Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 marca 2026

Dorota Chmielewska - Czechy. Czemu pohoda to nie pogoda? czyli czeski luz

Oddawałam książkę w filii bibliotecznej bardzo odległej ode mnie i absolutnie nie miałam zamiaru nic pożyczać, ale musiałam chwilkę poczekać, bo pani bibliotekarka miała kogoś na linii i cóż było robić, rzuciłam okiem na półkę z nowościami. Na wszelki wypadek poprosiłam panią o sprawdzenie, czy nie ma tego gdzieś bliżej mnie, ale nie było, więc wzięłam. I teraz będę znów musiała jechać na koniec świata, kurka wodna.

Żeby to chociaż jakaś satysfakcja została... ale nie. 



Wiecie, ja rozumiem, że amatorka, że czechofilka itd., ale to są skutki przenoszenia postów /artykułów blogowych do książek. Nie popieram generalnie. Nie wiem, czy zdarzyło się kiedyś, żebym była zadowolona z lektury tego typu książki... 

Czym są Czechy? Misz maszem, który mógłby nawet być ciekawy, gdyby nie rozpędził się do ambicji przewodnika, i to dość specyficznego, bo skupiającego się na paru kwestiach - nie wiadomo, po co. Dopóki autorka opowiada o swoich pasjach, jeszcze to ujdzie (choć zaczynam reagować alergicznie na hasło złoty trunek). Ale potem zaczyna opisywać przewodnikowo pewne fragmenty Czech. Ponieważ w bibliografii podała jakąś swoją wcześniejszą książkę (Czechy. Inspirator podróżniczy), to zachodzi podejrzenie, że z niej wzięła te opisy ścieżek rowerowych czy morawskich winnic albo miejscowości uzdrowiskowych (z wyliczeniem, gdzie jest jakie źródło), żeby nowa pozycja była obszerniejsza.

Nie chcę się pastwić nad książką, bo być może komuś, kto o Czechach wie bardzo mało lub prawie nic, wniesie trochę wiedzy. Na pewno nie jest adresowana do czechofilów, bo ci to wszystko wiedzą. Ja sama nawet bym się tak nie określiła, bo właściwie Czech nie znam, jeżdżę przecież tylko do Pragi, a to, czego się do tej pory dowiedziałam o czeskiej mentalności, czeskich zwyczajach, to było tak po drodze, przy okazji. Też jestem amatorką - choć nie mogę się porównać z Chmielewską, która do Czech jeździ od 20 lat (ja mam za sobą połowę tego czasu) - mimo wszystko jednak nie porywałabym się na wydanie tego typu książki. Co innego blog, tu zawsze można się wypisać i nawet, gdy się trafią jakieś błędy, to jest to wybaczalne. Podejrzewam, że na swoim praskim blogusiu nieraz coś bzdurnego napisałam 😁

Dlaczego jednak wydawnictwo Pascal decyduje się na wydanie takiego zbioru wszystkiego i niczego, nie wiem. Co gorsza, jest tam ktoś podpisany pod korektą. A tu długo by mówić... Pomijam literówki, wiadomo. Ale kompletne nietrzymanie się kupy w kwestii czeskiej pisowni, błędy w odmianie słów i wreszcie błędy merytoryczne? No nie. Gdyby autorka wydała książkę własnym sumptem, to cóż, niechta. Ale firmuje ją wydawnictwo, które do tej pory poważałam w dziedzinie przewodników. 

Osobiście padłam trupem, przeczytawszy taki passus. Autorka ni z tego ni z owego zabiera się za opisywanie kilku stacji kolejowych, jako pretekstu używając swojej miłości do pociągów. I pisze o fresku, znajdującym się w głównej hali dworca Praha - Smíchov


 Fresk przedstawia szczyt Sorelli. Matko i córko! Fresk ów nie przedstawia żadnego szczytu, ino reprezentuje szczyt stylu socrealistycznego w architekturze czy malarstwie, zwanego popularnie SORELĄ 🤣 Wiem, że Chmielewska nie skupia się na zwiedzaniu jedynie Pragi, jak ja, ale na Boga - po 20 latach można chyba wiedzieć, co to sorela! Zastanawiałam się, jak je się to udało, strzelić takiego bąka - i otóż: jest to tekst z internetu, gdzie są opisane te dworce właśnie. Ktoś ten tekst wziął jako swój własny, wrzucił w google translate i wyszło to, co wyszło 😂 Dowód? Tutaj!

Przyznacie sami, że po takim numerze trudno mieć zaufanie do innych informacji. Czytałam do końca, ale cały czas z takim poczuciem, że gdybym się chciała kierować nimi przy organizacji jakiegoś wyjazdu, to wszystko, ale to wszystko sprawdziłabym w internecie.

I to by było na tyle względem tej pozycji.  



