Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koronawirus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koronawirus. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 kwietnia 2022

Stanislava Jarolímková - Co v průvodcích nebývá


 /nie wiem, co to takie różowe/

Powiem Wam, że właśnie sięgnąwszy po tę książkę zaczęłam się zastanawiać nad następującą kwestią: ile tomów u mnie w domu jest "do czytania", a ile takich innych, jedynie do skonsultowania, wyszukania czegoś (na przykład słowniki, encyklopedie, poradniki, książki kucharskie). Nawet mówiłam córce, że gdyby się nudziła, to by mogła policzyć, w katalogu odznaczyć, ale nawet się nie uśmiała, spojrzała jedynie pogardliwie 😂

Kto wie, może nawet połowa? Eee, tyle to chyba nie... No, w każdym razie myślałam, że ta pozycja to będzie właśnie z gatunku "nie do czytania", ale chciałam spróbować. I okazało się, że do czytania jak najbardziej, co oznacza, że przede mną kolejne dwa tomy:


A nawet jeszcze kolejne dwa. Nie wiem, dlaczego właściwie autorka rozdzieliła serię Czego nie znajdziecie w przewodnikach na dwie części, bo wszystko to traktuje o Pradze? 



 W każdym razie jestem dumna, że wszystko zebrałam, a jeśli jeszcze coś kiedyś wyjdzie, to obowiązkowo dołożę. W końcu moje praskie zakupy zazwyczaj właśnie zaczynają się od tego, że jest tom z jakiejś serii, którego mi brakuje 😂 Tak było z tym ostatnim zakupem, który już na mnie w Pradze czeka. Ba, mam listę na maj różnych nowości do dokupienia i tam są Praskie mordy (tfu, morderstwa znaczy się) i Psie wycieczki (tom 7) i Nieznana Praga (tom 5) i taka nowość Tajemnice praskich klasztorów, która zapowiada się też na serię, bo nosi podtytuł Hrad i Hradczany. A te mordy są w 2 tomach po 500 stron, ja się skicham wracając chyba. Może zabiorę taką siatę jak z Ikei, tylko na książki?

Co v průvodcích nebývá okazało się czytable, choć zajęło mi ładnych parę dni (dziesięć), a w międzyczasie machnęłam tę węgierską powieść, bo była wygodniejsza do zabrania do pociągu.

W jednym z rozdziałów znalazłam taką ciekawostkę: w 1784 roku Józef II złączył cztery praskie miasta (Stare Miasto, Małą Stranę, Hradczany i Nowe Miasto) w jedną całość, po czym...


"miasto było godzinę długie, trzy kwadranse szerokie" i można je było obejść mniej więcej za cztery godziny. Na rysunku są obecne granice zaznaczone. I teraz takie pytanie: ile czasu zabrałoby obejście dzisiejszej Pragi? Jak długie są jej granice? Super pomysł na mały projekt 😁 Może kiedyś? Cały jeden wyjazd poświęcić na takie obejście? Nie że na raz, broń Boże 😂 Dzieląc na przykład na 3-godzinny odcinek rano i 4-godzinny po południu. Jak tylko skończę pisać, zabieram się za szukanie długości granic Pragi!

Ale podejrzewam, że to mogłaby być ciężka sprawa, bo gdzieś tam polami, gdzieś znowu szosą ruchliwą może. Wpuszczę tę pchłę do ucha Věrze - ona jest bardzo dzielny piechur, możliwe, że by ze mną taki projekt podjęła. Ewentualnie mam jeszcze inny pomysł na towarzystwo w tych wyprawach. Bo jednak samotna kobita szwendająca się gdzieś po zadupiu to różnie może dopaść... 


 

Początek:


Koniec:

Spis treści:



Ten Pepson, co jest współautorem 3-tomowych Hradów i zamków, napisał właśnie o tajemnicach klasztorów (o czym wyżej), więc tym bardziej wierzę, że to początek nowego cyklu. Ja go znam z programu Z metropole, śmieszny taki, bo zawsze mówi z uśmiechem od ucha do ucha i z wielkim zaangażowaniem 😀 Co mi przypomina, że muszę dziś obejrzeć zaległe trzy odcinki programu.



