Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Po rosyjsku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Po rosyjsku. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 września 2026

Daria Doncowa - Żena mojego muża

Daaawno nic po rosyjsku nie czytałam, więc zabrałam się za przeglądanie zasobów Doncowej. No, z tego wynikło kolejne zadanie do odhaczenia, bo nie bardzo pamiętam, co już zaliczyłam, czego nie i chyba muszę zrobić jakąś listę 😜 

Doncowa jak to Doncowa: jej bohaterka Dasza, "nowa ruska", zawsze się wplącze w kryminalną historię. Tym razem zostaje aresztowany pod zarzutem zabójstwa swej siódmej żony Maks Polański, którego Dasza była drugą żoną (stąd tytuł Żona mojego męża). Dasza nie wierzy w jego winę, ale oczywiście prawie do samego końca nie domyśla się tego, co czytelnik widzi od razu czyli że za Polańskiego był przebrany kto inny. No takie tam zwykłe głupotki, ale z przemyceniem opisów na przykład warunków w areszcie, poniżających praktyk dotyczących czy to odwiedzin czy podawania paczek przez rodzinę - pewnie to dla rodzimego czytelnika jest czymś znanym i w sumie zrozumiałym, bo że za wszystko trzeba płacić łapówki, to wiadomo. Rosja to kraj, gdzie za odpowiedni banknocik (najlepiej zielony) dostanie się wszystko, poczynając od zaświadczenia ze szpitala dla studentki, że jest hospitalizowana (choć nikt jej tam nie widział), przez legitymację, z której wynika, że Dasza jest majorem FSB po nowy paszport bez pieczątki o związku małżeńskim. 

Dla odlechczenia dostajemy też kilka relacji z wizyt w przybytkach kultury, ale to już jest kompletna abstrakcja. Ironiczeskij detektiw, wiecie. 

Miałam wrażenie, że skądś to znam (zwłaszcza tę historię o parze nawiedzonych pedagogów, którzy wychowują ósemkę swoich dzieci na geniuszy), a blog mi nie pokazuje tego tytułu. A jednak - okazuje się, że było to przetłumaczone na polski i czytałam z biblioteki w 2008 roku 😁  

Początek: 


Koniec:

Wyd. EKSMO, Moskwa 2002, 426 stron

Tytuł rosyjski: Жена моего мужа

Z własnej półki (kupiona 29 grudnia 2010 roku za 7,50 zł)

Przeczytałam 5 września 2026 roku 

 

Ponieważ moje życie kręci się wokół knihobudek (co ja robiłam, gdy ich nie było?), sąsiedzi zwalili mi kopę, a nawet dwie, segregatorów typu Świat Wiedzy czy inne, żebym je rozdystrybuowała. Do "mojej" budki ich nie zanoszę, bo nie mają wzięcia, ale z budki na Biprostalu ludzie biorą. Jest to oczywiście ciężkie i wożę po jednej sztuce. Mam w planie dnia CODZIENNĄ wycieczkę, już mi się to znudziło i nie mogę się doczekać końca tych wypraw. Któregoś dnia właśnie wracam, gdy dzwoni nieznany numer. Ostatnio raczej odbieram, bo nigdy nie wiadomo, czy to nie od lekarza jakiegoś albo co 😉 A to kurier z DHL, że miał dla mnie przesyłkę i zostawił u sąsiadki. Jaką kurde przesyłkę? Jak bym się spodziewała, to bym siedziała w domu... Jedyne, co wykoncypowałam, to że znowu Czeszka mi nazbierała kryminałów i nie tylko.

I miałam rację 😂 


Matkobosko, dziewiętnaście sztuk!

Więc teraz te poprzednie i przywiezione z sierpniowej Pragi leżą na podłodze pod filmami, nowe na krzesełeczku obok, bo jak je tam położyłam do zdjęcia, tak zostały i ja się pytam, co teraz? Gdy w katalogu sprawdziłam zawartość etykiety po czesku, okazało się, że brakuje mi tylko czterech do chrztu Polski... Straciłam wszelką nadzieję, że je wszystkie kiedyś ogarnę i przeczytam 🤣 Powiedzcie, że w przyszłym roku już sobie nic nie przywiozę, co?

Oczywiście, że książki ma się nie po to, żeby je wszystkie przeczytać, tylko po to, żeby je MÓC przeczytać, ale...

Żeby nie było mało - jeszcze świeży stos własny, wrześniowy.


Część z nich pochodzi z knihobudki w galerii handlowej, to niedawne odkrycie, córka mnie poinformowała i - to jest straszliwa pułapka! Byłam tam już trzy razy! W jedną stronę wiozę parę sztuk do zostawienia, a na miejscu znajduję... kolejnych parę do zabrania 😁 W galerii bywałam do tej pory raz na kwartał czy jakoś tak, a teraz co to się porobiło. W sensie, że nie jadę specjalnie do knihobudki, tylko po coś do Auchana albo Józka albo Pepco i tylko przy okazji z książkami, no ale z tyłu głowy ta możliwość łupu siedzi. 





