Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura austriacka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura austriacka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 marca 2026

Franz Werfel - Śmierć drobnomieszczanina

Przyjdzie taki Franz Werfel i diabli wiedzą, jak go zaszeregować. Urodzony w Pradze, ale w rodzinie żydowskiej i pisał po niemiecku (niczym Kafka). Mieszkał potem a to w Austrii a to w USA. Trudno, daję pod literaturę austriacką.
 


O Werflu do tej pory nie słyszałam, aż tu wyciągnęłam ze stosu od Szyszkodara ten drobiazg. Bo jechałam na koniec świata oddać tę nieszczęsną książkę o Czechach, więc akurat do czytania w tramwaju. 

I powiem Wam, że bardzo bardzo. Historia drobnomieszczańskiej rodziny w Wiedniu, niegdyś z ambicjami (ojciec pani Fialowej był cukiernikiem w Kralowicach), dziś zdegradowanej: pan Fiala był co prawda portierem w imponującym mundurze, ale go zredukowano i teraz wysiaduje w jakimś magazynie za nędzną pensję; żona wiadomo, przy mężu, syn Franuś, epileptyk, nie może znaleźć pracy, a siostra pani Fialowej, zwykła posługaczka, trzęsie całą rodziną. Kiedyś mieli 4-pokojowe mieszkanie, ale teraz gnieżdżą się w jakiejś dziurze, bo pan Fiala, żeby zabezpieczyć rodzinę, sprzedał tamto duże mieszkanie i pieniądze ulokował. W czym? 

W tej samej kamienicy mieszka agent ubezpieczeniowy pan Schlesinger. Ten go przekonał, że nie warto trzymać pieniędzy w banku (banki bankrutują) - lepiej się ubezpieczyć na życie. Pan Fiala musi tylko dożyć 65 urodzin. To zabezpieczenie trzyma pana Fialę przy życiu, bo chodzi o to, żeby Franuś nie musiał iść do zakładu, a żona do przytułku dla starców.

Cóż, kiedy i on się rozchoruje, trafi do szpitala. I tam stanie się ciekawym przypadkiem, bo wszystko wskazuje na to, że śmierć nastąpi lada moment - ale nie! Pan Fiala uparcie żyje, bo musi doczekać urodzin przecież!
 

Spodobała mi się ta książeczka, opisy codziennego życia, sprowadzonego do nędznej egzystencji, ale ciągle zawierającego elementy baśniowe: gdy żona piecze babkę na imieniny męża i wyjmuje z szafy obrus z dawnych czasów; gdy pan Fiala gładzi główki porcelanowych fajek, które dostał od dawnego szefa - nigdy nie palił, ale to po prostu symbol; gdy pan Schlesinger zabiera do szpitala wielkie wydanie poezji Heinego ze złotym brzegiem jako resztkę biblioteki swoich rodziców...

Początek:


Koniec:

Wyd. PIW, Warszawa 1966, 77 stron

Tytuł oryginalny: Der Tod des Kleinbürgers

Przełożyła: Edda Werfel ??? aż się zdziwiłam i poszukałam:

Edda Werfel była żoną Romana Werfla, ideologa partyjnego i naczelnego "Nowych Dróg"; sama po Październiku wystąpi z partii i zajmie się pracą przekładową z niemieckiego, a po Marcu '68 wyemigruje. 

Seria BIBLIOTEKA JEDNOROŻCA 

Z własnej półki

Przeczytałam 25 marca 2026 roku


Takie tytuły w serii podają w 1966 roku. Dawno dawno temu miewałam takie pomysły, że powinnam zgromadzić całe serie różne i nawet odfajkowywałam ołówkiem, które mam. Jakoś się wtedy nie myślało, że mieszkanie ma określoną pojemność (nawet się mieszkania jeszcze nie miało) 😂 W tym wydaniu mam chyba tylko Milczenie morza i Niejaki Piórko. I Cervantesa.



