Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lutego 2026

Alice Lungen - ZATO. Miasta zamknięte w Związku Radzieckim i Rosji

Człowiekowi żyjącemu w normalnym kraju trudno sobie to wyobrazić, ale w Związku Radzieckim istniały (i dalej istnieją w Rosji) miasta nie tylko zamknięte, gdzie nikt z zewnątrz nie mógł się przedostać, ale nawet nie istniejące na mapie. Ich mieszkańcy, wcale liczni, bo w szczytowym okresie tych miast była ponad setka, ani nie mieli w dokumentach wpisanego prawdziwego miejsca zamieszkania ani nie mogli go wyjawić nawet rodzinie (tej mieszkającej poza strefą). Owszem, żyło im się tam nieźle, zaopatrzenie sklepów było na poziomie niespotykanym w reszcie Kraju, zarabiali też przyzwoicie, dzieci miały zajęcia sportowe z wybitnymi trenerami - ale po pierwsze jednak żyli za płotem czyli jak w więzieniu, a po drugie ich praca dotyczyła szeroko pojętej obronności i nie dość, że była szalenie absorbująca, to jeszcze w wielu przypadkach niszcząca zdrowie. Ich zdrowie, bo co tu mówić o zdrowiu tych, na których przygotowywali broń biologiczną czy jądrową. 

Historia tych ZATO jest niesamowita i jeśli chcecie poczytać o tym, czym był ZSRR i czym jest Rosja, to polecam. 

W pamięci utkwiły mi trzy rzeczy: 

* jak Gagarin spieszący w dniu swej śmierci na kosmodrom zmienił marynarkę wychodząc z domu i jego przepustka (czyli święty dokument, który mieszkańcy ZATO musieli mieć zawsze przy sobie) została w innej kieszeni, więc musiał po nią wrócić. Powiedział spotkanej sąsiadce, że mu się to zdarzyło po raz pierwszy w życiu. Gagarin, którego twarz znał wtedy cały świat - bez przepustki by nie przeszedł.

* historia 10-letniej dziewczynki, która rozpłynęła się w powietrzu w drodze ze szkoły. Przepadła bez wieści w najeżonym kamerami mieście zamkniętym o ostrym reżimie. To było w 2009 roku. Zrobiono wszystko, sprawdzono każdy trop, przeszukano wszystkie budynki, piwnice itd. i nigdy jej nie odnaleziono, a był to w końcu punkt honoru służb specjalnych. Psy tropiące gubiły ślad przy jezdni, więc powstały też plotki o tym, że zdarzył się wypadek, a samochodem jechała jakaś gruba ryba i dlatego władze zatuszowały sprawę. No, ale zbadano też oczywiście wszystkie samochody i garaże w mieście, zresztą każdy centymetr ziemi. Zagadka dziewczynki z atomowego miasta.

* ZATO żyły z wojen, więc oczywiście popierały Putina czy w przypadku Czeczenii czy teraz Ukrainy. Gdy tylko robił się pod tym względem spokój, traciły źródła finansowania. Zimna wojna była rajem. Mieszkańcy zacierają rączki, gdy państwo/armia zamawiają nowe dostawy broni takiej czy innej. I dziwicie się, że wielu Rosjan patrzy z uwielbieniem na swojego prezydenta?...


Początek: 

Koniec:


Wyd. Czarne, Wołowiec 2025, 309 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 18 lutego 2026 roku

 

Wczoraj ekipa zakończyła prace (mimo takich wrednych lokatorów jak ja, co to nie chcieli się wyprowadzić do hotelu 😂) i sąsiedzi sobie ładnie sprzątają. Niektórzy przy okazji szarpnęli się na nowe sedesy. My niestety musimy teraz czekać, aż przyjdzie pan, który nam odbuduje tylną ściankę w WC i założy nasz kibelek. Tak że folii nie ściągam, bo nie wiadomo, czy jeszcze się nie będzie kurzyć. 


Schodziłam z góry, gdzie zamykałam powierzone mi mieszkanie, robiąc przy okazji obchód wszystkich innych, które były jeszcze otwarte i w mieszkaniu jakiejś młodej pary, która od niedawna tu jest, zobaczyłam na własne oczy (bo wcześniej tylko w internecie) folię z otworem zamykanym na suwak. Jest to genialny wynalazek, tylko nie wiem, czy jak będą to zdejmować, nie odklei im się razem z farbą ze ściany. Tych państwa nie było, więc nie mogłam zapytać, ale może się do nich przejdę któregoś dnia (bo przecież czeka mnie jeszcze kiedyś remont pokoju koło łazienki, wymiana ościeżnic etc.). W każdym razie pan z ekipy mówił, że w Action widział takie kurtyny po 10 zł!