Zmarł architekt Krzysztof Bień, projektant naszego osiedla. 


wtorek, 28 listopada 2023

Daria Doncowa - Nocznaja żizń mojej swiekrowi

Dawno nie czytałam po rosyjsku, a tu tyle Doncowej odłogiem leży. No to dawaj! Zdjęłam pierwszą z brzegu, luknęłam na okładkę, pust budiet.

Co prawda w środku napisane, że to 29-ta z kolei w serii. Przecież na pewno wszystkich poprzednich jeszcze nie przeczytałam?

Ale jest tu taki problemik. Po remoncie wrzucałam na nowe regały książki jak leci. Znaczna część tych rosyjskich w wydaniu kieszonkowym znalazła się pod sufitem (jak to zresztą było z góry przewidziane - niskie półki). Bez żadnego układania chronologicznie czy seriami, nie było wtedy na to czasu przecież. I przez kolejne pięć miesięcy też 😂 

/tak, to już w sumie rok od Nowej Kuchni, ale zleciało/

A teraz co się okazuje? Przez łóżko Ojczastego, które stanęło tam w czerwcu, nie ma do nich dostępu. Żeby sięgnąć do tych najwyższych półek trzeba stanąć na taborecie - a taboret między regałem a łóżkiem się nie mieści. To dotyczy tego regału nad tiwiszem właśnie. Jest tam zostawione tylko wąskie przejście, żeby było się jak dostać do okna. No i ani porządku w najbliższym przewidywalnym czasie z tymi Doncowymi nie zrobię ani nawet nie sięgnę po cokolwiek. W teorii można odsunąć łóżko, ale bardziej w teorii, ciężkie jak cholera, Ojczastego by trzeba na ten czas wyekspediować na fotel do kuchni, spod łóżka wyciągnąć bambetle (m.in. taki ikeowski pojemnik, kupiony na jego rzeczy)... Nieeee, to nie na moje siły 😁 Chyba, jak będę chciała znowu poczytać po rosyjsku, zabiorę się za Marininę, która jest bardziej dostępna. Tylko do działu Humor i satyra za nic nie pasuje!


No więc nic, czytam sobie ten dwudziesty dziewiąty tom z serii Jewłampia Romanowa. Śledztwo prowadzi amator i czytam i czytam, a jest tego trochę, ponad 400 stron - i w najmniejszym stopniu nie spodziewam się tego, co objawiło się mym oczom na samym końcu: mianowicie zapiska ołóweczkiem, że przeczytane 29 czerwca 2012 roku 🤣🤣🤣 Pewnie czasem się Wam zdarza, że coś czytacie i wydaje się trochę znajome? Otóż do końca mi się nie wydawało 🤣

Nie, naprawdę, ja z moim księgozbiorem będę miała uciechę do końca życia, nawet gdybym miała przed sobą drugie sześćdziesiąt lat! I nawet, gdybym się pozbyła połowy książek! Nawet trzech czwartych!

A tu drobny fragmencik, jak trójka wspólników-lekarzy zakładała w latach 90-tych prywatną klinikę. Naród był jeszcze przyzwyczajony, że trzeba o szóstej rano stanąć w kolejce po numerek przed przychodnią, a tu nagle kiedy przyjdziesz, to cię przyjmą, więc sukces niebywały.

 Tylko że u nas tak zostało z numerkami i kolejkami po nie - do dziś. Ale przypuszczam, że i u nich też, jak kogoś nie stać na prywatną wizytę.

Początek:


Koniec:

Wyd. EKSMO, Moskwa 2010, 412 stron

Tytuł oryginalny: Ночная жизнь моей свекрови

Z własnej półki (kupione na allegro 6 lipca 2011 roku)

Przeczytałam 24 listopada 2023 roku


Wot szto!

A teraz idę grzać ogórkową Ojczastemu.

Aha, jeszcze muszę się pochwalić, że wczoraj byłam po raz drugi na Klubie Książki* i dowiedziałam się o mnóstwie ciekawych pozycji - ale wszystko to nowości, a ja przecież rezygnuję na razie z bibliotek. Może jednak jedną z nich zawinszuję sobie pod choinkę? To by była Głusza. Inna wydająca się ciekawa to Andromeda, z tą jednak poczekam, aż wrócę do bibliotek. Głuszę mi już wcześniej polecała pani od rehabilitacji Ojczastego, ale o niej zapomniałam.

