Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie emeryty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Życie emeryty. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 czerwca 2026

Agatha Christieová - Třetí dívka

Skończyłam tę Trzecią dziewczynę, nabytą pierwszego wieczoru w Pradze i tamże podczytywaną.

Dwa światy: lata sześćdziesiąte w Londynie, Beatlesi, minispódniczki - a z drugiej strony Hercule Poirot, czysta staroświeckość. Ponoć już w czasie I wojny światowej był na emeryturze, no to teraz ma ponad setkę chyba 😁

Do Poirota przychodzi młoda dziewczyna, bo chyba popełniła morderstwo. Ale gdy go ujrzy, ucieka nic nie wyjaśniając, mówiąc jedynie, że jest stary, za stary. Poirot jest w szoku - jak to, on stary? I oczywiście intryguje go to chyba, bo jak to, albo się kogoś zabiło albo nie. Rozmawia o tym z przyjaciółką, starszą panią, która pisze kryminały (takie alter ego Agaty) i wtedy dowiaduje się, kim jest ta dziewczyna. Trzecia dziewczyna - bo często gdy młode pracujące kobiety wynajmują mieszkanie, dla zaoszczędzenia na czynszu podnajmują pokój drugiej dziewczynie, a nawet biorą trzecią. Tak właśnie mieszka ta nieszczęsna Norma, którą ktoś faszeruje narkotykami i wmawia jej, że popełnia morderstwa. 

Trochę dziwny to kryminał, w sensie takim, że akcji tam mało, za to bardzo dużo międlenia w kółko tego samego (w końcu staje się to nudnawe) - Poirot wiadomo, skupia się na myśleniu i śledzimy te jego myśli, ale nie aż tak, żeby nam autorka ujawniała po drodze, co wykombinował 🤣

W Polsce książka wyszła pod tytułem Trzecia lokatorka. A ja poszukałam filmu, bo co prawda mam 27 dvd z Poirotem zgarniętych kiedyś ze Śmieciarki czy knihobudki, ale akurat tego oczywiście nie ma. W końcu znalazłam na wiadomej stronce, jest to trzeci odcinek jedenastego sezonu. Obejrzałam z przejściami, polskie napisy były złe, włączyłam angielskie, ale dopiero trzecie dobrze szły. Ech. Tak że całkiem niechcący zaliczyłam również film po angielsku 😁 Teraz widzę, że rosyjskie dobrze idą, mogłam sobie oszczędzić męki. A w filmie wszystko zrobili inaczej, nie myślcie sobie. Napisali na nowo.

Początek:

Koniec:


Wyd. Československý spisovatel, Praha1971, 226 stron

Seria: Spirála

Z angielskiego przełożyła na czeski: Eva Ruxová

Z własnej półki (kupione 19 maja 2026 roku za 5 koron z wystawki w antykwariacie KANT w Pradze) 

Przeczytałam 1 czerwca 2026 roku 



Dziś jest Pierwszy Dzień Reszty Mojego Życia. 

Jutro zresztą tak samo 🤣

No, ale po rozmaitych przejściach, po śmierci Ojczastego, po wymianie pionu, po czekaniu na malarza i wymalowaniu, po końcówce katalogowania, po Pradze i wcześniejszych przygotowaniach do niej, po niepokoju związanym z kaszlem i wizycie u lekarza (alergia, panie święty, a nie żadne zapalenie płuc czy co; Clatra i Singulair przez miesiąc) i wreszcie po kilkudniowej wizycie w Krakowie Věry i jej amerykańskiej wnuczki (co mnie również napawało strachem) i ich wczorajszym odjeździe - dziś jest ten Pierwszy Dzień. 

Należałoby zdecydować, co dalej. Ale kompletnie nie wiem, co dalej. Nagle okazuje się, że nie mam na siebie pomysłu. No bo dobrze - różne tam takie jak czytanie, oglądanie filmów, pragowanie - to wszystko było do tej pory, więc nic nowego. Zwykły szary dzień. A tak by się chciało robić coś innego, niezwykłego (?). Jednak nic takiego nie przychodzi mi do głowy, a nawet jak o czymś usłyszę/przeczytam, to wiem, że akurat nie dla mnie. Tyle miałam planów językowych, a teraz widzę, że nie ma się co szarpać, głowa już nie ta, jednym uchem wleci, drugim wyleci... Jeszcze dobrze, że choć to Duolingo ciągnę angielskie - ale to przecież bardziej zabawa. 

Tak że tak - jeszcze nie wpadam w depresję, bo w końcu lato, druga Praga przede mną, więc kolejne przygotowania, jakieś drobiazgi w domu wypada porobić (ten straponten do przedpokoju kupiony wieki temu trzeba wreszcie zawiesić)... Patrzę na kartkę powieszoną na tablicy korkowej chyba parę lat temu zaległości na emeryturę -  nic z tego mi się nie chce robić, to tylko zaległości, a nie nowe pomysły przecież.

W gruncie rzeczy nie potrzebuję nowego hobby (skoro mi na aktualne nie wystarcza czasu 😁), ale cały czas siedzi z tyłu głowy, że coś powinnam robić. Człowiek głupi całe życie. 

 

PS. Dziś jest też Pierwszy Dzień Bez Tramwaju. Przez 9 miesięcy będzie remont - 9 miesięcy!!! Przy czym niby we wrześniu miałby zacząć jeździć tramwaj wahadłowy do Bagateli i z powrotem. Pożyjemy, zobaczymy (czy się wyrobią). Chyba się dziś przejadę autobusem zastępczym, żeby obadać trasę i przystanki.

PS2. Bym zapomniała polecić Wam norweski film Everybody Hates Johan. Jak widać tym razem oglądałam z czeskimi napisami 😉 ale jak by ktoś chciał, to są angielskie.