Wyd. Motto Praha 2005, 280 stron

Z własnej półki (kupione w Ulubionym Praskim Antykwariacie 8 maja 2018 roku za 144 korony)

Przeczytałam 5 kwietnia 2022 roku


Joł, jak to dobrze, że weekend w domu 😍 Właściwie planowałam skoczyć do Teatru Słowackiego, bo sprzedawali dziś krzesła z widowni (przed wymianą na nowe). Nie są to krzesła z czasów Wyspiańskiego, ale tak mi się zamarzyło mieć w domu pamiątkę. Ale raz, że wkurzyli mnie nie podając wcześniej choćby widełek cenowych, a dwa, że poszłam jednak po rozum do głowy - gdzie ja niby to krzesło dam. Dopiero co przecież sama wyniosłam jednego Thoneta, bo nie było na niego miejsca...

A trzy, że lepiej sobie poleżeć.

Po tym covidzie-niecovidzie.

W środę wieczorem zadzwoniła przyjaciółka i nie można lekceważyć, zrób test, to trzeba wyleżeć, nie idź do pracy (no, takie to sobie może gadać osoba, która całe życie była na etacie), moja siostra przeszła niby lekko, a teraz leży z obustronnym zapaleniem płuc i takie tam. W rezultacie w czwartek w drodze do pracy kupiłam test w aptece. Wyobraźcie sobie, że TRZY OSOBY były potrzebne do jego wykonania 😂 Nowa Sekretarka studiowała instrukcję i wydawała komendy, ja po umyciu rąk grzebałam patyczkiem w mózgu, a Nowa Księgowa manewrowała ampułką z płynem i roniła krople w odpowiednie miejsce. 

Wynikiem byłam bardzo zawiedziona, bo już marzyłam, że pójdę do domu.


Ale teraz tak. Wczoraj wieczorem zadzwonił Ojciec Mojego Dziecka, że jego matka w szpitalu z zapaleniem oskrzeli i ... covidem. 

- Skąd ona to wzięła, nigdzie nie chodzi, pewnie ode mnie, bo ja się tak w niedzielę kiepsko czułem.

Zapewniłam go, że na pewno od niego, ale prawda jest taka, że dwa tygodnie wcześniej byłam u nich wieszać firanki (Jezus Maria, moja dożywotnia fucha), to było w sobotę, a w poniedziałek rano zorientowałam się, że straciłam węch.

Czyli bardzo prawdopodobne, że byłam wtedy zarażająca już, ona to chyciła, wykluło się w następnym tygodniu, a teraz tak kaszlała, że w końcu z nią pojechał do lekarza. A on:

- Całe szczęście, że córka do nas nie przychodziła.

Jaaaasne.  

Córka zresztą się dziwuje, jak to jest, że ona na razie ciągle nic i że te testy to o kant potłuc, bo niewiarygodne. Ale ja po prostu myślę, że w tym tygodniu już jestem PO covidzie. 

A kaszlę cały czas, tyle że węch odzyskałam, może nie w 100%, ale jednak. 

Zrobiłam covidową oś czasową 😂😂😂 

Jak by coś, to sami są sobie winni, z tymi firankami zakichanymi, ja się fatalnie czułam (jeszcze wtedy migrenę miałam, tyle że po południu mi przeszło, więc się do nich powlokłam, żeby mieć to z głowy, bo jojczenie, że poprane i czeka, a tu gołe okna), pamiętam, że się strasznie spociłam i zmęczyłam przy tym wieszaniu.

No, ale się nie przyznamy do roznosicielstwa!


Mam tylko nadzieję, że gdy byłam w ubiegły weekend w Dżendżejowie, nie zaraziłam Ojczastego...

 

Kurka wodna, nie umiem szukać albo co. Tej długości granic Pragi. Na razie znalazłam tylko, że:

1/ kilka lat temu ktoś organizował takie obejście jako artystyczne przedsięwzięcie (nie byłam pierwsza z tym pomysłem, kruca!) i że w przybliżeniu to około 100 km

2/ drugą stronę, gdzie jest mowa o objeździe rowerem naokoło Pragi, ale nie trzymając się ściśle granic, tylko używając ścieżek rowerowych etc.: ma to być 112 km wewnątrz granic i 150 km na zewnątrz.