Początek:


 Koniec:


Spis treści:


Wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2024, 303 strony

Z biblioteki

Przeczytałam 11 marca 2026 roku 

 

Dziś mija miesiąc od śmierci Ojczastego. Przeglądam sobie filmiki sprzed paru lat, chciałam tu jeden zamieścić, ale blogger powiedział mi, że jest za duży, więc załadowałam go na YT. W pierwszych latach po śmierci mamy odprowadzał mnie jeszcze na stację, gdy odjeżdżałam. Tu opowiada historię z kawalerskich czasów 😁 Jest rok 2018, jeszcze słyszy (choć z aparatem), jeszcze widzi, jeszcze chodzi...

 

Miałam pisać o urobku filmowym (który jest aktualnie dość nędzny), ale to może, jak się tego więcej zbierze. Więc tylko dwie sprawy. Pierwsza to filmy dostępne na arte.tv - wypisałam sobie, które do kiedy, więc udostępniam listę, jeśli ktoś jest zainteresowany 😉


Tamże jest do obejrzenia w tym roku film Przechwycone, byłam na nim w kinie, więc go na liście nie ma, ale polecam osobno.

/Rosyjscy żołnierze dzwoniący z frontu ukazują zupełnie inny obraz wojny niż kremlowska propaganda. Nagrania rozmów, przechwycone przez ukraińskie służby, zestawione są z dokumentacją zniszczeń i zbrodni wojennych./ 



Po tym, jak umyłam wszystkie okna, skończył się mój zapał do sprzątania i trochę pauzuję. Jednakże założyłam, że do końca marca odkurzę i skataloguję brakujące półki w chwilowym/obecnym gabinecie i tak oto dotarłam do niemieckich Reader's Digest. Naprawdę kiedyś myślałam, że poznam ten język do tego stopnia... i kupiłam dziesięć tomów po 4 zł 😂 Pomijam, czy kiedykolwiek wyjdę poza A1, ale przecież czytanie tego wydawnictwa mija się z celem, prawda? 🤣

Niemniej jednak z daleka wygląda szlachetnie, nieprawdaż? A z lewej strony widać egzemplarz po włosku - no, to jest pamiątka ze studenckich czasów, dwie takie zdobyłam w antykwariacie. W teorii może kiedyś opróżnię tę półkę... 


Donoszę również o wiekopomnym wydarzeniu, jakim było wreszcie sprzątnięcie ręczników. Rozłożone na dwa dni! Ale - wszystkie się zmieściły!


Teraz mogę zacząć negocjować z córką wydanie czerwonego stolika ikeowskiego. Stał on mianowicie wcześniej w przedpokoju pod wiszącymi szafkami na buty i jak można się domyślać, wiecznie był zawalony wszystkim. A głównie jej bajzlem. Skoro od trzech tygodni obywamy się bez niego w przedpokoju, to może... może jest niepotrzebny? To znaczy coś tam jest potrzebne, ale nie mam na razie pomysłu. 

środa, 28 czerwca 2023

Aleksander Kaczorowski - Czechy. To nevymyslíš


 Książkę znacie, dedykację znacie, to może coś o zawartości? Gdyby sądzić z okładki (czego robić nie będziemy) to super duper, jak mawia Věra, Makłowicz chwali i w ogóle. Gdyby sądzić z Lubimy czytać to po połowie: ci, co przeczytali pierwsi, bo mieli egzemplarze recenzenckie, wiadomo - chwalili 😁 zaś ci, co sobie książkę kupili za własne pieniądze, niekoniecznie.


Ja już miałam z panem Kaczorowskim do czynienia kilkakrotnie, zawsze wrażenia były dość pozytywne. Tym razem... tym razem częściowo. Bo nie przeszkadza mi, że to taki miszmasz wszystkiego, dlaczego nie? Tylko jest tu zbyt dużo naćkane informacji encyklopedycznych i przewodnikowych. A że siłą rzeczy należy się streszczać, to rezultat jest taki, że nie jest to ani przewodnik ani historia Czech ani pogłębiona analiza czeskiej kultury gastronomicznej ani całej reszty. Tak po trochu wszystkiego.


Jednakże uważam, że przeczytać warto. No chyba, że ktoś jest już tak zaawansowanym czechofilem (żeby nie powiedzieć bohemistą), że nic tu dla siebie nie odkryje. Ja owszem, to i owo nowego wyczytałam, przy czym wiadomo, że jeszcze szybciej zapomnę, ja to najwyraźniej do końca świata (mojego) będę odkrywać Ameryki. A w niektórych rzeczach się upewniłam, że miałam rację, bo były to jakieś moje intuicje, przypuszczenia, a tu okazało się, że istotnie tak jest, jak podejrzewałam. To wiadomo - wtedy satysfakcja 😄


Początek:


Koniec:


Zdjęcia półki nie ma, bo książka jeszcze na żadną półkę nie trafiła. Mówiłam już, że może w wakacje coś uporządkuję?

Wyd. MUZA SA Sport i Turystyka, Warszawa 2022, 300 stron

Z własnej półki (od 14 czerwca 2023 roku)

Przeczytałam 23 czerwca 2023 roku 

Czytałam całe sześć dni, no  bo tak teraz mam z czytaniem. Czy to w ogóle jeszcze drgnie i ruszy?

