Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lekarze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lekarze. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2026

Grzegorz Fedorowski - Ze wspomnień starego lekarza

Pochodzenie - znowu z knihobudki. Dość sfatygowany egzemplarz, napracowałam się nad nim z taśmą klejącą, bo chciałam zachować obwolutę i w ogóle byłam zachwycona, że ktoś to do naszej osiedlowej budki podrzucił. Może kiedyś właścicielem był właśnie lekarz, bo podpisał się zygzakami, a na ostatniej stronie odcyfrowałam dopisane słowo cewnik 😂

Fajna rzecz, dla uświadomienia sobie, jak bardzo skoczyła do przodu medycyna, jak rzeczy oczywiste dla nas były czymś niewyobrażalnym tak niedawno temu. Autor opisuje swoje początki, wspomina lata uniwersyteckie - ukończył wydział lekarski w 1926 roku - i profesorów, sposób studiowania: na przykład egzaminy zdawało się w ciągu całego roku, każdy profesor miał wyznaczony jeden dzień w tygodniu, kiedy egzaminował, więc w dziekanacie okazywało się indeks, wnosiło opłatę (od każdego egzaminu!) i ustalało termin. Można było bez żadnych konsekwencji nie stawić się na egzaminie (poza utratą opłaty), tak więc nie było też opcji zostania na drugi rok. Wyjaśnia się termin wieczny student 😉 W połowie trzeciego roku zaczynały się kliniki czyli student pierwszy raz widział chorych. Niektórzy profesorzy zapraszali studenta do współudziału podczas wykładu: przyprowadzano na salę wykładową lub przywożono chorego, student miał go zbadać, chory wracał do pokoju, a teraz należało wyciągnąć odpowiednie wnioski i omówić plan leczenia. Fedorowski opowiada anegdotę: chora była leciwą, ale bardzo dostojną damą. Profesor pyta studenta, co stwierdził u pacjentki.  Ten nieco się jąka i mówi, że nie mógł ustalić nic poza autyzmem. Profesor dziwi się, jak to. 

- No tak, pacjentka reaguje spojrzeniem i odwraca w moim kierunku głowę, gdy do niej mówię, ale nie mogę wydobyć z niej słowa. 

Profesor zdziwiony pyta pacjentkę, dlaczego nie chciała rozmawiać z "panem doktorem".

- Bo mi się nie przedstawił. 

Na ginekologii studenci jeździli również do porodów na mieście - każda szanująca się mężatka rodziła w domu, we własnym łóżku. Można sobie wyobrazić warunki...

Zaraz po dyplomie Fedorowski zaczął pracować w szpitalu Dzieciątka Jezus. To mnie właśnie zachęciło do zabrania książki z budki, gdy przeglądając ją przeczytałam o tym szpitalu - bo Ojczasty miał tam operację, o czym opowiada w jednym z nagranych przeze mnie filmików. Więc - zaczął pracę, ale jako wolontariusz. Etatów lekarskich na 60-łóżkowym oddziale chorób wewnętrznych było - dwa. Wolontariusze pracowali dla zdobycia wiedzy i doświadczenia, ale też praca w szpitalu pomagała w zdobyciu praktyki prywatnej wśród wypisywanych ze szpitala pacjentów i ich znajomych... Szpital Dzieciątka Jezus był wówczas największym szpitalem w Warszawie, autor opisuje ze szczegółami poszczególne budynki, funkcjonowanie całości, zarządzanie, kwestie odpłatności dla pacjentów, rodzaje personelu. Sporo miejsca poświęca siostrom zakonnym, które stanowiły jedyną opiekę pielęgniarską, prowadziły magazyny, rządziły kuchnia, pralnia, szwalnią etc. Zwyczaje zakonne nie pozwalały im tylko na odbieranie porodów i pielęgnowaniem położnic, to należało do akuszerek. Taka ciekawostka - pierwsza świecka szkoła dla pielęgniarek w Warszawie została otwarta w 1925 roku, to był wielki przewrót w pielęgniarstwie.

