Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cracoviana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cracoviana. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 października 2026

Aleksandra Czechówna - Dziennik 1856

To jest kolejna książka z półki z nowościami w bibliotece. Trochę się cykałam, że nie wiem, czy dam radę, bo się przyzwyczaiłam ostatnio do "lekkości", ale nie było to przecież nic ciężkiego - pierwszy rok zapisków młodej panny w połowie XIX wieku w Krakowie. Nieco egzaltowanej w kwestiach patriotycznych, ale taka była atmosfera w inteligenckich czy mieszczańskich domach wówczas, w końcu byliśmy pod zaborami.

Bożena Lesiak-Przybył, która przygotowała wydanie tego tomu, wykonała ogromną pracę, bo z reprodukowanych fragmentów rękopisu powiem Wam, że sądzę, iż nie dałabym rady odczytać 😁 Przy tym opatrzyła cały materiał ogromną ilością przypisów - osoby "siedzące" w cracovianach niektóre z tych przypisów zbędą wzruszeniem ramion, bo przecież wszyscy to wiedzą, ale spora część dotyczy osób lub spraw mało czy wcale nie znanych.

17-letnia Aleksandra Czechówna pisze o: zakupach i szyciu strojów, wizytach u krewnych i znajomych, spacerach po Plantach czy aż do rogatki, drobnych rodzinnych nieporozumieniach, praniu i prasowaniu mankietek, lekturach i wizytach w teatrze, kazaniach w kościele, wycieczce do Ojcowa, problemach służących... i bardzo dużo o śpiewaniu, bowiem ma głos i kochany tata opłaca jej prywatne lekcje śpiewu i muzyki. Podobnie zresztą jak inne lekcje dla niej i jej siostry - Aleksandra zakończyła edukację na pensji, ale do domu przychodzą nauczycielki kontynuując edukację panien. Są też rozważania, jaki to też los ją czeka w przyszłości, względem zamążpójścia oczywiście. Tematy poważne przeplatają się z drobnostkami, jak to w tym wieku.

Całkiem sympatyczna lektura (i och, jak to dobrze, że nie żyłam w tamtych czasach) i jestem ciekawa, czy są choćby minimalne szanse na kolejne tomy. Miałabym tylko uwagi co do oprawy tomu; właściwie nie wiem, czy jest taka, jaka jest intencjonalnie czy też coś tu nie pykło: już przy pożyczaniu - jako pierwszy czytelnik - zwróciłam uwagę pani w bibliotece, że środek jest jakby oderwany z przodu od okładki, pani pooglądała i zdecydowała, że tak miało być; no nie wiem, przy czytaniu i z tyłu się odkleiło... 


 


 

Początek:

Wyd. Archiwum Narodowe w Krakowie 2025, 222 strony

Z biblioteki

Przeczytałam 14 października 2026 roku
 

sobota, 31 sierpnia 2024

Spacerownik po Krowodrzy

Pisałam w lipcu o drugiej części tego Spacerownika, że chętnie bym miała i pierwszą - obie wydane przez Radę Dzielnicy V Krowodrza - i że może uderzę do nich, czy nie mają gdzieś na dnie szafy.

Mieli 😍 

Jak to jednak warto spróbować...

Oczywiście apetyt rośnie w miarę jedzenia czytania, więc teraz to bym sobie życzyła, żeby wydali kolejną część 😁 Nie zapytałam przy odbiorze, czy istnieje taki plan, szkoda.

Ta pierwsza część skupia się wokół ulicy Królewskiej i przyległych. Prawie się ucieszyłam, gdy zobaczyłam na planie dom przy ul. Lea, bo myślałam, że to ten odkryty przez mnie w pandemicznym czasie, gdy jeździłam do pracy rowerem - bardzo bym chciała się czegoś o nim dowiedzieć - ale okazało się, że chodzi o inny, bardziej znany, występujący w leksykonach architektury krakowskiej.