I tak tu sobie siedziałam dziś i pisałam, gdy usłyszałam za plecami... no co... to co zwykle... ciurkanie wody z sufitu. 


Ja mam wrażenie, że dostanę jakiegoś udaru. 

Pomijając WSZYSTKO INNE - przecież jak my mamy jutro wyjechać na cały dzień na pogrzeb?!? Póki jestem, to szybko interweniuję, a tak?

Pan z Awarii przyjechał już po godzinie (szybko interweniuję). Okazało się, że to nie z pionu, tylko spod brodzika u sąsiadki na górze. Ma nie używać łazienki i zawołać kogoś, żeby jej ten brodzik rozebrał i naprawił.

Ale co użyłam nerwów przez tę godzinę czekania, to moje.

Sąsiadka sobie zamówiła hydraulika na dziś na 15.00, miejmy nadzieję, że zrobi, co trzeba i przynajmniej niedziela będzie spokojna. Naprawdę wolałabym nie myśleć, co się w domu dzieje, podczas pogrzebu.

Gdzie jest ta melisa?  

niedziela, 7 grudnia 2025

Joanna Czeczott - Cisza nad stepem. Kazachstan i pamięć o Rosji

Z półki z nowościami w bibliotece, nie oparłam się. Nazwisko autorki znałam, często widząc jej Petersburg (też w bibliotece). Więc niech będzie Kazachstan. 

Wrażenia? Historia straszna - w końcu mowa o największym więzieniu w ZSRR. Ale nie jest to książka o historii Kazachstanu - to rzecz o tym, jak pamięć o przeszłości (lub jej brak) wpływa na teraźniejszość, na życie w Kazachstanie dziś. Reporterka jeździ po tym wielkim kraju (wielkości ośmiu Polsk), przez znajomych umawia spotkania z osobami ważnymi dla obranego tematu, ale też rozmawia z ludźmi spotkanymi po drodze i czasem nawet dopiero ona budzi w nich wspomnienia i zainteresowanie własną przeszłością - bo większość z nich wyparła historię własnej rodziny, niezależnie od tego, czy przodkowie byli ofiarami represji czy pracowali jako strażnicy w łagrach. 

Dzieje Kazachstanu są tak fascynujące, że nawet zastanawiałam się przez chwilę, czy książki nie kupić... ale raczej poszukam może na YT filmów, chodzi mi po głowie, że Planeta Abstrakcja tam była.


Początek:


Koniec:


Wyd. Czarne, Wołowiec 2025, 445 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 6 grudnia 2025 roku 

 

Najnowsze nabytki

Już myślałam, że będzie dobry (= skromny) tydzień, ale wczoraj wieczorem w budce pojawiły się ta Simone de Beauvoir i Ivo Andric i nie oparłam się - choć znowu z założeniem, że jedynie do przeczytania i wyniesienia. Kulinarne są na wymianę, tyle że jeszcze nie miałam czasu poszukać moich egzemplarzy... Podobnie nie dostałam się do półki z Niziurskim - bo nie rozumiem, dlaczego jest tu tytuł Pierwsza księga urwisów? Księgę urwisów jako taką mam i potrzebuję sprawdzić, czy jest to dokładnie to samo. Może było wydanie w dwóch tomach i dlatego jest pierwsza?


Mapy? Sama nie wiem, na co mi one w dobie smartfonów 😂 Zapragnęłam odnaleźć w Szczecinie dom mojej cioci, dawno już nie żyjącej - mam z nim wspomnienie jakiejś wizyty całą rodziną, chyba wracaliśmy z wczasów nad morzem. Dom był szeregowy, z atrium, pierwszy raz taki widziałam na własne oczy i to, co najbardziej mi się w nim spodobało, to że do salonu schodziło się po paru schodkach w dół. Rozłożysta kanapa, kominek, na ścianie pokrytej barankiem (była kiedyś taka moda) nisko kilka półek z grubych dech, na nich książki i płyty. Wyjście do ogródka. Matko, jak to uwielbiałam. Było lato, ale w kółko puszczałam płytę Salvatore Adamo i tę piosenkę Tombe la neige zapamiętałam na całe życie, wygląda na to, że już musiałam być w liceum i uczyć się francuskiego.

