Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gułag. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gułag. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 września 2025

Tadeusz Wittlin - Diabeł w raju

To jest jedna z tych niewielu książek znalezionych w knihobudce, gdzie po przeczytaniu wiesz na 100%, że ją zachowasz. Że pewnie kiedyś będziesz chciał wrócić, gdybyś zapomniał, co człowiek człowiekowi potrafi zrobić. No, system - ale system składa się z ludzi. Takich, jak ten chłopek, który dostał pieniądze za to, żeby bezpiecznie przeprowadzić autora przez granicę z Litwą podczas ucieczki z Warszawy - i bezpiecznie go wyprowadził: prosto na posterunek sowieckiej straży granicznej. No nie można go za to winić, kiedyś Sowieci dowiedzieli się, że zawodowo się trudni przemytem ludzi, skatowali i obiecali, że wypuszczą, jeśli będzie pracował dla nich. Za każdego sprowadzonego uciekiniera dostawał od nich dodatkowo czerwońca czyli 10 rubli, ludzkie pany.

Wittlin dostał na parodii sądu karę śmierci jako szpieg i dywersant (wcześniejsza  kontrrewolucja polegająca na tym, że w czasie ubiegłej wojny polsko-niemieckiej był dowódcą partyzantów, którzy zniszczyli dwa sowieckie czołgi), a przy tym jako dziennikarz był współpracownikiem pism faszystowskich i sędzią na usługach ustroju kapitalistycznego - sami rozumiecie, że nic poza czapą mu się nie należało. Ale honorowo, bo przez rozstrzelanie! Po odwołaniu się zmieniono mu karę na 12 lat łagru i dawaj na Syberię. Z tym, że miał chłop szczęście, bo w końcu przyszła amnestia dla Polaków, jeśli deklarowali się wstąpić do wojska walczącego z Niemcami.

Jest tak, jak napisał we wstępie gen. Anders: Wittlin dokładnie opisuje warunki i działanie systemu, ale w sposób satyryczny, dlatego ta lektura jest inna od Sołżenicynów etc. i dlatego też Wam ją polecam, jeśli znajdziecie w bibliotece.

Nawiasem - miałam już książkę o dokładnie tym samym tytule, ale autorstwa Henry Millera... 

 




Zazwyczaj reprodukuję pierwszą i ostatnią stronę, tym razem pierwszą i drugą, żebyście wiedzieli, jak to było z tym Wittlinem-Guliwerem, dlaczego nie mógł się podnieść. 
 



Wyd. Polonia, Warszawa 1990, 247 stron

Okładka oczywiście Młodożeńca 

Z własnej półki

Przeczytałam 21 września 2025 roku



Siedzimy dalej na tykającej bombie. Z tym, że zwykła bomba rozpirzy wszystko i nawet nie trzeba tego sprzątać (znaczy służby jakieś rumowisko posprzątają), a jak ta nasza bomba pierdyknie, to będzie co robić.

Znów nas zalewa. Every fucking day, że się popiszę moją zaiste niesamowitą znajomością angielszczyzny 🤣

Ale wiecie co, jest nadzieja, że niedługo wrócę do porządnych regularnych lekcji, o czym zaraz też napiszę. 

Młody pan, który do nas przyjeżdża z Awarii, ustanowił mnie Naczelną Osiadaczką i udzielił numeru telefonu (żeby nie trzeba było przez dyspozytornię za każdym razem) - nie omieszkałam go poinformować, że został zapisany jako Awarie Przystojniak, niech chłopak chociaż tyle ma z życia 😂 A dlaczego Osiadaczką? Bo zazwyczaj musi się dostać do mieszkania na II piętrze, gdzie lokatorzy - jak wiadomo wszystkim - mają nocną szychtę (tak, już wszyscy u nas chrząkają hm hm, są "w pracy" - choć przecież praca to jest i to zapewne nielekka) i ja czatuję, kiedy się pojawią, żeby Przystojniaka wezwać pilnie. Bo oczywiście jak się coś dzieje to wieczorem lub w nocy, prawda. Rano przepychają pion na 5. piętrze. Popołudniu woda zaczyna się lać na 1. i u mnie, na 3. sucho, wiadomo, że z 2. piętra - ale ich już nie ma. Właściciel tego mieszkania twierdzi, że nie ma kluczy (no, na pewno oddał wszystkie lokatorom, jaaaasne), ale też mówi, że nie ma prawa wejść do mieszkania pod ich nieobecność, bo posądzą go o jakąś kradzież. Takie są stosuneczki w tym naszym świecie nowoczesnym...

