Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakupowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakupowo. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 kwietnia 2026

Ross Macdonald - Uśmiech śmierci

Nie miałam tej książki i nawet nie wiedziałam o jej istnieniu, a tu w budce się trafiła. Od razu zabrałam się za czytanie, bo Lew Archer to jeden z moich ulubionych detektywów, wiadomo. 

Pod koniec miałam wrażenie, że znam jednak tę fabułę, ale nie, skąd? Ten szkielet w szafie mnie chyba zmylił. Czyta się dobrze, akcja osadzona w powojennym czasie (książka wyszła w 1952 roku), spiritus movens jak zawsze - pieniądze. Dolar rządzi światem, dla dolara zrobi się wszystko. 

Z Wikipedii dowiedziałam się, że istnieje jedna powieść Macdonalda nieprzetłumaczona na polski (The Way Some People Die) oraz że - do licha - jest jeszcze osiem (poza zbiorami opowiadań), których nie mam i nie znam. Jest na co polować. Jest cel w życiu 😁

Początek: 

Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1998, 243 strony

Tytuł oryginalny: The Ivory Gris

Przełożył: Wiesław Horabik

Z własnej półki (od paru dni)

Przeczytałam 21 kwietnia 2026 roku
 

 

Z życia emerytki w Krakowie

Emerytka pojechała na dworzec oblukać ten pociąg, którym będzie jechać do Pragi. Jest tym nieco przerażona, bo tyle czasu ciurkiem wysiedzieć? Bez przesiadki? Ale za to jak już wtarabani walizę w Krakowie, to dopiero w Pradze się z nią będzie bawić, więc czysty zysk.

Niestety nic nie oblukała, bo pociąg okazuje się przyjeżdża z Warszawy, stoi wszystkiego parę minut i w tym czasie dokonuje wymiany pasażerskiej, więc jak już się załadowali ludzie z kuframi, to emerytka bała się wsiąść, że nie zdąży wysiąść, pociąg ruszy - a takie dobrodružství to emerytki jakoś nie rajcuje, zwłaszcza, że nie wie, gdzie następna stacja 😂 Tak że dalej nie wie, jak będzie usadowiona, no ale cóż.

Ta mała wyprawa wystarczyła, by emerytka poczuła się kompletnie zmordowana - wróciła do domu i przebrała się z powrotem w koszulę nocną, że będzie odpoczywać 🤣 Z taką kondycją to w Pradze wiele nie zdziała, hm.

Idąc do tramwaju emerytka zobaczyła taką ciekawostkę:


W przejściu podziemnym koło dworca. Czy ja jestem dziwna jakaś, że mi się to wydaje ABSURDALNE? Taka pazerność??? Mówi się zresztą od dawna, że toalety publiczne powinny być za darmo... 

Akurat rano na FB widziałam rolkę o rzekomo najstarszej publicznej toalecie w Pradze (postanowiłam odwiedzić 😁). Temat się zgrał.
 

Ktoś zamieścił na FB post, że odda duży zbiór książek jednej osobie. Ze zdjęć faktycznie wygląda na duży - regały do sufitu w kilku pomieszczeniach. W komentarzach:

- chętnie wezmę kilka

- oddać do biblioteki

- czyżby prywatna biblioteka profesora? (no bo przecież tylko profesor może mieć dużo książek, najwyraźniej)

- chętnie przygarnę wąski regał

- szkoda, że ktoś nie umie docenić ogromu potencjału na tych pułkach (tu ktoś przytomny odpowiedział, że szkoda, że ludzie nie przykładają się do ortografii)

- dlaczego tylko jednej osobie

- chętna na część

- chętnie odwiedzę i przeglądnę książki- wezmę kilka 

Czytanie ze zrozumieniem kwitnie w narodzie.

A ja dostałam takiego maila:

Ha ha naiwni, już potwierdzam.

Gdyby napisali, że 45 zł, to może bym się nabrała, bo tyle jakoś płacę za gaz 😂 Oczywiście żadne gazownie, prądownie i spółdzielnie nie zwracają nadpłat, tylko zaliczają a' conto przyszłych płatności, to osobna sprawa.

I ostatnia sprawa emerytki: będąc w Lidlu po mleko rzuciła się mię w oczy patelnia, jak by to powiedziała Młoda Lekarka. Wcale nie byłam na kupnie, ale ostatnio zauważyłyśmy z córką, że nasza duża teflonowa patelnia jakoś tak na środku się wypuczyła czy co, bo się tam przypala nieco. A że mam jeszcze 450 zł do końca miesiąca 🤣 to wzięłam tę stalową. Ale takiej nigdy nie miałam i zapytowywuję się, czy używacie i co myślicie etc. Na wszelki wypadek trzymam paragon.
 



piątek, 22 sierpnia 2025

Stanisława Domagalska - Jeszcze nie teraz

Co to za seria? Nazywa się Przeczytaj, to ciekawe.

Wydawnictwo pisze na okładce o opowiadaniach ze słonecznikiem. Wychodziły w latach 1974-1979, więc może już byłam za stara na nie i dlatego nie znam. Przynajmniej sądząc z treści tej książeczki (znalezionej w knihobudce), gdzie bohaterami jest dwójka dzieci z klasy IIA.

Całkiem pouczająca lektura, pokazująca, jak nieprawidłowe zachowanie nauczycielki - przeczytała na głos w klasie treść liściku miłosnego od Piotrka do Ani - może wywołać tsunami w postaci decyzji wspólnej ucieczki z domu. I zabawna, bo wyobrażenie dzieci na temat uroków dorosłego życia (po co kotlet na obiad, jak można zjeść lody) i sposobów zarabiania na nie rozbawi każdego. No, może nie drętwych gości inżyniera Skubacza z ostatniej strony...