 


Było tak. Wracałam z piekarni z chlebem w ręku i  najwyraźniej z uśmiechem na twarzy, bo starszy pan idący z naprzeciwka zagaił:

- Co dobrego pani kupiła, że tak się cieszy?

Odparłam, że cieszę się, bo idę do pracy.

- Wreszcie sobie odpocznę.

I tak to właśnie wygląda. 

Mój dzień wygląda teraz niby tak samo (dom, praca, sklep), ale jednak inaczej. Mianowicie głównie stoję przy garach i na zmywaku 😂 

Do tej pory pracowałam w godzinach 9-16. Teraz, żeby obsłużyć Ojczastego, chodzę na 11.00. Co niestety oznacza, że jestem w plecy 1400 zł miesięcznie, a jest to dość istotne, bo przecież te pieniądze odkładam na starość, tak?

Po kolei, bo już się ustalił pewien reżim i można to podsumować. Wstaję o 7.00, co jest postępem, bo wcześniej budzik dzwonił o 6.00 - potrzebuję rano czasu, choćby z tego powodu, że myję głowę i staram się nawet nie suszyć jej suszarką, poza tym na przykład oglądam czeski dziennik etc. Około 9.00 zbieram się do budzenia Wiadomej Osoby, coby zabrała się za śniadanie. Śniadanie bowiem, podobnie jak każdy inny posiłek, trwa. Co zresztą rozumiem, bo siedzenie przy stole jest to jakiś rodzaj rozrywki, czegoś odmiennego od leżenia w łóżku. 

Problem z posiłkami jest taki, że nie wchodzą w grę kanapki, tego nie zje. Więc praktycznie trzy razy dziennie trzeba przygotować coś gorącego. I to mnie normalnie rozkłada. Po pierwsze w kółko myślę, co ma być na kolację, co jutro na śniadanie, co było ostatnio, żeby nie powtarzać raz za razem (mam nową rubrykę w kalendarzu, wszystko zapisuję, bo na pamięć nie mogę liczyć). 

Do każdego posiłku trzeba zrobić dwa kubki herbaty z sokiem malinowym i miodem*. Przed śniadaniem i obiadem dodatkowo robi się tzw. galaretkę (jakiś środek przeciw zaparciom w postaci proszku, który należy wymieszać z przegotowaną wodą, ale nie za zimną i nie za gorącą, więc trzeba pamiętać, żeby taka woda była na podorędziu). 

Gdy Ojczasty je, robię porządek u niego w pokoju. Na początku musiałam ściągać prześcieradło, żeby je wytrzepać, ale zafasowałam ze Śmieciarki dwa prześcieradła z gumką, bo zwykłe w dodatku się zsuwało w nocy - materac przeciwodleżynowy jest śliski - i teraz tylko z niego ściągam odkurzaczem paprochy i odkurzam dywan przed łóżkiem i okolice. Bowiem są one pełne drobniutkich kawałeczków papieru toaletowego oraz tzw. urobku (uwaga, delikatni niech odwrócą wzrok) - pochodzącego z nosa 🤣 To samo zresztą robię wieczorem podczas kolacji czyli dwa razy dziennie tańczę z odkurzaczem.

Gdy uda mi się doczekać końca śniadania, podać leki i wreszcie pozmywać, mogę uciekać na Fabrykę.

Po jakimś czasie córka, która zostaje na gospodarstwie, podaje mu gorące kakao. Nie uważam, że powinien je codziennie pić, ale Grażynka mi codziennie robiła. Około 15.00 odgrzewa mu obiad w postaci zupy. Skąd się wzięła zupa? No ugotowałam rano. Co trzeci dzień rano spieszę się bardziej niż zwykle, żeby ją właśnie ugotować.

Ach, dodajmy, że po każdym posiłku należy się deserek (jogurt z miodem, papka z jabłka ugotowanego - nie wiedziałam, o co kaman, ale mi Psiapsióła z Daleka powiedziała, jak to się robi - serek jakiś mały albo takie deserki Monte, tylko w tańszej wersji, w Lidlu są takie Monteravo 😁😁, ciasteczka). Powiem Wam, że w życiu takich toreb ze sklepu nie targałam...

Po obiedzie Ojczastego córka daje dyla. Ja wracam 16.30, o ile nic po drodze nie załatwiam. Zanim zrobię sobie obiad, ściągnę ją ewentualnie, żeby też zjadła, a potem pozmywamy, jest 18.00. Często jeszcze trzeba po zakupy. I nagle jest 19.00 i wypada się zabierać za kolację Ojczastego. Tu się często wspomagam gotowcami (pierogi, krokiety) albo gdy z obiadu zostało coś, co będzie w stanie zjeść. Około 21.00 pozmywane, posprzątane, odkurzone, idę do łóżka, otwieram książkę i... zamykam z powrotem, bo padam.

I teraz pytanie - czy to jest życie?