Hm, sto km... zakładając, że po 5 km do południa i po południu, w dziesięć dni można się wyrobić 😏

Co do punktu 1/ w linku jest napisane, że projekt artystyczny był zainspirowany pieszą wędrówką Wernera Herzoga z Monachium do Paryża (3-tygodniową) w 1976 roku, w intencji umierającej przyjaciółki (wierzył, że jego poświęcenie ją ocali). Poszukałam więc czegoś i na ten temat, znajdując m.in. rozmowę z reżyserem z National Geographic, gdzie opowiada o swojej przyjaźni z Brucem Chatwinem. Ten, proszę państwa, rzucił robotę i ruszył w świat, zostając pisarzem podróżniczym - po prostu wysyłając swemu szefowi telegram o treści Poszedłem do Patagonii. A poza tym Herzog wyznaje zasadę, że turystyka to grzech, a podróżowanie pieszo cnota. Tyle się dokształciłam w sobotni wieczór 😀

 

 

 

 

 

Trafiłam na to w niedzielę, piękną słoneczną niedzielę...  

Jest polski tekst do włączenia.

Informacja dla anonimów - tak, to są oczywiście ukraińskie prowokacje.

wtorek, 18 stycznia 2022

Lena Świadek - Zaproszenie na kimchi

Tak się ucieszyłam, gdy znalazłam tę książkę w bibliotece - o, coś o Korei, cienkie i nie naukowe 😂 I nawet na początku żarło, choć strasznie chaotyczne było, z tematu na temat, ale to niby rodzaj dziennika z pobytu w Korei, więc niech będzie, dziennik ma swoje prawa.
 

Ale w miarę rozwoju sytuacji autorka dorzuca złote myśli o wyborach w USA, wrażenia z lektury książek w żadnej mierze nie związanych z Koreą (na przykład przepisuje anegdotę z książki o Boyu Żeleńskim), relacjonuje swoje wrażenia z filmu 21 gram - pisownia oryginalna - zachwycając się oczami czystymi jak niebo Shona Penna (tak, anglistka napisała Shona), a w gratisie dokłada swoje pseudofilozoficzne rozważania na tematy różne. I już mi się przestało podobać, a zaczęło irytować. Ogólnie - nie polecam.

Ale najciekawsze jest to, że w "moim" egzemplarzu ktoś robił korektę. Taką rasową, prawdziwą, nie że jednorazowo podkreślił ołóweczkiem jakiś błąd. No i teraz zachodzę w głowę, co to za dziwna sprawa. Czy autorka się szykowała do drugiego wydania i kogoś poprosiła o poprawki, a potem egzemplarz przekazała w darze bibliotece? Czy też ktoś się uczy na korektora (kurde, chyba wymierająca profesja) i ćwiczył sobie na bibliotecznej własności? Tej zagadki nie rozwiążę. 

Natomiast z ciekawości co do dalszych losów Leny Świadek wrzuciłam jej nazwisko do wyszukiwarki i pierwsza strona, która mi wyskoczyła, to ta, gdzie sprzedaje ona medytacje (10 w promocyjnej cenie 200 zł). No dobrze, to ja już podziękuję. Ale jakoś nie byłam specjalnie zdziwiona, to, co jest w książce sprzed 14 lat (przykład górnolotnej, pełnej kiczu i pretensjonalności frazy - wczorajszy dzień, jak dojrzały, soczysty owoc spadł w moje zaskoczone dłonie), prowadziło do takiego rozwiązania 😁

Początek:

Koniec:

Wyd. Kwiaty Orientu, Skarżysko-Kamienna 2008, 95 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 15 stycznia 2022 roku

 

