U Hebiusa chyba natknęłam się na ten tytuł, więc zapisałam się do kolejki bibliotecznej. Teraz ta kolejka stoi za mną, więc przeczytałam szybciutko, żeby długo nie czekali 😃
Czytałam dwie pierwsze Szczupaczyńskie, a teraz się zorientowałam, że ominęłam trzecią, Seans w Domu Egipskim, co niewątpliwie nadrobię, choć niekoniecznie w najbliższym czasie. Wszystkie z biblioteki i właśnie myślę nad tym, czy gdyby nie tragiczne warunki lokalowe, to skusiłabym się na zakup tej serii.
Chyba jednak nie. Bo owszem, czyta się to dość przyjemnie, oczywiście ze względu na osadzenie akcji w Krakowie i te galicyjskie klimaty 😊 ale jednak... czy warto zajmować miejsce na półce? To raczej jednorazowa lektura. Nie umniejszam przy tym wielkiej pracy autorów nad znalezieniem olbrzymiej ilości szczegółów z epoki - zakładam, że są wszystkie autentyczne, pieczołowicie wyszperane choćby w rocznikach Czasu albo w dawnych publikacjach, na przykład choćby nazwiska weteranów powstania styczniowego z przytuliska. Tutaj chapeau bas!
Ale ogólnie historie prywatnych śledztw profesorowej Zofii Szczupaczyńskiej aż tak nie wciągają. To taka intelektualna gra z czytelnikiem, na ile zna krakowskie realia sprzed ponad stu lat i trochę na zasadzie znacie, to posłuchajcie.
W przypadku Złotego rogu nawet mi to wadziło, że w tak wielkich ilościach "Szymiczkowa" posługiwała się cytatami z Wyspiańskiego i Boya. Cała ta część poświęcona słynnemu weselu dłużyła mi się bardzo.
Nawiasem mówiąc, ciągle nie rozumiem, po co ta Szymiczkowa, skoro wręcz już na okładce mówi się, kto jest prawdziwym autorem. Może to wyjaśniał Dehnel w jakiejś rozmowie, ale ani mi się nie chce szukać.
Jedynie jako praktyk miałabym taką uwagę: jeśli ktoś zasłania sobie nos przed wyziewami z kanalizacji, żeby nie dostać ataku straszliwego globusa - to na pewno ta chusteczka nie może być perfumowana, na Boga! Od zapachu perfum globus też murowany - niestety wiem, co mówię 😐
Dobrze, a teraz idę poszukać, co znaczy tabetycznym krokiem.
Początek:
Koniec:
Wyd. Znak, Kraków 2020, 317 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 5 czerwca 2021 roku
W ramach przeglądu tygodnia donoszę, iż:
1/ wczoraj Derechcja oznajmiła, że od poniedziałku pracujemy już normalnie (do tej pory wychodziliśmy około 13.30, czasem przy dobrym humorze szefa i o 13.00)
Było to cios w samo serce. No nie mogę w to uwierzyć! Naprawdę pandemia się skończyła?
Teraz trzeba rozstrzygnąć, co z obiadami. W OGÓLE NIE PAMIĘTAM, JAK TO BYŁO PRZED 👀 No przecież nie przyjdę do domu o piątej po południu i się będę dopiero zabierać za gotowanie!
Ale przede wszystkim - masakrycznie mi się znów skróci dzień i niewątpliwie z czegoś trzeba będzie zrezygnować. Na pewno jednak nie z biegania chodzenia! A więc z czego?
2/ nie mogłam zasnąć (coraz częściej mi się to zdarza, na razie obsobaczyłam córkę, że przychodzi pogadać o 22.00, kiedy ja powinnam się wyciszać i pogrążać powoli w senność - o 23.00 muszę gasić), wstałam wyjrzeć przez okno, a tam na trawniku - DZIK! DZIK! DZIK!
Zawołałam córkę, bo nie wierzyłam własnym oczom 😁 A tu spod moich okien zasuwa małe jeszcze! Czyli to locha, tak? Ta najbardziej niebezpieczna, tak? Na osiedlu w mieście, tak?
Obiecałam sobie solennie, że znikąd po nocy nie będę wracać. Rano dzielę się informacją z sąsiadką, która wyszła z psem, mówię:
- I wiesz, co widzę na trawniku?
A ona:
- Dziki.
Mówi, że wracała raz późno z pracy i się natknęła. Ja bym się ZESRAŁA chyba. Zaczęłam szukać w internetach: w zeszłym roku jakiś czytelnik krakowskiej gazety wysłał zdjęcia zrytego trawnika koło osiedla naszego i sugestią, że one gdzieś w krzakach obok żyją. Ponieważ jestem odważna w dzień (a i to nie zawsze), poszłam na swoje chodzenie właśnie tam. Żaden jednak z krzaków nie wyjrzał na ścieżkę, toteż dziś mogę tu do Was nadawać 😂
3/ Firefox zrobił "ulepszenie", niech go... dzięki temu mam już wszystko po czesku, nawet bloggera. Teraz na przykład pisząc posta widzę na pasku słowo odstavec i nie mogę sobie przypomnieć, co tam wcześniej po polsku było 😏 Nasza Klasa z kolei zawiadomiła, że się zamyka, i to chyba dobrze, bo miałam z nią problem. Regularnie dostawałam "prezent" - ale anonimowo, nie mam pojęcia od kogo i dość mnie to gryzło, że ani podziękować nie mogę. No, to będzie spokój 😉
4/ Skończyłam oglądać duński serial DOCHODZENIE, który co prawda miał tylko 6 odcinków, ale dla mnie to i tak jest wyczyn, bo jednak wolę cały film machnąć niż tak się dłubać, nie jestem serialowa.
W tym przypadku chciałam sobie posłuchać, jak po duńsku mówią (wiecie, Gang Olsena i te sprawy 😀). I ten serial - kryminalny - podobał mi się, bo był cały skupiony na pracy śledczej, coś niewiarygodnie żmudnego (miałam tylko jeden problem - bez przerwy w tle dzwoniły telefony, a ja za każdym razem się podrywałam, że to u mnie). A historia autentyczna, zamordowania młodej dziewczyny, dziennikarki, na prywatnej łodzi podwodnej. Nawet mi się nie śniło, że są prywatne łodzie podwodne!
A skoro już jesteśmy na YT, to w zeszłą niedzielę przypadkiem trafiłam na bociany i wiecie co? Dwie godziny się wgapiałam w gniazdo czekając na karmienie 😂 Teraz zajrzałam ponownie i się zdumiałam, jak te bocianiątka przez 6 dni urosły.
Ach, i jeszcze taka sprawa - nie rozumiem, co z tą Szwecją nagle. Dlaczego ze Szwecji i kto ze Szwecji? Skąd ta szwedzka frekwencja na blogu? A dodatkowo na blogu praskim, gdzie przecież pies z kulawą nogą nie zagląda, wczoraj 350 wejść. Normalnie są trzy, górna granica to pięć 😂