Jest to opisane jako komedia, ale żadną komedią nie jest. Johana nie cierpi cała wieś, podobnie jak nie lubiła jego rodziców - pasjonowali się wysadzaniem w powietrze mostów w czasie wojny i przy tej okazji zginęli, ale zdążyli zaszczepić Johanowi to zamiłowanie. Jednak obróciło się ono przeciwko niemu, gdy niechcący wysadził w powietrze dziewczynę, którą całe życie kochał.... Bardzo mi się spodobało, jak pokazane jest surowe życie gdzieś na wyspach, które powoduje, że mieszkańcy też są surowi, żeby nie powiedzieć okrutni... odrzucają wszelką inność... a Johan uparcie dąży do celu, którym jest miłość i potomstwo... Dobrze, że choć przed śmiercią uzyskał spełnienie - czy każdemu z nas będzie ono dane?

środa, 22 kwietnia 2026

Ross Macdonald - Uśmiech śmierci

Nie miałam tej książki i nawet nie wiedziałam o jej istnieniu, a tu w budce się trafiła. Od razu zabrałam się za czytanie, bo Lew Archer to jeden z moich ulubionych detektywów, wiadomo. 

Pod koniec miałam wrażenie, że znam jednak tę fabułę, ale nie, skąd? Ten szkielet w szafie mnie chyba zmylił. Czyta się dobrze, akcja osadzona w powojennym czasie (książka wyszła w 1952 roku), spiritus movens jak zawsze - pieniądze. Dolar rządzi światem, dla dolara zrobi się wszystko. 

Z Wikipedii dowiedziałam się, że istnieje jedna powieść Macdonalda nieprzetłumaczona na polski (The Way Some People Die) oraz że - do licha - jest jeszcze osiem (poza zbiorami opowiadań), których nie mam i nie znam. Jest na co polować. Jest cel w życiu 😁

Początek: 

Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, 243 strony

Tytuł oryginalny: The Ivory Gris

Przełożył: Wiesław Horabik

Z własnej półki (od paru dni)

Przeczytałam 21 kwietnia 2026 roku
 

 

Z życia emerytki w Krakowie

Emerytka pojechała na dworzec oblukać ten pociąg, którym będzie jechać do Pragi. Jest tym nieco przerażona, bo tyle czasu ciurkiem wysiedzieć? Bez przesiadki? Ale za to jak już wtarabani walizę w Krakowie, to dopiero w Pradze się z nią będzie bawić, więc czysty zysk.

Niestety nic nie oblukała, bo pociąg okazuje się przyjeżdża z Warszawy, stoi wszystkiego parę minut i w tym czasie dokonuje wymiany pasażerskiej, więc jak już się załadowali ludzie z kuframi, to emerytka bała się wsiąść, że nie zdąży wysiąść, pociąg ruszy - a takie dobrodružství to emerytki jakoś nie rajcuje, zwłaszcza, że nie wie, gdzie następna stacja 😂 Tak że dalej nie wie, jak będzie usadowiona, no ale cóż.

Ta mała wyprawa wystarczyła, by emerytka poczuła się kompletnie zmordowana - wróciła do domu i przebrała się z powrotem w koszulę nocną, że będzie odpoczywać 🤣 Z taką kondycją to w Pradze wiele nie zdziała, hm.

Idąc do tramwaju emerytka zobaczyła taką ciekawostkę:


W przejściu podziemnym koło dworca. Czy ja jestem dziwna jakaś, że mi się to wydaje ABSURDALNE? Taka pazerność??? Mówi się zresztą od dawna, że toalety publiczne powinny być za darmo... 

Akurat rano na FB widziałam rolkę o rzekomo najstarszej publicznej toalecie w Pradze (postanowiłam odwiedzić 😁). Temat się zgrał.
 

Ktoś zamieścił na FB post, że odda duży zbiór książek jednej osobie. Ze zdjęć faktycznie wygląda na duży - regały do sufitu w kilku pomieszczeniach. W komentarzach:

- chętnie wezmę kilka

- oddać do biblioteki

- czyżby prywatna biblioteka profesora? (no bo przecież tylko profesor może mieć dużo książek, najwyraźniej)

- chętnie przygarnę wąski regał

- szkoda, że ktoś nie umie docenić ogromu potencjału na tych pułkach (tu ktoś przytomny odpowiedział, że szkoda, że ludzie nie przykładają się do ortografii)

- dlaczego tylko jednej osobie

- chętna na część

- chętnie odwiedzę i przeglądnę książki- wezmę kilka 

Czytanie ze zrozumieniem kwitnie w narodzie.

A ja dostałam takiego maila:

Ha ha naiwni, już potwierdzam.

Gdyby napisali, że 45 zł, to może bym się nabrała, bo tyle jakoś płacę za gaz 😂 Oczywiście żadne gazownie, prądownie i spółdzielnie nie zwracają nadpłat, tylko zaliczają a' conto przyszłych płatności, to osobna sprawa.

I ostatnia sprawa emerytki: będąc w Lidlu po mleko rzuciła się mię w oczy patelnia, jak by to powiedziała Młoda Lekarka. Wcale nie byłam na kupnie, ale ostatnio zauważyłyśmy z córką, że nasza duża teflonowa patelnia jakoś tak na środku się wypuczyła czy co, bo się tam przypala nieco. A że mam jeszcze 450 zł do końca miesiąca 🤣 to wzięłam tę stalową. Ale takiej nigdy nie miałam i zapytowywuję się, czy używacie i co myślicie etc. Na wszelki wypadek trzymam paragon.
 



niedziela, 29 marca 2026

Franz Werfel - Śmierć drobnomieszczanina

Przyjdzie taki Franz Werfel i diabli wiedzą, jak go zaszeregować. Urodzony w Pradze, ale w rodzinie żydowskiej i pisał po niemiecku (niczym Kafka). Mieszkał potem a to w Austrii a to w USA. Trudno, daję pod literaturę austriacką.
 