 

Wracając jednakże z lat 70-tych do wczorajszej soboty - córka mi wieczorem jeszcze przyniosła kilka Przekrojów, wzbogacając moje zbiory do 15 sztuk. Na tym chyba skończymy 😁 a czy kiedykolwiek przeczytamy? Zawsze sobie mówię, że to jest żelazny zapas na szpital (tfu tfu).


Miejsce na te wysokie Przekroje było, bo w ostatnich miesiącach wyniosłam sporo albumów, takich bardziej zapyziałych. A w minionym tygodniu też pozbyłam się kilkunastu książek, więc nie mogę narzekać, że mi coś przybyło 😂


Wczoraj na przebieżce po osiedlu zauważyłam z daleka gablotę z szopką, tego jeszcze u nas nie było. Akurat ją fotografował jakiś młody człowiek, okazało się, że radny z dzielnicy i że w wyniku starań tejże nasze osiedle zostało włączone do krakowskiego szlaku szopek.


Z pogaduszek z panem radnym dowiedziałam się, że jest dzielnicowy projekt, aby ufundować coś w rodzaju stypendium dla szopkarza, który wykona szopkę bronowicką. Największy koszt to... gablota oczywiście.

Dalej pan mnie uświadomił, że ten kawałek osiedla nie należy do spółdzielni, tylko do miasta, dlatego oni mogą tu coś zrobić. Była mowa o ewentualnej wymianie biblioteczki plenerowej - bardzo by się przydała taka z zamykanymi przeszkolonymi drzwiczkami - i otóż miasto nie może jej wymienić, skoro stoi na terenie spółdzielni. Gdyby ją postawić tam gdzieś, gdzie ta szopka, to tak - ale to nie jest dobre miejsce, za mały ruch ludności 😉 Na spółdzielnię w zakresie nowego mebla nie ma co liczyć... może jedynie gdyby z wystawki się coś znalazło.

Obok jest cokół po pomniku Koniewa i od lat trwają starania, żeby go wreszcie zlikwidować i zrobić tam park. Póki co, trwają przepychanki między zwolennikami biało-czerwonej i żółto-niebieskiej - raz jedni cokół zamalowują, raz drudzy. 

Wybrałam się też obejrzeć postępy prac przy "mojej" willi. Okna wymienione (oprócz ganku), z tyłu postawiona jakaś tymczasowa buda, kwestia werandy niejasna.




Dziwna sprawa z tym wjazdem nowym z boku - przecież tam jest drzewo. Ale tę uliczkę niedawno remontowano, więc może zrobiono ten podjazd wszystkim jednakowo?

 



 Przez okno widać, że w środku wyburzone ściany.




Zabrałam z jakiejś knihobudki Tygodnik Powszechny sprzed ponad roku, żeby przeczytać rozmowę z Makłowiczem. I otóż on twierdzi, że nie należy narzucać sobie żadnych celów. Nie mieć ambitnych planów, nie dążyć do niczego za wszelką cenę.


Nie wiem, co o tym myśleć (w końcu Makłowicz na króla Polski!)... Przecież ja wstaję rano i zaczynam realizować PLAN. A jak go nie zrealizuję, to mam poczucie jakiejś straty, że nie dałam rady, że robią mi się zaległości. Czy nie można żyć dniem dzisiejszym bez tych wyrzutów sumienia? Cholerka. 

Wczoraj rozwinął mi się w ciągu dnia piękny globus i na przykład nie zrobiłam angielskiego i nie obejrzałam kolejnego odcinka Z metropole. Więc rano już miałam Myślenice, że dziś muszę zrobić podwójne. Jak się tego pozbyć?

Ja wiem, że on mówi o AMBITNYCH planach, a ja o takich ledwie ledwie, aby tylko coś robić. Ale naprężenie, o którym wspomina, jest takie samo... 

 

niedziela, 24 listopada 2024

Małgorzata Nocuń - Miłość to cała moja wina


Temat drażliwy w ostatnich latach - ludzi w Rosji. No bo wszyscy ruscy do jednego worka po wybuchu wojny w Ukrainie. Życie jednak nie jest czarno-białe, a poza tym co my wiemy o realiach tam. O zastraszonym na śmierć narodzie, który tak ma od wieków. 