Jednocześnie opowiadanie przynosi refleksję, że na którym byśmy nie byli etapie życia, traktujemy to, co nam się przydarza, jako wielką katastrofę. 

Postanowiłam książeczkę zatrzymać, jako jedyny posiadany egzemplarz z całej serii, a co tam, malutka jest, gdzieś się ją upchnie. 
 


Początek:

Koniec: 

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1979, 75 stron

Z własnej półki 

Przeczytałam 20 sierpnia 2025 roku

 

A jeśli szukacie informacji o seriach dla dzieci i młodzieży w PRL-u to znalazłam taką pracę - klik. 



Pralczany wypadek 

Przypomnę pewną historię - a kto nie zna, tego napomnę, żeby koniecznie się zapoznał z dylogią o amerykańskiej rodzince.

Pewnego dnia, gdy mąż był w pracy, a dzieci w szkolnych i przedszkolnych przybytkach, pani domu poczuła w kuchni okropny smród, wywołujący duszność i mdłości. Jednocześnie stara lodówka, która do tej pory wydawała z siebie nieustający stukot - ucichła. Sprawa była jasna: to z niej wydobywa się trujący gaz. Skontaktowany telefonicznie warsztat naprawy lodówek polecił natychmiast opuścić dom. Na obiad trzeba było zabrać dzieci do baru (a w piekarniku była kura!). Felerny sprzęt został wytaszczony na dwór i oczywiście zaraz pojawił się samochód firmy produkującej lodówki. Wybór nowego modelu nie był trudny, bo matka od paru lat nosiła się z myślą o zakupie nowej. Sprzedawca zalecił wymycie wszystkich naczyń w kuchni i przy tej okazji dodał, że da duży rabat, jeśli jednocześnie wezmą zmywarkę do naczyń. Mąż podpisał czek. Przy nowych sprzętach stare linoleum wyglądało fatalnie, a dla uzupełnienia ogólnego wyglądu kuchni bohaterka kupiła również nowy obrus. Mąż tylko wzdychał ciężko.

Kilka dni później najstarszy syn poinformował matkę, że dostał od ojca dwusiarczan sodu do robienia eksperymentów, wsypał go do miseczki, dolał jakiegoś kwasu i postawił na kaloryferze w kuchni, a teraz miseczka jest pusta - ulotniło się. Tak, było to wtedy, gdy kupili nową lodówkę (i całą resztę). Ale ojcu lepiej o tym nie wspominać 🤣

 

No. Więc tak. Przyjechali wczoraj panowie z pralką, odłączyli i wynieśli starą, wnieśli nową, podłączyli, nastawili próbne pranie i... nie działa. 

- A prąd w gniazdku to jest? Niech no pani da jakąś przedłużkę.

Wolnej przedłużki pod ręką nie miałam, ale podałam suszarkę do włosów. Nie działa. Spróbowaliśmy jeszcze w gniazdku koło umywalki. Nie działa. Pan poszedł sprawdzać skrzynki.

Pamiętacie, jak pisałam, że w weekendową noc strzeliły korki? Po "naprawieniu" bezpieczników w skrzynce na klatce schodowej sprawdziłyśmy, czy wszędzie się światło świeci, a zwłaszcza w lodówce i to od materaca przeciwodleżynowego, świeciło się, więc ok.

Tyle że opadł bezpiecznik od gniazdek w łazience, ten w skrzynce wewnątrz mieszkania, więc gdy we wtorek chciałam włączyć pralkę...

No ale cóż, mam teraz nową 🤣 która co prawda nie pokazuje, na jakim jesteśmy etapie prania, tak jak poprzednia, ale wyświetla, ile minut zostało do końca. Nie kijem go, to pałką. 

Pan widząc moją minę po tym odkryciu gniazdkowym pocieszył mnie:

- Ta stara i tak już była skorodowana. 

Przynajmniej mieli co opowiadać w pracy 😂

Czy dokupiłam coś jeszcze do nowej pralki? Niechcący tak 😁 Musiałam bowiem pojechać do sklepu oddać coś o nazwie magnetyzer (kupowałam pralkę przez telefon i pan mi to wcisnął, że niby będzie miększa woda; na miejscu okazało się, że mam za blisko ściany kranik i nie mieści się), w centrum handlowym remonty, nachodziłam się i naszukałam sklepu, a po drodze zobaczyłam, że niby sale do 70% w czymś o nazwie Homla, wlazłam i znalazłam ceramiczny pojemnik na sól z bambusową przykrywką, no i tak jakoś stwierdziłam, że dosyć trzymania soli w starym wyszczerbionym kubku 🤣 Po czym w domu córka orzekła, że lepiej będzie dać do niego herbaty ekspresowe i na tym stanęło. Czy mam jechać po drugi na sól?

/nie, nie zamierzam, z powodu pralkowego wydatku do końca miesiąca oszczędzamy; dobrze, że nie musimy kupować wyprawki szkolnej/ 


 

 

Ojczasty potoczył się przed chwilą do naszego pokoju, pomacał kaloryfer i ze smutkiem stwierdził, że nie ogrzewają... 


niedziela, 6 lipca 2025

Sławomir Koper - PRL na czterech kółkach


 Koper to specjalista od wszystkiego, co nie zachęca... no ale jakoś tak w bibliotece mi wpadł w ręce ten PRL na czterech kółkach i choć w PRL-u nie miałam do czynienia z czterema kółkami, to wzięłam do przeczytania. Faktem jest, że nigdy w rodzinie (tej najbliższej) nie mieliśmy samochodu, więc te wszystkie syrenki, trabanty i maluchy ominęły mnie. Brat dopiero sobie sprawił pierwszą mydelniczkę, ale to już nie był PRL.