O Werflu do tej pory nie słyszałam, aż tu wyciągnęłam ze stosu od Szyszkodara ten drobiazg. Bo jechałam na koniec świata oddać tę nieszczęsną książkę o Czechach, więc akurat do czytania w tramwaju. 

I powiem Wam, że bardzo bardzo. Historia drobnomieszczańskiej rodziny w Wiedniu, niegdyś z ambicjami (ojciec pani Fialowej był cukiernikiem w Kralowicach), dziś zdegradowanej: pan Fiala był co prawda portierem w imponującym mundurze, ale go zredukowano i teraz wysiaduje w jakimś magazynie za nędzną pensję; żona wiadomo, przy mężu, syn Franuś, epileptyk, nie może znaleźć pracy, a siostra pani Fialowej, zwykła posługaczka, trzęsie całą rodziną. Kiedyś mieli 4-pokojowe mieszkanie, ale teraz gnieżdżą się w jakiejś dziurze, bo pan Fiala, żeby zabezpieczyć rodzinę, sprzedał tamto duże mieszkanie i pieniądze ulokował. W czym? 

W tej samej kamienicy mieszka agent ubezpieczeniowy pan Schlesinger. Ten go przekonał, że nie warto trzymać pieniędzy w banku (banki bankrutują) - lepiej się ubezpieczyć na życie. Pan Fiala musi tylko dożyć 65 urodzin. To zabezpieczenie trzyma pana Fialę przy życiu, bo chodzi o to, żeby Franuś nie musiał iść do zakładu, a żona do przytułku dla starców.

Cóż, kiedy i on się rozchoruje, trafi do szpitala. I tam stanie się ciekawym przypadkiem, bo wszystko wskazuje na to, że śmierć nastąpi lada moment - ale nie! Pan Fiala uparcie żyje, bo musi doczekać urodzin przecież!
 

Spodobała mi się ta książeczka, opisy codziennego życia, sprowadzonego do nędznej egzystencji, ale ciągle zawierającego elementy baśniowe: gdy żona piecze babkę na imieniny męża i wyjmuje z szafy obrus z dawnych czasów; gdy pan Fiala gładzi główki porcelanowych fajek, które dostał od dawnego szefa - nigdy nie palił, ale to po prostu symbol; gdy pan Schlesinger zabiera do szpitala wielkie wydanie poezji Heinego ze złotym brzegiem jako resztkę biblioteki swoich rodziców...

Początek:


Koniec:

Wyd. PIW, Warszawa 1966, 77 stron

Tytuł oryginalny: Der Tod des Kleinbürgers

Przełożyła: Edda Werfel ??? aż się zdziwiłam i poszukałam:

Edda Werfel była żoną Romana Werfla, ideologa partyjnego i naczelnego "Nowych Dróg"; sama po Październiku wystąpi z partii i zajmie się pracą przekładową z niemieckiego, a po Marcu '68 wyemigruje. 

Seria BIBLIOTEKA JEDNOROŻCA 

Z własnej półki

Przeczytałam 25 marca 2026 roku


Takie tytuły w serii podają w 1966 roku. Dawno dawno temu miewałam takie pomysły, że powinnam zgromadzić całe serie różne i nawet odfajkowywałam ołówkiem, które mam. Jakoś się wtedy nie myślało, że mieszkanie ma określoną pojemność (nawet się mieszkania jeszcze nie miało) 😂 W tym wydaniu mam chyba tylko Milczenie morza i Niejaki Piórko. I Cervantesa.



 

Dopadło mnie cosik. Leje mi się z nosa i boli mnie głowa, więc czuję się jak stary kapeć. Nawet w rozmowie z Věrą to ujęłam po czesku, nie zastanawiając się, czy tak się u nich mówi (cítím se jako staré bačkory), ale zrozumiała 😁 Jak to dobrze, że jest weekend i nikt ode mnie niczego nie chce. Bo wiecie, Ojczastego już nie ma, ale teraz sąsiadka zza ściany ciągle o coś prosi. A to jechać z nią do lekarza (trzy godziny siedzenia w kolejce), a to zanieść do przychodni prośbę o receptę, a to zrobić zakupy, a to kupić totolotka. Mam etat normalnie. Są takie dni, że nic się nie chce (albo łeb napiernicza) i najchętniej bym nie wstawała z łóżka... to nie! Zaraz zadzwoni telefon z prośbą. 

Oprócz tego pan listonosz nabrał zwyczaju przychodzenia na kawę podczas obchodu. Nie że codziennie, ale częstotliwość rośnie. Czyli nie mogę sobie pozwolić na leniuchowanie w piżamie, bo nie znam dnia ani godziny.

Zaczyna mnie to już wk... denerwować. 

Więc przynajmniej weekend jest spokojny, sklepy i przychodnie zamknięte, poczta też.

/pod warunkiem, że sąsiadka nie zadzwoni, żeby jej asystować, bo wezwie pogotowie/ 

Ale czy mogę coś z tym zrobić? Nie bardzo. Całe życie jestem ograniczona przez moje migreny. Myślałam, że jak już będę na emeryturze, to nie będę się musiała o to martwić - jest migrena, to leżę sobie w łóżku i niczym się nie przejmuję, niczego nie muszę etc. Aha, to mi wyszło...

Przejdźmy wobec tego do sprawy emerytury właśnie. Jestem na niej od 4 lat prawie, ale najpierw ciągle pracowałam. Potem, gdy się z Ojczastym zaczęło robić gorzej, z pracy zrezygnowałam, ale była ta jego emerytura, więc spoks. Teraz marzec był pierwszym miesiącem, gdy zostałam o gołym pysku. 

I tu apeluję do wszystkich! Nie bawcie się w żadne działalności gospodarcze - chyba że naprawdę musicie, albo że tyle Wam DG przynosi, że sobie robicie duże oszczędności, inwestujecie czy co tam. Jeśli nie - koniecznie szukajcie pracy na etat.