Teraz przynajmniej mam też telefon do tego lokatora - ale co z tego, gdy wczoraj wieczorem oznajmił, że jest z mamą u lekarza i będzie za godzinę (był za dwie). A żona? Żona jest w lokalu, nie może przecież wyjść. Cała klatka czeka, bo przecież zakręcona woda, co nie zmienia faktu, że jezioro u niego przesącza się cały czas niżej. No, ta bezpośrednio nade mną to w ogóle ma prysznic w przedpokoju (tam postawiła wiadro, które się bardzo prędko napełnia) i w dużym pokoju, na co ja patrzę ze zgrozą, bo jak zacznie z jej podłogi (gdzie leży parę szmat jedynie) kapać do mnie, to nie będę miała gdzie spać, tam stoi moja kanapa (leje się na styku płyt). 

Na czym cały witz polega? Pion, jak wiadomo wszystkim oprócz administracji, jest do wymiany. Spółdzielnia rzuca jako pierwszy argument przeciwko - że lokatorzy się nie zgadzają na dostęp, w sensie, że trzeba będzie im w toalecie rozpirzyć tylną ściankę, a część z nich ją sobie zagospodarowała (ja też mam płytki do pewnej wysokości, a dopiero wyżej półki, które można w każdej chwili zdemontować, tak było, gdy robili ciepłą wodę). Natomiast właściciel mieszkania na 2. piętrze twierdzi, że wystarczy ten dostęp powyżej i wczoraj obszedł wszystkich z pionu i ponoć wszyscy się zgodzili, żeby podpisać pismo (zredagowane przez prawnika) z żądaniem wymiany pionu. Oprócz 9. i 10. piętra, bo tam nikogo nie było. Mam zdobyć telefon tych brakujących lokatorów...

Tak że - dziś rano woda schodzi, wszystko działa, a co będzie za godzinę lub jutro, nie wiadomo. Awarie przepychają czopy czy zatory gdzieś niżej, przez chwilę działa, po czym znów gdzieś tworzy się kolejny zator. Wczoraj wyciągnięto szmatę - ktoś wrzucił szmatę do toalety! O ręcznikach papierowych czy pampersach nie wspominając. A 50-letnia rura jest zakamieniona i już sama z siebie ma małe światło.  Na kuchence jeszcze stoi jeden z garnków z wodą, którą się łapie, gdy zakręcają dopływ...

I teraz ta druga sprawa. Po nieprzespanej nocy poprzedniej, gdzie oprócz kapiącej wody zadziałał Ojczasty, który regularnie co pół godziny siadał na łóżku i wołał Małgo! Małgo! (za pierwszym razem poszłam i okazało się, że na sedes - co odpada, takie atrakcje możemy w dzień uprawiać... to nie jest tak, że jemu się chce, on po prostu się przyzwyczaił, że w środku nocy wstaje na sedes, po czym nic nie robi), więc gdy za drugim razem chwycił kulę i zabierał się sam w drogę, zabrałam mu ją - za trzecim Małgo! Małgo! Gdzie moja laska? - za czwarty, piątym, szóstym itd. już tylko Małgo! Małgo! Wtedy sobie po raz pierwszy tak dobitnie uświadomiłam, że główną cechą jego charakteru jest to, co przypisywał jednemu z nieżyjących braci - że mówili na niego w rodzinie Kozioł, bo był taki uparty. Nie! Uparty jest on i to jak cholera! Musi postawić na swoim. Tym razem ja też postanowiłam być uparta i postawić na swoim - żadnego sedesu w nocy. Zyskałam tyle, że nie spałam ani pięciu minut 😂 Sąsiadka z góry chyba też nie, jak się tak wydzierał...

