Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film hiszpański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film hiszpański. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2026

Grzegorz Fedorowski - Ze wspomnień starego lekarza

Pochodzenie - znowu z knihobudki. Dość sfatygowany egzemplarz, napracowałam się nad nim z taśmą klejącą, bo chciałam zachować obwolutę i w ogóle byłam zachwycona, że ktoś to do naszej osiedlowej budki podrzucił. Może kiedyś właścicielem był właśnie lekarz, bo podpisał się zygzakami, a na ostatniej stronie odcyfrowałam dopisane słowo cewnik 😂

Fajna rzecz, dla uświadomienia sobie, jak bardzo skoczyła do przodu medycyna, jak rzeczy oczywiste dla nas były czymś niewyobrażalnym tak niedawno temu. Autor opisuje swoje początki, wspomina lata uniwersyteckie - ukończył wydział lekarski w 1926 roku - i profesorów, sposób studiowania: na przykład egzaminy zdawało się w ciągu całego roku, każdy profesor miał wyznaczony jeden dzień w tygodniu, kiedy egzaminował, więc w dziekanacie okazywało się indeks, wnosiło opłatę (od każdego egzaminu!) i ustalało termin. Można było bez żadnych konsekwencji nie stawić się na egzaminie (poza utratą opłaty), tak więc nie było też opcji zostania na drugi rok. Wyjaśnia się termin wieczny student 😉 W połowie trzeciego roku zaczynały się kliniki czyli student pierwszy raz widział chorych. Niektórzy profesorzy zapraszali studenta do współudziału podczas wykładu: przyprowadzano na salę wykładową lub przywożono chorego, student miał go zbadać, chory wracał do pokoju, a teraz należało wyciągnąć odpowiednie wnioski i omówić plan leczenia. Fedorowski opowiada anegdotę: chora była leciwą, ale bardzo dostojną damą. Profesor pyta studenta, co stwierdził u pacjentki.  Ten nieco się jąka i mówi, że nie mógł ustalić nic poza autyzmem. Profesor dziwi się, jak to. 

- No tak, pacjentka reaguje spojrzeniem i odwraca w moim kierunku głowę, gdy do niej mówię, ale nie mogę wydobyć z niej słowa. 

Profesor zdziwiony pyta pacjentkę, dlaczego nie chciała rozmawiać z "panem doktorem".

- Bo mi się nie przedstawił. 

Na ginekologii studenci jeździli również do porodów na mieście - każda szanująca się mężatka rodziła w domu, we własnym łóżku. Można sobie wyobrazić warunki...

Zaraz po dyplomie Fedorowski zaczął pracować w szpitalu Dzieciątka Jezus. To mnie właśnie zachęciło do zabrania książki z budki, gdy przeglądając ją przeczytałam o tym szpitalu - bo Ojczasty miał tam operację, o czym opowiada w jednym z nagranych przeze mnie filmików. Więc - zaczął pracę, ale jako wolontariusz. Etatów lekarskich na 60-łóżkowym oddziale chorób wewnętrznych było - dwa. Wolontariusze pracowali dla zdobycia wiedzy i doświadczenia, ale też praca w szpitalu pomagała w zdobyciu praktyki prywatnej wśród wypisywanych ze szpitala pacjentów i ich znajomych... Szpital Dzieciątka Jezus był wówczas największym szpitalem w Warszawie, autor opisuje ze szczegółami poszczególne budynki, funkcjonowanie całości, zarządzanie, kwestie odpłatności dla pacjentów, rodzaje personelu. Sporo miejsca poświęca siostrom zakonnym, które stanowiły jedyną opiekę pielęgniarską, prowadziły magazyny, rządziły kuchnia, pralnia, szwalnią etc. Zwyczaje zakonne nie pozwalały im tylko na odbieranie porodów i pielęgnowaniem położnic, to należało do akuszerek. Taka ciekawostka - pierwsza świecka szkoła dla pielęgniarek w Warszawie została otwarta w 1925 roku, to był wielki przewrót w pielęgniarstwie.