Lekarze zazwyczaj sami wykonywali badania moczu czy krwi, robili zastrzyki dożylne i domięśniowe. Czasem wyręczał ich felczer w pobieraniu krwi na odczyn Wassermanna, przy pomocy ciętych baniek. Matko jedyna, co za koszmar: specjalną maszynkę przystawiało się do pleców chorego i naciągało sprężynę, która wyrzucała parę ostrzy nacinających skórę. Na skaleczone miejsce przystawiało się szklaną bańkę, do niej wciągał się krążek skóry i sączyła się krew w ilości paru centymetrów, co wystarczało do badania. A teraz clou programu: maszynek nie można było wyjaławiać, więc wyobraźmy sobie, jakie to było bezpieczne! Dużo czasu zabierały lekarzom punkcje, "ogromnie przykre dla chorych" i zgłębnikowanie żołądka, podobnie określone. Felczerzy wykonywali tzw. frykcje, był to stary sposób leczenia kiły: szarą maść rtęciową wcierało się w pośladek za pomocą drewnianego grzybka, takiego jak do cerowania skarpetek, tylko obciągniętego flanelą i ceratą. Klepanie takim grzybkiem pośladka trwało kilkadziesiąt minut, aż cała maść się wchłonęła. Felczerzy przystawiali też chorym pijawki w przypadkach nadciśnienia.

Jeśli chodzi o sposoby leczenia, książka jest kopalnią informacji, które dziś wywołują - szok i niedowierzanie. Na przykład leczenie z niedokrewności - pacjentka musiała codziennie zjeść kilogram wątroby wieprzowej, SUROWEJ, zmielonej i dla zabicia smaku doprawionej solą i pieprzem. Targowała się o każdą łyżkę, ale stał nad nią nieubłagany lekarz czy siostra i pilnował, żeby nic nie zostało. A jak wyglądało przetaczanie krwi! Albo anestezja, która jeszcze nie istniała jako specjalizacja! Włos się jeży! 

Odrębny rozdział traktuje o pracy w pogotowiu ratunkowym, a potem w Kasie Chorych. Ale to już Wam daruję, chcecie, to sobie sami przeczytajcie (a jest co). 


 Początek:


Koniec:

Wyd. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1976, 154 strony

Z własnej półki

Przeczytałam 7 czerwca 2026 roku
 

 

Jako że wczoraj była kolejna miesięcznica, wstawiłam na YT czwarty filmik z Ojczastym. 

 


I obejrzałam wieżę ciśnień przerobioną na mieszkanie, biuro i kawiarnię. Fajnie, że kobieta miała taką fantazję na wydanie 2 milionów, niefajnie, że niewiele się zobaczyło, tak to zostało nakręcone.

 

W Dżendżejowie przed kilku laty wisiała kartka o sprzedaży tamtejszej wieży ciśnień - ładniejszej, bo ceglanej i na pewno łatwiejszej do zagospodarowania, bo o kwadratowej czy prostokątnej podstawie - wygląda na to, że nikt się nie połakomił. Inna sprawa, że stoi koło stacji kolejowej, kto lubi mieszkać koło torów. W Pradze widziałam dwie wieże przerobione na mieszkania, ale nie w środku*, niestety.

* znaczy nie byłam w środku 

Prawie w ostatniej chwili przypomniałam sobie o wystawie Toyen w Mocaku. Czeskiej surrealistki, która po wojnie zamieszkała w Paryżu przyjaźniąc się z Bretonem i Eluardem. Dużo grafiki, trochę plakatów, kilka obrazów. Na Arte.tv jest prawie godzinny dokument o artystce (jest też wyświetlany na wystawie, ale akurat przyszła grupa z przewodnikiem i narobili tyle hałasu, że postanowiłam dokończyć oglądanie w domu). 

To chyba najbardziej znane zdjęcie (Toyen z prawej, przy pracy z farbami), znałam je z okładki książki-przewodnika po awangardowej międzywojennej Pradze.


 

Plakat na mieście. Donoszę, że dziś rozpoczął się zlot. Ciekawe, ilu nieśmiałych ludzi się pojawiło... Ja tam bym się nie odważyła.


 

Praca nad "skatalogowaniem" filmów do obejrzenia z online stronki postępuje. Załączam dwie kolejne strony. 



Nie wpisałam do zeszytu, bo już obejrzałam - kryminał z akcją w Madrycie May God Save Us (Niech Bóg nam wybaczy) sprzed 10 lat - tutaj z polskimi napisami - spodobał mi się niesamowicie (może to przez ten hiszpański 😁). 