Nawiasem mówiąc, znalazłam teraz informację sprzed 2 lat o przetargach na trzy mieszkania w tej interesującej mnie wielorodzinnej zabytkowej willi zbudowanej w 1926 roku: do mieszkania na II piętrze o powierzchni 23 metrów przynależy schowek na strychu o powierzchni 68 metrów, natomiast mieszkanie na parterze o powierzchni 103 metrów składa się z czterech pokoi, garderoby, dwóch łazienek, WC i kuchni, ale o żadnym przynależnym schowku nie ma mowy. Wszystkie trzy mieszkania można było oglądać w styczniu 2022 - no że też człowiek się nie interesuje przetargami miejskimi!!!


 Biprostal to strategiczny przystanek - nie dość, że biblioteka, to jeszcze moja ulubiona budka na Galla 😁 Wdzięczna tam jest publika, gdy przybywam wieczorem z książkami, na okolicznych ławkach siedzi kilka osób i zaraz podchodzą zobaczyć, co się nowego pojawiło. A protesty o zachowanie mozaiki na biurowcu pamiętam.


 

Ten schron w Parku Krakowskim też pamiętam, było tam zwiedzanie bodajże z okazji Nocy Muzeów.


Wyd. Rada Dzielnicy V Krowodrza

Z własnej półki

Przeczytałam 31 sierpnia 2024 roku


NAJNOWSZE NABYTKI 

Nieoceniona Matylda czyli Babcia bez mohera wypatrzyła gdzieś wśród książek do wzięcia taki oto cymes i zabrała go dla mnie:


To była fantastyczna niespodzianka 😍😍😍 Dziękuję z całego serca! Mam nadzieję, że dam radę to przeczytać, bo obiło mi się o uszy, że to dość hermetyczna lektura (autor poeta) 😉


Inna niespodzianka czekała mnie w środę wieczór, gdy wracałam do domu i przy sąsiednim bloku zobaczyłam wyrzucony regalik. No nadałby się przecież na osiedlową knihobudkę, prawda? Bezkosztowo w dodatku!

Prawie bezkosztowo, bo najwięcej wysiłku kosztowało mnie namówienie córki, żeby wskoczyła w kamasze i pomogła mi ten mebel przytaszczyć 😁 Regalik był podwójny, ale złączony, więc tym bardziej ciężki do niesienia. Oczywiście jak potrzeba, to żadnych lumpów w pobliżu nie było, żeby przenieśli za piwo czy dwa 🤣 Dałyśmy więc radę same (ale namordowałyśmy się), ustawiłyśmy go pod zadaszeniem, zaraz zaniosłam parę książek i od tej pory modliłam się, żeby nikt go nie zabrał stamtąd. Napisałam oczywiście maila do spółdzielni z informacją i że jestem do dyspozycji, jeśli będą chcieli przedyskutować miejsce.
Przez cały czwartek i piątek sprawdzałam pocztę co 5 minut - zero reakcji do tej pory. Albo spółdzielniane młyny mielą powoli albo... nie ma osoby decyzyjnej w tak poważnej sprawie 🤣



Jednak widzę, że zainteresowanie jest, książki znikają, a dziś wielka radość - ktoś przyniósł kilka swoich. Czyli można powiedzieć, że się przyjęło 😁 Latam tam co chwilę - moje dziecko przecież - a rano nie doszłam do sklepu, bo po drodze znalazłam parę książek wystawionych przez klatkę, więc szybciutko też zaniosłam (już ich nie ma). Słyszałam nawet grupkę nastolatków, którzy zatrzymali się pooglądać, jak mówili, że fajna inicjatywa 😊

Jednak dopóki spółdzielnia się nie odezwie, nie mogę tego w żaden sposób rozreklamować, czy to na osiedlowym forum czy przez Szyszkodara, żeby dołączyć ten nowy punkt do mapki krakowskich knihobudek. 