Lekarze zazwyczaj sami wykonywali badania moczu czy krwi, robili zastrzyki dożylne i domięśniowe. Czasem wyręczał ich felczer w pobieraniu krwi na odczyn Wassermanna, przy pomocy ciętych baniek. Matko jedyna, co za koszmar: specjalną maszynkę przystawiało się do pleców chorego i naciągało sprężynę, która wyrzucała parę ostrzy nacinających skórę. Na skaleczone miejsce przystawiało się szklaną bańkę, do niej wciągał się krążek skóry i sączyła się krew w ilości paru centymetrów, co wystarczało do badania. A teraz clou programu: maszynek nie można było wyjaławiać, więc wyobraźmy sobie, jakie to było bezpieczne! Dużo czasu zabierały lekarzom punkcje, "ogromnie przykre dla chorych" i zgłębnikowanie żołądka, podobnie określone. Felczerzy wykonywali tzw. frykcje, był to stary sposób leczenia kiły: szarą maść rtęciową wcierało się w pośladek za pomocą drewnianego grzybka, takiego jak do cerowania skarpetek, tylko obciągniętego flanelą i ceratą. Klepanie takim grzybkiem pośladka trwało kilkadziesiąt minut, aż cała maść się wchłonęła. Felczerzy przystawiali też chorym pijawki w przypadkach nadciśnienia.

Jeśli chodzi o sposoby leczenia, książka jest kopalnią informacji, które dziś wywołują - szok i niedowierzanie. Na przykład leczenie z niedokrewności - pacjentka musiała codziennie zjeść kilogram wątroby wieprzowej, SUROWEJ, zmielonej i dla zabicia smaku doprawionej solą i pieprzem. Targowała się o każdą łyżkę, ale stał nad nią nieubłagany lekarz czy siostra i pilnował, żeby nic nie zostało. A jak wyglądało przetaczanie krwi! Albo anestezja, która jeszcze nie istniała jako specjalizacja! Włos się jeży! 

Odrębny rozdział traktuje o pracy w pogotowiu ratunkowym, a potem w Kasie Chorych. Ale to już Wam daruję, chcecie, to sobie sami przeczytajcie (a jest co). 


 Początek:


Koniec:

Wyd. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1976, 154 strony

Z własnej półki

Przeczytałam 7 czerwca 2026 roku
 

 

Jako że wczoraj była kolejna miesięcznica, wstawiłam na YT czwarty filmik z Ojczastym. 

 


I obejrzałam wieżę ciśnień przerobioną na mieszkanie, biuro i kawiarnię. Fajnie, że kobieta miała taką fantazję na wydanie 2 milionów, niefajnie, że niewiele się zobaczyło, tak to zostało nakręcone.

 

W Dżendżejowie przed kilku laty wisiała kartka o sprzedaży tamtejszej wieży ciśnień - ładniejszej, bo ceglanej i na pewno łatwiejszej do zagospodarowania, bo o kwadratowej czy prostokątnej podstawie - wygląda na to, że nikt się nie połakomił. Inna sprawa, że stoi koło stacji kolejowej, kto lubi mieszkać koło torów. W Pradze widziałam dwie wieże przerobione na mieszkania, ale nie w środku*, niestety.

* znaczy nie byłam w środku 

Prawie w ostatniej chwili przypomniałam sobie o wystawie Toyen w Mocaku. Czeskiej surrealistki, która po wojnie zamieszkała w Paryżu przyjaźniąc się z Bretonem i Eluardem. Dużo grafiki, trochę plakatów, kilka obrazów. Na Arte.tv jest prawie godzinny dokument o artystce (jest też wyświetlany na wystawie, ale akurat przyszła grupa z przewodnikiem i narobili tyle hałasu, że postanowiłam dokończyć oglądanie w domu). 

To chyba najbardziej znane zdjęcie (Toyen z prawej, przy pracy z farbami), znałam je z okładki książki-przewodnika po awangardowej międzywojennej Pradze.


 

Plakat na mieście. Donoszę, że dziś rozpoczął się zlot. Ciekawe, ilu nieśmiałych ludzi się pojawiło... Ja tam bym się nie odważyła.


 

Praca nad "skatalogowaniem" filmów do obejrzenia z online stronki postępuje. Załączam dwie kolejne strony. 



Nie wpisałam do zeszytu, bo już obejrzałam - kryminał z akcją w Madrycie May God Save Us (Niech Bóg nam wybaczy) sprzed 10 lat - tutaj z polskimi napisami - spodobał mi się niesamowicie (może to przez ten hiszpański 😁). 