* czy z tego powodu boli mnie dziś łeb? chyba jednak nie, to pewnie dlatego, że wieczorem zeżarłam paczkę herbatników Maltańskich w czekoladzie, stara a głupia, przecież wiem, że mi to szkodzi!

niedziela, 10 lipca 2022

Daria Doncowa - Metro do Afriki

 

Jak wspominałam ostatnio, moje czytanie po czesku i po rosyjsku osiągnęło remis. W przewidywaniu większej ilości czeszczyzny postanowiłam więc nadrobić trochę Doncowej. Stałam przed półką (jedną z półek) i co którą książkę wyciągnęłam to się okazywało, że czytałam. Oczywiście nie żebym pamiętała, tylko miałam z tyłu wpisaną datę ołóweczkiem. Z tym że do końca temu ufać nie można, bo nie zawsze wpisywałam. Teraz już się staram, ale wiecie - brak systematyczności zawsze mi doskwierał.

Nawiasem mówiąc, to też jeden z moich planów na emeryturę - niby żeby zrobić z tym porządek. Brać po kolei stare kalendarze, wyszukiwać książki na półkach i dopisywać. Po co? O rany, bez głupich pytań proszę! Bo tak!

Osobny plan to ten związany właśnie z Doncową, bo jej mam koszmarne ilości i kompletnie nie panuję nad tym, co ostatniego czytałam w danej serii. Cztery ich mam, Metro do Afriki to nr 31 cyklu o Daszy Wasiliewej. Blog mi pokazuje, że niby 4 do tej pory przeczytałam, ale to niemożliwe przecież, musiało ich być więcej. Bałagan również na blogu!

Okazuje się, że na emeryturze nie mam za bardzo czasu na czytanie. Albo może mi się nie chce. Tak że tydzień mi zszedł na tej Doncowej, a byłoby jeszcze dłużej, ale dziś spojrzałam przypadkiem na kilka haseł wiszących na kartce przy biurku, a tam: Zakończ to, co zacząłeś, by nie karmić się niepotrzebnym niepokojem. No to zakończyłam i teraz mogę się karmić innymi niepokojami.

Kto panuje nad rosyjskim, przeczyta powyżej, o czym ten tom. Kto nie panuje, temu i tak cała informacja na nic. Doncowej wyszło po polsku zaledwie kilka książek, a teraz to już chyba nic nie wyjdzie 😁

Dodam jednak wytłumaczenie tytułu, bo one są zawsze u Doncowej od czapy. Otóż: w tle powieści przewija się remont, jaki pułkownik Diegtiarew postanowił zrobić u syna pod jego nieobecność (😂😂😂). Dasza słyszy od pracownika Castoramy, że remont to prawdziwe święto, ale sama stwierdza, że ona remontów nienawidzi i wolałaby przekopać metro do Afryki. I ja się z nią w sumie zgadzam 😁 

Początek:

Koniec:

Półka, którą należy uporządkować.

Wyd. EKSMO Moskwa 2007, 347 stron 

(Tytuł rosyjski: Метро до Африки)

Z własnej półki (kupione 1 lutego 2010 roku za 12 zł)

Przeczytałam 10 lipca 2022 roku


Jak przystało emerytce, zaczyna się wysiadywanie w poczekalniach przybytków służby zdrowia. Od paru miesięcy borykam się z czymś, co miałam już ponad 10 lat temu i z czego wyleczyli mnie na klinice dermatologii. Można to krótko, acz dobitnie określić jako syf na mordzie. Najprawdopodobniej aktualnie wzmocniony stresem ostatnich miesięcy. Jeszcze w czerwcu wyskoczyłam raz z pracy dopytać tam, czy mogę się zarejestrować. A tu - ha ha - kliniki na Skawińskiej niet. Okazało się, że jakieś dwa lata temu przenieśli się na Botaniczną. Zadzwoniłam. Muszę donieść skierowanie, no bo tamto sprzed lat już nieważne. Przytomnie zapytałam o terminy - na sierpień. Tyle że przyszłego roku 😂 Ale to zależy od sytuacji. Czyli dobra nasza, bo wtedy też jak mnie lekarz zobaczył w drzwiach, to kazał przyjść za dwa dni, a nie za dwa lata. Karty mojej nie mają, jest w archiwum (w Prokocimiu). Złożyłam drogą elektroniczną wniosek o wydanie kopii historii choroby, bo nigdy nic nie wiadomo. Dostałam odpowiedź, że sprawa zostanie załatwiona BEZ ZBĘDNEJ ZWŁOKI. I od tej pory codziennie sprawdzam i dowiaduję się, że jest w trakcie realizacji. Od 20 czerwca. Czyli już 20 dni bez zbędnej zwłoki kserują dwie kartki.