Natomiast z sentymentu do dawnych czasów - lata 90-te, włoska telewizja w Krakowie - zerknęłam na odcinek serialu Murder, She Wrote (Napisała: Morderstwo), właściwie osobny film - i umęczyłam się półtorej godziny, bo napisy angielskie i było sporo momentów, że mówili za szybko, nie nadążałam. Z tym angielskim to przecież jest u mnie tak, że muszę najpierw ogarnąć zdanie w całości, a potem w głowie je sobie przetłumaczyć. Stanowczo łatwiej było wtedy, gdy oglądałam we włoskim dubbingu 😉

A ten filmik wyświetlił mi się na YT i z miniaturki myślałam, że na ścianie z drzwiami jest tapeta. No niemożliwe, żeby coś takiego pokazywali! Więc włączyłam. I faktycznie niemożliwe, to jednak książki 😁 Mieszkanie jakiejś redaktorki czasopisma, w tzw. stalince z lat 20-tych, ponad 100 metrów w amfiladzie (ponoć było tańsze, bo na parterze), wypełnione obrazami, starymi meblami, kolekcją szkła i porcelany. Która jest na co dzień używana, zapewnia właścicielka. Cudne te wszystkie czajniczki, filiżanki, kieliszki... 


Kurczę, nie zauważyłam, że parę dni temu przekroczyłam 2 miliony wyświetleń. Znaczy Wyście przekroczyli 😁 Gratuluję!

wtorek, 8 kwietnia 2025

Jakub Waltoś - Na sygnałach (Pogotowie w anegdocie)

Asenata pisała, jak to ją z przychodni wysłali na SOR, i tak jakoś mi się skojarzyło. Pochodzenie pozycji - knihobudka. Satysfakcja czytelnicza - dostatecznie. Ot, taki zbiór historyjek sprzed lat, parę śmiesznych, parę bardziej strasznych (jak o tym gościu, który przygotowując wesele córki nie miał czasu zająć się swoją biegunka, więc skorzystał z rady kolegów i wsadził sobie w odbyt drewniany szpunt, tyle że potem nie mógł go już  wyciągnąć, a gdy na SOR-ze pani doktor jakoś uchwyciła szpunt obcęgami i wyciągnęła, to...), sporo takich, które pokazują, jak bezradni jesteśmy, my zwykli, nieobeznani z medycyną pacjenci, i jak czasem kompletnie zamotani.

Początek:


Wyd. Przedsiębiorstwo Poligraficzne DEKA Sp. z o.o., Kraków 2005, 111 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 3 kwietnia 2025 roku

 

Udałam się przed południem na umówioną wizytę. Najwyraźniej wyniki badań sprzed tygodnia nie były nie takie złe, bo najpierw pani doktor spędziła nad nimi sporo czasu, potem mnie zaś osłuchała, opukała (a nawet walnęła z prawej i lewej), ociśnieniowała etc., następnie przesłuchała pod kątem, czy nie miałam jakiegoś zabiegu, dentysty, czy piję alkohol...

Tak, albowiem próbuje mnie zdiagnozować pod kątem uwaga zapalenia wątroby. Nosz kurna śmieszne, przypomina mi się sąsiadka, jak opowiadała:
- Stary pił, a ja mam marskość wątroby.

I teraz tak: dostałam wachlarz kolejnych skierowań, natychmiast od lekarki udałam się na górę w celu pobrania krwi z lewej ręki (powtórzenie kilku badań sprzed tygodnia), potem w to samo miejsce, gdzie robiono mi poprzednie badania, w celu pobrania krwi z prawej ręki na HCV, następnie na rentgen klatki piersiowej, a na koniec tej anabazy umówiłam na jutro termin na USG. W związku z czym udałam się jeszcze do apteki po Espumisan, który mam do jutra intensywnie zażywać.

Kolejna wizyta w czwartek.
 

I jeszcze trzeba dodać, że z tym badaniem HCV  miałam duże szczęście, bo normalnie lekarz rodzinny nie może wystawić takiego skierowania, musi skierować do specjalisty wirusologa czy uj tam wi kogo itd. Ale badania w zeszłym tygodniu robiłam w ramach programu 40 PLUS i tam jest taki zybcyk, że jak źle wyszły te wątrobowe, to oni mogą HCV też dorobić.

Pani doktor rzekła, że na tym wyczerpują się jej możliwości diagnostyczne i jeśli nic nie ustali, to szpital.

- A Ojczasty?

I tu wiecie co? Machnęła lekceważąco ręką, to potem. Czyli jakieś możliwości w tym zakresie jednak są...

Tymczasem jutro oprócz umówionego USG o 10.45 mam umówioną wizytę o 14.20 u tej samej pani doktor w sprawie papierów do ZOL Ojczastego, co to na nią czekam od marca, tak że kot z pęcherzem. A pamiętajcie, żem słaba właśnie jak ten kot. Jako że USG na czczo, w bonusie będzie też globus jak ta lala.