I rano - rano zadzwoniłam do tego DPS-u, na który miałam namiar (poza Krakowem) i dowiedziałam się, co załatwiać. Cena - 6.500 zł. Ale nieoficjalnie miałam wcześniej info, że ponoć biorą tylko z emerytury. Nie wiem, nie rozumiem, ale tak twierdziła osoba, która mi o tym mówiła i która miała tam babcię przez parę lat. I że przez telefon mi o tym nie powiedzą, bo to jest coś, o czym się głośno nie mówi. Dziwne jakieś, ale że tak było.

Brat tymczasem też pogmerał w internecie i znalazł coś za 5 tys. blisko niego i jeszcze na innych zasadach, korzystniejszych. I od zaraz. 

Powiem Wam, że trochę mi się to nie podoba, że coś jest nie tak w tym wszystkim, ale zmęczenie chyba wzięło górę i stanęło na tym, że w poniedziałek zawozimy tam Ojczastego i płacimy za pierwszy miesiąc. Jak się okaże, że jest nie teges, wróci z powrotem (dalej czekamy na ZOL), więc na razie nic się tu w mieszkaniu nie będzie likwidować. 

Ale jest tak: euforia (Boże, koniec tej męki!) i straszliwy niepokój i wyrzuty sumienia (jak on się tam odnajdzie, co pomyśli). Jeszcze nie śmiem marzyć szerzej i planować remontów (zresztą dopóki będą zalania, to nie ma sensu). 

Tak że dziś oczywiście - globus.

 

PS. Właśnie przyszli panowie z Awarii i już się przestraszyłam, że znów się coś dzieje, ale nie, oglądali szkody i powiedzieli, że na kamerze widać, że gdzieś tam między 1. a 2. piętrem są w rurze zadziory, ktoś wrzuci szmatę czy podpaskę, na nich się zatrzyma i tworzy się zator. Jedyne wyjście - wymiana pionu, żadne frezowanie tu nie pomoże. Ale idą to obejrzeć dokładnie na komputerze. 

niedziela, 16 czerwca 2024

Anna Szyszko-Grzywacz - Łagierniczka. Relacja z Workuty 1945-1956

Znów przypadek - w drodze do pracy (znów wyszłam za wcześnie) wpadłam do biblioteki sprawdzić, czy na stoliku do wzięcia nie ma czegoś interesującego. Nie było, ale w nowościach stała Łagierniczka. Była tylko dlatego, że ktoś ofiarował egzemplarz. W styczniu tego roku. I od tej pory byłam już dziewiątą czytelniczką. I się nie dziwię, bo książka jest świetna - pokazuje życie w łagrze i na zesłaniu z punktu widzenia kobiety, a dotychczas znałam tylko relacje mężczyzn. W dodatku młodej kobiety, w pewnym sensie budzącej się dopiero do życia, więc pewne aspiracje, marzenia i nadzieje ciągle jej towarzyszyły. Może ta młodość pozwoliła przeżyć cały koszmar Gułagu i wrócić do "normalnego" życia? Młodość i przyjaźnie tam zawarte? Niezwykle silne - zapamiętałam zdanie mówiące o tym, że gdyby Wandzię, najlepszą przyjaciółkę, miano powiesić, to Hanka (autorka) włożyłaby głowę w pętlę za nią.