Natomiast doskonale pamiętam z czasów dzieciństwa, że było mi niedobrze, gdy przyszło jechać samochodem z jakiejś okazji, a już w autobusie torsje (nazwijmy to tak delikatnie) były na porządku dziennym, dlatego jeździło się pociągami, jeśli była taka możliwość. 

Dopiero z tej książki dowiedziałam się, dlaczego mnie tak rzygało 😂 W sensie, że była wówczas bardzo marna jakość benzyny i stąd ten okropny smród. 


Dziwna to książka. Zaczyna się anegdotami o celebrytach i gdy już myślę, że tak będzie do końca (i że zaczyna to nużyć), zaczynają się perypetie fabryk samochodów, projektantów, rajdowców... oraz wbrew temu, co deklaruje autor we wstępie, sporo szczegółów technicznych. Generalnie odnoszę wrażenie, że Koper posklejał w jedną całość różne kawałki, a nawet w pewnym momencie widzę, że tak musiało być, bo nagle tłumaczy, czyim synem był Piotr Jaroszewicz, mimo, że w rozdziałach wcześniejszych już sprawa jego powiązań rodzinnych była omawiana.

Zaczynam mieć podejrzenia, że skoro Koper jest autorem 90 książek, jak piszą na skrzydełku, to chyba ma sztab riserczerów i może osób asystenckich*, a sam właśnie skleja wszystko w jedną całość.

* czytałam właśnie, że poprawiony Kodeks Pracy przewiduje, iż w ogłoszeniach o pracy trzeba będzie używać jednocześnie i feminitywów i maskulinatywów, żeby nikogo nie dyskryminować, więc wykręcam się tutaj sprytnie neutratywem 🤣
 




Początek:
 


Koniec:

Spis treści dla chętnych:

 

Ale ale! A' propos czarnej wołgi. Oto wyjaśnienie genezy powstania legendy:


 

Wyd. Harde Wydawnictwo 2024, 298 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 4 lipca 2025 roku 

 

W kwestii lektur

Podawaliście w propozycjach również Lato leśnych ludzi, nie wpisałam go na listę, bo myślę błeeee Rodziewiczówna, starocie jakieś. Aż tu nagle w budce pojawia się mała książeczka we wtórnej oprawie, zaciekawiona zaglądam, co to będzie - a to właśnie to! Wydanie II, nie wiem, z którego roku, nakładem Gebethnera i Wolffa. No to trzeba zabrać 😁

Ale zerknąwszy na pierwszą stronę jestem deczko zniechęcona... 


Kto czytał, niech się podzieli wrażeniami! Czy to aby nie będzie jak Stara baśń? Boję się za to zabrać 🤣
 


W kwestii zakupów

Nie powiodło się z sukienkami, średnio z odkurzaczem, to może chociaż jakieś duperele do domu? Czyli milion rzeczy, bez których można się doskonale obejść, normalnie minimalizm leży i skrzeczy 😂


To szare po prawej występowało jako UWAGA kuchenny ręcznik do rąk. Hm. Kiedyś coś podobnego, ale w formie rękawicy, kupiłam w Castoramie, że do wycierania kurzu. Schowałam do szuflady i oczywiście kompletnie o tym zapomniałam, dopiero teraz coś mi zaczęło świtać, że halo, skądś znam... Mo nic, ręcznik został zawieszony (na nowym wieszaczku), tylko na razie zapominam go używać, siła (nie)przyzwyczajenia 😂



W kwestii rowerów

Córka się uparła, że będzie jeździć i namówiła ojca, żeby jej wyciągnął z piwnicy rower (zawieszony na haku pod sufitem). Ja byłam przeciwna, że sobie może zrobić ziazi w tę złamaną rękę, ale nie podyskutujesz... Stanowczo postawiłam veto, że nie będzie go trzymać w mieszkaniu, no to wymyślili sposób: przypina go do balustrady na ojcowej klatce (u nas się nie da, bo parter, przeszkadzałoby).   

W piątek była się się na nowo zarejestrować w Urzędzie Pracy, ponoć teraz już nie trzeba się meldować co miesiąc? Cztery godziny w kolejce, bo dwa okienka tylko czynne. 

Tymczasem ja z okazji nabycia karty na tramwaj (wreszcie!) wybrałam się z wózkiem zaopatrzyć w parę książek knihobudki na Biprostalu i Orlenie i oto ujrzałam tak zaparkowane rowery. Nowa moda? Wygodniej?



W kwestii podręczników językowych 

Czytałam rozmowę z pewnym młodym człowiekiem baaaardzo nastawionym na naukę i on wspomniał, że błyskawiczne wyniki lingwistyczne uzyskuje między innymi dzięki dobrym podręcznikom. W komentarzach pod wywiadem pojawiły się pytania ale halo, powiedzcie chociaż, jakie to podręczniki i oto jeden z komentatorów wrzucił taką odpowiedź.

Bardzo dużo PRL-owskich podręczników do nauki języków, było znakomitych. Ponieważ książek było mało a chętnych dużo, o wielu tytułach ludzie nie wiedza.

Leszek Szkutnik celował w angielskich podręcznikach. Wyszła tez kilkutomowa pozycja "Essential English"( w USA kosztuje teraz fortunę). I jeszcze legendarny ang -Dobrzycka, Kopczynski.
Do włoskiego polecam - Włoski dla Polaków, Danieli Zawadzkiej..
Do francuskiego - Platkov, Jaworowski - Mówimy po francusku, lub Francuski dla początkujących. I na koniec, świetny podręcznik do łaciny - Łacina bez pomocy Orbiliusza Lidii Winniczuk.
 