 

Dopadło mnie cosik. Leje mi się z nosa i boli mnie głowa, więc czuję się jak stary kapeć. Nawet w rozmowie z Věrą to ujęłam po czesku, nie zastanawiając się, czy tak się u nich mówi (cítím se jako staré bačkory), ale zrozumiała 😁 Jak to dobrze, że jest weekend i nikt ode mnie niczego nie chce. Bo wiecie, Ojczastego już nie ma, ale teraz sąsiadka zza ściany ciągle o coś prosi. A to jechać z nią do lekarza (trzy godziny siedzenia w kolejce), a to zanieść do przychodni prośbę o receptę, a to zrobić zakupy, a to kupić totolotka. Mam etat normalnie. Są takie dni, że nic się nie chce (albo łeb napiernicza) i najchętniej bym nie wstawała z łóżka... to nie! Zaraz zadzwoni telefon z prośbą. 

Oprócz tego pan listonosz nabrał zwyczaju przychodzenia na kawę podczas obchodu. Nie że codziennie, ale częstotliwość rośnie. Czyli nie mogę sobie pozwolić na leniuchowanie w piżamie, bo nie znam dnia ani godziny.

Zaczyna mnie to już wk... denerwować. 

Więc przynajmniej weekend jest spokojny, sklepy i przychodnie zamknięte, poczta też.

/pod warunkiem, że sąsiadka nie zadzwoni, żeby jej asystować, bo wezwie pogotowie/ 

Ale czy mogę coś z tym zrobić? Nie bardzo. Całe życie jestem ograniczona przez moje migreny. Myślałam, że jak już będę na emeryturze, to nie będę się musiała o to martwić - jest migrena, to leżę sobie w łóżku i niczym się nie przejmuję, niczego nie muszę etc. Aha, to mi wyszło...

Przejdźmy wobec tego do sprawy emerytury właśnie. Jestem na niej od 4 lat prawie, ale najpierw ciągle pracowałam. Potem, gdy się z Ojczastym zaczęło robić gorzej, z pracy zrezygnowałam, ale była ta jego emerytura, więc spoks. Teraz marzec był pierwszym miesiącem, gdy zostałam o gołym pysku. 

I tu apeluję do wszystkich! Nie bawcie się w żadne działalności gospodarcze - chyba że naprawdę musicie, albo że tyle Wam DG przynosi, że sobie robicie duże oszczędności, inwestujecie czy co tam. Jeśli nie - koniecznie szukajcie pracy na etat.

Mówi Wam to osoba, która po DG ma aktualnie 1886,93 zł emerytury. Nie idźcie tą drogą! Nie bierzcie ze mnie przykładu! 🤣

Żeby nie było: to był mój wybór, oczywiście. Wzięłam, co się nawinęło, było po linii i pracę lubiłam, więc nigdy się na poważnie nie zabrałam za rozglądanie za czymś innym. I nie, że się teraz przejmuję jakoś bardzo. Po co zresztą, skoro nic już nie zmienię.

/w teorii mogłabym próbować szukać czegoś na dorobienie, ale ani mi to w głowie, jak już człowiek się odzwyczai od budzika, to wiecie 😂/

Rezygnując z pracy przed dwoma laty wiedziałam na co się piszę (w sensie, że Ojczasty nie będzie żył wiecznie). Moje założenie było (i jest!) takie, że będę dobierać z oszczędności około 500 zł miesięcznie i że to powinno wystarczyć. Nawet cały czas dzieliłam kwotę oszczędnosci przez 500, żeby wiedzieć, na ile miesięcy/lat mi wystarczy 😂 Zakładam również, że na jedzenie będę wydawać max 200 zł tygodniowo. Wśród stałych wydatków oczywiście są opłaty* i tutaj trudno coś dokładnie przewidzieć, bo to wszystko rośnie. Co miesiąc również kupuję tysiąc koron (obecnie około 175 zł).

* do tej pory miałam dofinansowanie do czynszu od miasta, ale ono się kończy w kwietniu (papiery trzeba na nowo składać co pół roku) i teraz, przy 2 osobach, a nie 3, przekraczamy normę powierzchni - ona wynosi na 2 osoby 52 metry, a nasze mieszkanie ma 52,5... taaaa, pewnie nie dadzą, mimo znacznie niższego dochodu na łeb. A czynsz aktualnie wynosi 755 zł (dopłaty było około 200). Plus prąd, gaz, internet z telefonem stacjonarnym, komórka, karta na tramwaj, prenumerata Wyborczej... no wiadomo, same zwykłe rachunki. 