Autorka dzieli się z nami historiami kobiet z Poradziecji, każda z nich chwyta za serce, każda każe myśleć a co ja bym zrobiła, każda w pewien sposób wiele tłumaczy. Książka jest wstrząsająca, bo z jednej strony wiele z opisywanych historii jest typowych i znało się je, ale z drugiej takie nagromadzenie, kondensacja ludzkich tragedii - robi wrażenie.


Początek:

Koniec: 

Wyd. Czarne, Wołowiec 2023, 257 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 21 listopada 2024 roku


Z frontu knihobudki

Ktoś przyniósł kupę książek, poszłam wieczorem poukładać i wtedy zobaczyłam, że ta seria W świetle prawa czy coś to Grisham, bo wcześniej, gdy leżało bezładnie na samej górze, z liter T i P i R wywnioskowałam, że to dzieła Parnickiego i się bardzo zdziwiłam, że coś takiego wyszło, no bo kto dziś czyta Parnickiego 😂 Córka wzięła 3 tomy tego Grishama, ale zdaje się, już odniosła z powrotem, że jej nie leży. Ja nawet nie próbuję, nie wiem, czemu tak mam, że kryminały owszem, ale sensacja nie za bardzo. W każdym razie musiałam zrobić dwa rzędy! Taki ruch w interesie!


Przy okazji możecie zobaczyć, że do deszczu i śniegu budka ma parę metrów. Wszechobecna wilgoć to inna sprawa...


 

Ze Śmieciarki przywiozłam sobie takie łupy. Wiele sobie obiecuję po Kapitańskim stole, ale teraz zaczęłam Gardnera po czesku, bo wreszcie wpisałam do katalogu sierpniowe praskie nabytki.


 

Mężnie wytypowałam kolejne francuzy do wydania (i nawet połowę już wyniosłam, żeby nie kusiło je zostawić).


 

Cóż z tego, gdy w domu wygląda tak. Część to szyszkodary do budek, ale część moje zdobyczne różne. Muszę się naprawdę wziąć w garść!


 

Tymczasem zapragnęłam ogolić kanapę z farfocli i wyciągnęłam z szafy taką golarkę, nigdy nie używaną, bo mi się przypomniało, że posiadam. Była w folii i miała paragon z Biedry z... 2011 roku. Cóż, kiedy użycie wymaga jakichś dziwnych baterii 4x C 1,5 V - sprawdziłam w internecie, to są takie grubaśne, za miliony monet (cztery!) (w Pepco nie mają) lub - uwaga - zasilacza. Według instrukcji dołączonego do urządzenia. Tyle że ani śladu po nim?! Golarka jest nowiutka, przypominam. Czy to możliwe, że kupiłam bez zasilacza, bo ktoś wyciągnął z opakowania, a ja nie wiedziałam, co i jak? Oczywiście, że możliwe! Podobnie jak możliwe jest, że ten zasilacz gdzieś się w domu zawieruszył. A tak w ogóle to przecież gdzieś mam taką malutką golareczkę na dwa paluszki, była w szufladzie biurka przed Nową Kuchnią, a gdzie jest teraz??? Czy uwierzycie, że jak wszystko po remoncie powrzucałam  do szuflad i na półki, tak do tej pory jest? Oczywiście uporządkowanie tego jest jednym z planów na emeryturę, tych bliższych, ale nie chce mi się za to zabrać.


 

Czy Wam też na co drugiej puszce się tak robi?

 

Chyba mnie dopadła mała listopadowa depresyjka. Która z listopadem ma wspólnego jedynie troszeczkę, generalnie chodzi o całą tę sytuację-wiadomo-jaką i odechciewa się żyć (w ten sposób). A jeszcze gdy się człowiek 15 minut ubiera do wyjścia... to i wychodzić się nie chce. 

Zamiast poświęcać się pasjom i kulturze, to tyram przy garach i kiblach. Nie tak to miało wyglądać. Co prawda powtarzam sobie, że Hebius opiekował się babką przez wiele lat i nie narzekał, ale może mu tak nie doskwierała ta opieka? Albo po prostu brał na klatę co przynosił każdy dzień i zbytnio nad tym nie deliberował... Boję się, że potem już mi się nic nie będzie chciało. Nie umiem w tym wszystkim znaleźć jasnych stron, dupa ze mnie, a nie Pollyanna.