Czekam oczywiście na weekend. Ale w weekend są dodatkowe rozrywki poza tymi wymienionymi: ze dwie pralki i suszarki trzeba puścić, rzecz główna KĄPANIE, potem zmiana garnituru 😁, pościeli, na drugi dzień jeszcze GOLENIE plus obiady staram się wtedy zrobić takie wspólne, żebyśmy razem zjedli, a więc Myślenice, co to ma być, no bo kotleta nie pogryzie...

Ja pierdykam!

Ale słuchajcie, to już cztery tygodnie i jakoś się w to wszystko wdrożyłam. Tyle że wyobrazić sobie, że tak już ma być zawsze, to normalnie palnąć sobie w łeb.

Przy czym przecież jeszcze nie jest źle. Ojczasty samodzielnie na przykład używa kaczki. W pierwszych dniach wyrywałam mu ją z ręki, żeby iść wylać zawartość, ale zaperzył się, że on sam. Miałam duże obawy, że po prostu będzie raczej wylewał obok, zważywszy na jego wzrok (czytaj: będę miała dodatkową i to mało atrakcyjną robotę), ale nie, radzi sobie 😍 Tyle że często jakoś tak naciśnie przycisk spłukiwania, że on się zatnie i woda się leje, czego oczywiście ani nie widzi ani nie słyszy; bywało, że wracam do domu, a tam wesolutko sobie woda spływa, Bóg wie ile czasu; nie chcę myśleć o rachunku).

 

*Ponieważ duży słoik z miodem ciągle się lepi przy tak częstym korzystaniu, kupiłam w Rossmannie specjalny szklany pojemnik i jest trochę lepiej. 


 

Toteż się nie dziwcie, że jedyną aktualnie dostępną mi rozrywką jest skok do Jordanówki, żeby przywlec z półki kolejne gnioty 🤣 I tu, całe na biało, wchodzą

NAJNOWSZE NABYTKI

Bratny cholera wi, po co mi, a w Kuncewiczowej znalazłam cenny artefakt - kalendarz stuletni. Mogę sprawdzić, jakiego dnia tygodnia się urodziłam (chyba to czwartek był), bo zapomniałam 😂



Normalnie KAŻDY z tych poradników może mi się przydać 🤣🤣🤣

 

Jak sobie tutaj żyjemy, zrobię reportaż fotograficzny... w weekend... dziś zajawka.


wtorek, 15 listopada 2022

Miloš Doležal - Krawiec, żandarm i spadochroniarz. Trzy opowieści o czeskich kolaborantach

 

Pożyczyłam to w sierpniu, ale jakoś nie mogłam się zabrać. Wiecie, taki strach, że to za poważne, że mnie znudzi. Aż zbliżyła się chwila, gdy już nie będę mogła po raz kolejny przedłużyć wypożyczenia, no i - teraz albo nigdy. I co się okazało? Że czytało się całkiem lekko (o ile można to powiedzieć o książce z taką tematyką) i szybko. 

Może dlatego, że po części znałam tę historię, konkretnie jedną z trzech, choć w ogólnych zarysach. Chodzi o zdrajcę Čurdę z operacji Athropoid czyli zamachu na Reinharda Heydricha: byłam na filmie (nie pamiętam, czy to czasem nie było moje pierwsze kino w Pradze), a także na spacerze śladami tej operacji i to wiem na pewno, że pod koniec wycieczki mieliśmy przystanek przed kamienicą, gdzie Čurda mieszkał już po zdradzie, gdy był płatnym agentem Gestapo. Historię Čurdy można zresztą poznać z obszernego artykułu na polskiej Wiki.

Wspomniany film jest na YT, tyle że z dubbingiem czeskim (to koprodukcja amerykańsko-czeska, dlatego wtedy, w 2016, odważyłam się pójść do kina, film był w wersji angielskiej z napisami czeskimi).

 

Żadnej z opisanych postaci nie oceniam (mimo, że używam słowa 'zdrajca', ale to po prostu fakt), bo guzik wiem, co bym sama zrobiła na ich miejscu. Instynkt przetrwania może być silniejszy od zasad moralnych. 




Początek:


Koniec:


 

Wyd. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2021, 222 strony

Tytuł oryginalny: Čurda z Hlíny: tři dokumentární povídky z protektorátu

Przełożył: nie mam pojęcia, kto - w bibliotece nakleili karteczkę na stronie tytułowej 😕 Internety podpowiadają, że Zofia Bałdyga.

Z biblioteki

Przeczytałam 13 listopada 2022 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Ha ha ha - byłam dziś w odległej bibliotece (tak się mają moje obietnice, że skończę z tymi bibliotekami, nie pierwszy raz zresztą). I tam mieli nie że półkę na odpady, ale cały regał! Spośród dziecięcych książeczek wybrałam sobie trzy najcieńsze - pamiętacie, że zbieram na Pragę?