Z głowy mi nie może wyjść dzisiejsza historia. Znaczy dzisiaj o tym przeczytałam. Czeszka, jakaś folkowa pieśniarka, lat 57. Mąż i syn zaszczepieni, ona nie. Namiętna czytelniczka różnych profili novax w mediach społecznościowych. Rodzina prosiła, namawiała - nie, nie zaszczepi się, zresztą co tam covid. Dla jasności obrazu dodajmy, że od dawna już wyznawczyni medycyny alternatywnej i jogi jako panaceum. Mąż i syn po Nowym Roku mają pozytywny test, ona stwierdza, że nie będzie się od nich izolować, bo właśnie lepiej covida złapać, przechorować i mieć status ozdrowieńca. Choruje pięć dni. W piątek donosi na FB, że już to ma za sobą, pełna uśmiechów i wyszczerzonych buziek, że było kolorowo, a teraz wreszcie koncert, teatr, sauna (w Czechach, wiecie, są obostrzenia, w przeciwieństwie do Polski), może nad morze. W niedzielę idzie na spacer, gdy wraca, skarży się na ból w plecach. Czymś tam ją smarują, pójdę się położyć na chwilę. Dziesięć minut później nie żyje, udusiła się.

Syn oskarża czeskich antyszczepionkowców, którzy matce wyprali mózg. Macie krew na rękach, gardzę wami. I wymienia nazwiska. Wśród nich aktora Jaroslava Duška. Dušek jest od dawna zakręcony, ale dopóki namawiał jedynie do chodzenia boso i leczenia się za pomocą przytulanek do drzewa, pal go licho, razem z jego ezoterycznymi głupotami i zamiłowaniem do indiańskich rytuałów. On jest homo sapiens, a nie homo sapiens domesticus, taki więcej dziki, u lekarza nie był od 30 lat (o dentyście nie mówi), lekarstw nie bierze, pomysł, że by się miał zaszczepić, uważa za absurdalny. Woli umrzeć wolny niż żyć zaszczepiony. Jest zresztą laureatem nagrody Bludný balvan (Głaz narzutowy) przyznawanej za tumanienie narodu czeskiego (z uzasadnieniem: za dobre szamańskie rady na każdy dzień).

I teraz pytanie. Można kogokolwiek obwiniać? Była w końcu dorosła, nawet bardzo. Czy w imię wolności słowa należy pozwalać głosić wszystko? 

Nota bene, Breivik wnioskuje o zwolnienie z więzienia po odbyciu połowy kary. Facet zastrzelił 70 osób i już się szykuje na wolność. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że nie wypuszczą go - nigdy. 

Co się dzieje z tym światem?


DOMOFON praski - taki znalazłam kiedyś, na odwyrtkę. Ciężko się jednak czyta nazwiska w ten sposób...

 
OGŁOSZENIE PARAFIALNE

Znalazłam jeszcze jeden profil słuchowiskowy i dołożyłam go w poprzednim poście.

wtorek, 14 września 2021

Dino Buzzati - Pustynia Tatarów

 

Kiedyś, w młodości, ta powieść wywarła na mnie wstrząsające wrażenie. Czytałam ją i w oryginale, który zresztą do tej pory posiadam i liczę, że jeszcze do niego wrócę (jak ze wszystkim)...

Byłam ciekawa, jak to odbiorę teraz. Albo nawet nie: myślałam, że odbiór będzie, jeśli nie taki sam, to podobny...

A tymczasem... tymczasem minęło wiele lat, jestem właściwie w wieku bohatera przy końcu powieści i od dawna już wiem, że znakomita większość ludzkości przeżywa swoje życie tak jak on, jak porucznik Drogo - czekając na coś, co albo nie przyjdzie nigdy albo przyjdzie za późno. Wtedy, w młodości, postrzegałam los porucznika jako rodzaj przestrogi raczej - dla czytelnika, żeby nie szedł w jego ślady, żeby nie tracił z oczu tego, co blisko, dla tego, co daleko lub wręcz nieosiągalne. Dziś widzę, że trudno tego uniknąć, gdy ma się jakieś ambicje; nie w potocznym znaczeniu, ale bardziej przenośnym... nie umiem tego nawet dobrze wytłumaczyć... w czasach szkolnych czy studenckich wyobrażałam sobie - wbrew PRL-owskiej rzeczywistości wokół - że świat stoi przede mną otworem, że wszystko się może zdarzyć, że czeka mnie jakieś niesamowite życie 😀 

Ha ha. 