Pierwszy miesiąc wypadł bardzo dobrze, bo nie było żadnych ekstra wydatków i nawet zostało mi 200 zł - bez sięgania do oszczędności!!! - chciałam co prawda kupić jakieś kwiatki do posadzenia za oknem, ale zimno jest, to chyba nie bardzo. Zobaczymy, jak będzie w kwietniu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zawsze może coś wypaść, coś się zepsuć etc. Zakładam jednak, że na zwykły bezwypadkowy miesiąc powinno wystarczać. 

Po świętach będzie remont, ale te wydatki nie idą z bieżących dochodów 😂 tu trzeba sięgać do kupki. Podobnie, gdy płacę za hotel w Pradze (kartą). Trzynastka i czternastka w zeszłym roku co prawda wystarczyły, jak będzie w tym, nie wiadomo. 

Tak że tak. Biedni emeryci wszystkich krajów, łączcie się!  

wtorek, 29 grudnia 2015

Rainer Maria Rilke - Malte

Lub Pamiętniki Malte-Lauridsa Brigge.
Porwałam się z motyką na słońce, jak się okazuje. Bo najpierw przeczytałam wstęp Mieczysława Jastruna i już brzmiało dla mnie zbyt mądrze... a co dopiero, gdy zaczęłam czytać powieść... Nie, nie było jakoś specjalnie TRUDNO, strona leciała za stroną i już byłam w połowie... tyle że nie przyjmowałam tego wewnętrznie...

A chodziło o kolejny tomik z serii NIKE. Nie zapowiadał się zbyt ciężko.
Bożesz ty mój, ależ obszarpane są te Nike... widać to dopiero na zdjęciu...

No ale oto co na skrzydełku napisało wydawnictwo:

Na drugim zacytowano Jastruna:

Wiadomo, że poeta łatwiej poetę zrozumie. A jak ktoś jest taki przyziemny jak ja... to wzrok mu się prześlizguje po kolejnych linijkach i nic z tego nie zostaje. Wiele razy złapałam się na powracaniu do poprzedniego zdania, bo po prostu nie rozumiałam tego, co czytam. Proza poetycka to coś nie dla mnie, okazuje się. Tak, zgodnie z sugestią Jastruna, ale też z własnego wnętrza pojawiały się porównania z Proustem i nagle taka wielka chęć - nierozdrabniania się na "planowe" książeczki, na jakieś tam Simenony, jakieś Doncowe, jacyś tam Niziurscy - nie, trzeba wziąć dzieło Marcela na tapetę i raz wreszcie dotrzeć do końca. Bo Proust jednak mocniej puka mi do duszy od Rilkego. Rilke zaledwie cichutko skrobie paznokciem. Owszem, były fragmenty, które mnie zainteresowały, ba! wciągnęły - to te z dzieciństwa w Danii, w jakiś sposób przypominające mi ten cudowny film Bergmana, jakże mu tam, Fanny i Aleksander.

Malte to coś pomiędzy powieścią a intymnym dziennikiem młodego człowieka przebywającego od trzech tygodni w Paryżu i obserwującego ludzką nędzę i własną niemoc twórczą. Wszechobecna śmierć i cierpienie to tematy, które zajmują młodego Malte bez reszty. Pojawia się też miłość, kobiety - miłujące, a nie miłowane... bowiem być miłowanym znaczy spalać się. Miłować - znaczy świecić niewyczerpanym olejem. Być kochanym - to przemijać, kochać - to trwać.