 A z kolei na Śmieciarce fejsbukowej wypatrzyłam takie coś. Nie wiem, czy będzie czytable, ale było do wzięcia po drodze do domu, więc 😂


 

Z frontu nowej kuchni

Ja już tylko małymi literkami, bo to doprawdy obciach się robi. Była mowa, że co? Że Pan Stolarz będzie w poniedziałek o 16.00. Pędzę lecę z Fabryki, szybko obiad robię i zaczynam wystawać przy oknie. O 17:42 esemes będę o 19.00. Żeby Cię... Szybko wdziewam kamasze i lecę chociaż po zakupy do Lidla. Dobrze, o 19.00 Pan Stolarz przyjeżdża z trzema zaległymi frontami, przykręca je, robi drobne poprawki (kapała trochę woda z syfonu oraz trzeba było lepiej umocować szyby w regałach) i tyle go widzieli. Nadstawka do słupka się robi... będzie może w czwartek albo w piątek - czytaj: najwcześniej się objawi za tydzień 😟 W dodatku nie zapytałam, kiedy mogę zdjąć te taśmy i używać drzwiczek (ze względu na parapet trzeba było przykleić taką blendę przy samej ścianie). A trzeba wiedzieć, że tam właśnie jest mój zapas alkoholiczności, który w tych okolicznościach przydałby się jak cholera!


 

niedziela, 22 sierpnia 2021

Jan Patočka - Kim są Czesi?

 No i skończyła się ta tegoroczna praska anabaza. Zadziwiające, że gdy wracam do domu z Dżendżejowa, oddycham pełną piersią (a mam czym!) - że przestrzeń, że luz. A tymczasem w piątek, gdym już dotarła do chaty (bardzo dobra podróż tym wiązanym Regio Jetem), wrażenie odniosłam całkiem przeciwne - ciasnota, ciemno. To pewnie związane z tym, że w klasztorze wysokie sufity, białe PUSTE ściany, kafelki w łazience też białe i kabina prysznicowa na całą szerokość łazienki - u siebie bałam się, że się poobijam o ściany 😁

Ponieważ przez cały ten tydzień znów mam problemy, jak przed wyjazdem (boli mnie tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną itd. oraz chodzę jak paralityk), tyle że w Pradze brałam tabletki przeciwbólowe, ale ileż można? więc w domu nie biorę - córka zakłada jednak, że to rwa kulszowa i wygania mnie w poniedziałek do lekarza. Oj. Na razie znów smaruję się maścią i widzę, że nawet trochę pomaga, bo dziś wstałam z łóżka bez specjalnych wygibasów. 

Dodatkowo i tradycyjnie oczywiście boli mnie prawa ręka od walizki (to łatwo powiedzieć, że ma kółka, ale Praga jest cała wybrukowana i to najróżniejszymi rodzajami bruku, niestety co chwilę trzeba tę walizkę podnosić), więc ledwo sobie dziś umyłam głowę. A' propos - przystępuję do rozczesywania swoich trzech włosów, a tam widzę w lustrze, że zostało mi trochę piany niespłukanej, chcę więc ją delikatnie zdjąć palcem... i co się okazuje? To nie piana, to siwy placek 😂

Jeszcze przed wyjazdem pożyczyłam z biblioteki esej Patočki. Nazwisko było mi znane, mianowicie szukałam jego grobu na cmentarzu (znalazłam, ale zdjęcia teraz nie odnajdę tak na cito) dawno temu, bo wyczytałam, że to był rzecznik Karty 77, który poddany wyczerpującym wielogodzinnym przesłuchaniom zasłabł i oczywiście nie udzielono mu natychmiastowej pomocy, co spowodowało wylew krwi do mózgu i w konsekwencji śmierć. Na dodatek StB zrobiła, co tylko było w jej mocy, żeby przeszkodzić w pogrzebie: na pobliskim stadionie urządzono zawody motocyklowe, a nad cmentarzem krążył  helikopter - żeby nie było słychać przemówień... To wszystko oraz to, że był wybitnym XX-wiecznym czeskim filozofem, wyczytałam w Praga miasto magiczne Marka Pernala, z którym to przewodnikiem pojechałam do Pragi chyba dwukrotnie.

A tu nagle w katalogu Biblioteki Kraków Patočka i jego esej pod tak intrygującym tytułem. Niestety nie było to to, czego się spodziewałam - po prostu spojrzenie filozofa i socjologa na czeskie dzieje w kontekście języka i narodowości. Momentami dość skomplikowane, zwłaszcza, gdy się tych dziejów dobrze nie zna 😀 a innymi momentami dość hermetycznym językiem napisane. Dopóki autor mówi o faktach, jest OK, mój umysł to ogarnia, ale gdy zaczyna bardziej filozofować, to już mam mgłę covidową chyba.

A' propos języka. Nie wiem, czy to Jacek Baluch miał pecha do korekty, ale kiedyś czytałam jego książkę na czeskie tematy i była dramatycznie koszmarna pod tym względem. Teraz ta - bo on ten esej przetłumaczył - i znowu sporo błędów. Już nie mówię o literówkach (choć fraza "chłopi podlegali sadownictwu państwowemu" brzmi dziwnie). Ale poprzekręcane imiona czy nazwiska albo taki passus: obraz czeskości w wigilię pierwszego kontaktu światowego...