Zanim wyszłam do przychodni, zadzwoniła Kuzynka, że w nocy z niedzieli na poniedziałek Ciotkę zabrano z tego domu opieki do szpitala. Lekarka kazała się przygotować na najgorsze. No, a jak wróciłam z przychodni, Kuzynka  zawiadomiła, że o 13.00 Ciotka zmarła. Obie, OBIE miały cholerne szczęście! Ciotka, że tak to szybko poszło, że była nieprzytomna i nieświadoma, co się z nią dzieje, że nie nacierpiała się za długo. A Kuzynka? Kuzynka jest na razie w szoku i wcale się nie dziwię. Zresztą aktualnie użera się w kwestii pogrzebu, bo Ciotka żadnego pogrzebu nie chciała, skremować, urnę do grobu i tyle. Tymczasem twierdzą, że tak nie można, i że musi ktoś być oprócz rodziny i grabarza (w sensie osoby urzędowej). Jakoś nie wierzę w ten mus.
 

wtorek, 10 stycznia 2023

Lydia Kang, Nate Pedersen - Szarlatani. Najgorsze pomysły w dziejach medycyny

Ludziska kochane, plan był, że napiszę szeroko o swoich wczorajszych znaleziskach wśród starych listów. Był, ale się zbył, bowiem - nie wiem doprawdy, czy z tych emocji czy co, ale normalnie o 23.00 zgasiłam światło, po czym... no tak, nie zasnęłam. Gdzieś tak do 5.00. No, a o 6.00 zadzwonił budzik. Toteż jestem dość wymiśkowana. Jak bonia dydy, jak by to było cudownie nie musieć do pracy. Zresztą w pracy jakoś wytrzymałam swoje sześć godzin, ale teraz już zasypiam na stojąco, więc odkładam opowieść o listach (i telegramach) na następny raz, co nastąpi, mam nadzieję, niebawem.

Tymczasem informuję, że zauważywszy w biblio na półce z nowościami powyższy tom, złapałam go pod pachę i fru. Chwilę sobie poleżał przy łóżku, ale czytanie przyspieszył kolejny czytelnik, który się zapisał do kolejki. To jest nic, bo mam tu też pożyczoną niedawno jakąś japońską powieść nie za grubą, do której stoi w ogonku za mną SZEŚĆ osób! Kurde, czyżby to znowu był jakiś bestseller? Jeśli, to jam ci była tego nieświadoma.
 

Szarlatani tacy sobie, bo trochę mi nie leży styl pisania pary autorskiej, ale w sumie ujdzie, można sporo różnych ciekawostek wyczytać.

Dowiedziałam się na przykład genezy tego oto słupka. Wy może wiedzieliście, ale i tak się podzielę 😁


Coś podobnego (tylko zdaje się biało-czerwone, jak bym miała porządek, to bym szybko odnalazła zrobione wtedy zdjęcie; no ale porządku nie mam) widziałam na korytarzu jednego z uniwersyteckich budynków w Pradze i poszłam się dopytać na portierni, czemu by to miało służyć. Otóż to był alarm przeciwpożarowy, trzeba było tym kręcić i wtedy wszyscy obecni w budynku wiedzieli, że mają zmykać, bo wydawało dość donośny dźwięk.

A wiecie, od czego pochodzi słowo elektryczność? Siurpryza 😂

Pijawki - no, to jest piękny temat. Autorzy piszą, że skończyła się moda na nie na początku XX wieku. Bogać tam! Pamiętam jak dziś - to była końcówka lat 60-tych - u babci stał taki słój z pijawkami. Tyle że nie wiem, czy zapamiętałam, bo jednorazowo został przyniesiony/pożyczony i oczywiście zrobił na mnie piorunujące wrażenie czy też to była babcina własność, używana niekoniecznie sporadycznie. W każdym razie jest to wyjątkowo obrzydliwe (obrzydliwości w tej książce jest cała masa), ale też i ciekawe: te 300 zębisków wzbudza szacunek 😨


Wyd. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2019, 349 stron

Tytuł oryginalny: A Brief History of the Worst Ways to Cure Everything

Przełożyła: Maria Moskal

Z biblioteki

Przeczytałam 8 stycznia 2023 roku 

 

To papatki, idę nynać, do następnego!


poniedziałek, 24 października 2022

Adam Kay - Świąteczny dyżur

 