Początek:
Koniec:

Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1979, 240 stron
Tytuł oryginalny: Die Aufzeichnungen des Malte Laurids Brigge
Przełożył: Witold Hulewicz
Seria NIKE
Z własnej półki
Przeczytałam 27 grudnia 2015 roku



W TYM TYGODNIU OGLĄDAM

1/ film japoński STRAŻ PRZYBOCZNA (Yôjinbô), reż. Akira Kurosawa, 1961
Na YT w całości po rosyjsku:


Historia samotnego wojownika, który w swej wędrówce przybywa do obcego miasta, terroryzowanego przez dwa zwalczające się klany. Oferuje swe usługi temu, kto da więcej, ale odkrywszy zdradę zleceniodawców, doprowadza do sytuacji, w której obie strony ponoszą klęskę.
9/10

2/ film czeski GNOJKI (Smradi), reż. Zdeněk Tyc, 2002
Cały film:


Film mówi o codziennej tolerancji, miłości i rodzinie.
Rodzina wyjeżdża z Pragi na wieś, chcąc znaleźć lepsze miejsce do wychowania swoich dwóch przybranych synów - Cyganów oraz własnego syna alergika. Ich marzenie o spokojnym i przytulnym 'własnym miejscu na ziemi' szybko pryska gdy młodszy z adoptowanych zostaje oskarżony przez sąsiada o wybicie szyby w samochodzie.
Miejscowi niechętnym okiem patrzą na przybyszy, atmosfera służy przemocy...
8/10

środa, 27 lutego 2013

Robert Musil - Trzy kobiety

Biorąc się za kolejną książkę austriackiego pisarza Roberta Musila, po niezbyt udanej pierwszej próbie z Niepokojami wychowanka Törlessa, byłam pełna obaw.
Czy obawy ustąpiły przyjemności lektury? Nie w pełni. Nie pomogła, nie uspokoiła zajawka ze skrzydełka obwoluty:

Ten wstęp napisał Egon Naganowski, znany specjalista od Musila i Joyce'a. Jego nazwisko znałam od dzieciństwa, bo w domu już od mego urodzenia był obecny Telemach w labiryncie świata :) Zdaje się, że i Podróż bez końca - właśnie o Musilu - też jest, ale to pojawiło się, gdy ja już z domu wybyłam, a więc nie towarzyszyło mi w podróży przez życie :)
Nawiasem mówiąc, to niesamowite, ile książek "znam" jedynie z tytułów, wyuczonych na pamięć w dzieciństwie, gdy szperałam w ojcowskiej bibliotece w namiętnym poszukiwaniu czegoś dla siebie. Potem, gdy biblioteka jako mebel została skasowana, bo nie mieściła już wszystkich książek, pokój ten został przeznaczony dla mnie i brata i podzielony na dwie części przy pomocy dwustronnie dostępnego regału wysokiego aż do sufitu. Łóżko moje znalazło się właśnie przy tym regale, toteż z tytułami swojej strony byłam obeznana jak mało kto... nazwijmy to kieszonkową erudycją :)
I teraz powiedzcie mi, jak to jest możliwe, że moja córka wychowana w takich samych warunkach nie przejęła tych samych nawyków: szperania wśród książek, wyciągania ich z półki i przeglądania... a wreszcie czytania? Geny drugiej połówki?

Ale wracajmy do tzw. ad remu, dość tych jojczeń :)
Całość składa się z trzech nowel.
Trywializując:
To opowieść o tym, jak bohater wysyła do uzdrowiska żonę z chorym synkiem, a sam przyjmuje propozycję przystąpienia do spółki, zamierzającej uruchomić prace w starej kopalni złota gdzieś w górach. Udaje się w te malownicze okolice, flirtuje z chłopkami, aż wreszcie nawiązuje stosunek z jedną z nich, Grigią.

Pan von Ketten żeni się z egzotyczną Portugalką, bo ród ten nie miał w zwyczaju spokrewniać się ze szlachtą zamieszkałą w sąsiedztwie, wolał sprowadzać żony z daleka. Von Ketten zajęty całe życie walką z biskupem niewiele zwraca uwagi na żonę, ta walka jest solą jego życia. Gdy się skończy, zabraknie sensu, trzeba wyszukać innych wrogów: wilka, kotka, domniemanego amanta żony... lub czekać na śmierć.