Natomiast z sentymentu do dawnych czasów - lata 90-te, włoska telewizja w Krakowie - zerknęłam na odcinek serialu Murder, She Wrote (Napisała: Morderstwo), właściwie osobny film - i umęczyłam się półtorej godziny, bo napisy angielskie i było sporo momentów, że mówili za szybko, nie nadążałam. Z tym angielskim to przecież jest u mnie tak, że muszę najpierw ogarnąć zdanie w całości, a potem w głowie je sobie przetłumaczyć. Stanowczo łatwiej było wtedy, gdy oglądałam we włoskim dubbingu 😉

A ten filmik wyświetlił mi się na YT i z miniaturki myślałam, że na ścianie z drzwiami jest tapeta. No niemożliwe, żeby coś takiego pokazywali! Więc włączyłam. I faktycznie niemożliwe, to jednak książki 😁 Mieszkanie jakiejś redaktorki czasopisma, w tzw. stalince z lat 20-tych, ponad 100 metrów w amfiladzie (ponoć było tańsze, bo na parterze), wypełnione obrazami, starymi meblami, kolekcją szkła i porcelany. Która jest na co dzień używana, zapewnia właścicielka. Cudne te wszystkie czajniczki, filiżanki, kieliszki... 


Kurczę, nie zauważyłam, że parę dni temu przekroczyłam 2 miliony wyświetleń. Znaczy Wyście przekroczyli 😁 Gratuluję!

poniedziałek, 29 marca 2021

Maria Fagyas - Porucznik diabła

Słuchajcie, to naprawdę odkrycie! Nie moje, tylko Teresy, ale zawsze 😜 Mówiłam, że się już w marcu nie zobaczymy, no bo 500 stron przede mną, a ja się ostatnio jakoś boję grubych książek... Tymczasem pyk-pyk i przeczytane! tak wciąga!
Właśnie najbardziej fascynująca jest ta wielonarodowościowa mozaika Austro-Węgier. Zaraz zaczęłam sobie przypominać, co było, co by mogło jeszcze być na ten temat. Wiadomo, że Szwejk 😏 Ale Szwejka czytać teraz nie będę, bo przerobiłam (w oryginale, z czego jestem oczywiście dumna) raptem dwa czy trzy lata temu, więc za wcześnie na powrót. Tak na dziś wieczór pójdę po linii najmniejszego oporu i obejrzę sobie CK Dezerterów, bo już dekady minęły, gdy to widziałam. Ale myślę w przyszłości bliższej czy dalszej wrócić do Pustyni Tatarów, która swego czasu była jedną z moich ulubionych powieści - zobaczymy, czy coś się zmieniło. Byłoby może nie od rzeczy sięgnąć po Kuśniewicza, ale to przeraża bardziej, niż 500-stronicowe powieści 😏 Byłby to jednak nie powrót, tylko coś nowego.

Szukałam informacji o autorce i wiele nie znalazłam. Węgierka z pochodzenia, osiadła w USA i pisała po angielsku, więc chcąc nie chcąc zaliczam tę powieść do literatury amerykańskiej. Żeby było dziwniej, nie ma nawet angielskiego hasła na Wikipedii, polskiego też nie, z trzech istniejących jest dla mnie językowo dostępne tylko jedno, francuskie. I tam piszą, że pierwsza powieść Marii Fagyas, The Fifth Woman, też miała wątek kryminalny, ale osadzony w Budapeszcie w czasie powstania w 1956 roku. Bardzo bym chciała to przeczytać i nawet skłonna bym była zrobić to po francusku (bowiem Francuzi przetłumaczyli aż pięć książek), no ale skąd wziąć. 

Kurczę, a teraz (szukajcie, a znajdziecie) odkrywam, że w 1982 roku powstał film według tej Piątej kobiety - i nawet jest na YT. No to teraz nie wiem. Wolałabym NAJPIERW przeczytać książkę...

Wracając do Porucznika diabła. Jak się widzi coś takiego na samiutkim początku, to można się przerazić - matko, przecież ja się w tym pogubię! Ale daję słowo, że nie jest tak źle i choć autorka wprowadza całą masę postaci (no i głównie wojskowych), to czyta się lekko i z nieustającym zainteresowaniem.

Właściwie trochę mi przypominała ta gra śledczego i podejrzanego... Zbrodnię i karę oczywiście, ale toutes proportions gardées.

Mam ochotę pokazać książkę Ojczastemu, mogłaby mu się spodobać, no ale nie wiem, kiedy się znów zobaczymy po Wielkanocy, a biblioteka czeka na oddanie, więc może poszukam na allegro i mu sprezentuję?