Wtorek: 6.933 kroki - 3,9 km

Środa: 11.447 kroków - 5,8 km

Czwartek: 13.923 kroki - 7,1 km

Piątek: 7.021 kroków - 3,6 km

Sobota: 13.589 kroków - 7,2 km

czwartek, 25 lipca 2024

Maciej Kapołka, Dominik Lulewicz - Spacerownik po Krowodrzy, cz.2


To jest ta broszura, którą znalazłam w poniedziałek na półce z gratisami w Borku Fałęckim i bardzo żałuję, że nie mam pierwszej części. Bo co prawda Kraków już nie jest dla mnie numerem jeden na liście, ale jakiś sentyment pozostał i kiedyś (kiedyś, gdy naprawdę będę miała więcej czasu) chętnie bym się wybrała na taki spacer, jaki proponują autorzy, nie tylko po północnych okolicach dzielnicy.


 Chyba napiszę do Rady Dzielnicy, czy jakimś ogromnym niesamowitym przypadkiem nie mają jednego egzemplarza do wydania... ale przecież nie wierzę w to - ten Spacerownik wyszedł ewidentnie lata temu. Szkoda.

Mam wrażenie, że willi przy ul. Oboźnej nigdy nie widziałam, więc gdyby tak się nieco ochłodziło, chętnie poszłabym na rekonesans. Ale nie dziś.

Wyd. Rada Dzielnicy V Krowodrza

Z własnej półki (obecnie)

Przeczytałam 23 lipca 2024 roku

 

Bowiem dziś wstałam z globusem. Odpuściłam przebieżkę (no cóż, kiedyś musiało się to stać), a podwójnie żal, bo rano było chłodno i pochmurnie, idealnie na chodzenie. 

Może ten globus przez chodzenie... po lekarzach? Znaczy u żadnego lekarza w tym tygodniu nie byłam, ale dostałam wezwanie na mammografię (kiedy te dwa lata minęły?), no to się stawiłam, póki mnie program obejmuje 😉

Oby tylko nie wyszło tak, jak z tą kobietą, o której pisała Klarka: cieszyła się na emeryturę i robiła mnóstwo planów, w ostatnim dniu pracy urządziła imprezę pożegnalną dla koleżeństwa, a następnego dnia... zmarła.

Albo Kalina. Też się nie nacieszyła. 

No, ale nie zapeszajmy, ja będę żyć długo i szczęśliwie, tak? 

Drewniane schody prowadzące do rentgena przypomniały mi pierwsze pobyty w praskim klasztorze, gdy jeszcze nie było nowego wejścia z windą i trzeba było taskać walizę na drugie piętro. Teraz jest wygodniej, ale wtedy było klimatyczniej. Zawsze można znaleźć powód do narzekania 😁

W pracy też mieliśmy takie schody, trzeszczące i wyślizgane, trochę niebezpieczne. Któregoś roku właściciel kamienicy zabrał się za remont... i już drewnianych schodów nie mamy (za to windę owszem).

Jako że uczę się codziennie tego angielskiego, a tam co i rusz napomykają, że szerzej dany problem można przećwiczyć korzystając z wydanej w tej samej serii gramatyki, skusiłam się i nabyłam. Ten pierwszy poziom oczywiście 😎 Jak już ją mam w domu, to ani razu jeszcze nie zajrzałam, normalka.

Ale generalnie jestem zadowolona z podręcznika, tyle że za bardzo się do tej nauki nie przykładam. Około 22.00 przypominam sobie o angielskim i przerabiam jedną stronę. Jednak sam system - zdania po polsku i obok po angielsku - mi odpowiada. W każdej chwili mogę sobie zrobić sprawdzian 😉

Cały czas sobie powtarzam, że w zimie będzie więcej czasu na wszystko. Niby dlaczego?


Szykuje się Dzień Placka, wstanę z łóżka tylko zrobić obiad. Gdyby nie Ojczasty* to bym w ogóle nie musiała wstawać, ale przecież w życiu tak być nie może, żeby nic nie musieć, nawet na emeryturze.

Pożyczyłam z biblio [...] [chwila milczenia] [minuta ciszy nad niezrealizowanymi postanowieniami] książkę kobiety, która jeździ wielką ciężarówką, to może poczytam. 