Młody bohater, choć sam pochodzi z tzw. dobrego domu, jeszcze w dzieciństwie miewa do czynienia z upadłymi kobietami, a dorastając nawiązuje romans z sierotą Tonką, prostą, niewykształconą dziewczyną pracującą w składzie tkanin. Udaje mu się ją wkręcić na pannę do towarzystwa dla starej babki, a po jej śmierci postanawia sam się nią zaopiekować. Opieka młodego paniczyka prowadzi oczywiście do wspólnego nędznego życia, gdy rodzina odcina go od funduszy (on poświęca się studiom naukowym, ona zarabia na życie posadą w sklepie), co kończy się zajściem Tonki w ciążę, a także jej chorobą weneryczną. Od tej pory on bez przerwy się zadręcza, z kim go zdradziła, skoro on chory nie jest, a ona do niczego się nie przyznaje. Przy tym wszystkim nie ma w nim miłości, choć deklaruje chęć małżeństwa.
"Lecz wcale nieprosta to była sprawa, kochać taką prostaczkę".
"I w owej chwili zrozumiał ją wreszcie zupełnie. Była płatkiem śniegu, samotnie spadającym pośród letniego dnia. Lecz już w następnym momencie okazało się, że nie jest to żadne wyjaśnienie, a może po prostu była tylko dobrą dziewczyną..."
"Wówczas krzyknęło w nim wspomnienie: Tonka! Tonka! Poczuł ją od ziemi aż po czubek własnej głowy, poczuł całe jej życie. Wszystko, czego nigdy nie wiedział, stanęło przed nim w owej chwili, przepaska ślepoty zdała się opadać z jego oczu."

Ta ostatnia nowela była jedyną, która mnie zainteresowała, wciągnęła, wywołała jakieś skojarzenia, przypomnienia, reminiscencje... trochę na przykład ze Staroświecką historią Magdy Szabó. Plastyczne sylwetki, uroda świata... a jednak pozostałe opowiadania znudziły mnie setnie.
NIE MÓWCIE MI WIĘCEJ O MUSILU!
(fakt, to ja zaczęłam)

Naganowski konkludował swoją przedmowę:
"Rozpoczynając lekturę dzieł Musila od Trzech kobiet, od trzech historii o miłości i śmierci, o niemożności nawiązania prawdziwego kontaktu między kochankami czy małżonkami, polski czytelnik zapozna się nie tylko z jedną z najbardziej przystępnych książek austriackiego autora, ale zarazem zyska dobry punkt wyjściowy dla apercepcji niesłychanie trudnego Człowieka bez właściwości, w którym prawie wszystkie zasadnicze motywy z wcześniejszych utworów pisarza [...] pojawiają się, rozrastają w głąb i wszerz i ukazują nam się w najrozleglejszych perspektywach filozoficzno-psychologicznych, społeczno-politycznych i artystycznych, stanowiących o wielkości o znaczeniu tego dzieła. W porównaniu z nim Trzy kobiety są tylko drobnymi klejnocikami prozy, lecz już na pierwszy rzut oka widać, że oszlifowała je ręka mistrza."
Co ku przestrodze zamieszczam :)

O, może jeszcze to:
"Przy lekturze Człowieka bez właściwości czytelnik zadaje sobie chwilami pytanie, czy książka jest olbrzymim esejem z partiami powieściowymi, czy też olbrzymią powieścią z partiami filozoficzno-spekulatywnymi, w których fabuła stanowi jedynie wątlutki zaczep lub też w ogóle zanika."
To smacznego!


Tytuły serii NIKE przewidziane na 1963 rok:
Mam jeszcze Babla i Carpentiera - i będę czytać. Natomiast Śmierci Wergilego nie zmogłam za pierwszym podejściem w zeszłym roku, ale nie daję za wygraną :)

Wyd. Czytelnik Warszawa 1963, wyd.I, 167 stron
Tłumaczyły: Teresa Jętkiewicz, Maria Kurecka i Walentyna Kwaśniakowa
Tytuł oryginalny: Drei Frauen
Seria NIKE
Z własnej półki (kupione w antykwariacie za 130 zł jakoś tak chyba w 1984 roku)
Przeczytałam 26 lutego 2013 roku



Książka przeczytana w ramach wyzwania Trójka e-pik:
Własna książka, która na półce czeka już zbyt długo




NOWE KSIĄŻKI nr 2/2013
Zorientowałam się, że nie pokazałam lutowego numeru Nowych Książek, nadrabiam więc zaległość, póki miesiąc się nie skończył.