Byłam u rodzinnej w celu rozpoczęcia procedury zdobywania grupy inwalidzkiej przez Ojczastego, brałam przy okazji leki i wspomniałam, że już dwa razy w aptece powiedziano mi, że Tamsudil (na prostatę) jest zazwyczaj bezpłatny dla seniora, więc czy może mi tak wypisać receptę. Lekarka na to, że nie ma podkładki. Więc ja:

- Mogę zdjęcie zrobić. 

😂😂😂 

Otóż nie, zdjęcie nie może być. Podkładką w dokumentacji byłoby USG. 

- Ja mogę wypisać skierowanie. Potem trzeba załatwić karetkę, która go zawiezie i przywiezie. 

A idźcie mi tu! To już wolę płacić niż się z tym bujać, nie mogąc nawet w żaden sposób powiedzieć mu, gdzie i po co jedziemy...

Trochę śmieszno, trochę straszno w tej naszej służbie zdrowia.


Niedziela: 5.568 kroków - 2,9 km

Poniedziałek: 7.533 kroki - 4,2 km

Wtorek: 15.466 kroków - 8,8 km (w połowie sikanie w przychodni 😂, dlatego tyle wytrzymałam)

Środa: 10.119 kroków - 5,7 km

Czwartek: 6.619 kroków - 3,6 km

Piątek: 11.151 kroków - 7,6 km

Sobota: 2.511 kroków - 1,5 km

Niedziela: 6.978 kroków - 4,6 km

 

Dopisek

Właśnie wyświetlił mi się taki filmik.

 

Nie oceniam, bo wiadomo, co to jest depresja, miałam epizod, kiedy nie myłam się całymi dniami, nie ma się wtedy na nic siły (nie wspominając o ochocie)... ale że wszystko czemuś służy, przynajmniej dowiedziałam się o tym odkamieniaczu. U nas jest bardzo twarda woda, a odkąd jest Ojczasty, nie mogę użyć do toalety starego sposobu (obłożenie ręcznikiem papierowym nasączonym octem na całą noc; musiałabym chyba zabarykadować drzwi do ubikacji) i ze zgrozą się przyglądam, jak kamień rośnie. Może ten Ecoshine pomoże?

niedziela, 10 marca 2024

Julius Margolin - Podróż do krainy zeków

Długie było moje milczenie, bo sporo czasu zabrała mi ta lektura. Kupiłam kiedyś w Taniej Jatce i tak sobie czekała wśród innych publikacji Czarnego, aż się doczekała. Generalnie, jak już nieraz wspominałam, unikam od dawna grubych książek, ale czasem wypada wyjść ze strefy komfortu 😉 W podwójnym, a nawet potrójnym znaczeniu, bo tak ciężka lektura nie wywołuje uśmiechu, a dodatkowo sporo waży w torebce. Ale ostatnio jeżdżę z plecaczkiem, więc nie mogę się skarżyć, że obciążam jedno ramię.

Jeśli nie czytało się wcześniej czy to Sołżenicyna czy  innych autorów spisujących osobiste relacje z wywczasów w radzieckich łagrach, to Podróż do krainy zeków będzie wstrząsającą lekturą. I taką właśnie była zaraz po II wojnie światowej, bo postępowy Zachód nie chciał w to wszystko uwierzyć, panował przecież pewien rodzaj wdzięczności dla ZSRR, że tak walnie przyczynił się do zwycięstwa i tak wielkie poniósł straty w ludziach (czytam teraz, że prawie 42 miliony). Tak się jednak składało, że nikt na Zachodzie nie wiedział/nie uznawał śmierci milionów więźniów, zsyłanych do łagrów każdego roku. I gdy Margolin, który uznał za swój obowiązek wobec współwięźniów, tych co umarli i tych, którzy zostawali w obozach, gdy on wreszcie doczekał się uwolnienia po 5 latach, opisanie swych doświadczeń i przeżyć - właściwie nikt nie chciał tego słuchać i czytać. Odmawiano mu publikacji i dopiero w 1949 roku wyszła okrojona wersja książki we Francji. 

Skala tego procederu czyli zsyłania radzieckich i nie tylko radzieckich obywateli (po prostu każdego, kto wpadł w łapy NKWD) do obozów, gdzie w masakrycznych warunkach zmuszano ludzi do katorżniczej pracy, a za byle 'przewinienie' dodawano do wyroku kolejne 5 czy 10 lat, była nieprawdopodobna.