Tamten pierwszy tom bardziej mi jednak podszedł (Będzie bolało). Widać w świątecznym wydaniu mnie nie bolało tak, jak autora, który oparł cały pomysł na swoim cierpieniu związanym z pracą w Boże Narodzenie raz za razem, rok po roku. Oczywiście jest to zabawne, gdy opisuje rozmaite okołoświąteczne przypadki zdrowotne (co też ludzie sobie dla rozrywki nie wkładają tu i ówdzie lub nie decydują się zeżreć, choć wiedza, że im nie wolno), no, czasem też dramatyczne. Szkoda tylko, że pomysł z urodzeniem bliźniąt w dwóch różnych latach nie wypalił 😂 

Ale ogólnie najwięcej tu było tego narzekania, że znowu święta w pracy. Ludzkie, ale nudne. Co mi przypomniało, że znów jest dyskusja o (nie)pracy handlu w niedziele. Nieraz sobie myślałam kiedyś tam, dawno temu, że na przykład - biblioteki mogłyby być otwarte w niedziele, siłami choćby emerytów, którzy by sobie pewnie chętnie dorobili parę groszy i którzy mając wolny cały tydzień doprawdy pracującą niedzielą by się zbytnio nie przejęli. No, ale nie jesteśmy w XIX wieku (czasem szkoda) i z punktu widzenia formalnego pewnie byłoby to zbyt skomplikowane, Zus-y, srusy, ubezpieczenia...

Pożytek z lektury wyniesiony jest taki, że mimochodem dowiedziałam się, czym grozi smarowanie skóry sterydem. Jakoś żaden lekarz mi się na ten temat nie wypowiedział, a sterydy przepisują.

Otóż powoduje ścieńczenie skóry. A było to poparte przykładem młodego człowieka, który zgłosił się na dyżur z penisem wyglądającym jak spring rolls, wręcz przezroczystym. Skusił się bowiem na jakiś cudowny środek powiększający, który właśnie zawierał steryd 🤣

Czy to oznacza, że mnie niedługo na czole będą przeświecać kości, jak u Prousta? Okaże się. 

Początek:

Koniec:

Wyd. Insignis, Kraków 2019, 172 strony

Tytuł oryginalny: Twas the Nightshift Before Christmas

Przełożyła: Katarzyna Dudzik

Z biblioteki

Przeczytałam 17 października 2022 roku


Wróciłam z Dżendżejowa kompletnie wykończona. Ojczasty przyjął mnie oświadczeniem o tym, że życzy sobie umrzeć. Że największym idiotą był ten, który stwierdził, że cierpienie uszlachetnia  (istotnie). Że cierpienie dehumanizuje i prowadzi do zbydlęcenia (istotnie). Że swoje już przeżył, przeszedł w życiu i przez radość i smutek, przez ból i szczęście - i w obecnej sytuacji nie widzi sensu w kontynuowaniu go.

Tylko, że nie wie, jak w naszym wyznaniowym kraju dokonać eutanazji. 

Tak naprawdę ma na myśli chyba rodzaj samobójstwa wspomaganego (chociaż to czasem trudno odróżnić).

Chciałby dostać truciznę, w postaci tabletki, którą wystarczyłoby wziąć do ust.

I co na to można powiedzieć?

Płaczesz, ale przyznajesz rację.

Przypomniałam sobie, że czytałam kiedyś jakiś artykuł na ten temat i że - chyba - tak jak istnieje podziemie aborcyjne, tak istnieje rodzaj podziemia eutanazyjnego... 

Jednak istnieje przecież jeszcze nadzieja. Że pomogą te zastrzyki i plastry, choć trochę. Tyle że łatwiej mieć nadzieję, gdy nie ciebie boli.

Ale potem Ojczasty sięgnął po drugą możliwość. Czyli jednak nie jest do końca zdecydowany. Ta druga możliwość to moja wcześniejsza propozycja, żeby przeniósł się do nas.

To mu oczywiście nie ulży w cierpieniu, ale przynajmniej będzie miał całodobową opiekę. Wspomniałam mu o możliwości wypożyczenia specjalnego łóżka. Po powrocie do domu zaczęłam grzebać w internecie i faktycznie są takie możliwości. Są materace przeciwodleżynowe (to gdyby miał rzeczywiście większość czasu spędzać w łóżku - a twierdzi, że go nie boli, gdy leży). 

Nawet przygotował sobie listę rzeczy do zabrania do Krakowa. Więc nie wiem, co o tym myśleć: liczy jednak na polepszenie i przenosiny i dlatego ułożył plan B? 