Dobrze, to już ponarzekałam, a teraz dodam coś pozytywnego - rozjaśniło mi się w głowie pod kątem wielu nazwisk, które znałam jedynie z nazw ulic 😄 Taki Bernard Bolzano. Na ulicy Bolzanovej jest przystanek tramwaju przy Dworcu Głównym i ja zawsze myślałam, że ten Bolzano to pewnie był jakiś włoski barokowy artysta ha ha. Tymczasem był to uczony, matematyk, filozof, aczkolwiek owszem, włoskiego pochodzenia, ale urodzony już w Pradze.

Nawiasem mówiąc, zrobiłam kiedyś głupstwo, że kupiłam w antykwariacie drugi tom wydawnictwa Pražský uličník, gdzie szybciutko można sobie sprawdzić pochodzenie nazwy danej ulicy. Głupstwo, ponieważ od tamtej pory ani razu nie natrafiłam na pojedynczy pierwszy tom, zawsze występują w komplecie. Skazana więc jestem na ulice od O do Z. Kruca bomba!

Koniec:

Wyd. Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2010, 94 strony

Tytuł oryginalny: Was sind die Tschechen?

Przełożył: Jacek Baluch

Z biblioteki

Przeczytałam 22 sierpnia 2021 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Mówiłam, że czternaście? To dobrze mówiłam 😀 Te trzy z samego wierzchu to oczywiście mogłam sobie darować, skoro to kryminały szwedzkie, prawda? Ale właśnie przewrotnie się cieszę, że kupiłam (i to wszystkie po 10 koron czyli 1,80 zł), bo Policie pomo pije zdążyłam przeczytać połowę jeszcze w Pradze i bardzo sobie tę lekturę chwaliłam 😁

Dalej. Pražský chodec vypráví, tom I. Zajrzałam kontrolnie do Podziemnego Antykwariatu, a tam stały wszystkie trzy części, po 200 koron. Ważyłam w rękach ten ciężar, po czym zdecydowałam, że sprawdzę, czy nie mają tego w Ulubionym Antykwariacie. Mieli tylko pierwszy, za to za 88 koron, więc nabyłam u nich, a ze względu na wagę pozostałych dwóch zdecydowałam nie wracać do Podziemnego i nie brać. Tym razem 😂 

Oczywiście obiecuję sobie, że do następnego wyjazdu czyli maja 2022 już nic nie kupuję online. No bo teraz tak: trzeba znaleźć miejsce nie tylko na te 14 sztuk, ale jeszcze na 10 z zakupu księgarnianego bezpośrednio przed wyjazdem! Nie w kij dmuchał!

Jak boniadydy - coś ze starych trzeba będzie wynieść czy co?! 

A tak w ogóle, to poprzednim razem przywiozłam 23 książki. Więc mogę powiedzieć, że umiem się powstrzymać 😅

W tym roku cały koszt podróży zamknął się w 2680 zł (wszystko już sobie policzyłam), a poprzedni kosztował 2600. To jednak nie oznacza, że tak mało zdrożało wszystko - owszem, zdrożało, tyle że w tym roku nie chodziłam do kina, do teatru, byłam na ledwie dwóch wystawach, więc się to jakoś wyrównało. Niestety nie udało mi się dostać na wystawę Toyen, na której mi najbardziej zależało - bilety (dostępne wyłącznie online) były już dawno wyprzedane w czasie, gdy wiedziałam na pewno, że pojadę do Pragi. I tak to.

O. Znalazłam Patočkę.


wtorek, 27 lipca 2021

Jolanta Piątek - Obrazki z Czech

Przeglądając hasztag CZECHY w katalogu bibliotecznym trafiłam na tę pozycję i jeszcze parę innych, wszystkie zamówiłam i będę odhaczać, choć niekoniecznie zdążę przed wyjazdem. Życie mi się teraz dzieli bowiem na PRZED i PO. I wolałabym, żeby już było PO, ech, ja głupia 😉
Zaczęłam czytać i od razu mówię sobie o rany, ja to powinnam mieć, muszę to sobie kupić. Ale zanim się zdążyłam za tym rozejrzeć, książkę przeczytałam i chęć mi minęła 😏 

Bo owszem, są tam interesujące rozdziały, takie o życiu codziennym, o służbie zdrowia, o szkolnictwie, o jedzeniu, o gospodzie 😁 Ale też dużo nudziarstwa: autorka za punkt honoru postawiła sobie przepisanie kilku rozdziałów z przewodników, gdzie się roztkliwia nad historią zamków i innymi takimi. Po kiego grzyba? Komu to potrzebne, to i tak sobie przewodnik kupi. Plus za dużo o dzieciach - może tak mówię, bo już nie jestem w wieku rozrodczym i kicham na dokonania progenitury (zwłaszcza cudzej 😂).