Początek:

Koniec:

Wyd. KARTA, Warszawa 2022, 165 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 14 czerwca 2024 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Zawoziłam wyczytane gazety wnętrzarskie do knihobudki mojej (książki od Szyszkodara już się skończyły i ciągle odkładam na później skontaktowanie się z nim, żeby przywiózł nowe), a tam ją ktoś zaopatrzył w różne pozycje - jednak pani brała sobie Harlekiny, drugi pan trzymał coś w ręku i w końcu odłożył, mówiąc, że to kobieca literatura - a ja chapsnęłam dwa kryminały i dwie jak widać okołomedyczne.

A tu drugi łup. Z tym esperanto to ja kojarzę, że już coś kiedyś przyniosłam z półki w Jordanówce, ale nie pamiętam, co - i nie chce mi się teraz szukać. A Poradnik globtrotera tylko pozornie nie dla mnie 😂 Mam nadzieję dowiedzieć się z niego wielu ciekawych i pożytecznych rzeczy, nawet dla kogoś, kto jeździ raptem dwa razy w roku do sąsiedniego państwa 🤣


 

Przy sobocie po robocie był eksperyment kuchenny w postaci kaszotta z młodą kapustą i ciecierzycą. Córka nie była specjalnie zachwycona, ja tak pół na pół, ale gdy odgrzałam sobie na kolację resztę, było o wiele smaczniejsze, może potrzebowało czasu, żeby się przegryźć? Jeszcze mam do pracy porcję. Zapomniałam, że we wtorek pracuję i to calutki dzień - i umówiłam się z lekarką na wizytę kontrolną u Ojczastego do południa, kurczę.

Z eksperymentów kuchennych jeszcze jeden: czytałam na FB, że ludzie zupy wlewają do słoika, zakręcają i odwracają do góry dnem, żeby zassało - i potem można w lodówce taką zupę trzymać nawet trzy tygodnie. Akurat nagotowałam Ojczastemu fasolowej, więc postanowiłam jedną porcję w ten sposób mieć na zapasie. Oni tam pisali, żeby wlewać wrzącą. No, wrząca to już nie była, skoro po chochelce wlewałam... Operację odwracania do góry nogami gorącego słoika wykonałam na wszelki wypadek w misce 😂 Ale skąd mam wiedzieć, czy się zassało wedle instrukcji? No nic, poczekałam, aż wystygło i schowałam do lodówki, kiedyś się okaże 🤣


Już nas tak kaszel nie męczy, antybiotyk zrobił swoje, więc wczoraj wykąpałam Ojczastego - po raz pierwszy od trzech tygodni. Ale siły, żeby mu pościel zmienić, już mi zabrakło. Leżę i czytam. Albo oglądam Chirurgów. Jesteśmy już w dwunastym sezonie 😎 I tak, jest to rodzaj uzależnienia.

niedziela, 10 marca 2024

Julius Margolin - Podróż do krainy zeków

Długie było moje milczenie, bo sporo czasu zabrała mi ta lektura. Kupiłam kiedyś w Taniej Jatce i tak sobie czekała wśród innych publikacji Czarnego, aż się doczekała. Generalnie, jak już nieraz wspominałam, unikam od dawna grubych książek, ale czasem wypada wyjść ze strefy komfortu 😉 W podwójnym, a nawet potrójnym znaczeniu, bo tak ciężka lektura nie wywołuje uśmiechu, a dodatkowo sporo waży w torebce. Ale ostatnio jeżdżę z plecaczkiem, więc nie mogę się skarżyć, że obciążam jedno ramię.