Tymczasem jednak, tak czy siak, trzeba poczekać na koniec tego nieszczęsnego remontu. 

- Wytrzymasz trzy tygodnie?

Rozłożył ręce. 


Z frontu nowej kuchni

Robią. Wyobraźcie sobie, że robią! 

Mało tego - mówią, że do piątku zrobią!

Co by oznaczało, że w następną środę stolarz przyjedzie montować meble. Bo we wtorek święto i w związku z tym w poniedziałek nikt u niego nie pracuje. Ech, to świętowanie nasze nieustające polskie 😕 Czyżby szykował się jakiś kolejny długi weekend?


poniedziałek, 2 maja 2022

Adam Kay - Będzie bolało. Sekretny dziennik młodego lekarza


 Trzeci dzień z Wielkiego Weekendu. Spędzony w łóżku, wiadomo, globus. Czy z powodu wczorajszych nerwów? A diabli wiedzą. W końcu to takie nerwy nieduże były, codzienne. Z listy do zrobienia wybrałam punkt ZNALEŹĆ KARTĘ EKUZ. Bo chciałam kiedyś zamówić nową na stronie pacjent.gov.pl - a tam mi mówi, że mam jeszcze ważną do przyszłego roku. No i wsiąkła. Przegrzebując szuflady znalazłam trzy stare (pytacie, czy je wyrzuciłam? zgadnijcie). W końcu zdecydowałam się na wyciągnięcie z dna szafy walizki (teraz już będzie stała aż do wyjazdu...), ale tam karty EKUZ też nie było. Szczerze? Nigdy jeszcze jej nie potrzebowałam, ale oczywiście tak zawsze jest, że okaże się potrzebna, jak jej nie będę miała. Więc się trochę martwię.

Ale gorsza wiadomość czekała mnie wieczorem na FB. Zamykają z powodu remontu dom handlowy MAJ, gdzie robię zakupy w Tesco. Tam w Pradze oczywiście. Teraz w maju, a potrwa to co najmniej półtora roku czyli obejmie również wyjazd sierpniowy i dwa wyjazdy przyszłoroczne. Cios prosto w serce. Spędziłam resztę wieczoru na studiowaniu mapy i list sklepów, wyhaczyłam dwie opcje (jedna dwie stacje metra dalej na północ, a druga - sześć przystanków autobusem) i trudno, jakoś się przeżyje, ale idea, że z siatą mam się tłuc z miasta, jakoś mnie nie rajcuje. A małe sklepiki wietnamskie, gdzie jest drożej i zero wyboru - też nie. 
 

Więc może z powodu tych nerwów, a może z powodu, że tak miało być, dziś od rana globusisko. Zwlokłam się z łoża boleści dopiero po 17.00, jest już lepiej, ale ciągle nie mam siły iść się umyć - a CZUJĘ, że powinnam (przecież mi już węch dawno wrócił) 😁 Chyba jednak mañana. Jak dobrze, że jutro jeszcze wolne. Może pozbieram z podłogi wszystkie papierzyska - z grubsza biorąc plan na Pragę mam już opracowany, a nawet na wsiakij pożarnyj dokupiłam jeszcze jeden akumulator do aparatu. I zorientowałam się, że wydałam Ukraińcom na stacji z dwoma innymi również ten przedłużacz, co go wożę ze sobą, bo mi gniazdek nie starcza (lampka nocna, czajnik, laptop, dawniej tablet, dziś komórka oraz ładowarka do akumulatorów - o czymś zapomniałam?), ale to może znajdę w Lewiatanie - odkąd zlikwidował gość swój sklepik elektryczny na osiedlu, jest bida.

No dobrze, to już poużalałam się, a teraz przejdźmy do rzeczy. A nie, moment! Czy zwierzyłam się wcześniej z faktu, iż ważyłam na wadze kuchennej majtki??? Bo wpadłam na pomysł, że może zaoszczędzę na ciężarze walizki (tym powrotnym, z książkami) zabierając nie te majtki, które zawsze noszę, tylko takie trochę lżejsze, których nie lubię 😂 Niestety, okazało, że te codzienne ważą 29 gramów, a te drugie 26, czasem 23. No, jak mam zaoszczędzić w sumie 3 deka, to obejdzie się!