Mówi Wam to osoba, która po DG ma aktualnie 1886,93 zł emerytury. Nie idźcie tą drogą! Nie bierzcie ze mnie przykładu! 🤣

Żeby nie było: to był mój wybór, oczywiście. Wzięłam, co się nawinęło, było po linii i pracę lubiłam, więc nigdy się na poważnie nie zabrałam za rozglądanie za czymś innym. I nie, że się teraz przejmuję jakoś bardzo. Po co zresztą, skoro nic już nie zmienię.

/w teorii mogłabym próbować szukać czegoś na dorobienie, ale ani mi to w głowie, jak już człowiek się odzwyczai od budzika, to wiecie 😂/

Rezygnując z pracy przed dwoma laty wiedziałam na co się piszę (w sensie, że Ojczasty nie będzie żył wiecznie). Moje założenie było (i jest!) takie, że będę dobierać z oszczędności około 500 zł miesięcznie i że to powinno wystarczyć. Nawet cały czas dzieliłam kwotę oszczędnosci przez 500, żeby wiedzieć, na ile miesięcy/lat mi wystarczy 😂 Zakładam również, że na jedzenie będę wydawać max 200 zł tygodniowo. Wśród stałych wydatków oczywiście są opłaty* i tutaj trudno coś dokładnie przewidzieć, bo to wszystko rośnie. Co miesiąc również kupuję tysiąc koron (obecnie około 175 zł).

* do tej pory miałam dofinansowanie do czynszu od miasta, ale ono się kończy w kwietniu (papiery trzeba na nowo składać co pół roku) i teraz, przy 2 osobach, a nie 3, przekraczamy normę powierzchni - ona wynosi na 2 osoby 52 metry, a nasze mieszkanie ma 52,5... taaaa, pewnie nie dadzą, mimo znacznie niższego dochodu na łeb. A czynsz aktualnie wynosi 755 zł (dopłaty było około 200). Plus prąd, gaz, internet z telefonem stacjonarnym, komórka, karta na tramwaj, prenumerata Wyborczej... no wiadomo, same zwykłe rachunki. 

Pierwszy miesiąc wypadł bardzo dobrze, bo nie było żadnych ekstra wydatków i nawet zostało mi 200 zł - bez sięgania do oszczędności!!! - chciałam co prawda kupić jakieś kwiatki do posadzenia za oknem, ale zimno jest, to chyba nie bardzo. Zobaczymy, jak będzie w kwietniu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zawsze może coś wypaść, coś się zepsuć etc. Zakładam jednak, że na zwykły bezwypadkowy miesiąc powinno wystarczać. 

Po świętach będzie remont, ale te wydatki nie idą z bieżących dochodów 😂 tu trzeba sięgać do kupki. Podobnie, gdy płacę za hotel w Pradze (kartą). Trzynastka i czternastka w zeszłym roku co prawda wystarczyły, jak będzie w tym, nie wiadomo. 

Tak że tak. Biedni emeryci wszystkich krajów, łączcie się!  

środa, 21 stycznia 2026

Aleksandra Kozłowska - Ambulans jedzie na wieś. Śladami wędrownych wyrwizębów

Reportaż z czasów dawno minionych. Autorka idzie śladami swojej matki-stomatologa, a potem rozszerza poszukiwania, trafia do potomków dentystów, którzy zaraz po wojnie jeździli po wsiach Ruchomymi Ambulansami Dentystycznymi. Raczej nie z własnego wyboru - po ukończeniu studiów dostawali nakaz pracy i rzadko opiewał on na miasto, w którym się uczyli, bo w miastach sytuacja na rynku pracy służby zdrowia była lepsza, a tragicznie było właśnie na wsi czy w małych miasteczkach. 

Moja mama też dostała nakaz pracy po ukończeniu Studium Nauczycielskiego i wyjechała w białostockie. Och, o ileż spraw chciałabym ją teraz zapytać...



Jedni traktowali to jako dopust boży, inni nie przejmowali się ani ciężkimi warunkami pracy ani jeszcze gorszymi mieszkaniowymi. Bo to nie było tak, że rano ambulans z obsadą (lekarz plus kierowca plus pomoc dentystyczna) wyruszał ze stolicy czy innego Poznania i pod wieczór wracał. Wyjeżdżało się na długo. Kierownik szkoły był wcześniej zawiadamiany, że ambulans przyjedzie i miał za zadanie przygotować noclegi, ale często nie palił się do tej roboty. Załoga ambulansu czasem spała w jakiejś zimnej kanciapie w szkole, czasem w samym ambulansie. Obsłużywszy głównie dziatwę szkolną i pracowników spółdzielni rolniczych - ci mieli dentystę za darmo - oraz ewentualnie nieco zarobiwszy na prywatnych rolnikach (tu bardzo przydatny był proboszcz, który ogłaszał z ambony, że ten ambulans przyjechał i stacjonuje przed szkołą i można się zgłaszać, więc trzeba było z nim trzymać sztamę) ambulans ruszał do kolejnej miejscowości. I od nowa to samo. Praca często od rana do wieczora. Sprawozdawczość: czy zrealizowany plan przeglądów, ekstrakcji, wypełnień. Czy wypełniony zeszyt ewidencji spirytusu. 

Stan higieny na wsi fatalny. Większość mieszkańców nie tylko w życiu dentysty nie widziała, ale i szczoteczki do zębów. Trzeba więc też było się zająć pracą oświatową na ugorze czyli podnoszeniem świadomości zdrowotnej i higienicznej ludności.


 Przeczytajcie tylko fragmenty poniżej...



 


 Wierzyć się nie chce, że to przecież było tak niedawno. A czy dziś jest lepiej? Z dostępem do dentysty na wsi na pewno nie.