Jeśli nie czytało się wcześniej czy to Sołżenicyna czy  innych autorów spisujących osobiste relacje z wywczasów w radzieckich łagrach, to Podróż do krainy zeków będzie wstrząsającą lekturą. I taką właśnie była zaraz po II wojnie światowej, bo postępowy Zachód nie chciał w to wszystko uwierzyć, panował przecież pewien rodzaj wdzięczności dla ZSRR, że tak walnie przyczynił się do zwycięstwa i tak wielkie poniósł straty w ludziach (czytam teraz, że prawie 42 miliony). Tak się jednak składało, że nikt na Zachodzie nie wiedział/nie uznawał śmierci milionów więźniów, zsyłanych do łagrów każdego roku. I gdy Margolin, który uznał za swój obowiązek wobec współwięźniów, tych co umarli i tych, którzy zostawali w obozach, gdy on wreszcie doczekał się uwolnienia po 5 latach, opisanie swych doświadczeń i przeżyć - właściwie nikt nie chciał tego słuchać i czytać. Odmawiano mu publikacji i dopiero w 1949 roku wyszła okrojona wersja książki we Francji. 

Skala tego procederu czyli zsyłania radzieckich i nie tylko radzieckich obywateli (po prostu każdego, kto wpadł w łapy NKWD) do obozów, gdzie w masakrycznych warunkach zmuszano ludzi do katorżniczej pracy, a za byle 'przewinienie' dodawano do wyroku kolejne 5 czy 10 lat, była nieprawdopodobna.

Aleksander Sołżenicyn w książce Archipelag GUŁag szacuje, że w obozach tego systemu uśmiercono od początku rewolucji do roku 1956 ok. 60 milionów ludzi. Przed otwarciem archiwów zachodni historycy debatowali intensywnie nad liczbą zatrzymań i ofiar. Spór ten był częścią fundamentalnego konfliktu w interpretacji sowieckiego systemu władzy - przedstawicieli teorii totalitaryzmu i przedstawicieli „szkoły rewizjonistycznej”. Robert Conquest podał w wydanej w 1968 r. książce Wielki Terror liczbę 42 milionów ludzi, którzy zginęli bezpośrednio w obozach (ich zgony zostały oficjalnie „zaksięgowane” przez służby obozowe), oraz trudną do oszacowania (od 10 do nawet 30 milionów) liczbę ludzi, którzy nie zmarli w samych obozach, lecz w trakcie transportu oraz na skutek chorób i wycieńczenia już po wypuszczeniu z obozów. 

[Wikipedia]

A tak w ogóle to ja chyba nie czytałam Innego świata, więc i za to kiedyś się wezmę. Na razie jednak rozglądam się za czymś, co nie będzie świadczyć o bestialskiej naturze człowieka...






Wyd. Czarne, Wołowiec 2013, 701 stron

Tytuł oryginalny: Путешествие в страну зэ-ка

Przełożył: Jerzy Czech

Z własnej półki (kupione 24 lipca 2019 roku za 15 zł - cena okładkowa 49,90 zł)

Przeczytałam 9 marca 2024 roku

 

Wczoraj spełniałam swój noworoczno-cotygodniowy obowiązek czyli oglądanie czeskiego filmu i dla polepszenia humoru wybrałam bajkę. Popatrzcie, od ośmiu lat tkwię w Czechach i czeszczyźnie, a nie zajarzyłam, że nasz Gustaw nazywał się Gołąbek 🤣



czwartek, 16 grudnia 2021

Zhang Xianliang - Zupa z trawy. Dziennik z chińskiego gułagu

 

Może to był błąd, że czytałam tę chińską relację z gułagu zaraz po Levim - ale nie robiła już takiego wrażenia.

No, albo wrażliwość moja stępiona.

Jest tu wiele podobieństw: człowiek zachowuje się tak samo w takich samych warunkach niezależnie od tego, czy jest Europejczykiem czy Azjatą. Tak samo staje mu się obojętna cudza śmierć (a nawet własna), tak samo traci te cechy, którym zwykliśmy dawać dumne miano ludzkich, tak samo najważniejszą w świecie sprawą staje się jedzenie i za to sprzeda się własną matkę... a co tu mówić o takim drobiazgu jak donos na towarzysza niedoli. Dawno już straciłem kapitalistyczny nawyk mycia się. Och, to tylko detal. 