Język Francuski dla początkujących - Maria Szypowska.
Le Français mon amour - Godziszewski, Jomini - Balinska, Szkutnik.
No i kazdy z początkujących kursów, ma również wersje dla zaawansowanych. Także spokojnie można się rozwijać.
 

Jak dobrze pamiętam niektóre z nich! A nawet jeszcze posiadam! Trzymam bardziej z sentymentu... 

Jeśli chodzi o mój angielski, dalej nic poza paroma minutami na Duolingo. No nie mam melodii. Do niczego zresztą. Zaraz przyjdzie Męska Siła do Podnoszenia spod Prysznica, będzie kąpanie Ojczastego, a tak już sobie marzyłam, że może odłożymy do jutra... 


środa, 2 lipca 2025

Maria Ziółkowska - Szukaj wiatru w polu

Święcie, święcie byłam przekonana, że niedawno czytałam coś tej autorki. I szukam - i nic. Zdaje się, że ją pomyliłam z Chądzyńską czy kim?

Jest to w każdym razie czwarta książka Ziółkowskiej, przyniesiona w tym roku z knihobudki. Na bogato 😁 Pozostałe to: Ty pójdziesz górą + Powróżyć, karty stawiać + Kocha, lubi, szanuje.

Wybrałam do czytania tę, bo była na wierzchu 🤣 Ach, coraz większy bałagan z tymi książkami. No i uznałam, na podstawie pierwszej strony, że nada się do Lektur na wakacje. W końcu, gdy Franek ucieka z PDM-u, jest koniec roku szkolnego.

Właśnie - PDM. Nie znałam takiej nazwy: Państwowy Dom Młodzieży. Zawsze myślałam, że to po prostu Dom Dziecka.

Ten PDM jest przedstawiony w dość wesołych barwach, muszę powiedzieć. Czy tak wyglądała rzeczywistość? Nigdy nie znałam dziecka z takiego domu (no bo u nas go nie było). Życie w Domu Dziecka kojarzy mi się z przemocą, taka to publicity w prasie 🤔

Franek z wielkim sentymentem wspomina poprzedni PDM, w Sopocie, gdzie zza okna dobiegał szum morza. To trochę tak, jak każdy z nas myśli o dzieciństwie - fajnie było, znajome kąty. Ale jego największym marzeniem jest - odnaleźć swoje korzenie: czy jego rodzice żyją, a jeśli nie, to może ma chociaż dziadków. Ma już 14 lat i pod wpływem pewnego zdjęcia, które mu pokazała PDM-owska kucharka, opowiedziawszy przy tym historię góralskich zaręczyn, uparł się, że narzeczona ze zdjęcia to może być jego matka. Szkolny kolega Szczepan pożycza mu pieniądze i razem ruszają po kryjomu w podróż - Szczepan nie chce pokazać się matce z dwóją z biologii, więc wybiera się do wujka, który jest nauczycielem tego przedmiotu i na pewno go podkształci, a Franek? Franek będzie szukał śladów swej przeszłości w kolejnych instytucjach, w których przebywał od czwartego roku życia, aż w końcu zjawi się u domniemanych dziadków w Poroninie.

Kibicujemy Frankowi, widzimy, że dobry z niego chłopak, tylko gubi go fantazja i ta okropna łatwość, z jaką kłamie, sam nie wiedząc, po co i dlaczego. Co oczywiście później się na nim mści. 

Autorka występuje w powieści jako pisarka z Oliwy, która zainteresowała się Frankiem i poświęciła wiele czasu, by wyprostować jego ścieżki. I ten wątek coś mi przypominał, że niedawno czytałam powieść dla młodzieży, gdzie autorka jest bodajże dziennikarką specjalizującą się w tematyce młodzieżowej... czekajcie czekajcie, coś mi świta...

 

Początek:


Koniec:

Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa1974, 222 strony

Seria "cieniowana"

Z własnej półki

Przeczytałam 1 lipca 2025 roku
 

Jak wspomniałam w komentarzu pod poprzednim postem, olałam sprawę odkurzacza. Spakowałam do pudła, upchnęłam w szafie i niech teraz czeka na powrót mojego brata z Madagaskaru, co nastąpi za 3 tygodnie 🤣

Ale trochę zniechęcona do zakupów poszłam oddać sukienki ostatnio nabyte. Że należy brać tylko to, co podoba się już na pierwszy rzut oka i co pasuje. Bo z jedną z tych sukienek była taka historia, że wzięłam dwa rozmiary, żeby w domu przymierzyć. Oba za ciasne w cyckach, jak zwykle. Znaczy opięte zbytnio. Nawet posłałam córkę do innego sklepu, żeby mi kupiła kolejny rozmiar - kupiła - przymierzam - jeszcze ciaśniejszy 🤣 Jak bonia dydy! O kilka centymetrów! Ja nie wiem, czy oni mylnie metki przyszywają czy co. 