Ale nie był to czas stracony, bo sporo się dowiedziałam i jeszcze dodatkowy bonus: potwierdziły się moje rozmaite domysły na temat czeskiej rzeczywistości, wysnuwałam sobie wnioski z dość ograniczonych czasowo bytności, w dodatku turystycznych przecież, więc skoro to samo pisze osoba, która tam normalnie mieszkała i funkcjonowała przez 9 lat, to chyba miałam nosa 😜

Początek:

Koniec:

Wyd. Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocławskie Wydawnictwo Oświatowe, Wrocław 2010, 176 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 24 lipca 2021 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Po tych tygodniach niepokoju i oczekiwania dziś rano zobaczyłam na stronie Poczty Polskiej komunikat, że paczka nadejszła do kraju. I tu muszę pochwalić PP (choć bym nawet nie chciała zważywszy na-wiadomo-co), bo jeszcze tego samego dnia ją dostarczono. Przyniosła ją kobieta - a paczka ważyła 13.785 kg, moim zdaniem kobiety nie ugruntują sobie cnót niewieścich, jak będą takie ciężary dźwigać, gdzie tu łagodność, delikatność - i jeszcze wręczając ją mojej córce, rzekła:

- Uważaj, dziecko, bo ciężkie.

Dziecko jest od dekady pełnoletnie, ale dobrze. Może kobieta ma ugruntowane cnoty macierzyńskie i tak do wszystkich?

I teraz Wam powiem, że właściwie nigdzie mi się nie chce jechać, zostałabym i studiowała sobie obrazki w domowym zaciszu. 

Ale to dlatego, że cosik mi się przypętało w sobotnie popołudnie. Najpierw zrobiło mi się zimno jak diabli i musiałam poszukać swetra (w ten upał, co był). Potem kaszlałam, lało mi się z nosa, bolał mnie brzuch i latałam do kibla. 

Córka szybko postawiła diagnozę:

- To jest reakcja na moje szczepienie.

No bo do południa byłyśmy na jej drugiej dawce.

Potem uznała, że to covid przywleczony tydzień wcześniej z pociągu.

A na końcu, że zatrucie pokarmowe. Ale to powinnam też wymiotować?

Faktem jest, że czwarty dzień się z tym borykam, spędzając czas w pozycji horyzontalnej (z przerwami na Fabrykę) i prawie nic nie jedząc, bo zaraz z powrotem ból brzucha i toaleta, ale dziś wstałam po raz pierwszy bez bólu głowy, to już czuję się jak gieroj, do tego stopnia, że zaordynowałam ziemniaczki na obiad, gotowane - i zjadłam (nawet w towarzystwie zsiadłego mleka), a teraz czekam, co się będzie działo 😂😂😂

Kolega w robocie nakazał mi pić elektrolity, no bo faktycznie groziło mi odwodnienie - ależ to świństwo jest! Ma smak krwi. I nie pytajcie, skąd wiem, jak smakuje krew - każdy wie. Jest tu jakaś emotka wampira?

Niemniej jednak niepokoję się w kontekście wyjazdu. No, jeszcze tydzień z hakiem, może minie - bezpowrotnie, mama nadzieję. Cokolwiek to jest/było.


Aha, o kosztach paczuszki nie powiem nic nawet na torturach (bo mi odbiorą prawa macierzyńskie)!

Mapę na kółkach kupiłam z zamiarem zabrania do Pragi, bo ja wiecznie z kserami powiększonych fragmentów map jeżdżę. Ale teraz widzę, że do kompletu chyba powinnam zabrać lupę... jednak powiększone ksera nie są takie złe, tylko należy dokładnie zaplanować, gdzie się pójdzie i te ksera przywieźć 😐

Kiedyś w końcu chyba se sprawię komórkę. Albo i nie. 

wtorek, 20 lipca 2021

Philip Roth - Praska orgia

 

Praska orgia to od teraz wspomnienie koszmarnej sobotniej podróży pociągiem - tak na oko ze 40% współpasażerów nie miało maseczki. A gdy konduktor z daleka (może celowo) ogłaszał swoje nadejście, okazało się, że oni wszyscy maseczki mają, zaraz powyciągali z kieszeni, z torebki i pozakładali. Po czym natychmiast zdjęli, gdy konduktor zniknął w kolejnym wagonie. A wyglądali na takich, którzy już posiadają dowód osobisty... Pierwsza podróż od czasu pandemii i od razu taki nerw. 

W chwilach wolnych od zerkania na debili skupiałam się na lekturze, no ale teraz źle mi się książka kojarzy 😕

Tak, DEBILI, dużymi literami. Podróż czy to pociągiem czy tramwajem warunkuje maseczka na twarzy. Zawsze jest wybór: nie uznajesz tego zarządzenia, idź na piechotę albo jedź na rowerze. Wybierasz jazdę pociągiem - zasłoń usta i nos. Opowieści o tym, czy maseczka chroni czy nie chroni, zostaw na imieniny u cioci. To wszystko. Wydawałoby się proste, nie? A jednak nie jest...

Ciągle nie mogę o tym zapomnieć, bo za 2 tygodnie czeka mnie powtórka z rozrywki. A u Rybeńki wyczytałam, że znane jej są przypadki wybicia zębów u zwracających uwagę. No, nie zwracam, bo się boję. Nawet nie że rękoczynów, ale samej awantury - nie nadaję się do awantur. Tylko głowa mi pęka od brzydkich myśli i życzeń pod adresem. Czyli obraca się to przeciwko mnie, tak czy siak. Cholera jasna.