Szybkie zajawki o różnych omówionych pozycjach.
Besali Zygmunt Stary i Bona Sforza:

Listy Aliny Szapocznikow i Ryszarda Stanisławskiego:

Marek Kwiatkowski - Moja pasja architektura:

Doroty Kudelskiej biografia Malczewskiego:

Stanisława Różewicza wspomnienia:

Radosława Romaniuka pierwszy tom biografii Iwaszkiewicza:

Wojciecha Lipowskiego o sztuce widzenia i pisania Kornela Filipowicza:

I rzecz, która się już przewinęła przez blogi czyli Podróż słonia Saramago:

niedziela, 24 lutego 2013

Robert Musil - Niepokoje wychowanka Törlessa

Pan introligator się nie zmieścił niegdyś z całym tytułem... to był w ogóle aparat, ten introligator z ul. Dietla. Zawsze zrobił jak on chciał, nie jak klient ;) Zdarzyło się raz, żeśmy z moim Ślubnym byli z wizytą u małżeństwa nauczycieli gdzieś na prowincji i tam olśnił nas wręcz wygląd pokoju dziennego (dziś zwanego salonem). Cały był wręcz wytapetowany oprawionymi książkami. - My też tak chcemy - od razu nam serca zawyły i Ślubny zabrał się za robotę czyli wyszukanie zakładu introligatorskiego. Potem już tylko należało wybierać i zawozić książki do oprawy i czekać z niecierpliwością na wyznaczony termin. Ustaliliśmy, że literatury romańskie będą w kolorze bordowym, niemieckie i angielskie zielone, Bułhakow był w czerwonym płótnie, bezdebity brązowe... Impreza nie była chyba masakrycznie droga, skoro stać na to było młode małżeństwo "na dorobku", wiecznych studentów :) Ja tam zresztą nie wiem, to Ślubny płacił :) Dziś, gdy taka przyjemność kosztuje co najmniej 30 zł, ręka by mi zadrżała, bo jednak za te pieniądze można kupić kolejną książkę, nie wspominając o tym ile staroci na allegro można wyhaczyć :)


Pisarz austriacki Robert Musil znany mi jest głównie z... nazwiska. Niepokoje wychowanka Törlessa kiedyś czytałam, ale nie wiem, czy doczytałam, nie pamiętam już. Natomiast od lat myślę, że należałoby przeczytać Człowieka bez właściwości... i tak myślę i myślę... ale nie na tyle, żeby książkę chociaż kupić :) To jeden z tych pseudointeligenckich wyrzutów sumienia, że niby powinno się znać.

Niestety po lekturze Niepokojów..., szczęśliwie zakończonej po 4 dniach, obawiam się, że do czytania Człowieka nie dojdzie w moim przypadku. To jest proza tak drążąca w sobie, że nie do zniesienia dla moich skromnych nerwów.
Ogólnie rzecz w tym, że młody Törless przebywa w konwikcie gdzieś w małej mieścinie na obrzeżach Austro-Węgier, najpierw ciężko przeżywa rozstanie z rodzicami, a potem tytułowe niepokoje, związane z własną seksualnością i moralnością. W klasie rej wodzi dwóch jego kolegów, do których Törless ma też ambiwalentny stosunek pogardy wymieszanej jednak z jakimś wewnętrznym poddaniem. Dochodzi do fizycznego i psychicznego dręczenia trzeciego chłopca, zjawiska nierozerwalnie związanego z internatami (i, myślę, także klasztorami). Tę kwestię młody Törless nieustannie analizuje i filtruje przez pryzmaty filozoficzne.

