniach w bocznych uliczkach.


Wyd. Oxford Bookworms Library, Oxford University Press 2000, 52 strony

Stage 1 (400 headwords) 

Z własnej półki

Przeczytałam 28 sierpnia 2026 roku

 

Fajnie, jak na filmach są sceny, gdy bohater musi natychmiast zmienić telefon, więc w przeciągu kilku minut kupuje nowy, kupuje do niego kartę, zakłada i już dzwoni czy co tam potrzebuje. Co ja mówię kilku minut. Załatwia to w 30 sekund.

Emerytka robi to tak:

- w piątek kupuje telefon, a skoro jest już w galerii handlowej idzie do punktu sieci, z którą rozmawiała przed kilkoma tygodniami, a która ma w ofercie kartę na miesiąc za 30 zł 

- jednakże w tym punkcie akurat te karty im się skończyły i mają tylko po 50

- w punkcie innej sieci jest kolejka, która się nic nie przesuwa (jedna osoba obsługująca), więc emerytka olewa

- wieczór spędzają z córką na studiowaniu instrukcji obsługi, żeby telefon póki co naładować 

- w sobotę jedzie do tego punktu, w którym rozmawiała w lipcu, zastaje kartkę, że dziś wyjątkowo punkt nieczynny

- w poniedziałek jedzie tam z powrotem i wtedy okazuje się, że to nie ten punkt, to jakiś serwis obok, a tamten się zwinął przed 3 tygodniami i obecnie w tym miejscu jest pierogarnia

- po powrocie do domu (klnąc w żywy kamień, bo jeszcze wysiadła niepotrzebnie z autobusu chcąc zasięgnąć innego info w oprawie obrazów, ale ta nie była czynna od 11.00, tylko od 12.00) prawie podejmuje decyzję, że jednak pojedzie do drugiej galerii handlowej, gdy córka proponuje, żeby zobaczyć w internecie ofertę innej sieci i tam czytają obie o starterze za 5 zł

- dzwoni na infolinię i dowiaduje się, że faktycznie, a sprzedają takie startery na przykład w Żabce i tam od razu zarejestrują

- udaje się więc do jednej z Żabek na osiedlu (wbrew wszelkim zasadom, dodajmy, bo Żabki omija szerokim łukiem), ogląda stojak z tymi starterami i nie wie, o co kaman, bo są 4 rodzaje za 5 zł tej sieci, a obsługujący chłopak też nie wie

- na chybił trafił emerytka wybiera jeden, ale wtedy okazuje się, że pan sprzeda (za gotówkę), ale nie zarejestruje, bo nieczynny ten, no, zapomniałam nazwy - i żeby iść do sąsiadów, tam jest pani (cokolwiek miał na myśli). Na pytanie, czy nie mogę tego zrobić sama z domu, odpowiada, że taaaaak, ale lepiej z Żabki

- emerytka idzie więc do kolejnej Żabki, gdzie bardzo miła dziewczyna studiuje opakowania tych różnych starterów (ja mam na abonament, to za bardzo się nie znam), w rezultacie wspólnie dokonujemy wyboru (bo wszystkie takie same w sumie), a dziewczyna rejestruje numer uprzedzając, że nieraz to i 24 godziny trwa, zanim to system przemieli

- no a wieczorem przystępujemy do grzebania we wnętrznościach telefonu i już po 20 minutach wahań, kogo z sąsiadów zawołać do pomocy, karta zostaje pomyślnie zainstalowana własnymi siłami i DZWONIMY! 


Matkobosko, epopeja telefoniczna.

Ale nie ma tego złego, miałam wydać 30 zł, a obeszło się piątką 🤣 I koniec nerwów, że spóźniony pociąg z powodu jej omdlenia, już będzie pod telefonem 😂

czwartek, 27 sierpnia 2026

Przepisy czytelników - Lato. 120 przepisów

W marcu była Wiosna, teraz jest nieco spóźnione Lato. Tym razem zanotowałam jedynie 9 przepisów, ale tak bardziej na siłę. Zresztą - nic mi się teraz nie chce robić. Córki znowu nie będzie (o czym niżej) i tak, całe wakacje pod kątem kulinarnym zmarnowane, tylko dla siebie to mi się nie chce eksperymentować 😂



Oczywiście wyszukiwałam kiksy i oto pierwszy z nich. Łatwy jabłecznik - faktycznie łatwy: wymieszać wszystko i wlać do formy. Schluss 🤣 Tylko czy to będzie smaczne na drugi dzień? I czy na pewno będzie wyglądać tak, jak na zdjęciu?