I nie chodzi o to, że jestem zawiedziona, że się żalę. Uważam, że i tak poszło dobrze, jak na punkt wyjścia. Czuję się usatysfakcjonowana tym, co teraz mam (nie materialnie oczywiście) i byle tak dalej. Ale gdzie się podziały tamte marzenia? 

 

Znaczący fragment... Dawno temu myślałam to mnie nie dotyczy, tak nie będzie... Przecież młodzi wierzymy w swoją nieśmiertelność! Czy będziemy w stanie przyjąć to, co nieuchronne z uśmiechem, jak Drogo?

Początek:

Koniec:

Takie były tytuły serii onego roku:

Półka okropna, bo obwoluty obszarpane i strasznie mnie to wkurza, no ale co począć, przecież nie kupię sobie nowych.

Wyd. PIW Warszawa 1977, 182 strony

Seria: Współczesna Proza Światowa, u mnie nazywana po prostu czarną serią

Tytuł oryginalny: Il Deserto dei Tartari

Przełożył: Alojzy Pałłasz

Z własnej półki

Przeczytałam 14 września 2021 roku


W ramach zmniejszania ilości dobytku - zakładam, że niepotrzebnego - postanowiłam rozstać się z draceną. Ta bidoka stała w ciemnym kącie i pięknie jej liście usychały. Innego miejsca dla niej nie mam, więc trudno się mówi. W ogóle to cała ta domowa dżungla jest mocno przereklamowana. Moja córka miała rację w kwestii pająków, które tam mają używanie... o czym przekonałam się, podnosząc dracenę z podłogi, żeby ją wstępnie ulokować na zewnętrznym parapecie. Bo chcę doniczkę odzyskać, więc postanowiłam dracenę zamorzyć, a potem wyciągnąć - normalka, po co zrobić coś od razu, jak można odłożyć (z kompletnie niewiadomego powodu) na później 😁

Z kolei pragnąc się podzielić dobrem z bliźnimi czyli wydać stare numery miesięcznika Kuchnia na Śmieciarce - zdołałam sobie przypomnieć, jak to tam funkcjonuje: rezerwuję, jutro odbiorę... albo może w weekend... jednak nie zdążyłam - i tak do usranej śmierci. W związku z tym dłużej nie czekam i jutro wynoszę na półkę przed biblioteką (bo dziś już zamknięte). Miejsce po tych dwóch segregatorach już oczywiście zagospodarowałam. Czym? Starymi numerami pism wnętrzarskich, co to sterta leżała na stołku, odkąd po powrocie z Pragi szukałam miejsca dla nowych książek 😂 I tak się zabawiam przekładaniem z miejsca na miejsce...

Ach, i jeszcze się muszę podzielić opowieścią o akcji w tramwaju wczorajszej. Rano, na pętli. Wsiada młoda, ładna dziewczyna, z telefonem w ręce, wiadomo. Siada. Liczę jeszcze przez chwilę, że wyciągnie z torebki maseczkę, ale gdzie tam. Gdy dojeżdżaliśmy do pierwszego przystanku, zebrałam siły, wstałam, podeszłam i zwróciłam uwagę na obowiązujące w komunikacji miejskiej przepisy, niezależne od tego, co się o maseczkach sądzi.

- Nie mogę z zalecenia lekarza, bo mam na twarzy trudno gojącą się ranę. Na drugi raz niech się pani doinformuje!

Ha ha, byłam przygotowana! Wróciłam na swoje miejsce, wyjęłam z torby aparat i skierowałam w jej stronę. 

Szybciutko się podniosła i poszłaaaaa. Na koniec tramwaju, nie że do automatu po maseczkę 😂 Czyli poszła innym zionąć. Ale nie o to chodzi, tylko o to, że jednak zdobyłam się na akcję. Trzeba być upierdliwym!

W razie jakiejkolwiek odzywki miałam zamiar poinformować delikwentkę, że robię jej zdjęcie, aby je wstawić na profil SRAM NA INNYCH. 