No ale Praska orgia miała być, a nie polska orgia nie-maseczek. Amerykański pisarz Zuckermann w meandrach czeskiej literatury i polityki. Okazuje się, że nie było się znowu tak czego bać (tytuł mnie zniechęcał). Oj tam, parę chujów na krzyż 😂😂😂

Gdyby jednak ktoś chciał szybko (książka ma zaledwie 86 stron) zyskać wiedzę o tym, jak wyglądała pozycja i życie czeskiej inteligencji po '68 roku czyli w czasach tzw. normalizacji - to to jest bardzo dobra rzecz. Choć nie mogę się opędzić od myśli, że Hrabal robił to lepiej. 

No i teraz - jest film. Zachodzę w głowę, jak na tak skąpej objętościowo podstawie mógł powstać cały scenariusz. I trochę się boję obejrzeć. Bo może jednak realizatorzy skupili się na tym seksie? Zresztą, i tak nie mam za bardzo czasu na filmy. Ciągnie tylko ta Praga, gdzie film był kręcony - ale przecież do Pragi mam już niedługo, tak?

Początek:

Koniec:

Wyd. ZYSK i S-KA, Poznań 2004, 86 stron

Tytuł oryginalny: The Prague Orgy

Przełożył: Jan Zieliński

Z biblioteki

Przeczytałam 17 lipca 2021 roku


Wybrałam się wczoraj wieczorem na dworzec autobusowy - bo to wiecie, nigdy nie jechałam Flixbusem i chciałam zobaczyć, jak wygląda ten autobus, który wraca z Pragi o 19.40, co mnie za miesiąc czeka. Bo stażystki kiedyś jechały nad morze i opowiadały po powrocie, że tam przed każdym siedzeniem jest monitor mały i takie tam dyrdymały.

Ani o 19.40 ani o 20.05 autobusu z Pragi nie było (może przyjechał wcześniej, może był spóźniony, skąd to wiedzieć?), za to szykował się do odjazdu Flixbus do Amsterdamu, więc zajrzałam do środka. Normalny, żadnych ekraników tam nie było.

Kolega z pracy mówi, że w ogóle Flixbus nigdy ich nie miał i te stażystki musiały jechać z jakimś innym przewoźnikiem. Może.

To sobie poszłam spacerkiem do tramwaju, a mam ci ja do niego kawałek od dworca, bo od zeszłego roku kupuję kartę tylko na ósemkę, do roboty. Po drodze zobaczyłam podpis idioty.

A także witrynkę pewnego handelku i zastanawiam się, czy w ramach drobiazgu z Krakowa dla znajomych w Pradze nie nabyć takich magnesów. Trzeba by tam zajść w godzinach otwarcia i przyjrzeć się. Co o tym myślicie? Nadają się?

A pod Bagatelą, gdzie zamierzałam wsiąść wreszcie do tramwaju, okazało się, że guzik z pętelką, bowiem dwa przystanki dalej zderzyła się moja ósemeczka z autobusem i w konsekwencji nawet wykoleiła. Rzekomo uruchomiono komunikację zastępczą.

Chyba pierwszy raz mi się zdarzyło, że nigdzie się nie spieszyłam, nie miałam żadnych pilnych planów na wieczór, pogoda sprzyjała, bowiem nie było upału, a wręcz momentami rześki wiaterek i doprawdy wcale się nie denerwowałam, że ja chcę do domu. Niektórzy owszem, jedna pani narzekała, że ucieknie jej autobus, a następny ma za dwie godziny, o 22.50, jeden pan podtykał pod nos legitymację zasłużonego krwiodawcy pytając, po co on przez 20 lat oddawał krew, skoro teraz nie ma czym do domu jechać 😄 Gdybym od razu poszła, dawno bym już w tym domu była, ale cały czas pan z MPK twierdził, że autobus zastępczy kursuje (tyle, że nikt go nie widział). W rezultacie znudziły mi się konwersacje z przygodnymi pieszymi pasażerami i poszłam precz, a cztery przystanki dalej rzeczywiście autobus przyjechał i już przed 22.00 wypatrywałam na osiedlu dzików 😂

Okazuje się, że MPK nie ma w ogóle wypracowanych procedur! Bo ten zastępczy nie miał przejazdu przez Aleje na wysokości placu Inwalidów, gdzie stał ten rozkraczony tramwaj. I nie dość na tym, że nie było planu, którędy ma Zatramwaj jechać w takiej sytuacji, to jeszcze ten gość pod Bagatelą nie miał o niczym pojęcia, nikt go nie zawiadamiał o rozwoju sytuacji - stał z nami, bo stał, ale niczemu nie służył (poza wysłuchiwaniem wyzwisk od bardziej nerwowych). Żałosne. 

Niemniej jednak na coś się przydał nocny spacer - taki napis znalazłam na chodniku 😏