W którym momencie człowiek przestaje być człowiekiem?

I ciągle - ludzie ludziom zgotowali ten los, prawda?

Początek:

Koniec:

Wyd. Iskry, Warszawa 1999, 246 stron

Tytuł oryginału: Fan-nao jiu shi zhi-hui

Przełożyła: Magdalena Słysz

Z biblioteki

Przeczytałam 12 grudnia 2021 roku


Taka sprawa. Kot wybył na jakąś konferencję, więc mysz czyli ja też na chwilkę wybyłam, wczesnym dopołudniem. Mianowicie rano widziałam na wystawie zamkniętego jeszcze kiosku z suwenirami krecika. Tego, co to mi w zeszłym roku uciekł. Wchodzę więc i mówię, że ja po tego krecika sprzed roku. A pan na to, że złotówka się należy, na dobry początek dnia. Te malutkie bombeczki są po 5 zł. Kolega Artystyczny w pracy oznajmia, że w Rynku po 6 i że w ogóle to on też tam pójdzie wobec tego i zażąda takiej ceny 😁

I poszedł. Że koleżanka tu za złotówkę dostała. A pan mu na to:

- Ale koleżanka rok czekała!

W rezultacie nasz Artystyczny nabył 30 bombeczek i dostał zniżkę 50% 😂

Ale wszystko to betka. Wczoraj miałam szczepienie. To znaczy termin miałam. Jednakże z nosa mi się leje, kaszlę, mina nietęga. Rano nasza pani konserwatorka powierzchni płaskich mówi, że jej córka miała tak samo i że jej przenieśli na inną datę. Więc dzwonię do przychodni, no bo nie wiem, co robić - do szczepienia miałam wyjść z pracy godzinę wcześniej. Dzwonię od 9.00 do 14.00 tak co pięć minut. Albo zajęte albo nie odbierają. Nosz. W końcu Derechcja się napatoczyła, mówię, w czym problem, a tu:

- To idź, idź już teraz, niech cię zbada. I jak cię jednak zaszczepią to jutro nie przychodź. W piątek też nie. 

Boi się, żebym mu czegoś nie sprzedała, bo jeszcze trafi na kwarantannę po wyjeździe do domu na święta 😏

No, ale tak to potraktowałam w kategoriach żartu. W przychodni nawet nie zostałam dopuszczona przed oblicze lekarza, powiedział przez pielęgniarkę, która do mnie wyszła, że się nie kwalifikuję. Termin następny na za tydzień. Pielęgniarka dodała, że jej przykro, bo jestem już czwartą osobą z infekcją i szczepionka się zmarnuje. A było odebrać telefon!

Wieczorem dzwoni nasza nowa sekretarka, że szef ją prosił, coby do mnie zatelefonowała i przypomniała, że mam nie przychodzić 😂 Ni z gruchy ni z pietruchy wolne! Postanowiłam wykorzystać czas jak należy i NIE sprzątać, tylko oddawać się relaksowi i wypoczynkowi. No i proszę, jest już 15:10, a ja sama nie wiem, na czym mi ten czas zleciał?

Wczoraj wieczorem za to - wiem. Co mnie napadło? Na YT trafiłam na film hamerykański z polskim lektorem, pod zachęcającym tytułem 12 dni do świąt czy jakoś tak. Ach, pomyślałam, co mi tam, obejrzę sobie. Akuratnie (prawie) tyle brakuje.