Ja wiem, że to wszystko walka z wiatrakami...

poniedziałek, 10 maja 2021

N. Nosow - Witia Malejew w szkole i w domu

Nie wiem, czym sobie pan Nosow zasłużył (czy raczej NIE zasłużył) na taką anonimowość imienia. Bogu dziękować, że w ogóle nie oznaczono jako autora N.N. Gdy Witię wydawano w Polsce po raz pierwszy, jego autor był po czterdziestce, za młody na imię?

Więc - Nikołaj Nikołajewicz Nosow. Tu po polsku, a tu po rosyjsku. 

Witia Malejew w szkole i w domu to była jedna z moich najukochańszych książek. Teraz, gdy ją sobie przypomniałam, po części rozumiem, dlaczego. Bo z jednej strony - myślałam sobie teraz - ja byłam w szkole (podstawowej) taka typowa piątkowa uczennica, więc co mnie mogło pociągać w postaci Witii, a zwłaszcza jego kompana Szyszkina, dwójkowiczów i z lekka bezmyślnych chłopaków? Chyba, że właśnie odmienność? 

Ale jednak. Prokrastynacja to moje drugie imię. Ja też, jak Witia, chętnie odłożę na później to, co TRZEBA zrobić, a zajmę się tym, czego NIE TRZEBA, przynajmniej w danej chwili. Zostawię na ostatnią chwilę. Jak jest coś łatwego i coś trudnego, też wybiorę to łatwe, chyba z nadzieją, że trudniejsze w międzyczasie zniknie 😁

Klasyczny przykład - gdy się mam uczyć do testu, zabieram się nawet za porządki w szafie (co jest najgorsze z możliwych), byle nie siąść do zeszytu. Dziś chyba mogłabym podać rękę bohaterom.

Gdy wczoraj czytałam, po raz pierwszy dostrzegłam, jaką dawką propagandy jest Witia... przesycony. I smrodku dydaktycznego. Jako dziecko absolutnie tego nie widziałam (czyli spełniała swą rolę). Niestety nie pamiętam, czy docierał wówczas do mnie absurd rozmów uczniów z drużynowym czy nauczycielką - całkiem jak z jakiegoś zebrania w fabryce. Pozwólcie mnie też powiedzieć. W naszej klasie panuje prawdziwa przyjaźń. Teraz rozumiem, że chłopcy chcieli mi dopomóc i walczyli o honor całej klasy.

Cóż, dziś chyba już nikt tego nie czyta, na Lubimy czytać znalazłam jedynie 20 ocen! I pewnie wystawili je z sentymentu ci z mojej generacji.

Ja jednak pozostaję przy pozytywnej ocenie i pewnie za kolejne 20 lat znów do Witii... zajrzę. 

Oczywiście powieść została sfilmowana, ja ten film mam i się zastanawiam, czy to możliwe, że go do tej pory nie oglądałam. W planach za 5 minut - odszukanie go i sprawdzenie. Jeśli nie znam - już wiem, co będę dziś oglądać.

Początek:

Koniec:
A teraz półka, proszę bardzo.Większość z tego powinna być Wam znana, wszyscyśmy to czytali 😍

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1976, 205 stron 

Tytuł oryginalny: Витя Малеев в школе и дома 

Przełożyły: Maria Grzeszczak i Natalia Stasińska 

Z własnej półki 

Przeczytałam 9 maja 2021 roku 

 

Teraz tak. Obejrzałam wreszcie Zabić drozda.

  

Szczęśliwie moje DVD było wypasione językowo, więc wybrałam sobie czeskie napisy, a co!

Czyli obejrzałam Jako zabít ptáčka. Na początku myślę - co za Čipera, jaka Čipera, co to jest? A to w czeskiej wersji główna bohaterka Smyk (ang. Scout). Dosłownie - spryciara. Nauczyłam się nowego słówka 😏
Doczytałam, że Harper Lee dała zegarek po swoim tacie Gregory Peckowi w dowód uznania, jak go pięknie odegrał. Ale to nie był zegarek (hodinky) użyty w filmie.

 

Z frontu szczepień donoszę, że wczoraj córka prosiła, żeby jej przynieść piłę w celu odcięcia sobie bolącego ramienia. Oprócz tego pękał jej łeb oraz bezustannie moczyłam w zimnej wodzie ręcznik, coby sobie chłodziła rozgorączkowane czoło. Ale dziś już przeszło. 