Książka ciekawa. Irytująca jedynie maniera autorki polegająca na robieniu na siłę porównań dentystycznych 😁 styl drętwy jak policzek po znieczuleniu, czerwony krawat pali go niczym ropiejący wrzód. 

 

Wyd. ZNAK, Kraków 2024, 397 stron 

Z biblioteki

Przeczytałam 20 stycznia 2026 roku 

 

Dzień z życia emerytki 

Na obiad resztki z lodówki czyli kaszotto. I - ha ha ha - zrobiłam, jak risotto w PRL-u czyli z ugotowaną kaszą, ale następnym razem już będzie po bożemu.

 
Po obiedzie córka namawiała na pieszą wyprawę na ulicę Fiszera, bowiem widziała tam jakiś dziwny dom. Myślałam, że chodzi o opuszczone miejsce i zapowiedziałam jej, że nie wejdę do środka, bo nigdy nie wiadomo. Tymczasem chodziło o dom w budowie, tym bardziej nie weszłyśmy, bo monitoring 😉 Ale na innym domu znalazłyśmy fresk. Sorry, okazało się teraz, że ostrość mi chwyciła na pierwszym planie 🤣


Jako że byłyśmy niedaleko centrum handlowego, wstąpiłyśmy tu i tam (aczkolwiek uciekałam czym prędzej, żeby się nie ugotować; dlaczego tak grzeją w sklepach, to jest nie do wytrzymania 😢). Rezultat - Wielkanoc w domu i zagrodzie 🤣 Choinki jeszcze nie rozbieram, mam czas. Kuzynce się sama rozebrała - przewróciła się. Większość bombek (w Krakowie zwanych bańkami) potłukła się oczywiście.

Tośmy sobie pospacerowały, a wczoraj w ogóle nie wychodziłam, okropna jakość powietrza, nawet alert przyszedł (żadnej aktywności fizycznej na dworze!) - dziś też, a MPK zarządziło darmową komunikację. Chciałabym iść na kroki (i na siłownię), ale wybór jest między mniejszym i większym złem. Mogłabym pochodzić po schodach w bloku: iść w górę, a zjeżdżać w dół (ponoć schodzenie w dół jest niezdrowe dla stawów czy coś), ale to też ryzykowna sprawa, bowiem w weekend spadła winda w jednym z bloków na naszym osiedlu 😂 Jechała nią 83-letnia kobieta na piąte piętro, winda zleciała na drugie i tam się zatrzymała (dowiedziałam się przy tej okazji, że jest takie zabezpieczenie, lina wyhamowująca), strażacy panią wydobyli, coś tam sobie uraziła tylko.
 

Siedzę więc w domu i dalej kataloguję. Przyszedł mail z klasztoru z potwierdzeniem rezerwacji na sierpień. To już mam dwie, bo zrobiłam też w tym nowym, u sióstr. I nie wiem, którą wybrać, a którą skasować. 

U sióstr mam na maj, ale w sierpniu nie są dostępne te pokoje na I piętrze (tam gdzie byłam w zeszłym roku), tylko wyżej, gdzie w ciągu roku szkolnego jest coś w rodzaju internatu. I tam nie ma już różnych udogodnień z I piętra (na przykład czajnik jest tylko na korytarzu, w aneksie kuchennym). Dodatkowo za WC w pokoju trzeba dopłacać 120 koron na dzień. Znaczy pokoje są z łazienkami, ale toalety na korytarzu, takich ze sraczem jest kilka zaledwie. Po podwyżce cen wychodzi doba na 970 koron. Tymczasem w klasztorze cena na razie jest po staremu - 780 koron (oczywiście mogą jeszcze podnieść). 

U sióstr było w zeszłym roku po 650, teraz jest prawie dwie stówki drożej niż u braci, to mam obiad i nawet jeszcze piwo do niego 😂

Skłaniam się ku opcji, żeby w maju jeździć do sióstr na I piętro z kibelkiem, a w sierpniu do braci, gdzie takich ograniczeń nie ma. Wilk syty i owca cała. Tylko walizę trzeba do klasztoru dalej targać, ale pies drapał, za to upały nie grożą w grubych klasztornych murach, a u sióstr nie wiadomo, jak to w lecie wygląda, bo to zwykła kamienica, jak okno wychodzi na południe, to może być tragicznie.


A skoro już o Pradze - czeski premier popisał się na konferencji prasowej, gdy zapytano go, czy może coś powiedzieć odnośnie sytuacji z Grenlandią. 

- Ja sobie kupiłem taki wielki piękny globus (tu odpowiedni gest rękoma, jak wielki) za 15 tysięcy koron, żebym zobaczył, gdzie ta Grenlandia jest.

Oczywiście internet zalany memami. Nowy przelicznik: ile masz emerytury? Jeden globus. Takich mamy rządzących, czy oni czy my...


środa, 17 grudnia 2025

Maria Ewa Letki - Listy

Wzięłam z budki do przeczytania, gdy zobaczyłam pierwsze zdanie znalazłam Twój adres w "Płomyczku". Ach! Ileż to ja miałam korespondencji tego rodzaju! Najpierw w podstawówce (nie pamiętam, czy konkretnie z "Płomyczka" czy ze "Świata Młodych", gdzieś się te  adresy znajdowało), a w liceum to z kolei zaczęłam po włosku. Teraz, przy okazji tej książeczki, wyszło na to, że nadejszła wiekopomna chwila i należy pogrzebać w starych listach. Najpierw się mocowałam z dwoma pojemnikami pełnymi papierzysk, które koczują w kuchni gdzieś pod sufitem, a potem ruch ostatniej szansy - walizka na pawlaczu. I otóż ich tam nie ma! Teraz myślę, że może jednak przeoczyłam je w kuchennych pojemnikach... No przecież muszą gdzieś być! 