 

* chyba, że mu odgrzeję jedną z zup w słoikach? w końcu po to niby są - awaryjnie!

sobota, 20 lipca 2024

Stanisław Waltoś - Czy profesor powinien mieć psa... i inne eseje

A tak jakoś zobaczyłam w bibliotece... 

/nieźle mi idzie to czytanie własnych, nie?/

Prof. Waltoś jest jedynie trzy lata młodszy od Ojczastego, a jak się trzyma! Jednak działalność naukowa, umysłowa, konserwuje. Nie jedyny to przecież przypadek emerytowanego naukowca, ciągle w ten czy inny sposób czynnego, mimo bardzo zaawansowanego wieku.


 Niemniej jednak wśród opublikowanych w tym zbiorku esejów znalazł się  i ten o emeryturze. Na pół żartobliwie autor dzieli uczelnianych emerytów wedle modeli ich funkcjonowania. Ostatnim jest model Alzheimera, niestety.

 




Jest to temat, o którym ostatnio sporo myślę (jak znajdę wolną chwilę). Ponieważ nie jestem profesorem, nie próbuję nawet przypasować się do któregokolwiek z opisanych modeli, jedynie ten ostatni może mnie kiedyś dotyczyć. 

Próbuję znaleźć własny. Nie będzie nim na pewno model emerytki, która zapisuje się na Uniwersytet Trzeciego Wieku, kupuje kijki do nordic walking, zwiedza wszystkie wystawy w mieście oraz jeździ na wycieczki autokarowe z PTTK. 

Prędzej model staruszki wędrującej po osiedlu z wózkiem na zakupy, od promocji do promocji 🤣🤣🤣

Powiem Wam, że jest to dość straszny moment, to przejście od czynnego życia (przez które rozumiemy pracę) do stanu odpoczynku. Praca nas jednak definiuje. Kim ja teraz jestem? Nieważne, jakie mam swoje małe prywatne planiki na następne lata - jestem już NIKIM. Dopóki się pracuje i ciągnie ten swój szary żywot, człowiek się nie zastanawia nad tym, ma przecież ten cel - dociągnąć do emerytury. Trzeba rano wstać i iść do roboty. A gdy już nadejdzie ta wyczekiwana, wyśniona emerytura, co ma stać się następnym celem? Ten etap prowadzi już tylko w jednym kierunku - cmentarza...

Początek:


Koniec:

Wyd. Wolters Kluver, Warszawa 2023, 181 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 19 lipca 2024 roku


Z rozrywek domowych

Można na przykład wstać o 3:35, rozwijać rolkę papieru toaletowego i cały czas dopytywać:

- Jakie tu są kwoty?

Co jest frustrujące to to, że nie sposób go dobudzić. Czy to jakiś rodzaj lunatyzmu? Zdarza się co jakiś czas, że coś mu się przyśni i kontynuuje ten sen jakby na jawie. Bierze mnie za nie wiem kogo (bo zwraca się do mnie per proszę podejść) i tkwi w tej innej rzeczywistości. Po czym sobie spokojnie zasypia z powrotem, a ty człowieku już niekoniecznie...


Uratowałam dziś ze Śmieciarki trzy drewniane deski do krojenia, z myślą, że z nimi coś pokombinuję. Konkretnie zastanawiam się na przykład, czy z jednej z nich nie mogłabym zrobić - wizytówki na drzwi, takiej ekologicznej 😂

Wracając spotkałam pana, który miał zawieszkę na piersi ZAPOMNIAŁEŚ SMARTFONA? POGADAJMY! Z drugiej strony to samo po angielsku (mówi, że mieszkał 15 lat w Londynie). Chwilę pogadaliśmy, choć ja nie zapomniałam smartfona, bo, jak już wiecie, od poniedziałku liczę kroki 😁 Dziś 11.573 (trochę dzięki tej Śmieciarce), wzięłam się na sposób przechytrzenia słońca, jadę tramwajem gdzieś dalej i stamtąd dopiero maszeruję z powrotem do domu, bo mam je wtedy na plecach.