No, ale skoro już jestem panią swego czasu odbyłam wizytę w przychodni i dostałam skierowanie z adnotacją PILNE. Na drugi dzień udałam się na klinikę. Tam zostałam poinformowana, że skoro to pilne, to mogą mnie zapisać na... luty 2023. I że nie ma aktualnie zwyczaju pukania do gabinetu lekarza i pokazywania mu pyska, żeby ewentualnie podjął decyzję o szybkim przyjęciu.

No cóż, nie uśmiałam się, bo mi nie do śmiechu, jedynie uprzejmie odrzuciłam ofertę. Wróciłam do domu z podkulonym ogonem. Ale kolejnego dnia stwierdziłam, że nie mogę się poddawać i pojechałam do "zwykłej" przychodni dermatologicznej niedaleko. Pani z okienka dopytała o jakieś szczegóły, po czym wręczyła mi karteczkę z terminem wizyty.

Następnego dnia o 12.30.

Jaciekręcę!

No, a następnego dnia o 12.30 zdiagnozowano mi atopowe zapalenie skóry i wydano receptę na maść robioną. Niestety w osiedlowej aptece są obłożeni robotą i dostanę ją dopiero we wtorek po południu, ale lepiej późno niż wcale, jak mówi pewien amerykański film geriatryczny.

Więc tak. Czekam na cudowne wyzdrowienie, no bo jak tu zostać kobietą pracującą, gdy się ma pysk niewyjściowy? Ba, ostatnio chodzę na spacery po zapadnięciu zmroku (i klnę, na co tyle tych latarń na osiedlu). Bo lekarz w przychodni mi "na razie" zapisał żel dla zmniejszenia świądu (bo najgorsze jest to, że się cały czas drapię), ale promienie słoneczne i ten żel ponoć się nie lubią.

Tenże lekarz, poproszony przy okazji o receptę na Sumigrę (chciałam zrobić zapasik przeciwmigrenowy na sierpniową Pragę), bąknął, że mu się wyświetlają jakieś braki w dostawach i zaproponował coś innego. Nie lubię takich eksperymentów na mojej biednej głowie, ale przekonał mnie niższą ceną (sztuka Sumigry ostatnio około 19 zł, a ta nowa 9,50 - no, to jest różnica dla biednej emerytki, tak?).

Niestety miałam już okazję wypróbować i stwierdzam, że wymyślił to jakiś idiota, który w życiu nie miał do czynienia z atakiem migreny na własnej skórze! Widzicie tę instrukcję?

Wstaję o 4.30 i na oczy dosłownie nie widzę, a oni mi każą wykonywać te wszystkie czynności, w tym odkleić folię pokrywającą czyli wymacać, z którego rogu da się chwycić i pociągnąć, nosz ludzie! W dodatku w czasie, gdy tabletka się rozpuszcza na języku, czuć jakiś tam jej smak - a dlaczego niby gdy ktoś ma atak migreny to nie je i nie pije? Jakiś powód chyba jest, prawda?

Lekarz twierdził, że ten sposób (na język, a nie połknięcie i fru do przewodu pokarmowego, wątroby i stamtąd dopiero z krwią do łba) powoduje, że jest szybszy efekt. Coś nie bardzo w to wierzę. Choć nitroglicerynę się daje właśnie pod język, żeby szybciej zadziałała, nie?

Czas wolny od klinik i przychodni chciałam wykorzystać na porządki w laptopie i zdecydowałam się jednak na kupno dysku zewnętrznego. Wyczekiwałam przesyłki z wielką niecierpliwością, jak tylko nadeszła, podłączam i... laptop jej nie widzi. Co za zawód. Internety powiedziały, żeby spróbować podłączyć oba wtyki USB (a zastanawiałam się, po co są dwa), jednak to też nic nie dało, podobnie jak podłączenie do laptopa córki czy do telewizora. Ja to mam pecha. Ale na drugi dzień pan sprzedawca powiedział, że będzie w pobliżu i przywiezie mi inny na wymianę, więc problem został rozwiązany i obecnie zabawiam się w przenoszenie tego i owego nie tylko z laptopa, ale i z rozlicznych pendrajwów, no taka rozrywka, jak się tu nudzić na emeryturze, gdy tyle do zrobienia 😂

Ale ale, na zdjęciu jest karta pamięci - robiłam porządki w szufladach na Fabryce i wygrzebałam mnóstwo ciekawych rzeczy, a to jest jedna z nich. Prawdopodobnie karta pamięci do pierwszego aparatu cyfrowego. No patrzcie tylko - 256 MB 😅 Ile tam się zdjęć mieściło??? 

I to by było na tyle z wieści na froncie emerytalnym (umyłam wszystkie okna; schudłam 1 kg; oglądam serial koreański; byłam w trzech sklepach obczajać kuchnie - nienawidzę takich wycieczek; zalali mi z góry łazienkę i WC - kwiat lotosu normalnie).