Pod spodem rozmiar MNIEJSZY, na wierzchu WIĘKSZY 😂
 

Poszłam jeszcze do krawcowej, czyby mi nie obcięła trochę z dołu - bo to długa sukienka - i nie zrobiła z tego klinów pod pachą. Owszem, może. Koszt - dwa razy tyle co cena sukienki 😁 No dobra, bo to była tania sukienka, ale taka fajna, bawełniana, na ramiączkach. I w dodatku krawcowa idzie na urlop, więc teraz nic nie bierze. Mówi, że może się materiał rozciągnąć, więc, żeby chodzić w niej po domu (póki nie zdecydowałam, czy oddaję czy nie - z metką). I nawet któregoś popołudnia założyłam. Ale tak mnie ten odkurzacz wkurzył, że powiedziałam sobie DOŚĆ WYGŁUPÓW. Teraz już tylko przemyślane zakupy 😂

Pobrałam z tablicy ogłoszeniowej na osiedlu kwiatuszka, przykleiłam u siebie na słupie (tak, mam słup w mieszkaniu) i good. Całe szczęście, że jest tak gorąco, na żadne zakupy się nie wybiorę 😄 Czytam sobie o motoryzacji w PRL 😎


środa, 25 czerwca 2025

Jean d'Ormesson - Pyszne życie Kazimierza

D'Ormessona kojarzyłam jedynie tak jak niżej czyli z Chwały cesarstwa, która była w domu, ale sam tytuł mnie zniechęcał i nigdy do niej nie zajrzałam. Toteż się niewąsko zdziwiłam, gdy zobaczyłam Pyszne życie Kazimierza wśród tych książek wycofanych z biblioteki, a konkretnie gdy przeczytałam opis.

Jak tak, to bierzemy się za czytanie. 

I było ono bardzo sympatyczne. Ponieważ autor, wzorem wielu innych (choć nie potrafiłabym teraz żadnego wymienić), zaraz na wstępie zastrzega się, że to nie on, że to pocztą przyszło - przypuszczam, iż rzecz odbiega od tego, co zazwyczaj tworzył. Tak, ta nieszczęsna Chwała cesarstwa odbija mi się czkawką 😂 Więc nie twierdzę, że od tej pory będę się uważnie rozglądać za innymi powieściami d'Ormessona, co to to nie. Ale zapoznać się z życiem Kazimierza było warto, choć uprzedzam, że momentami trudno ze względu na mocne osadzenie we francuskiej kulturze - chodzi o wspomniane w zajawce dygresje - bywało, że autor rzucał nazwiskami czy faktami, których nie znałam, a przecież wiem nieco więcej niż przeciętny Polak z tego względu, że uczyłam się języka; oprócz regułek gramatycznych podręczniki zawsze przecież wprowadzają sporą dawkę wiedzy o kulturze kraju.

W każdym razie zabawna to rzecz, lekka, elegancka, francuska w stylu. Toteż ją sobie zatrzymuję na razie, mimo wyrwanej kartki tytułowej. 



Początek:

Koniec: 

Wyd. Prószyński i S-ka, 171 stron

Seria: Biblioteczka Interesującej Prozy 

Tytuł oryginalny: Casimir mène la grande vie

Przełożył: ??? (brak kartki)

Z własnej półki

Przeczytałam 21 czerwca 2025 roku

 

Zabrałam się za sporządzanie kajeciku na Pragę i oto skończył mi się klej. W sztyfcie. Ostatni klej przyniesiony kiedyś z pracy 🤣 A przecież muszę mieć w zeszycie listę książek i filmów, bo bym dublety nabywała... Skoczyłam więc do Lewiatana, a tam - klej w sztyfcie 12.99 zł! Matko i córko, nie miałam pojęcia, że to takie drogie 🙄 O nie, myślę sobie. Wezmę zwykły. Dwa były: szkolny i w płynie. Oba za mniej niż 2 zł. Ten drugi to nie wiem, co za jeden (na razie), użyłam szkolnego. Czyli w założeniu takiego, jaki się 50 lat temu stosowało. Ale nie całkiem, strasznie jakiś lejący był i nawet jest różnica widoczna na zdjęciu poniżej, kartki pomarszczył - ten po prawej to zeszyt majowy, jeszcze sztyftowany, widzicie, jaka gładka strona. Tak że chyba w przyszłym roku szarpnę się na sztyft 😁 

Pamiętam z dzieciństwa, gdy w ciągu tygodnia (w roku szkolnym) mieszkałam u babci - a babcia miała parę kur - że gdy potrzebowałam coś do szkoły wylepić, to rozbijało się jajko i białkiem smarowało...

Czym Wy dziewczyny kleicie te Wasze Artżurnale? 



Co prawda wiadomo, że Temu jest be i nie powinno się tam nic kupować, ale lenistwo zwycięża - lenistwo, bo gdyby poszukać, to te same towary znajdą się pewnie i na allegro (ale w gruncie rzeczy co za różnica, tak czy siak chińszczyzna przecież) - i nabyłam wieszaczki na ręczniki. Bo ręczniki często nie mają przyszytego wieszaka, a taka zakichana gospodyni jak ja to sama se nie kupi kawałka tasiemki i nie przyszyje, to mnie przerasta... więc wzięłam na spróbę, skoro samo mi się wyświetliło, bez szukania. Oczywiście dużego kąpielowego ręcznika to raczej nie utrzyma, ale takie do rąk akurat.


No, to się pochwaliłam nabytkiem 🤣 Dorzucę jeszcze, że wczoraj w Lidlu oko moje padło na odkurzacz ręczny czy jak się toto nazywa i aczkolwiek nigdy w życiu nie rozważałam możliwości nabycia takowego, to jednak wzięłam go pod pachę i poszłam z nim do domu...  Okazuje się, że jest to wygodniejsze niż wyciąganie zwykłego odkurzacza i ciągnięcie go do pokoju Ojczastego, gdy jak zwykle naśmieci wszędzie przy jedzeniu 😂 w dodatku nie trzeba do niego kupować worków.