Chciałam tu dodać, że nie schudłam od tego chodzenia ani grama, ale mało tego! zmierzono mnie w przychodni przy innej okazji i ja - co miałam niby całe życie 164 cm i tak właśnie w dowodzie - zostałam podsumowana na... 158 cm! Przecież to niemożliwe! Mają chyba zepsute to przedpotopowe urządzenie!

niedziela, 17 września 2023

Barbara Klich-Kluczewska - Przez dziurkę od klucza. Życie prywatne w Krakowie (1945-1989)

 

No i tak: zaczął się wrześniowy mętlik i melduję posłusznie, że NI MOM CASU. Na nic. Tak jest co roku (właściwie co pół roku, bo w lutym powtórka z rozrywki), ale teraz to pierwszy raz z dodatkowym obciążeniem czyli Ojczastym w domu. Pocieszam się w jedyny dostępny mi sposób czyli lodami rożkami z Lidla, których spożycie w moim domu skoczyło na bardzo wysoki poziom (córka też się pociesza, widać potrzebuje), ale nawet na to bywa, że zabraknie czasu. I tak mogę być zadowolona, bo jeszcze dziewięć miesięcy temu nie byłoby to możliwe - drzwiczki zamrażalnika w starej lodówce zamarzły na fest, zresztą był mikroskopijnych rozmiarów. Ach, jak to dobrze, że zrobiłam w końcu tę Nową Kuchnię 😍

Książkę przeczytałam, ale zawdzięczam to globusowi w zeszłą sobotę, takiemu nie za strasznemu. Odłożyłam kąpanie Ojczastego i przyległości na niedzielę i leżałam odłogiem podczytując 😁 Ale na samym początku mało nie zrezygnowałam...

(to jest seria jakaś)

Bo jak zaczęłam wgłębiać się w ten wstęp, byłam bliska rzucenia tej publikacji w pierony. A trwał on jakoś ponad 20 stron. Impas przemogłam w ten sposób, że wstęp ostatecznie pominęłam 😂

Ogólnie powiem tak - nie do końca jestem usatysfakcjonowana. Pewnie dlatego, że to ma być praca naukowa, a ja chciałam trochę więcej historii z życia etc. Nie wspominając o tym, że co chwilę czytam, iż o czymś tam trudno pisać, bo brak szczegółowych badań. Eeee no.

A jak rozumieć to? W 1960 roku przymusowe życie wspólnotowe obejmowało około 115 tys. osób na 465 tys. mieszkańców miasta (32%). Z matmy nigdy nie byłam dobra, ale tego jednak nawet ja nie ogarniam - 115 z 465 to 32%???

Coś tam znalazłam ciekawego, o czym nie miałam pojęcia, ale muszę za tym poszperać. Dotyczyło byłych ziemian... 

Wraz z wprowadzeniem w regionie reformy rolnej do Krakowa zaczęły napływać grupy ziemian, licząc na pomoc krewnych lub własnego środowiska. Jako osoby wykształcone mogły one znaleźć pracę w administracji albo gospodarce, gdzie wciąż brakowało fachowców. Miedzy innymi z tego powodu władze oddalały podania takich osób o teoretycznie przysługujące im po wywłaszczeniu comiesięczne zaopatrzenie w wysokości uposażenia urzędnika państwowego czwartej grupy. W kwietniu 1947 r. pobierały je tylko 54 osoby, podczas gdy w województwie przejęto 531 majątków.

Otóż nie miałam pojęcia, że w ogóle takie zaopatrzenie dla bezetów istniało (choć jak widzimy szukano na wszelkie sposoby, jak uniknąć wypłacania).

Za to wielkim plusem jest obszerna bibliografia, tę sobie wyfociłam w całości.