Do następnego!


sobota, 1 maja 2021

Tatiana Ustinowa - Moj licznyj wrag

Dość straszne, prawda? Po pierwsze, że taki zniszczony egzemplarz. A po drugie, ta ilustracja okładkowa. Porzygać się można bez wątpienia. W dodatku robi jakieś takie wrażenie, jakby chodziło o fantasy (co już samo w sobie jest odstraszające). Niestety, wydawnictwo EKSMO specjalizuje się w takich paskudnych okładkach i tłumaczę to sobie jedynie tym, że najwyraźniej Rosjanki (bo to kobiety są targetem) mają okropny gust, któremu się schlebia takimi obrazkami. 

Co zaś do stopnia zniszczenia - cóż, kupiłam używane na allegro. Gdy wróciłam do rosyjskiego po dekadach, które upłynęły od szkolnych czasów i gdy mi się to czytanie po rosyjsku tak spodobało - puściłam się na całe majty. Najpierw coś tam nieśmiało kupowałam na allegro, a gdy już miałam nawiązany dobry kontakt z pewnym panem Wiktorem, przeszłam na obsługę pozasystemową 😀 Pisałam do niego, co bym chciała albo on przysyłał mi listy tego, czym dysponował. I dawaj! Zamówionko i paczka! Podobna sytuacja zdarzyła mi się z rosyjskimi filmami na DVD, też najpierw coś kupowałam od pani Marioli przez allegro, a potem przeszłyśmy na bezpośredni kontakt. Nigdy się nie zawiodłam, choć przecież na początku było to ryzykowne, że zrobię przelew na Berdyczów. Potem już było tak, że pani Mariola jeździła do Rosji i przed wyjazdem pytała, co ma mi przywieźć, sporządzałam listę życzeń, a ona po powrocie wystawiała mi rachunek 😏

Gdy teraz sprawdzam w katalogu książek etykietę po rosyjsku, wychodzą mi 152 sztuki! Niby nie jest to zawrotna ilość, ale jednak niemało. Przeczytałam do tej pory trochę mniej niż połowę, a winny jest tej sytuacji oczywiście czeski 😎 Kiedyś starałam się przeczytać jedną książkę po rosyjsku miesięcznie, dziś jest to książka po czesku. Przy czym ilością nabytej czeszczyzny biję rosyjski na głowę, ale tego dziś sprawdzać w katalogu już nie będę. Strach pomyśleć, co by było, gdybym... kiedyś zapadła na kolejny język.

To jest czwarta Ustinowa, jaką przeczytałam (a mam jeszcze siedem!). Ktoś mi tu skomentował pod poprzednią jej książką i tak wpadłam na myśl, żeby wyciągnąć z półki kolejną. Czytanie w cyrylicy trwa jednak dłużej niż w alfabecie łacińskim, tydzień mi zeszło. No, przyznam się do tego, jaka jestem... dziwna. Mogłam już skończyć dwa dni temu, to specjalnie odkładałam - bo bym już nie zdążyła napisać posta na blogu, a przestrzegam pilnie zasady, że skoro przeczytałam książkę w kwietniu, to post również musi ukazać się w kwietniu. Porządek musi być! Więc skończyłam ostatnie strony dziś rano czyli 1 maja i oto publikuję już w maju 😂

Za to wczoraj czyli jeszcze w kwietniu - pochwalę się - dokonałam cudu czyli skończyłam przepisywać kalendarzyk. Ten mały, noszony w torebce. Co roku muszę przekopiować telefony, adresy, imieniny etc. I w 2020 na przykład zrobiłam to bodajże w sierpniu 😏 To oznacza, że do tej pory woziłam ze sobą dwa kalendarzyki. No, a w tym roku proszę, jak się szybko wyrobiłam! Dzielnioszka, jak mawiał mój Ślubny (gdy obiad zrobiłam, co było wydarzeniem).

Teraz jeśli chodzi o samą książkę. Te poprzednio czytane jakoś mi się bardziej podobały. Bo jest taka zasada u Ustinowej, że to jest pomieszanie romansu z wątkiem kryminalnym, i obowiązkowo happy endem. Ale w tym wypadku to szczęśliwe zakończenie było tak... fantazyjne, że chyba obliczone na mało wymagające czytelniczki - takie lubiące baśnie. Aleksandra pracuje w telewizji, jej mąż ma dostać swój własny program, wszystko wydaje się toczyć w najlepszym z możliwych kierunków, kiedy sprawa się rypnie: mąż ma romans z bezpośrednią przełożoną Aleksandry i w ten sposób bohaterka traci nie tylko męża, ale i pracę, a jeszcze wisi nad nią groźba utraty mieszkania. I teraz, pomijając całą resztę wątków i historii, Francuz, którego ona poślubia (niby to fikcyjnie, na złość), okazuje się nie tylko wielką miłością jej życia, ale i wielkim arystokratą, magnatem i przedsiębiorcą, co pozwoli zemścić się na wiarołomnym eksie w bajeczny sposób. No ha ha ha. 