A teraz apeluję do Nieryby, coby zabrał głos w wiadomej sprawie, bo nie wiem, czy napisał ponownie i nie dotarło czy co.  

niedziela, 27 kwietnia 2025

Maj Sjöwallová, Per Wahlöö - Noční autobus

Ach, znowu mnie pociągnęło w kierunku starego szwedzkiego kryminału. Z 1968 roku pochodzi, a w USA dostał nagrodę Edgar Allan Poe za najlepszy kryminał roku - był to wówczas pierwszy kryminał nie napisany po angielsku, który został tak doceniony.

Zastanawiało mnie, że nie widziałam takiego tytułu po polsku - Nocny autobus. Aż doszłam (na stronie 149) do prezentu, który komisarz Martin Beck dostał pod choinkę od córki. Była to stara płyta z piosenką Śmiejący się policjant. Nooo, to już byłam w domu, bo taki tytuł znam; okazało się, że tak brzmi również w oryginale, Czesi sobie zrobili inny. Książka została też w Stanach sfilmowana, z tym, że akcję przeniesiono do San Francisco.

Akcja jest taka, że w pewien listopadowy zalany deszczem wieczór ktoś otwiera ogień i morduje ośmiu pasażerów autobusu linii 47, łącznie z kierowcą. Jest to pierwsze masowe zabójstwo w Szwecji, więc nic dziwnego, że wywołuje szok. W dodatku okazuje się, że jeden z zabitych to policjant, współpracownik Becka. Czy to dzieło szaleńca czy też chodziło o pozbycie się tylko jednej osoby, a resztę zastrzelono niejako przy okazji? Czym zajmował się ten zabity policjant, jakim śledztwem - nie sposób do tego dojść. Bo to może być nitka wiodąca do kłębka.

Nie ma tu wiele akcji, ale rzecz trzyma w napięciu, śledzimy codzienną żmudną pracę policji, pogardzanej zresztą przez społeczeństwo. Podobało mi się, oczywiście - jak zawsze powieści tej spółki, no a już zwłaszcza po czesku 😁 Mam chyba jeszcze dwie po czesku nieprzeczytane, muszę je oszczędzać, żeby mi coś zostało na gorsze chwile, bo to naprawdę duża przyjemność!

No, a teraz zajrzałam do katalogu i... mam to po polsku 🤣 stąd znałam tytuł 😂 Jaciekręcę, ale skleroza! Za jakieś dwa-trzy lata sobie przeczytam.

 


 


Początek:

Koniec: 

Wyd. Mladá fronta, Praha 1978, II wydanie, 175 stron

Seria: Smaragd - ponoć w niej wyszło 137 kryminałów (głównie), ja ich mam siedem; pamiętam, że w zeszłym roku sporo ich było w pudłach po 10 koron, ale już nie miałam miejsca...

Tytuł oryginalny: Den skrattande polisen

Przełożył na czeski: Miloslav Žilina

Z własnej półki (chyba z pudła po 10 koron)

Przeczytałam 22 kwietnia 2025 roku



Wstąpiłam wczoraj do Pepco na kontrolę. Płaczę bowiem, że klapki, które kupiłam w zeszłym roku i do których się po dekadach chodzenia jedynie w pełnym obuwiu wreszcie przekonałam, że te klapki się zużyły i nie mam na to lato. Córka mi cały czas powtarza, że trzeba sprawdzać, bo oni nieraz rzucają zeszłoroczne modele (albo niesprzedane zapasy?). No i wchodzę, a tu SĄ! SĄ! Dzwonię do domu, żeby mi dziołcha sprawdziła, jaki to był numer. Numer się starł, ale poczekałam na wolną przymierzalnię i wyszło na to, że lepiej 38 niż 37. Dziołcha powtarza weź dwie pary od razu, żebyś znowu we wrześniu nie jojczyła. No to tak zrobiłam. 

A dopiero w domu porównałam i zobaczyłam, że to nie są takie same klapki. Stare miały z tego płótna szachownicę, a nowe mają taki węzeł, który nie wiem, czy nie będzie obcierał (mimo że to tylko płótno) 🤔 No cóż, postanowiłam chodzić w jednych na razie po domu i sprawdzić, gdyby obcierało, to te drugie oddam, nie odrywam metki. Mam na to 30 dni.


A' propos dziołchy domowej. Siedzi sobie na ławce na osiedlu i opala się. Przechodzi sąsiadka, ta która doglądała Ojczastego, gdy byłyśmy w szpitalu. Pyta, jak tam ręka, po czym w bonusie chce się dowiedzieć, jak ze szkołą, czy uczęszcza w tej sytuacji.

- Yyy, z jaką szkołą?

- No nie wiem, liceum?

- Ja mam 32 lata...

Mina sąsiadki ponoć nie do zapomnienia 🤣 To już enty raz, gdy córkę o szkołę pytają. Może powinna zacząć do jakiejś chodzić?

Właśnie, ręka. Przyszła powiastka z Urzędu Pracy, że 15 maja minie 90 dni, gdy jest na zwolnieniu (zwolnienie opiewa do 21 maja). Patrzymy na siebie z pytaniem w oczach no i co z tego. A tu małymi literkami na dole:

[...] traci status bezrobotny, który pozostaje niezdolny do pracy wskutek choroby [...] przez nieprzerwany okres 90 dni.

Kuźwa, myślę sobie, gdybym wiedziała, prosiłabym lekarza, żeby zrobił dzień przerwy między kolejnymi zwolnieniami. Ale nie!

[...] za okres nieprzerwany uważa się również [...] w sytuacji, gdy każda kolejna przerwa między okresami niezdolności do pracy wynosi mniej niż 30 dni. 