Przyznam, że ta krótka przecież powieść mnie nieprawdopodobnie znużyła. Jestem przyziemna - tak - szukam w literaturze odbicia rzeczywistości i z trudnością akceptuję taki poziom intelektualny u młodego, może 15-letniego człowieka (ponoć książka jest autobiograficzna). Widzę tu też jakiś zaczyn, jakieś pierwociny ideologii faszystowskiej... i z trwogą myślę o czekającej mnie jeszcze w tym miesiącu lekturze kolejnego tomu Musila (no cóż, zaplanowałam na luty Trzy kobiety z serii NIKE, trzeba plan zrealizować). O wiele chętniej pogrążyłabym się w czysty świat Ani z Zielonego Wzgórza :)

Wyd.Książka i Wiedza, Warszawa 1980, 246 stron, wydanie III
Seria z kolibrem
Tłumaczyła Wanda Kragen
Tytuł oryginalny: Die Verwirrungen des Zöglings Törleß
Z własnej półki (kupione 17 czerwca 1983 roku za 30 zł)
Przeczytałam 23 lutego 2013



ALMA MATER, nr 154 - luty 2013
Pobrałam z redakcji najnowszy numer uniwersyteckiego miesięcznika.

Można w nim przeczytać m.in. o jubileuszu 90-tych urodzin prof. Henryka Markiewicza:

O uroczystości przyznania doktoratu honoris causa Adamowi Zagajewskiemu (jest też tekst wygłoszonej przez Niego mowy):

O Collegium Śniadeckich w Ogrodzie Botanicznym:

O krakowskich mieszkaniach Wisławy Szymborskiej:

Wszystko, jak zwykle, można znaleźć w sieci.

A przy okazji pobierania miesięcznika...

NAJNOWSZE NABYTKI
Znalazłam też na półce "do wzięcia" takie coś:

Pamiętnik studentów chemii 1957-1962
Hyc do torby, bom na wszystko, co z UJ związane, łasa. I dobrze zrobiłam, co stwierdzam po szybkim przejrzeniu wieczorem w łóżku, bo są to miłe opowieści dawnych absolwentów, z klimatem tamtych czasów, a wydane w nakładzie raptem 250 egz., więc raczej trudne do znalezienia :)

Zajrzałam również do Taniej Jatki na Grodzkiej i nie wyszłam z pustymi rękoma:

Na Krew na śniegu (19,50 zł) to sama nie wiem, co mnie podkusiło... a Ginzburg (18 zł) czekała od dawna, film widziałam przecież wieki temu.

środa, 23 stycznia 2013

Ingeborg Bachmann - Malina

Ingeborg Bachmann do tej pory była dla mnie jedynie nic nie mówiącym nazwiskiem. Ot, jakaś Niemka i tyle.
W polskiej Wikipedii informacje szczątkowe, tyle że wiem już, że nie Niemka, tylko Austriaczka. Niemieckojęzycznym czytelnikom lżej, tam autorka jest szerzej opisana.
Na skrzydełku obwoluty siłą rzeczy również kuso:
A więc wybitna poetka, zaś Malina to jej jedyna powieść.
Książkę ujrzałam na biurku koleżanki z pracy, która mało czyta, więc już z samej ciekawości wzięłam do ręki, przeczytałam pierwszą stronę i ... wsiąkłam. Na szczęście koleżanka była na tyle uprzejma, że zgodziła mi się ją pożyczyć :)