Początek:

Wyd. Wydawnictwo TRIO, Warszawa 2005, 238 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 9 września 2023 roku


Jedyne, co zrobiłam w ten kończący się weekend dla przyjemności, to obejrzałam dwa filmiki z You Tube (wiadomo!). Ktoś z Was mi kiedyś tu polecał profil Jak to daleko i od czasu do czasu zaglądam zobaczyć, gdzie tym razem wałęsa się Kierownik. Właśnie był w Rumunii i tak się złożyło, że zobaczyłam początek i koniec wyprawy 😂

 

 

I tak sobie myślę - a ja? dlaczego ja nigdzie nie podróżuję? też bym się przeszła po jakimś obcym mieście... już chyba nigdy nic z tego nie będzie...


niedziela, 12 grudnia 2021

Tomasz Potkaj - Przekrój Eilego


Przydarzyła mi się wczoraj taka historia. O 16:04 miałam pociung do Dżendżejowa. Rano wstałam, wszystko normalnie. Gdzieś około południa zaczęłam mi głowa mędzić trochę, więc na wsiakij pożarnyj wzięłam jakąś tabletkę, taką zwyczajną, nie Magiczną. Zabrałam się za obiad - a tu nagle JEB: łeb mi pęka. W starym dobrym stylu. Ja już spakowana itede. Co robić? Biję się z myślami, ale w końcu stwierdzam, że nie dam rady. Odszukuję telefon do sąsiadki Ojczastego, na szczęście jest w domu, proszę ją, żeby do niego poszła i wyjaśniła mu, że nie przyjadę, że będę za tydzień. Oczywiście wszystko staje na głowie, ja tu przecież i spakowana i ogarnięta na wyjazd i plany na przyszły weekend, no ale cóż począć, ledwo na oczy widzę. Jeszcze daję radę w internecie anulować bilety.

Obiad rozbabrany udaje mi się wykończyć (z myślą, że cholera jasna, gdybym od razu zrezygnowała z tego wyjazdu, to bym w ogóle nie brała się za gotowanie - ale jeszcze nigdy tak nie było, żebym musiała przełożyć, dla mnie całkiem nowa sytuacja i trudna decyzja...), a nawet zjeść. I wtedy - przy stole, w trakcie jedzenia - nagle stwierdzam, że - PRZESTAŁO! 

No nie boli mnie już ten głupi łeb!

Jaciekręcę!

Jest 14:50, tramwaj jest o 15:10, tylko się ubrać i wyjść. No, ale biletów już nie mam, Ojczasty zawiadomiony, sąsiadka z dołu usłyszy, jak przyjadę i jeżdżę odkurzaczem i pomyśli, że zawracam de bez potrzeby... 

Zostałam.

Ale wiecie, że z takim wyrzutem sumienia?

W ramach ekspiacji kupiłam bilety na następny weekend oraz zaordynowałam, że następnego dnia (czyli dziś) przyniesiemy choinkę z piwnicy, skoro w ostatni weekend przed świętami mnie nie będzie. Bośmy choinki nie ubierały już dawno...

No a biografia Eilego - smutna. 

To znaczy tak: autor włożył niewątpliwie masę pracy w wyszukanie archiwalnych materiałów i ludzi, którzy mogliby jeszcze dać świadectwo i tu jego wielka zasługa. Tylko po pierwsze, jeśli chodzi o mnie, to nie tyle ciekawa kompozycja, jak to określił Czuma na okładce, co chaotyczna opowieść. Ale przypuszczam, że Czuma miał na myśli dokładnie to samo, tylko ładniej wyraził 😏

A po drugie, mam wątpliwości, czy chciałam wiedzieć o tych związkach z esbecją, o tych tajnych współpracownikach. Ale to już MÓJ problem, autor co znalazł, to umieścił. Trochę mi niszcząc złudzenia.

Natomiast smutna, bo przeczytasz, człowieku, te prawie czterysta stron i zostaniesz z wrażeniem, że no niby owszem, i Eile i Ipohorska dokonali wielkiego dzieła, w końcu Przekrój to historia PRL-u, ale w gruncie rzeczy dokonali żywota poniekąd w zapomnieniu i takim poczuciu klęski, zamiast cieszyć się swoim dorobkiem.