Tak że - albo zgłasza się 14 maja z gotowością albo ją znowu wyrzucają i nie ma już prawa do korzystania z opieki zdrowotnej. Tak. Neverending story. Oczywiście ręce daleko do sprawności, choć to się poprawia, ale kudy tam jeszcze.

Czyli bezrobotny nie ma prawa chorować. Ja się pytam, co gdy na ten przykład ktoś zachoruje na raka. Zostaje potem bez ubezpieczenia? 

14 maja ja jadę do tej Pragi, tak więc ruszymy rano  jednym tramwajem, a ja potem będę czekać na wiadomość, co powiedzieli i czy tylko odfajkowali czy też dostała jakieś skierowanie do roboty albo co. Brakowało mi właśnie tego nerwu na wyjazd 😠


piątek, 20 grudnia 2024

Magdalena Okraska - Nie ma i nie będzie

Było wśród nowości w bibliotece, zainteresowało. Odkładałam na potem, ale inny czytelnik sobie zamówił i muszę oddać w poniedziałek, więc się sprężyłam 😁

Takie tematy mi leżą dość. Jak wiele osób z mojego pokolenia - co nie znaczy, że wszyscy - nie potępiam w czambuł PRL-u, doceniam wiele rzeczy, które wówczas zrobiono i zawsze mi bardzo przykro, gdy słyszę o zmarnowanym potencjale, o tych okropnych latach 90-tych, o zamkniętych fabrykach, rozprzedanych/rozkradzionych maszynach, o niedoli zwykłych ludzi, którzy z dnia na dzień tracili pracę, a innej nie było i nikogo to nie obchodziło, że wbij zęby w ścianę albo idź kraść.

Jeśli ktoś też tak ma, to powinien przeczytać Nie ma i nie będzie. Jeśli nie ma i uważa, że wszystko w tej transformacji poszło najlepiej jak mogło, powinien przeczytać tym bardziej. Niech mu się nieco otworzą oczy. 

Magdalenie Okrasce zazdroszczę talentu do rozmów z ludźmi. Tak, bo trzeba mieć do tego talent, żeby umieć zagadać do obcych tak, że się otwierają i podają na tacy całe swoje życie. Może pomagają te wielkie niebieskie oczy?

Przy okazji - na FB ktoś narzekał na te naklejki biblioteczne z tyłu książek, że zasłaniają tekst. I odezwały się osoby pracujące w bibliotekach - okazuje się, że nie mogą sobie wybrać miejsca na okładce, tylko te kody muszę być u góry z prawej, bo co? bo służą do szybkiego sczytywania, gdy się robi skontrum. Jedną ręką się wysuwa książkę z półki, drugą sczytuje maszynką i siup z powrotem na półkę. Kolejna tajemnica wyjaśniona 😉
 


Początek:

Koniec:

O czym mowa, gdyby ktoś z Was był stamtąd:


Wyd. Ha!art, Kraków 2022, 302 strony

Z biblioteki

Przeczytałam 19 grudnia 2024 roku


Zaległości, cz.1

Z miesięcznym opóźnieniem odbyła się impreza pożegnalna na Fabryce. Generalnie składkowa, a ja obiecałam zrobić quiche lorraine. Zawsze, gdy okrawam brzegi ciasta, to potem z tych resztek lepię jeszcze taką malutką quichkę, akurat się mieszczą w piekarniku te dwie foremki. Zbierałam się do wyjścia nakrywszy dużą formę jakąś bambusową misą na owoce, na to tę małą w plastikowym pojemniku i jeszcze drugi pojemnik z placuszkami ryżowymi. Mówię sobie no, jak ja się z tym nie wywalę po drodze, to będzie cud. Ale dotarłam do tramwaju bezpiecznie, rozłożyłam się z całym tym nabojem, dojechałam. A wysiadłszy u celu zapragnęłam przełożyć siatę z lewej ręki do prawej... No to już się domyślacie 🤣 Zbierałam pojemniki z ziemi, dziewczyny jakieś na przystanku mi wszystko trzymały... Cóż, kiszom to nie zaszkodziło, ale mała foremka pożegnała się z życiem. Mam jeszcze taką średnią, ale ta razem z dużą nie mieści się razem w piekarniku. Żeby tak prawie na miejscu wywalić, to trzeba mieć zdolności, nie?

Cały ten komplet dość pamiątkowy - przywiozła mi go z Francji tamtejsza psiapsióła w czasach, gdy jeszcze nam się IKEA nie śniła.

 

W ramach geszenków nadostawałam różne różności, aż mi to było krępujące, powiem szczerze (nie przypominam sobie, żeby tak czczono kolegów wcześniej odchodzących na emeryturę). Między innymi torebkę. I wracając do domu podjęłam wiekopomne zobowiązanie - wywalę wszystkie stare. Dość trzymania rzeczy na zaś, na wszelki wypadek, bo się przyda, bo szkoda etc. Na drugi dzień zdjęcia i na Śmieciarkę. Udało się wypchnąć osiem sztuk zaszłości 😁 Zobaczymy, kiedy zacznę płakać, że ach, miałam kiedyś. Zastrzelcie mnie wtedy. 