 

No ja się nie nadaję do filmów świątecznych chyba. Takie nachalne moralizowanie jest rzygopędne, że tak świątecznie się wyrażę (facet zajmuje się tylko biznesem, a rodzinę zaniedbuje i dopiero boska ingerencja spowoduje zmianę jego nastawienia). Jeszcze - jeśli obejrzę takie bery po rosyjsku - mam przynajmniej poczucie nie do końca zmarnowanego czasu, bo przynajmniej język ćwiczę. Ale tak... bez sensu. Pomijam, że tytuł wcale nie jest taki, jak podpisano na YT 😂 Lektor mówi: Odliczanie do Bożego Narodzenia, a na Filmwebie jest 12 wieczorów wigilijnych. Nie to ładne, co ładne, ale co się ludziom podoba - więc w komentarzach piszą, że fajny, sympatyczny, pouczający, czy nawet wręcz perełka. Hm. Nie znam się 😂

Skoro o rosyjskim filmie mowa, to obejrzałam też melodramat, aczkolwiek nie świąteczny:

Co za sawpadienie - tam 12 dni, tu 12 cudów, wszystko na tuziny 😁 Tu z kolei bogaty biznesmen-wdowiec ma kłopoty z córeczką, która każdą kolejną nianię potrafi zniechęcić do pracy. W pociągu spotyka młodą nauczycielkę matematyki i ta zgadza się zamieszkać u niego i zająć się dziewczynką (a przy okazji przepędzić z jego serca bogatą wybrankę). Czyli taka współczesna bajka o Kopciuszku. Ale - powtarzam - rosyjski ćwiczyłam 😂 znaczy rozumienie 😂

W ogóle to zauważam, że staję się powoli uzależniona od You Tuba, podobnie jak wcześniej byłam uzależniona od strony czeskiego radia. Gdy w sierpniu ni z tego ni z owego zlikwidowali możliwość ściągania audycji, prawie przestałam tam zaglądać. W końcu nie mogę cały dzień w internetach siedzieć. No to się przerzuciłam na YT, bo z niego póki co ściągać się da 😜

A, właśnie.Są dwa fajne profile ze słuchowiskami: Słuchowiska Teatru PR i Kratery. Znowu naściągałam i postanowiłam sobie codziennie (w miarę możności) jednego wysłuchać. Zaczęłam od Pechowej środy (no bo się tytuł zgadzał z tym wczorajszym nie-szczepieniem, choć problem był nieco inny) 😀 Poproszę pod choinkę jakieś dodatkowe 5 godzin codziennie na to wszystko (tak skromnie licząc).

Zaś jeszcze o filmie rosyjskim - obejrzałam też JAK ZOSTAĆ SZCZĘŚLIWYM, 1985 czyli jeszcze właściwie kino radzieckie. Tu z kolei w mieście pojawia się staruszek z tajemniczą machiną, która każdego może uczynić szczęśliwym - bowiem jest w stanie określić, jaki zawód powinien wykonywać, do czego ma największe zdolności. Jednak nie wszyscy z tego skorzystają, bo przecież jeśli ktoś całe życie marzy o zostaniu pisarzem i skrobie sobie do szuflady, a nagle dowiaduje się, że powinien być klaunem w cyrku, to raczej nie przyjmie takiego 'wyroku' na wiarę...

A teraz odkryłam, że dokument Fabryka wódki, który obejrzałam na DAFilms, męcząc się z angielskimi napisami (smutny, bardzo smutny obraz prowincji, wiecznego dążenia do Moskwy - niczym u Czechowa - ale też dążenia do samorealizacji, które się nigdy nie spełni) - jak najbardziej jest na YT po polsku 😁 Kurka wodna, no mówię przecież, że ten YT to dobra rzecz!

 

Uuu, ale nie - film ma 90 minut, a tu o wiele mniej...

Jeszcze mam do opowiedzenia historię z Festiwalu Młodego Widza i o czeskich filmach, ale to już następnym razem. Siedzę tu prawie dwie godziny - idę teraz poczytać. Albo słuchowiska posłuchać.

DOMOFON praski

Najpierw kisił, a potem dostał, czy na odwrót?

 

PS. Znalazłam jeszcze trochę słuchowisk. Profil nieaktywny od 7 lat, ale ciągle można posłuchać tego, co wcześniej wstawiono.