Tak że czytało się dobrze, w ogóle podoba mi się to rosyjskie czytanie, ale na koniec zdechło. Przegięła Ustinowa.

Początek:

Koniec:
A półka (jedna z półek) z rosyjskimi kryminałami (głównie) wygląda tak. Nadźbane w dwóch rzędach, musiałam wyciągnać część pierwszego, żeby zrobić zdjęcie. Tym razem wiem, nie ma co pytać, które tytuły znacie 😉

Wyd. EKSMO, Moskwa 2003, 316 stron 

Tytuł oryginalny: Мой личный враг 

Z własnej półki (kupione 29 czerwca 2010 roku za 6 zł na allegro)

Przeczytałam 1 maja 2021 roku 


Moja mama przed 60 laty miała pełne ręce roboty pierwszego maja. W jednej żakiet, drugą wtrynia pod ramię obcemu facetowi 😃

A ja dziś mam wolne. I to chyba od wszystkiego, bo łeb mnie boli.

Do tego stopnia, że patrzę na listę dziesięciu chyba książek, które mam naszykowane na najbliższy czas, i nie mogę się na żadną zdecydować. Niech to.

W sumie dobrze, że pada, bo by mi było żal, że nie pójdę na spacer. Dobrze, że nie muszę nakarmić kur. Dobrze, że nie mam zmiany na fabryce. 

Powiedziała... matko, jak się nazywała ta dziewczynka, co zawsze doszukiwała się dobrych stron we wszystkim?

/migrena to jedno, ale skleroza drugie/

POLLYANNA, powiedziały internety!


piątek, 11 grudnia 2020

Daria Doncowa - Eta gorkaja sładkaja miest'

No mówiłam, że zejdzie mi trochę na tej Doncowej - i zeszło. Prorok jakiś ze mnie czy co?

Chodzi tu głównie o to, że jest to kieszonkowe wydanie, z drobną i gęsto nadźbaną czcionką, po kilku stronach (maksymalnie dziesięciu) mam dość i zamykam. No bo o tym, że czytanie po rosyjsku idzie wolniej z zasady, chyba nie muszę mówić? Umysł jakby nie ogarnia całego wyrazu (o zdaniu nie wspominając), jak to jest w przypadku czytaniu w języku ojczystym, bo dokłada się jeszcze do tego inny alfabet. 

Ale co z tego, gdy - LUBIĘ CZYTAĆ PO ROSYJSKU.

Pod jednym małym warunkiem: że lektura nie przedstawia się zbyt ambitnie 😁 A takie tam wesołe kryminałki to coś akurat.

Miałam problem z wyborem. W nie tak dalekich czasach, gdy "zapadłam" na rosyjski, nakupiłam prawie sto Doncowych. One się dzielą na cztery serie, jedna z nich to właśnie Dasza Wasiliewa, którą się chciałam teraz zająć. I za nic nie mogłam ustalić chronologii. Wikipedia nie pomaga, bo kolejność tam podana jest co najmniej dziwna. W dodatku nie wiedziałam, co już czytałam, a czego nie. Wyjęcie wszystkich i ustawienie po kolei odpada w przedbiegach: jedne są te kieszonkowe, inne wydania "porządniejsze", w twardych okładkach i z dużą czcionką - każde stoi gdzie indziej, w dodatku pochowane w drugich rzędach, no, narobiłabym sobie bałaganu.

Ale jednak. Wygląda mi na to, że mogłabym wyznaczyć sobie zadanie na początek zimy - pewnie by mi zajęło ze trzy wieczory dojście do właściwej kolejności i dodatkowo wpisanie tego do katalogu, żeby już raz na zawsze mieć w Doncowej porządek (tym bardziej, że nie przewiduję dokupywania nowszych, choć autorka oczywiście je produkuje; chodzą zresztą słuchy, że bardziej firmuje swoim nazwiskiem, a piszą ghost writerzy).

Swoje egzemplarze kupowałam najpierw na allegro, a wszedłszy w satysfakcjonujący kontakt z jednym ze sprzedawców już bezpośrednio od niego, wysyłając listę dezyderatów - on to ściągał z Rosji (zazwyczaj używane egzemplarze, ale czasem też jak nowe). Ten akurat należał do jakiejś Korniejewej. Oczywiście, że do kobitki, bo faceci takich głupot nie czytają 😄

Początek:

Koniec:

Patrzcie, jak wszystko dokładnie wyłożone. Jeśli dobrze rozumiem, był to dodruk - 50 tys. egz. Zwróćcie uwagę na adres w ostatniej linijce. A tu akurat w jednym z rozdziałów bohaterka wmawia w inną, że mieszka przy alei Lenina, a tamta się dziwi, że jak to, nie zmienili nazwy? Pewnie, że nie zmienili 😎

Wyd. EKSMO Moskwa 2002, 319 stron 

Tytuł: Эта горькая сладкая месть

Musiałam w słowniku poszukać, bo nie pamiętałam, co znaczy ostatnie słowo (zemsta).