Aleksander Sołżenicyn w książce Archipelag GUŁag szacuje, że w obozach tego systemu uśmiercono od początku rewolucji do roku 1956 ok. 60 milionów ludzi. Przed otwarciem archiwów zachodni historycy debatowali intensywnie nad liczbą zatrzymań i ofiar. Spór ten był częścią fundamentalnego konfliktu w interpretacji sowieckiego systemu władzy - przedstawicieli teorii totalitaryzmu i przedstawicieli „szkoły rewizjonistycznej”. Robert Conquest podał w wydanej w 1968 r. książce Wielki Terror liczbę 42 milionów ludzi, którzy zginęli bezpośrednio w obozach (ich zgony zostały oficjalnie „zaksięgowane” przez służby obozowe), oraz trudną do oszacowania (od 10 do nawet 30 milionów) liczbę ludzi, którzy nie zmarli w samych obozach, lecz w trakcie transportu oraz na skutek chorób i wycieńczenia już po wypuszczeniu z obozów. 

[Wikipedia]

A tak w ogóle to ja chyba nie czytałam Innego świata, więc i za to kiedyś się wezmę. Na razie jednak rozglądam się za czymś, co nie będzie świadczyć o bestialskiej naturze człowieka...






Wyd. Czarne, Wołowiec 2013, 701 stron

Tytuł oryginalny: Путешествие в страну зэ-ка

Przełożył: Jerzy Czech

Z własnej półki (kupione 24 lipca 2019 roku za 15 zł - cena okładkowa 49,90 zł)

Przeczytałam 9 marca 2024 roku

 

Wczoraj spełniałam swój noworoczno-cotygodniowy obowiązek czyli oglądanie czeskiego filmu i dla polepszenia humoru wybrałam bajkę. Popatrzcie, od ośmiu lat tkwię w Czechach i czeszczyźnie, a nie zajarzyłam, że nasz Gustaw nazywał się Gołąbek 🤣



wtorek, 30 stycznia 2024

Jelena Kostiuczenko - Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji

Jeżeli chcecie się utwierdzić w przekonaniu, że Rosja to dziki kraj, wystarczy przeczytać tę książkę. Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości...

Z okładki już wszystko wiecie. 

Cóż, przyszło im tam żyć i na to nic nie poradzą. Ten olbrzymi kraj skazany jest na porażkę. I to chyba w każdej sferze życia. Dobrze, latali w kosmos, ale Gagarin nie zastąpi wszystkiego innego. A raczej - ile ludzkich istnień kosztowały te loty w kosmos, jeśli wziąć pod uwagę, że środki szły na nie, a dla mieszkańców czy to Związku Radzieckiego czy to już Rosji - nie było nic. Poza łagrami, oczywiście.

Taka mi się kiedyś historia przydarzyła. Gdy wróciłam po wielu latach do rosyjskiego, gdzieś tam mi się snuło po głowie marzenie, żeby pojechać. No ale gdzie, co, jak. I napisała jedna dziewczyna, której coś tam załatwiałam po linii fabrycznej, że bardzo by mi się chciała odwdzięczyć za spełnienie jej marzenia. Ja na to - tak żeby zbyć - napisałam, że nie, bo mam tylko jedno marzenie: pojechać do Rosji.

I co mi ona odpisuje? Że właśnie jest służbowo w Moskwie na parę miesięcy, ma tam wynajęte mieszkanie i serdecznie zaprasza 😮

Jak by mi kto w pysk dał! 

No bo przecież to było tylko takie marzenie, nie do realizacji - bo ja bym się do Moskwy po prostu bała pojechać. I nagle ktoś mi stwarza możliwość spełnienia marzenia, które miało zostać na zawsze jedynie w sferze wyobraźni... 

Oczywiście wykręciłam się pracą, że nie mogę teraz wziąć wolnego etc. Ale została mi z tyłu głowy myśl, że lepiej o niczym nie marzyć 😂


Książka jest z biblioteki i powiecie, że jak to, przecież miałam nie pożyczać... No, wstąpiłam, żeby zobaczyć, czy nie ma czegoś interesującego do wzięcia i jakoś było głupio wyjść bez niczego 😂 Ale teraz oddam i znowu spokój, dalej czytam swoje.

Początek:

Koniec:


Wyd. Czarne, Wołowiec 2020, 323 strony

Przełożyła: Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz (tłumaczka dokonała wyboru reportaży)

Z biblioteki

Przeczytałam 26 stycznia 2024 roku