Wymyśliłam również, że mogłabym zostawić u Věry czajnik i suszarkę do włosów. Ale w ten sposób zmuszałabym ją do pilnego przestrzegania dni moich przyjazdów i wyjazdów, głupio tak, prawda? W dodatku to starsza osoba, zawsze się coś może zdarzyć. Sama mówiła, że te książki, co je niedawno kupiłam w antykwariacie i ona je odebrała - że opisała siatkę z nimi, że to moje "na wszelki wypadek" 😏 

OK, dość tych lamentów, przejdźmy do Będzie bolało.  Dawno już nie czytałam z taką przyjemnością książki z życia wziętej. Autor ma dar pisania o rzeczach nieraz trudnych z wielkim poczuciem humoru. Przy okazji podziękowałam niebiosom, że byłam w ciąży i rodziłam w czasach przedinternetowych i o rozmaitych możliwych komplikacjach nie miałam pojęcia 😂 Ot, gładko przez to wszystko przeszłam, a przecież gdybym się wcześniej głupot naczytała, mogło być różnie. 

Dwa fragmenty książki mnie jednak zatrzymały na dłużej. Pierwszy to ten, gdzie Kay opowiada o porodzie, podczas którego pacjentka zażyczyła sobie zjeść łożysko (matko, coś tak obrzydliwego, że głowa mała), a drugi - to ten, który pewnie na każdym czytelniku robi wrażenie, ten końcowy poród, gdzie nagle wszystko poszło źle i potem autor podjął decyzję o rezygnacji z zawodu. 

Nawiasem mówiąc, że w Anglii sytuacja lekarzy i szpitali wygląda niewiele lepiej niż u nas, nie wiedziałam. 

Początek:

Koniec:

Wyd. Insignis Media, Kraków 2018, 309 stron

Tytuł oryginalny: This is Going to Hurt. Secret Diaries of a Junior Doctor

Przełożyła: Katarzyna Dudzik

Z biblioteki

Przeczytałam 1 maja 2022 roku

 

NAJNOWSZE NABYTKI

Nie muszę chyba dodawać, że kompletnie mi niepotrzebne 😒 Ojczasty już jakiś czas temu dał te atlasy mojemu bratu, że jak będzie jechał do Krakowa, to ma mi zawieźć. Brat uzgodnił ze mną, że na kij mi to, ale jak przyjeżdżali teraz na Wielkanoc, Ojczasty dopilnował, żeby załadować do bagażnika... No i co zrobisz? Leżały na biurku, aż je wreszcie sprzątnęłam. Tak, znalazłam miejsce, choć to 13,5 cm. Najgorsze jest to, że przecież żadna z nas do nich nie zajrzy. Rzecz absolutnie zbędna.

 

Apdejt

Zdaje się, że nic już z dzisiejszego wieczora nie będzie, umyć mi się dalej nie chce, więc sobie tylko obejrzę najnowsze Pierogi z Kimchi (jestem od nich normalnie uzależniona) 😜 Pierogi z Kimchi dobre na wszystko! Ktoś tu kiedyś skomentował, że strasznie dużo gada - ale co tam, niech gada!

 

A w komentarzach pod filmikiem ktoś wspomniał o Dniu Placka (czyli dniu leżenia plackiem w łóżku) - bierę!

czwartek, 26 listopada 2020

Dariusz Kortko, Krystyna Bochenek - Ludzie czy bogowie

Ciekawa to była lektura, te rozmowy z 27 lekarzami, każdy inny, każdy z dorobkiem (jedynie pierwsza była z lekarzem-stażystą, ale uzupełniona kolejną odbyta po 8 latach), każdy ciekawy. Poza jednym wyjątkiem, jakiegoś fanatyka religijnego, który niestety swoje poglądy przenosi na uprawiany zawód - znaczy się ginekolog (z ósemką dzieci), wywiad nosi tytuł Zawsze po stronie pacjenta, ale czegóż się dowiadujemy - pan doktor odradza pacjentkom antykoncepcję, nawet nie tyle odradza, co pigułki nie przepisze, mówi to jasno i wyraźnie, in vitro jest według niego nieetyczne, a jeśli kobieta spodziewa się ciężko chorego dziecka, to wystarczy z nią porozmawiać, wytłumaczyć i ona na pewno podejmie dobrą decyzję (dobrą czyli donosić, urodzić). Nawet opowiedział historię o tym, jak pewna ciężarna była namawiana na aborcję w sąsiednim kraju, ale przyjechała do jego kliniki, żeby urodzić. Cytuję: Synek żył tylko kilka dni, ale jego mama była szczęśliwa. Mówiła, że jest śliczny. Ja w to mogę uwierzyć, w taką jednostkową historię, ale żeby się tym podpierać dla zakazu aborcji i głosić, jak to jest fajnie urodzić i zaraz pochować, to coś nie halo.