Coś dla Moniki 😀

I jeszcze dla niej:

A to mój osobisty akcent. Już o tym przy jakiejś okazji wspominałam - mieszkałam z przyjaciółką na stancji u wdowy po Brzeskim. Która nas zanudzała opowieściami, a myśmy nimi nie były w ogóle zainteresowane, ach ta durna młodość 😕 Co bym dzisiaj dała, żeby nie tylko tych opowieści wysłuchać, ale jeszcze dopytać o to i owo (dziś bym wiedziała, o co, wtedy nawet nie słyszałam o jakimś Brzeskim z Ikaca)!


40 tys. prywatnych aut w Polsce! Co za szczęśliwe czasy!

 

A ten cytat stąd, że tak się w życiu plecie. Właśnie przyszło na Fabrykę zaproszenie na wernisaż Anny Güntner w NCK - i nic by mi to nie mówiło, gdyby nie przeczytana właśnie książka. Była łapanka, czy ktoś pójdzie, nikt się nie zgłosił, a ja w pandemii też nigdzie przecież nie chodzę poza sklepem i robotą, ale po przeczytaniu artykułu na Wybiórczej zastanawiam się, czy jednak się do Huty nie wybiorę (czasu dużo nie ma, wystawa do 16 stycznia).

 

Kapitana Sowę niedawno sobie przypomniałam, bardzo sympatyczny serial, głównie o rzucaniu palenia, a jak się poczyta, jak to z tym paleniem w Przekroju było, to wszystko jasne 😂



Początek:

Koniec:

Wyd. MANDO, Kraków 2019, 380 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 8 grudnia 2021 roku


Wróciłam na Fabryce na stare śmieci, skoro nowa sekretarka z konkursu po pięciu miesiącach od tegoż wreszcie została oficjalnie zatrudniona. Czuję się teraz wyizolowana ze wszystkiego, o wszystkim dowiaduję się po fakcie (na przykład o ataku furii nowej księgowej - ciskała papierami i obsobaczyła Derechcję, która cichutko wróciła do siebie na górę), ale za to mam czas na prywatę 😁

W którymś momencie kątem oka dostrzegam ruch za oknem. Na pierwszym piętrze! Rany boskie, co to było? Rzucam się na parapet, otwieram - a to panowie się do budynku obok dostawali...


No, a jeszcze w ramach obsługi tego wachlarza skierowań udałam się na Kopernika zrobić badanie osteoporozy, jakoś tak rankiem, przed robotą - i bez kozery powiem, że JAK DOBRZE WSTAĆ SKORO ŚWIT, JUTRZENKI BLASK DUSZKIEM PIĆ 🎵🎵🎵 Oczywiście pod warunkiem, że słoneczko świeci!

Ta menora na Małym Rynku czy pseudo menora to nie wiem z jakiej okazji, nic nie znalazłam na jej temat, ale za to kolega z Fabryki opowiedział, że właśnie robił jej zdjęcie, gdy jakieś kobiety obok zaczęły nadawać. Iż to dla uczczenia tych Żydów, co mordowali Greków. No i że to skandal oczywiście, a że niektórzy sobie robią selfie. Zapytały, czy kolega jest w ogóle Polakiem? On, ponieważ lubi tak coś palnąć dla wywołania dyskusji, powiedział, że owszem, jest Polakiem z Ukrainy. Tu już zaczęły się hasła Polska dla Polaków. Patrzcie tylko, co ci ludzie mają w głowach. Jak ten naród ma nie być podzielony, gdy taka narracja płynie z telewizora i powiększa sieczkę we łbach?

Zdjęcia mi się niestety powstawiały nie w tej kolejności, co chciałam, ale trudno. Poniżej magistracka choinka w stanie poczętym.

Ta dzwonnica to jedno z najgorszych wspomnień mego żywota. Bodajże przy okazji Małopolskich Dni Dziedzictwa czy czegoś takiego, przed laty, można było się wspiąć na górę. Jak wiadomo, mam lęk wysokości. Jednakże polazłam i włazłam. No, niestety trzeba było też samodzielnie zleźć. O raju raju, człowiek się nie uczy nawet na własnych błędach... Należy jednak podkreślić, że wróciłam do domu w czystych majtkach!