Zostawiłam sobie tylko plecaczek, z którym teraz chodzę do knihobudek i jedną torbę letnią. No i tę nową, z którą wystąpiłam ostatnio na wernisażu. A' propos - przysięgłam sobie, że to był mój ostatni wernisaż w życiu. Poszłam, bo musiałam, kolega wystawiał, ale okazało się, że już nie jestem w stanie zdzierżyć takich imprez, że nie cierpię i po pół godzinie (jeszcze nie skończyły się mowy) uciekłam na świeży krakowski luft rynkowy 🤣 naprawdę haust powietrza 😂

Wracając do pożegnania - jest to niewątpliwie dziwne uczucie, miejsce, w którym spędziłam ćwierć wieku, nagle staje się przeszłością. Ciągle tam jeszcze zaglądam, zabierając nagromadzone przez te lata rzeczy (książki) - i nie mogę uwierzyć w to, że powinnam się teraz zachowywać jak gość 😉 


Śmieją się ze mnie, że ja teraz ciągle róże i fiolety i pewnie dlatego wpadli na pomysł tego zakupu... W życiu nie chciałam storczyka (w ogóle w roślinach doniczkowych lubię zielone liście, a nie kwiaty), a teraz mam i zastanawiam się, jak prędko go uśmiercę. Nawet nie wiem, co taki storczyk je, powiedziały mi tylko dziewczyny, że nie należy go podlewać bezpośrednio, tylko do podstawki.

A skoro już o różach i fioletach mowa. Pojechałam do Auchana po kalendarz, a tam kurtka taka wisi. Ach, wreszcie coś innego, a nie wiecznie czernie i granaty! Buch z nią do przymierzalni - za ciasna w cyckach oczywiście. A była tylko jedna! Wróciłam do domu i wypłakuję się córce w kamizelkę. 

- Ale przecież jest więcej Auchanów w Krakowie, mówi.

Internety. O, w Bonarce jest. Lu do Bonarki (tak się napaliłam, a przecież nienawidzę galerii handlowych). A tam pięć kurtek wisi, w różnych rozmiarach 😍 Ależ szczęśliwa wracałam! 

I słuchajcie - wydałam na Śmieciarce jeszcze pięć kurtek/płaszczy! Szczęśliwa i dumna.


Teraz jeszcze zdobyć się na przetrzebienie reszty ciuchów i będzie gut.

Ale wiecie, coś ubywa, czegoś przybywa. Pan z ochrony na Fabryce dostał wielką pakę i mówi, że to wieża taka porządna, że się zdobył wreszcie na zakup. Gadu gadu, że ja od dawna chcę, ale nie mam miejsca, a on, że jest jedna taka nieduża... no i namówił. Miejsca dalej nie mam, więc stoi na oknie 😁 Ale mam upatrzone takie, gdzie będzie mogła stanąć potem (rozumiemy się). Wiadomo, że chodzi tylko o możliwość słuchania muzyki z CD, których pełna szuflada, a nie o jakieś super parametry. Właśnie, oglądałam też ostatnio laptopy różne tanie i patrzę, w żadnym nie ma odtwarzacza. Poszłam dopytać - no już nie robią, bo zajmuje miejsce, które lepiej przeznaczyć na chłodzenie czy jakoś tak, pan mi powiedział. Do czego to doszło!



Na Śmieciarce dziewczyna chciała oddać 5 kg bilonu, więc posypały się dobre rady. Tak dowiedziałam się, że w NBP na Basztowej jest maszyna, a nawet dwie, które zliczają wsypane na tackę monety i wydają kwitek do kasy, gdzie z kolei wypłacają równowartość. To zabrałam swój słoik i pojechałam. Ruch tam jak na Marszałkowskiej, maszyny cały czas zliczają. Zliczyły i moje. Teraz zagadka - ile w kasie za to dostałam? Było 1289 gramów.

To oczywiście w ramach kontynuacji porządków. Jak widać poniżej, prawie gotowe (prawie robi różnicę itd).


W papierach znalazłam kartkę ze studenckich czasów - pokój 224 w Nawojce. Także zarówno było jednym z ulubionych powiedzonek, a Tadziu T. ewidentnie nawiedzał nasz pokój (czteroosobowy) dla mej skromnej osoby, z czego dziewczyny miały nieustający ubaw. Tadziu T. przynosił dla niepoznaki cztery bukieciki oraz piąty dla myszy, która mieszkała pod umywalką (była takowa we wnęce). Oczywiście ta miła pamiątka została schowana do pudła z korespondencją (które będzie trzebione dopiero kiedyś tam).


 

Ciąg dalszy zaległości już za chwilę (czytam Agatę Christie).

Tymczasem zaległe przebieżki.

Piątek 29 XI: 2.656 kroków - 1,6 km

Sobota 30 XI: 10.131 kroków - 6,6 km

Niedziela 1 XII: 5.954 kroki - 3,9 km

Poniedziałek 2 XII: 10.392 kroki - 6,8 km 

Wtorek 3 XII: 11.361 kroków - 7,6 km

Środa 4 XII: 7.138 kroków - 4,8 km

Czwartek 5 XII: 10.199 kroków - 6,3 km

Piątek 6 XII: 1.596 kroków - 1 km

Sobota 7 XII: 4.687 kroków - 2,7 km

Niedziela 8 XII: 7.926 kroków - 4,7 km

Poniedziałek 9 XII: 11.727 kroków - 7,4 km

Wtorek 10 XII: 2.188 kroków - 1,2 km

Środa 11 XII: 8.873 kroki - 5,2 km

Czwartek 12 XII: 8.093 kroki - 5,7 km

Piątek 13 XII: 9.510 kroków - 6,4 km

Sobota 14 XII: 571 kroków - 0,33 km

Niedziela 15 XII: nie wychodziłam, nic, zero, null

Poniedziałek 16 XII: 12.138 kroków - 7,7 km

Wtorek 17 XII: 7.691 kroków - 4,4 km

Środa 18 XII: 15.974 kroki - 10,1 km

Czwartek 19 XII: 9.176 kroków - 5,9 km

Piątek 20 XII: 3.748 kroków - 2,4 km