Ta gazeta ostrożnie ujmowana dwoma palcami to było takie przywołanie na chwilę do rzeczywistości, tu i teraz 👀

Zastanawia mnie, że moja data zwrotu jest pierwsza i jedyna, ale to chyba dlatego, że na poprzedniej karteczce skończyło się miejsce i przykleili nową. Nie wierzę, że nikt książki nie pożyczał od 1984 roku 😏 Z drugiej strony jest tam wpis Akc. 906/19 - czyżby nabyta (na przykład z daru) w 2019 dopiero?


 

Początek:

Koniec:

Wyd. Czytelnik, Warszawa 1984, 506 stron

Tytuł oryginalny: The Devil's Lieutenant 

Przełożyła: Natalia Billi

Z biblioteki

Przeczytałam 28 marca 2021 roky


Przez kolejny weekend nie znalazłam czasu, żeby napisać ten list do Zdeňka Svěráka, co to się z nim zbieram od dawna i zebrać nie mogę. W niedzielny poranek wyprodukowałam nawet kopertę, ale poranny blues rozwinął się w ładniuśką migrenę i poszłam do łóżka.  A tymczasem właśnie wczoraj pan Svěrák świętował 85. urodziny, więc była taka piękna okazja. Miałam z tej okazji dobre pierwsze dwa zdania, dziś już są nieaktualne. Ja to chyba jeszcze za rok tego listu nie napiszę...

Za to po 20 latach obejrzałam znów film, który zaliczam do gatunku ZAWSZE WARTO WRÓCIĆ. Ktoś gdzieś na jakimś blogu napisał, że obejrzał inny film hiszpański i tak mi to zaczęło wiercić w głowie, film hiszpański, film hiszpański, że już wiedziałam, co będzie wieczorem, naszukałam się, co prawda, ale znalazłam. Mówiłam już, że czekają mnie porządki z filmami?

Wszystko o mojej matce, 1999, reż. Pedro Almodóvar

Zawsze mnie wzrusza ta wiara gayów w solidarność kobiet... I te cudowne wnętrza, eksplozja kolorów! I wspomnienie Barcelony!

 

Sorry za to zdjęcie, trzeba było zatrzymać film, a nie w biegu, no ale chodzi mi o cytat 😀


sobota, 17 września 2016

Bohumil Hrabal - Balony mogą wzlecieć


Kolejny tom opowiadań. I znowu niektóre powtarzające się, z kolei w tłumaczeniu państwa Falskich.
Takie bardziej komentarze do rzeczywistości, jak te listy do Kwiecieńki czy do Cassiusa.


Początek:
Koniec:

Wyd. Świat Literacki Warszawa nie wiadomo kiedy, 116 stron
Tytuł oryginalny: Balony mohou vzlétnout
Przełożyli: Katarzyna Kępka-Falska, Maciej Falski
Z biblioteki
Przeczytałam 10 wrześnnia 2016 roku

Już mi zostało mniej niż więcej Hrabala z bibliotek :)
Te z prawej, począwszy od Gry w życie, są przeczytane. Z brzegu Tokarczuk, którą będziemy omawiać na Dyskusyjnych Klubach Czytelniczych w następny wtorek, więc już pożyczyłam. Kiedyś patrzeć na to nie mogłam, już sam tytuł mnie zbrzydzał, taki grafomański :) A teraz mam nadzieję, że mi się spodoba.


System karteczkowo-pudełkowy opracowany. Na zdjęciach pudełko z filmami, ale dziś wyprodukowałam sporo karteczek z tytułami książek, do drugiego pudła - nie wiedziałam, że tyle mam fajnych (mam nadzieję) rzeczy do przeczytania!
Oczywiście najistotniejsze to napisać, GDZIE dana rzecz się znajduje, bo inaczej można szukać i szukać :)




W TYM TYGODNIU OGLĄDAM

Film hiszpański JULIETA, 2016
Reż. Pedro Almodovar
Trailer:


Julieta to mieszkająca w Madrycie kobieta w średnim wieku. Przypadkowe spotkanie z Beatriz, przyjaciółką córki, wywołuje w kobiecie powrót wspomnień. Julieta zaczyna je spisywać, doprowadzając do konfrontacji z przeszłością. Musi zmierzyć się z siłą miłości do rybaka Xoana, którego utraciła w wyniku śmiertelnego wypadku.
7/10