Z własnej półki (kupione 8 lipca 2009 roku za 6 zł)

Przeczytałam 8 grudnia 2020 roku 

 

Wczoraj rano to było doprawdy olśnienie, gdy wstałam i za oknem zobaczyłam tę biel. Co prawda szłam do pracy, ale i tak poczułam się jak w dzieciństwie, w zimową niedzielę, gdy oglądało się Teleranek i kolejny odcinek Pippi Langstrumpf, gdzieś tam w kuchni mama krzątała się już koło obiadu, dzieci nie musiały myśleć o niczym i o nic się nie martwić, a przed nami był cały wolny dzień 😍

Więc zanim weszłam na Fabrykę, zrobiłam pamiątkową fotę, myśląc, że za chwilę po śniegu nie będzie ani śladu. Ale ciągle jest! 

A jako że nadal posypuje, dzieciaki przed blokiem utoczyły już pierwszego bałwana z potomstwem. Fakt, że oprócz śniegu bałwania rodzinka ma dużą zawartość ziemi i liści, ale co tam 😝

Ja doprawdy nie wiem, czemu mnie to cieszy, zimy nie cierpię. Może dlatego, że to zaledwie początek?

niedziela, 24 lutego 2019

Daria Doncowa - Tuszkanczik w bigudiach

Naszło mnie znowu na poczytaniu po rosyjsku, współczesnemu rosyjsku. Oczywiście Doncowa. Padło na serię o Iwanie Poduszkinie, bo była pod ręką, a za innymi trzeba by było grzebać w moim pokoju, oddanym chwilowo w pacht Ojczastemu, który drzemał słodko i nie chciałam zapalać światła :)
Wyszło, że wcześniej przeczytałam sześć poprzednich tomów z serii (ostatni w 2010), więc czas był zacząć siódmy - Tuszkanczika w bigudiach. Nawet nie wiedziałam, co to tuszkanczik, przeczytałam całą książkę, znalazłam fragment, gdzie się wspomina o tym, że główny bohater w danej chwili wygląda tak właśnie jak tuszkanczik w bigudiach czyli w wałkach na włosy, no musiałam jednak sięgnąć po słownik, otóż tuszkanczik to zool. skoczek. Tego, jak wygląda zool. skoczek, już mi się nie chce szukać. Pewnie tak, jak na okladce, jakaś mysz czy inny szczur.
Stanowczo Doncowa wspina się na wyżyny kreatywności szukająć tytułów dla swoich licznych powieści kryminalnych. Ponoć jest ich już 180, w związku z czym podnoszą się głosy, że na firmę działa cały zespół murzynów.
W każdym razie Poduszkin jest nudny. Siłą Doncowej zawsze były dla mnie humorystyczne sceny, no i żywy język. Tymczasem nic mnie w tym tomie nie rozbawiło. Chyba będę musiała wrócić do Wioli Tarakanowej.
A w ogóle wkurza mnie, że kiedyś na rosyjskiej Wikipedii był dostępny cały spis dzieł, a teraz już go nie ma. A ja tu potrzebuję wpisać oryginalny tytuł i co? Wyszukiwanie z alfabetu literki po literce trwa zbyt długo i jest zbyt nużące :( Komu to przeszkadzało? Spis jest na ukraińskiej wersji Wiki, no ale po ukraińsku, ofkors.



Początek:
Koniec:

Wyd. EKSMO Moskwa 2004, 380 stron
Tytuł oryginalny: Тушканчик в бигудях
Z własnej półki
Przeczytałam 24 lutego 2019 roku

piątek, 11 stycznia 2019

Michaił Bułgakow - Mastier i Margarita


Nowy rok zaczęłam niepatriotycznie, bo po rosyjsku :) Tak naprawdę wróciłam do Mistrza i Małgorzaty jeszcze w grudniu, ale w którymś momencie przerwałam, zabrałam się za coś innego i w rezultacie kończyłam dopiero teraz. To mój trzeci raz w oryginale. Poprzednim razem, w 2012 roku, pisałam o marzeniu, by w Moskwie przespacerować się śladami książki... no to już się wyleczyłam z tych marzeń, już mi Moskwa nie w głowie, na starość człowiek rezygnuje ze wszystkiego...