Oczywiście istnieje jeszcze możliwość, że nie przywiozłam ich z Dżendżejowa i w ten sposób straciły się na wieki, ale nie wierzę w to, nie byłoby w moim stylu wydać papiery na zatracenie 😂

W każdym razie nie ubogacę tego posta fragmentami owych listów, a innej okazji już nie będzie, szkoda. Bo właśnie myślę, że byłyby idealną ilustracją: bohaterka Listów Marii Ewy Letki lekko mija się z prawdą, gdy pisze z ogłoszenia do nieznanych osobiście rówieśników. Nie dzieje się tak bez przyczyny, wiadomo. Co innego chwalić się sportowymi osiągnięciami (jak to było w przypadku jednej z moich korespondentek*), co innego zmyślać, że rodzice nie żyją i trzeba iść do domu dziecka. 

Hania czuje się kompletnie zaniedbana przez rodziców, którzy myślą jedynie o mającym się narodzić braciszku. Jest pełna rozżalenia na cały świat: nie pojadą wspólnie nad morze, jak było w planie, dziewczynka zostanie wysłana do babci i to nie tylko na wakacje, ale na cały szkolny rok, bo w małym mieszkaniu z niemowlęciem byłoby za ciasno dla wszystkich. Na szczęście na wiosnę rodzice dostaną nowe, większe mieszkanie i Hania po powrocie będzie miała własny pokój, ale czy to może być pociechą dziś? Mama z tatą myślą tylko o nowym dziecku i nie mają już czasu dla niej, nie zauważają jej potrzeb emocjonalnych. Oczywiście Hania jest skupiona jedynie na sobie, w końcu do tej pory była jedynaczką, więc babcia zauważająca, że jest straszną egoistką, też nie do końca ma rację - jest, ale tak została wychowana i nie przygotowano jej na uważność względem innych. 

Jeszcze wszystko może się ułożyć, ugładzić, jeszcze Hania może pokochać nowego braciszka, ale te listy... Nakłamało się i co teraz, gdy wszystkie te łgarstwa wyjdą na jaw?  

* właśnie miałam zamiar poszukać jej nazwiska w internecie, bo a nuż rzeczywiście zrobiła potem karierę sportową
 


Początek:


 

Koniec:

Wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1978, 62 strony

Ilustracje: Maria Sołtyk 

Z knihobudki

Przeczytałam 13 grudnia 2025 roku
 


Dzień z życia emerytki

Pracowity, bo poszłam do piwnicy i przyciągnęłam do domu choinkę. Co się okazało: choinka już sama chciała wyjść na spacer i wystawiła obie nogi z pudła. Pakują je tak ciasno, że potem ciężko je upchać z powrotem 😢 najwyraźniej poprzednim razem tak pchałam, że dziury wypchałam, a nie zauważyłam. Przyszło pudło wyrzucić, a teraz pamiętać, że w styczniu czy w lutym, jak się będzie choinkę rozbierać, trzeba kupić jakiś duży mocny wór na śmieci.

Jako że choinka już była, a córka, którą chciałam zaangażować do ubierania, jeszcze spała - umyłam okna w kuchni. No. Normalnie nienormalne. Jakiś miałam wyrzut energii czy co.  

Na ubraną choinkę narzuciłam - wbrew zdaniu córki, która nie lubi - łańcuchy, bo bez nich drzewko wydaje mi się gołe 😂 Gdybym miała choinkę żywą, to co innego. Raz miałam. Pozbycie się jej to była spora droga przez mękę, tak się cała sypała, w końcu została wyrzucona przez okno, bo było najbliżej 🤣 A igły i tak jeszcze przez pół roku były WSZĘDZIE.

Właściwie to nawet anielskie włosy mi się podobają, ale to już by mnie córka zabiła chyba. Ona jest na etapie, że najpiękniejsze choinki to są w centrach handlowych, takie z bombkami w jednym kolorze... to ja byłam na tym etapie ćwierć wieku temu, teraz wolę naćpanie na drzewko wszystkiego możnego (jak by powiedzieli Czesi), w końcu powiedzenie obwieszona - biżuterią - jak choinka nie wzięło się znikąd.

A jakieś dwie godziny później ta moja zmora zaczęła się śmiać jak głupia. Bo kompletnie zapomniałam o dwóch pudełkach z drewnianymi ozdobami, które leżą na książkach na jednym z regałów (zamiast w pudłach w piwnicy). Ale nic - spróbuję je jeszcze powiesić mimo łańcuchów.

Wyniosłyśmy do piwnicy etażerkę, którą niegdyś przytargałam z wystawki na osiedlu na rzeczy Ojczastego. Teraz jest już niepotrzebna, ale żal mi ją wydać, bo kto wie, czy kiedyś jeszcze jej nie zechcę, prawdaż. Taka fajna, oldskulowa.

 

Córka z kolei postanowiła wydać na Śmieciarce sanki, bo twierdzi, że nie będzie już na nich zjeżdżać z osiedlowej górki - boi się o rękę. Umówiła się na dziś wieczór na odbiór z jakimś gościem, a potem dostała wiadomość od kogoś, kto chce je KUPIĆ. Żal 🤣 ale kobyłka u płota.


Dostałyśmy się też do wózkowni w piwnicy i stanęło na tym, że tam będzie trzymać nowy rower, ten zdobyczny. Od jutra niby. Niech on mi znika z domu jak najprędzej.

A potem zamknęłam kratę oddzielającą korytarzyk z naszą piwnicą (i ośmioma innymi), po czym - nie mogłam już wyjąć klucza. Ni w te ni we wte. W rozpaczy (no bo przecież już nikogo nie było w spółdzielni) czyhałam przy drzwiach wejściowych i dorwałam młodego sąsiada, który poszedł do domu po narzędzia i naprawił 😍 Ze środka wypadł drucik, wygląda na to, że ktoś tam coś majstrował, czyżby złodziej? Przy okazji chłopak opowiedział, że w ich piwnicy (nie w naszym korytarzyku)... zawaliła się boczna ściana 😲 Czy ten zza ściany powiesił na niej coś ciężkiego? Nie. 