Reszta wywiadów już nie była tak denerwująca, ale jako że mam oczy na mokrym miejscu, nieraz się spłakałam przy czytaniu, emocje jednak były silne, tyle że związane zazwyczaj z prostą empatią. Wybrałam kilka fragmentów, trzy na początku są z rozmowy z chirurgiem plastycznym, o świszczących w samolocie piersiach nie słyszałam 😄






Pomyslcie, to przecież było całkiem niedawno! W wannie z lodem!





Początek:
Koniec:

Wyd. Agora SA, Warszawa 2015, 390 stron 

Z biblioteki 

Przeczytałam 14 listopada 2020 roku 

 

Podjechali pod blok, cosik głosili przez megafon, zanim rzuciłam się do okna (bo najpierw myślałam, że to na górze ktoś głośno mówi), już przestali, więc założyłam kamasze, wyszłam i od kobiety stojącej dwie klatki dalej dowiedziałam się, że mamy sobie nabrać wody, bo jest awaria i będą naprawiać. 

Zapełniłam więc trzy garnki i dwie miski (cóż, wanny nie posiadam, co w takich okolicznościach jest sporym minusem) i pogratulowałam sobie, że wzięłam prysznic zaraz po obiedzie 😀

Przyjechała koparka i panowie dłubali się przy tym nie wiem, czy nie całą noc, to zdjęcie zrobiłam o wpół do drugiej. A tu jeszcze mróz...

Siłą rzeczy zaczęłam myśleć, jaką jestem szczęściarą, jeśli chodzi o pracę (no, poza pieniędzmi). W cieple robię i raczej w dzień 😎

A wszystko zaczęło się tak niewinnie - właśnie, po siedmiu latach siedzenia w domu z dzieckiem, zdobyłam nowy zawód i szykowałam się na podbój świata, projektując póki co nową wizytówkę, gdy zadzwoniła koleżanka ze studiów, że oh là là, jest w trzeciej ciąży, a od niedawna pracuje dla pewnej instytucji, wreszcie po linii w pełni zgodnej z wykształceniem, i nie chciałaby tej pracy stracić, i czy ja bym ją przyszła zastąpić na parę miesięcy tylko. 

Na parę miesięcy mogłam odłożyć ten podbój, więc dobrze, spadł mi na chwilę chociaż kamień z serca, bo ja i zdobywanie świata to he he. 

Dlaczego do mnie akurat koleżanka zadzwoniła? Bo ja nie z tych, co podsiądą podstępnie i zdradziecko, można mi było zaufać 😍

/o mojej, kurde, szlachetności świadczy historia studniówki, tragedia mego życia, ale nie o tym dziś/ 

No, a jak się zbliżał powrót koleżanki, ówczesna Derechcja zaproponowała mi pozostanie. Równolegle. I tak już dwadzieścia lat siedzę i sobie chwalę. Różne po drodze miałam zadania, w którymś momencie musiałam - niestety - przejąć obowiązki tej koleżanki (ale jej odejście było jej decyzją i wyborem, zresztą po jakimś czasie znalazła pracę, w której też się chyba spełnia, a która jednocześnie spełnia podstawowe kryterium, o jakim obie marzyłyśmy przez cały czas - czyli ETAT), co z kolei spowodowało rezygnację z tej części moich obowiązków, które dawały mi najwięcej satysfakcji, poczucia, że robię coś dla ludzi... ale trudno - dalej lubię swoją pracę. 

W życiu - ani wtedy w szkole, gdy marzyłam o przyszłości związanej ze swoją pasją, ani później na studiach - nie przyszłoby mi do głowy, że kiedyś będę pracować w tej instytucji! Zresztą nawet wtedy jeszcze nie istniała 😉 A gdy już powstała, korzystałam z jej oferty kulturalnej z wielką nieśmiałością. 

Jak to życie dziwnie się plecie i pomyślcie - nawet dla ludzi wychowanych w kulcie dewizy siedź w kącie, a znajdą cię, tak niespójnej z naszymi czasami - znajdzie się miejsce... 

 

PS. A wody z garnków jeszcze nie zużyłam całej (bo w naszej klatce i tak była normalnie), głupio mi ją tak po prostu wylać ze względów czysto ekologicznych, więc spłukuję toaletę, ale przez to czuję się jakbym była bohaterką jednej z tych historii o sknerach, które wodę z pralki odlewają do wiadra, które stawiają w toalecie, żeby mniej płacić 😒