Pilaw natomiast tradycyjnie, w składnikach jest coś, czego potem podczas przyrządzania nie potrzebujemy najwyraźniej (marchew, pietruszka, seler, cebula) 😏


Natomiast odkryłam, że prawdopodobnie z tego przepisu robiłam w zeszłym stuleciu babkę naleśnikową (tylko że chyba się ją jeszcze polewało sosem pomidorowym).


Takie kotlety z bryndzą smakowałyby jak pierogi ruskie, ale jest tu też ryż. Ten nam często zostaje, więc jest pomysł na wykorzystanie resztek.


No i fasola z kiełbasą - coś jak po bretońsku, ale czy wtedy dodaje się marchew, pietruszkę, seler i por? Pytam dla koleżanki (jeszcze nigdy po bretońsku nie robiłam, zasadniczo fasola mnie odstrasza z powodu długiego gotowania, ale lubię i chcę się przemóc).


Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1993, 128 stron

Seria Biblioteczka Poradnika Domowego, nr 2/1993 

Z własnej półki

Przeczytałam 23 sierpnia 2026 roku 

 


Z życia emerytki

Emerytka obudziła się dziś o 5.45 i jakoś nie zasypiała z powrotem. Wobec tego zainteresowała się hukiem przelatujących samolotów za oknem. 

Zwłaszcza, że tu jedna pani z osiedla ostatnio opowiadała, jak ona się boi tych samolotów. Wojny znaczy się.  

Emerytka aż zaczęła wyglądać na niebo. Okazało się, że pasażerskie. Co dwie minuty, jeden za drugim. I doszła do wniosku, że to widać czartery o tej porze nieludzkiej wywożą rodaków na wywczasy w Egipcie czy gdzie tam. Powspółczuła pracownikom lotniska, bo musi tam być niezły mętlik, przy takim obrocie. A mieszkańcy Balic? Ci nie potrzebują budzików (przynajmniej w sezonie).

Emerytka też (na razie) nie potrzebuje, nawet chętnie by jeszcze pospała, ale było po ptokach. Wobec tego zaczęła uprzątać po wczorajszym. Na przykład spięła gumką i schowała nabytek z Auchana - jak wiadomo, dużo pisze (codzienne notatki w kalendarzu, listy zadań etc.), ciekawe, na jak długo jej starczy 16 długopisów. Ale jeszcze ciekawsza jest ich cena... kupowane na sztuki: kolorowe droższe, niebieskie tańsze. Ogłaszam konkurs - kto poda właściwą wysokość paragonu? Specjalnie go zachowam, żeby w następnym poście udowodnić, jak było naprawdę 😂 

 

Dalej emerytka zgrupowała na stole w celu wyfocenia stos czyli

Najnowsze nabytki 

Sami widzicie, że chyba mnie porąbało!

Przy czym ta jakaś Daisy D. to podejrzewam chłam będzie, wiecie coś na ten temat? Od razu wynieść z powrotem czy jednak zostawić sobie na trudne chwile?

A te nastąpią już niedługo. Wczoraj bowiem brat znów zgłosił się z propozycją pilnowania mu dobytku we wrześniu i córka, chcąc nie chcąc (bo mówi, że za pierwszym razem to było ekscytujące, wszystko nowe, wszystko nieznane, a teraz to już nuuuuuda panie i woda za zimna na kąpanie) zgodziła się. Tak naprawdę ona tęskni za kotem! Ciągle mi opowiada jakieś historyjki i widać, że się mocno obie polubiły... a córka to zawołana psiara, która do tej pory twierdziła, że koty to dranie i w ogóle be i fuj.

Dlaczego trudne chwile? No bo już opowiadałam, jak ja się przejmuję tymi wyjazdami i przyjazdami... ujawnijmy fakty: za każdym razem dostaję rozstroju... organizmu, nazwijmy to 🤣 Kiedyś miewałam tak jedynie przed swoją Pragą czyli dwa razy w roku, teraz co i rusz. Nawet jak szłam do lekarza. Za chwilę się okaże, że z domu nie będę mogła wyjść. Do kitu z takimi nerwami. Pampersy se mam kupić czy co?