Sypie nam się blok czy co. Chyba obejrzę znowu ruski film Durak, żeby się przestraszyć jeszcze bardziej 😂 

A' propos oglądania. Po dyskusji o nauce angielskiego pod poprzednim postem i po filmiku na YT, gdzie polecali Świnkę Peppę, zdjęłam z półki cztery sztuki dvd przyniesione niegdyś z budki (że niby podaruję komuś, kto ma dzieci albo co). Mówię zobaczę, czy tam jest dubbing czy również wersja angielska. No to zobaczyłam.

Pudełka w środku - puste 😂😁😁 Każde jedno czyli wszystkie cztery. Teraz się zastanawiam, jaka jest ich historia 😀 Czy ktoś miał filmy osobno odłożone, nie pamiętał i wyniósł puste pudełka? Czy też jakiś dowcipniś zabrał z budki same płytki, zostawiając opakowania? Ja kiedyś na Fabryce wycięłam taki numer, że wysłałam film gdzieś tam w świecie do innej Fabryki do wyświetlania, po czym przyszedł alarm, że dostali tylko pudełko 🤣 Derechcja mi darowała tę skuchę 😍

Córka twierdzi, że lepiej oglądać w naukowym celu Simpsonów. No i mam przecież jeszcze Friendsów. Wszystko jest, tylko trzeba chcieć!

Na koniec tego dnia pełnego harówki (przypominam: OKNA!) jeszcze robiłam półkę i doprowadziłam metodą eliminacji oraz utykania książek w drugim rzędzie do pozbycia się stosów podłogowych! Hura hura! Teraz zostały tylko te bezpośrednio pod telewizorem i one też będą likwidowane! Ale nie tak od razu, bo od tego schylania się rozbolały mnie plery i w nocy nie mogłam zasnąć.

Nazajutrz wyniosłam do budki 14 sztuk i całe szczęście, że tam już na miejscu każdą przejrzałam. Bo w jednej z nich było to:


Bym się niechcący pozbyła takiej pamiątki 😍😍😍 

 

Jeden z ulubionych kanałów mojej córki właśnie mi pokazał, jak to wygląda, gdy próbuję coś powiedzieć po angielsku - tak, jak bohater próbuje trudniejszych wyrazów po francusku 😂😁😁 

Nie ma udostępniania shortów z YT na blogspota, I'm sorry! 

O, a tu dokładnie mój angielski

niedziela, 30 listopada 2025

Donald E. Westlake - Jak nevyloupit banku


Długo to czytałam, jakoś mi nie szło, zasugerowałam się tytułem (Jak nie ograbić banku), że znów będzie wesoło, niczym w poprzedniej książce Jak nie ukraść szmaragdu, a tymczasem zbyt rozrywkowo ogólnie nie było, choć momentami owszem. Bohater trafia do więzienia za swoje kanadyjskie żarciki i za to, że jest recesistą. Słownik w ogóle nie mówił, kto by to miał być ten recesista, bo uznaje jedynie recesję gospodarczą i tyle. Aliści AI pomogło:

Recesista je osoba, která provádí recesi, tedy žert, kanadský žertík nebo prank, často s cílem vyvolat v ostatních rozpaky, zmatek nebo nepříjemné pocity
.

Nie pojmę, skąd taka nazwa na kawalarza. Druga sprawa to te kanadyjskie żarciki, o których ciągle w książce mowa. Po polsku chyba nie ma takiego terminu? Wikipedia* czeska wyjaśniła mi w końcu, że kanadský žertík to inaczej prank czyli po naszemu psikus.

*Są tam opisy różnych psikusów, niektóre całkiem ciekawe. Chyba najbardziej mi się podoba ten z Paryża, gdy pewien malarz podarował dozorczyni w swoim domu wielkiego żółwia. Po jakimś czasie podmienił tego żółwia na jeszcze większego, potem jeszcze większego. Trwało to jakiś czas, a dozorczyni chwaliła się wszystkim naokoło, że ma takiego czarodziejskiego żółwia. Wtedy ten malarz zaczął z kolei go podmieniać na coraz mniejsze 😂

Więc Harry, który od najmłodszych lat zabawiał się robieniem ludziom rozmaitych psikusów, raz przegiął (przyszła kryska na Matyska), bo trafiło na panów nieznających się na żartach: pewnego pięknego letniego popołudnia położył manekin kobiety z rozłożonymi nogami na bagażniku chevroleta zaparkowanego na poboczu szosy i poszedł do pobliskiej restauracji, a gdy wrócił po trzech kwadransach, okazało się, że zderzyło się siedemnaście samochodów i doszło do zranienia ponad dwudziestu osób, w tym dwóch członków Kongresu i dwóch niezamężnych młodych dam, które z nimi dzieliły wóz... Kongresmeni mu przysolili 15 lat 🤣

Tak więc Harry ląduje w więzieniu i tam, przypadkowo, dowiaduje się o istnieniu pewnej grupki więźniów, którzy mają do dyspozycji... tunel prowadzący na wolność. Przy czym nie po to, żeby uciec, tylko żeby wychodzić na miasto się zabawić. Harry ma do wyboru albo dać się zabić (skoro się o tym dowiedział) albo przystać do grupy. Oczywiście wybiera to drugie i używa życia po tamtej stronie, a nawet poznaje dziewczynę, z którą zaczyna wiązać poważne plany. Jest jednak haczyk: szef tej grupy ubzdurał sobie, że muszą wspólnie dokonać napadu na bank. Najzabawniejsze są właśnie usiłowania Harry'ego, żeby temu zapobiec, jednocześnie nie zdradzając się przed kumplami, że nie jest żadnym wielkim bandytą, jak oni to sobie myślą.