Tu mam taką refleksję, że nigdy nie zrozumiem katolików. Oraz wyznawców paru innych religii takoż - tych, których sednem wydaje się być bicie pokłonów przed bożkami, zamiast życia zgodnego z jakimiś zasadami, głównie nie rób drugiemu, co tobie niemiłe.  Wydaje mi się, że to powinno wystarczyć. Idea adoracji czegokolwiek nie mieści mi się w głowie. Może po prostu nie chwytam konceptu? Ale Jezus zdaje się żadnej adoracji nie wymagał?

Ale zbieranie deszczówki przy tym samym kościele jest ok 😀

Tudzież domki dla owadów.

A tu już insza inszość. Na tabliczce są opłaty za zwiedzanie. W liście wystosowanym na dniach przez proboszcza - o, przepraszam, Infułata - w związku z podwyżkami od Nowego Roku, mówi się o cegiełkach. Cegiełki-wejściówki. Duża cegiełka (dla dorosłych) - 15 zł, mała cegiełka - 8 zł. A więc 15 zł za możliwość obejrzenia ołtarza Wita Stwosza, przypominam - ufundowanego przez mieszkańców Krakowa, w tym tzw. wdowim groszem. A jeszcze to księżowskie gadanie: nie podnoszą opłaty, tylko są zmuszeni zmienić nominały. Uwielbiam!

Na pociechę znowu coś dla Moniki! Patrzysz, Stachu, i nie grzmisz, wąsa jedynie przygryzasz!

A gdyby mnie wyrzucili z Fabryki... Taki fajny zawód: promotor. Wreszcie bym wiedziała, kim jestem. Na niemieckim tylko czekam, aż będziemy o tym mówić - nie mam pojęcia, jak się przedstawić zawodowo, mogłabym ewentualnie uznać się za tzw. biurwę, ale w języku oficjalnym to chyba urzędnik, a to ja nie jestem przecież.

Taki widok kusi mnie każdego ranka. Ale jako że właściciel tego przybytku parkuje swoje czerwone Porsche na Kanoniczej, przez czystą zawiść nie dodam mu ani grosza!

A co w domu? W domu pierwszy raz w życiu suszę pomarańcze na choinkę i obawiam się, że zaczęłam trochę za późno. Niektórzy radzą, żeby to raczej zrobić raz-dwa w piekarniku, ale ja kcem ekologicznie, bez zbędnego zużywania gazu 😂

Właśnie - córka mi przysłała. Bo w ramach ekologii skręcam kaloryfery.


No dobra, nie będę tak ściemniać - w ramach oszczędności.W końcu nowa kuchnia sama się nie zapłaci.

W ogóle zresztą nie rozumiem tych pretensji. Jest zima, pani kierowniczko, więc musi być zimno.

Ale już w ramach ekologii chciałam wyczyścić ruszt bez tej strasznej chemii czyli octem. Com się naowijała, to moje. Godzina nie minęła, a córka wylazła spod pościeli i zamknęła okno, grożąc mi przy tym śmiercią - a przy zamkniętym oknie to wiecie, ocet dość śmierdzi. Więc ruszt nie doczyścił się tak, jak to pokazują na filmikach na You Tube (gdzie jednakże jest zawinięty na przykład kilka godzin). O tych tam palnikach to już nie wspomnę, bo je trzeba namoczyć w misce z octem na długo. Może w lecie?

Szukając różnych oszczędności wypróbowuję chleby z Lidla. Chyba kiepski pomysł i kiepska oszczędność...

Trochę mnie zaniepokoił ten komunikat na pasku. Najpierw on, potem ten wczorajszy atak błyskawiczny migrenowy (hybrydowy?)...



DOMOFON praski - Bábíčková to dość sympatyczne nazwisko, Houbová zaś to taka nasza pani Grzyb. Stary Houba mieszka gdzie indziej albo już nie żyje. Zaś je to na houby oznacza je to na nic albo wręcz je to na hovno. Rozumiemy się?