Tak przy okazji myślę o innych książkach, które uważam za ulubione i czy do nich rzeczywiście często powracam.
Pan Tadeusz - dwa razy, odkąd prowadzę bloga czyli od 2010 roku.
Przyślę panu list i klucz - cztery razy.
Życie wśród dzikusów - dwa razy.
Nie jest to powalająca częstotliwość :)

Początek:
Koniec:

Wyd. EKSMO Moskwa 2008, 417 stron (książka ma w całości stron 669, bo zawiera jeszcze opowiadania)
Z własnej półki (kupione 14 września 2010 roku za 40 zł w ś.p. Księgarni Rosyjskiej na ul. Św. Krzyża)
Przeczytałam 7 stycznia 2019 roku

środa, 24 stycznia 2018

Tatiana Ustinowa - Zakon obratnogo wołszebstwa

Czyli: Татьяна Устинова - Закон обратного волшебства

Jeśli chodzi o czytanie po rosyjsku, to ciągle u mnie Doncowa albo Marinina. Innych też by wypadało spróbować - w sensie, że mam, posiadam i na co czekam. Więc tym razem wyciągnęłam z zakurzonej półki ze stosami ruskich Ustinową. Która nie jest dla mnie tak całkiem nowa, bo już przeczytałam jej dwie powieści, ale ho ho kiedy to było... w 2011. Ale pamiętam, że mi się podobały.
Bo wszystko to niby kryminały, ale tak - Doncowa to żarty, jaja i humor, Marinina to poważne, aż zbyt poważne sprawy. A Ustinowa też ma swój styl - mianowicie łączy intrygę kryminalną z wątkiem romansowym.


Nie jestem czytelniczką romansów i może mi czegoś brakuje, bo w świecie Ustinowej odnajduję się bardzo dobrze :)
Podoba mi się, gdy bohaterowie jej powieści odnajdują do siebie drogę. I podoba mi się, gdy autorka wkłada im w usta lub w głowę swoje myśli na życiowe tematy, nie tak górnolotno-kiczowate jak Coelho, ale trafiające w sedno.
Prawie prawie się rozpłakałam przy scenie, gdy przypadkowy pasażer busa (znaczy się marszrutki), patrząc na dość romantyczną scenę, wspomina swoje życie, jak było cudownie na początku, gdy się w sobie z przyszłą żoną zakochiwali i jak potem wszystko poszło nie tak... a raczej tak jak u wszystkich, nijako, bez sensu, zwykłe szare życie.

Znaczy się - chyba jednak jestem potencjalną czytelniczką romansów?
:)

W książce spis innych dzieł autorki, ale oczywiście stary, dziś już jest o wiele obszerniejszy. Można zresztą sprawdzić na Wiki.

W Polsce wyszła jedna rzecz, ale po polsku czytać nie będę. Po co sobie psuć wrażenia :)

Początek:

Koniec:

Wyd. EKSMO Moskwa 2005, 316 stron
Z własnej półki (kupiona 19 X 2009 roku za 5 zł)
Przeczytałam 23 stycznia 2018 roku


Oczywiście jest ekranizacja. Rosjanie wszystko filmują :)
Obejrzałam wczoraj dwie części (bo jest w czterech).
Po pierwszej, nieco zdumiona, dokładnie przyjrzałam sie napisom. No i wyszło szydło z worka - "na motywach". Bo już się dziwiłam... dziwiłam to za słabe słowo... co to i jak to, począwszy od głównej bohaterki, którą przyrównuje się do Audrey Hepburn - a tu tłuścioszka taka :)
Jest na You Tube.

PS. Widzę teraz, że to 70-ta książka przeczytana przeze mnie po rosyjsku. Co z tego, spyta ktoś (albo nie spyta). A nic. Lubię liczby, lubię podliczać, rachunki wydatków swoich prowadzę od lat, to i książki mogę liczyć :)
/tak naprawdę to blogspot zlicza/


PS2. Zapomniałam. Zapomniałam napisać o tym, że główna bohaterka pracuje w aptece. A apteka to takie miejsce trochę magiczne. Raz, że "Pigularz" był/jest jedną z ulubionych książek, a dwa, że gdy w dzieciństwie po wizycie w przychodni szło się do apteki wykupić recepty, to ona się jawiła jako bardzo tajemnicza, pełna jeszcze tych ciemnobrązowych flaszek i naczyń z łacińskimi napisami, z charakterystycznym zapachem, wielkim fikusem i palmą, a pod nimi ławeczką dla klientów, stolikiem z karafką z wodą... powiedziałabym, że przedwojenna, gdyby nie to, że budynek powstał później :)
I jeszcze to, że w każdym chyba zawodzie można by napisać książkę o klientach/pacjentach/uczniach... o tym, co ludzie potrafią wykręcać. Skojarzyło mi się, bo tam jest taki passus, że do apteki przychodzi mamuśka z synalkiem, który się źle uczy. I żąda lekarstwa, bo w telewizji była reklama, że zażyje i od razu pięknie rysuje :)