Miejska partyzantka (urban guerrilla) działa!

/a przynajmniej robi, co może/

Z frontu kuchennego natomiast - informuję, że w słoiku była fasola. Postanowiłam skorzystać z niedzieli (w tygodniu nie ma czasu na tak długie gotowanie) i przyrządzić ją w charakterze dodatku do drugiego dania. Czego jeszcze w życiu nie robiłam. No nie jadało się u nas fasoli w ten sposób. Zawsze albo do barszczu albo po bretońsku. Książka Bukiet z warzyw, tom 1 Henryka Dębskiego zaproponowała:

a/ fasolę białą z wody (polaną bułką tartą z masłem)

b/ fasolę białą po gospodarsku (z masłem, natką, koperkiem i curry)

Ponieważ nie mogłam się za cholerę zdecydować (zwłaszcza w kwestii zielonego, które tak uwielbia córka), w końcu zrobiłam obie. Albowiem okazało się, że tej fasoli ugotowało się trochę dużo.

/jeśli chodzi o mistrza drugiego planu czyli na wpół zardzewiały cyrkiel ze stołu, to nic, to tylko na chwilę, jest do wyrzucenia, do metalu i plastiku chyba?/

Obie fasole nadają się do jedzenia, gdyby ktoś pytał. Do tego stopnia, że do wieczora chodziłam do kuchni i podjadałam po dwa zimne ziarnka (tyle tego zostało), aż wreszcie skonsumowałam całość 😀

Dziś było risotto, jutro będzie tofu, a pojutrze... zobaczymy. Miałam robić kaszę pęczak po wiejsku - ale w Lidlu wykupili. Natomiast dziś optymalizując wykorzystanie czasu pracy na fabryce obejrzałam parę filmików na YT, gdzie ludziska smażą różne placuszki ZE WSZYSTKIEGO. I jestem za.

...

EKSPERYMENTA z wielkością zdjęć 

1400 - rozmiar oryginalny, do lewej

1400 - bardzo duży, do lewej

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1400 - duży, do lewej

sobota, 8 maja 2021

Harper Lee - Zabić drozda

Wcale nie miałam tego na liście obejmującej najbliższe plany czytelnicze, ale gdzieś na jakimś blogu BBM wspomniała o tej książce, wyciągnęłam ją z półki i - przepadłam. To był powrót po wielu wielu latach. Kupiłam ją w 1984 roku i pewnie wtedy też przeczytałam. I całkiem nie pamiętałam, że to taka fantastyczna rzecz! Być może dlatego, że wtedy ani mi się śniło być matką i odbierałam to całkiem inaczej.

Uważam, że Zabić drozda powinno być swego rodzaju encyklopedią dla wszystkich rodziców - jak wychowywać dzieci i czego je uczyć. A także jakim być samemu. Dziś patrzę na tę powieść właśnie z perspektywy matki i zastanawiam się nad błędami, jakie popełniłam (kto ich nie popełnił?). Myślę, że najważniejsze w całym procesie wychowania, to nie uczyć hipokryzji. Tego się trzymał Atticus: być zawsze takim samym, czy to w domu czy poza domem, wśród ludzi. Nie mieć podwójnej moralności i podwójnych standardów.

Sprawdziłam, że książka jest ciągle wydawana i dostępna. Pytanie, czy czytana? Chyba tak. Na Lubimy czytać ma ponad 13 tys. ocen. Nie wiem co prawda, jak to się ma do innych powieści, na próbę wrzuciłam Przeminęło z wiatrem (żeby też była literatura amerykańska) - tylko 8 tys. ocen. Kraina chichów - 6 tys. No, to chyba nie jest źle.

Z amerykańskiego rozpędu chciałam wziąć teraz do czytania kolejnego Macdonalda, ale się rozmyśliłam - nie będę mieszać dwóch różnych Ameryk, z dwóch różnych dekad 😄 Za to na wieczór szykuję sobie projekcyjkę Zabić drozda z Gregorym Peckiem. Też będzie to powrót po latach.