Początek: 

Koniec: 

Wyd. Knižní klub, Praha 1993, 182 strony

Tytuł oryginalny: Help I Am Being Held Prisoner

Przełożył z angielskiego na czeski: Radoslav Nenadál

Z własnej półki (kupione online 15 października 2025 roku w Ulubionym Antykwariacie za 33 korony minus 20%)

Przeczytałam 30 listopada 2025 roku 



Po przeczytaniu pierwszej lekturki angielskiej sporządziłam listę wszystkich posiadanych w kolejności od najłatwiejszych, żebym w grudniu nie musiała szukać, tylko od razu sięgnąć po kolejną. 


 I co? Nie minęły dwa dni, a do knihobudki ktoś złośliwie podrzucił sześć innych 😂 Cała lista na nic!

 

Ale poza tymi lekturkami tygodniowy urobek prezentuje się nader skromnie, co oczywiście cieszy w obliczu braku miejsca 😉 Za biografię Bułhakowa już bym się brała, ale muszę czytać z bibliotek (bo se ktoś zamówił czyli stoi za mną w kolejce).


Dwie wzięłam na wymianę: te stare moje są z lewej strony, nowe z prawej. Czarny mercedes był bardziej sfatygowany, a Czarne stopy trafiły się w twardej okładce 😍


A jeszcze wracając do kwestii purse, to wczoraj znów było na Duolingo 😂 będzie to chyba jedno z nielicznych słówek, które zapamiętam!


Dzień z życia emerytki w Krakowie

Dzisiejszy mianowicie. Byłby całkiem zwyczajny, z szeregiem rutynowych czynności, gdybym koło południa nie zobaczyła na Śmieciarce roweru do wzięcia. A byłam pierwsza! Najpierw zaklepałam, a potem pytałam córkę, czy chce taki 😁 Chciała, więc zaczynam się z chłopakiem dogadywać co do odbioru. On mówi, że do 18.00, ja myślę sobie, że lepiej po ciemku się gdzieś nie szwendać i może pojechać od razu. Obiad zjemy po moim powrocie.

A było tak, że gdzieś na końcu świata. Jeden tramwaj, drugi tramwaj, pętla, tam autobus - aplikacja mi powiedziała, że mam nim podjechać dwa przystanki, będzie już blisko. Pierwotny plan był, że z pętli pójdę pieszo - i było się słuchać planu. Autobus mnie wywiózł gdziesik, skąd szłam i szłam 3 tysiące kroków, w dodatku po błocku, bo drogę robią i NAPRAWDĘ byłoby lepiej, gdybym poszła piechty prostą drogą. Ale doszłam, rower odebrałam (dobrze, że miałam w domu ptasie mleczko na odwdzięczenie się, a wcześniej były teksty po co to kupujesz; przydało się 😂) i ruszyłam w drogę powrotną. 

Czyli do pętli, tam w tramwaj, jeszcze pusty na szczęście - bo z rowerem to musiałam się wtrynić na to miejsce dla wózków. Ale gdy wysiadłam w mieście i poszłam na inny przystanek - Armagedon. Ludziów jak w długi weekend majowy! Tramwaje zapchane, ani mowy nie ma o tym, żeby wsiąść. Nie mam nic przeciwko pójściu z buta, ale wiecie, sikać się już chce... 


Idę na następny przystanek, idę na kolejny, idę Plantami i cały czas się zastanawiam, czy zdołam dojść, zanim się posikam w majty 😂 Na Kleparzu wypatrywałam czwórki, bo ona ma specjalne miejsca dla rowerów i to bodaj trzy, ale gdzie tam, napchane ludźmi do granic możliwości. W sumie doszłam do Urzędniczej i tam udało się zapakować z rowerem, więc resztę już przejechałam. Telefon mi mówi, że zrobiłam 7 km 😁 Fajnie, zwłaszcza, jak się prowadzi rower... I nie, nie mówcie, że mogłam po prostu na nim jechać! Nie na obcym rowerze, nawet nie wiedząc, czy hamulce działają i w ogóle w zimowym odzieniu! A już chyba ze trzy lata nie jeździłam!

Ale najfajniejsze mnie jeszcze czekało. Dwa przystanki przed zadzwoniłam, że jadę i żeby córka wyszła na pętlę. Na pętli jej nie było, chwilę się porozglądałam, nie nadchodziła, więc poszłam do domu. A tam jej też nie było... Pół godziny!!! Pół godziny na nią czekałam, bowiem nie zabrałam kluczy. To już sobie przysięgłam, że nigdy więcej z domu bez klucza nie wyjdę, nie ma co na kogo liczyć... Pojechałam na koniec świata i z powrotem i się nie posikałam, a przed własnymi drzwiami mi to groziło. Po pół godzinie, kiedy sterczałam przed wejściem do klatki, bo mi się nudziło w środku, usłyszałam (ciemno już było) biegnącą dziołchę. Tyle czasu jej zabrało skumanie, że skoro mnie tam na pętli nie ma, to może się minęłyśmy. 

Dżizas jak mnie wkurza, że ona nie ma telefonu! 

Tak że obiad zjadłyśmy o piątej 😁 a ja potem padłam i stać mnie było jedynie na obejrzenie odcinka serialu zamiast filmu, który był w planie. A potem sobie przypomniałam, że jeszcze muszę napisać post, bo książka jest listopadowa, a toż dzisiaj ostatni dzień miesiąca. Więc właśnie go napisałam i chyba pójdę do łóżka. Rower stoi oparty o regał z książkami, pieczołowicie wyczyszczony przez nią mokrymi chusteczkami. Oczywiście ani ani że on tam będzie miał swoje miejsce, więc jutro musi sobie kupić jakieś zabezpieczenie i dać go gdzieś na schodach przy barierce.

Tyle słowa na niedzielę!