Ta pierwsza strona to Osoby: i od razu wiemy, że mamy do czynienia z trójkątem, ich dwóch i ona jedna. A więc Ivan, tajemniczy kochanek, Węgier z pochodzenia, obarczony dwójką dzieci, ale nie żyjący z ich matką. Jest pracownikiem jakiejś instytucji finansowej mieszczącej się w centrum miasta i mieszka przy tej samej ulicy, co bezimienna bohaterka, będąca narratorką powieści. To Ungargasse w III dzielnicy Wiednia.
Drugim mężczyzną jest jeszcze bardziej tajemniczy Malina, wiemy o nim, że jest po czterdziestce, że kiedyś wydał powieść, a teraz pracuje jako niepozorny urzędnik w Muzeum Wojska, że mieszka z bohaterką, ale nie są oni małżeństwem.
I wreszcie Ona - trudny do określenia wiek, jeszcze bardziej trudny zawód: może pisarka? zatrudnia pannę Jellinek jako sekretarkę, odpisują razem na liczne listy, odrzucając rozmaite zaproszenia; udziela wywiadów. Jest beznadziejnie zakochana w Ivanie i spędza dni na oczekiwaniu na jego telefon, na jego przyjście na godzinę, dwie, kilka, na grę w szachy. Angażuje się uczuciowo również w stosunku do jego synów: 5- i 7-letniego Beli i Andrasa, jeździ z nimi do ZOO, wybiera się na karuzelę, zdobywa ich serca...
Z czego żyje? Nie wiadomo. Przychodzą jakieś przekazy pieniężne, jest też Malina, który kładzie koperty z gotówką na różne drobne wydatki, poza tymi przeznaczonymi na czynsz, na jedzenie, na wynagrodzenie dla panny Jellinek i dla Liny, która zajmuje się domem.
A na końcu jest Wiedeń. Kraj bohaterki, z którego niechętnie się oddala (bo przecież powstrzymuje ją obecność w Wiedniu Ivana), ale też i koszmarne wspomnienie miasta zaraz po wojnie, miasta oddanego prostytucji i czarnemu rynkowi.
Są lata sześćdziesiąte, dodajmy.
Ach, jest jeszcze Ojciec. Straszna, zimna postać człowieka mającego władzę i rządzącego bohaterką w jej snach, a będącego upostaciowieniem nazizmu (tak to przynajmniej rozumiem).

I to już właściwie wszystko. Cały dramat rozegra się między tymi osobami. I w głowie bohaterki. W którymś momencie lektury zaczynamy pojmować, że Malina najprawdopodobniej nie istnieje. Że jest to jakaś cząstka samej bohaterki, tak, która jest jej najbardziej oddana, która zawsze zjawia się na pomoc, z którą toczy wewnętrzny dialog. Zaczynamy rozumieć, że nie pisana jest bohaterce długa miłość Ivana, że to uczucie źle się skończy... Nie na darmo Ivan mówi kiedyś:
- Ja powinienem latać za tobą, postaraj się o to, tobie nie wolno latać za mną, potrzeba ci pilnie korepetycji, kto tego zaniedbał, nie udzielił ci elementarnych lekcji? Jesteś zbyt przejrzysta, w każdej chwili widać, co się w tobie dziej, graj, zagraj coś przede mną!
Tak jest, gdy ktoś kocha za dużo, a ktoś inny za mało.

Odnalazłam w powieści zdanie, które widnieje jako motto na jednym z blogów książkowych (kto bywa, ten wie):
Czytanie jest nałogiem, które może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią. Nie, nie zażywam narkotyków, zażywam książki.
I drugi, ważniejszy, cytat:
Gdybyśmy mieli słowo, gdybyśmy mieli język, nie potrzebowalibyśmy broni.
Język jest właśnie bronią bohaterki. Książkę cudownie się czyta, smakuje jej fragmenty. Nie jesteśmy w stanie zrozumieć całkowicie bohaterki, ale też znamy ją jedynie w połowie, bo urodziła się w piątek, w półczepku. Próbujemy wniknąć we wnętrze osoby, która powoli zapada w szaleństwo i która, już to widzimy, odejdzie gdzieś w swój świat, niedostępny dla innych. Czy w ogóle tu była? Wszak Malina mówi:
- Nie ma tu żadnej kobiety. Mówię przecież, że nigdy nie było tu nikogo o tym nazwisku.

Powieść, którą chce się mieć na własność, do której chce się wracać.

Miałam wielką ochotę wyszukać na planie Wiednia, czy Ungargasse rzeczywiście istnieje, ale nie wiem, gdzie ten plan zapodziałam :)
I jeszcze jedno: tak strasznie chcę znowu do Wiednia! No tak strasznie! Co prawda zgłosiłam swój akces na przyszłoroczny koncert Filharmoników Wiedeńskich, więc może - jak mnie wylosują - za rok pojadę :)

Czytelnik 1980, wyd. II rozszerzone, 422 strony
Pożyczone od koleżanki z pracy
Przeczytałam 22 stycznia 2013.