Początek:

Koniec:

Książka niestety stoi w drugim rzędzie i gdyby nie przypomnienie jej przez BBM, to diabli wiedzą, kiedy bym się do niej dokopała. Nawiasem mówiąc, strasznie obszarpane są niektóre obwoluty. I niekoniecznie należy to przypisywać tzw. zębowi czasu 😂 choć one wszystkie są stare. Raczej była to działalność mojej córki w czasach, gdy objeżdżała mieszkanie w chodziku. Puszczona samopas - a w końcu po to się dziecku kupuje chodzik, żeby mieć chwilę czasu dla siebie - studiowała zawzięcie grzbiety książek tak do wysokości metra. No a w owych czasach jeszcze nie miałam drugich rzędów 😏

No to teraz zliczamy znajome tytuły!

Wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1971, 389 stron

Tytuł oryginalny: To Kill a Mockingbird

Przełożyła: Zofia Kierszys

Z własnej półki (kupione w antykwariacie w sierpniu 1984 roku)

Przeczytałam 7 maja 2021 roku 


Poprzednim razem odgrażałam się, że zrobię te - nie wiem, jak je nazwać - ciastka warzywne? warzywne muffiny?

  

No i zrobiłam. Moja blacha okazała się mieć 12 dołków, a nie 6, jak ta z filmiku. Może chodzi o mniejsze dołki? Ale materiału wyjściowego wystarczyło tylko na 9 sztuk. Wszystko poszło dobrze i szybko, nie jest to jakiś pracowity obiad (a robiłam w tygodniu, po powrocie z pracy), tylko bym miała jedno 'ale' - te ciastka są za delikatne, już na filmiku widać, że prawie się rozlatują przy wyjmowaniu, ja też musiałam sobie łyżką pomagać (choć potrzymałam w piekarniku 5 minut dłużej). Nie wiem, co by można dodać, żeby one były takie bardziej zwięzłe, przypieczone albo co.

Z nowości robiłam też risotto z mrożonymi warzywami, ale nawet nie zalinkuję przepisu, bo nie polecam. Smak rosołu i tyle.

 

Zapowiadali, że 6 maja zacznie się rejestracja na szczepienie rocznika mojej córki. Ponieważ, z niewyjaśnionych do dziś powodów, w nocy z 5 na 6 nie udało mi się w ogóle zasnąć, około 3 nad ranem przypomniałam sobie o tej rejestracji i wykręciłam 989. Wstukałam Pesel, wstukałam kod pocztowy i dostałam propozycję zaszczepienia się w dniu 28 czerwca, w hali EXPO czyli na końcu świata. Nie przyjęłam. Druga propozycja opiewała na 29 czerwca, tamże. Nie przyjęłam. Trzecia na 30 czerwca, dalej w EXPO. Czwartej już nie było, automat poinformował mnie za to, że od 6 rano będą konsultanci.

No to zadzwoniłam rano. Miła pani najpierw mi dała adres na Lema, ale gdy spytałam o WKS Wawel (który jest o rzut beretem od nas), uruchomiony dwa dni wcześniej punkt powszechnych szczepień czy jak to się tam nazywa, wyznaczyła mi termin - na pojutrze czyli na 8 maja czyli dziś. 

Córka co prawda powiedziała, że ona żadną Astrą nie idzie się szczepić, ale oczywiście idzie. Idziemy, bo prosiła mnie o towarzyszenie, ta moja niepełnosprytna 😎

I teraz moje pytanie - po co podaje się kod pocztowy, skoro automat wyznacza ci miejsce na drugim końcu miasta za 2 miesiące, w momencie gdy są do dyspozycji terminy blisko ciebie za 2 dni? 

A tej nieprzespanej nocy do dziś nie odespałam i się nie zregenerowałam. To już nie na moje lata 😕 

PS. Luuuudzie! Zapomniałam z tego wszystkiego, że skoro już tak leżałam bezczynnie w łóżku przez całą noc, to się przy okazji nadmiaru czasu spisałam. Ale teraz nie rozumiem - skoro podawałam rozmaite dane dotyczące mojej współlokatorki (czyli córki) - to czy ona ma się spisać osobno, czy już właściwie jest odbębnione?