Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Varsaviana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Varsaviana. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 września 2026

Maria Kuncewiczowa - Dyliżans warszawski

Czy jest jakaś awaria znów na blogspocie? Nie udaje mi się załadować żadnego zdjęcia. Nie chcę jednak odkładać publikacji posta, bo znów porobią mi się zaległości, więc trudno, bez zdjęć. Jak naprawią, to dodam.

Chyba, że to nie ich wina? Ups. Ale Jotka dzisiaj wstawiła zdjęcia do nowego postu... Może na przykład skończyło się miejsce? Ale tak bez uprzedzenia? Gdzie informacja, że jak chcę więcej, to mam zapłacić?

Kuncewiczowej czytałam jedynie Dwa księżyce i to z biblioteki. Zaglądam do posta sprzed 4 lat i czytam, że bardzo podobał mi się język pisarki. I proszę, to by się zgadzało 😁 Bo i Dyliżans pod tym względem nie zawodzi. 

Nie są to klasyczne wspomnienia, choć zabierając się za czytanie myślałam, że mam w ręku coś w stylu W cieniu zamkowego zegara, choć to nie ta generacja... Ale nie, czekaj! Czekalski raptem 10 lat starszy od Kuncewiczowej! Ale on koncentruje się na XIX wieku, podczas gdy ona - na okresie międzywojennym. To wiwisekcja ówczesnej Warszawy, ni to eseje, ni to reportaże, ironia, sarkazm, zwłaszcza w opisach lepsiejszego towarzystwa. Tematy różnej wagi, od wizyty w ZOO poprzez mecz bokserski aż po los podrzutków czy prostytutek. Ciekawe.

Mam jeszcze jakiś zbiorek 4 opowiadań, zatytułowany Tamto spojrzenie, ale na razie odkładam na później, czekają inne 😉

 
Z wydania Dzieł pisarki.


 Początek:

Koniec: 

Wyd. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1981, 121 stron

Z knihobudki 

Przeczytałam 9 września 2026 roku 


Miałam o filmach, ale skoro nie da się zdjęć wstawić, to historia niefotograficzna (jak trzymałam drabinę to nie w głowie mi było robić zdjęcia. A szkoda).

Z życia emerytki

Emerytka robi tak. Właśnie wychodzi z mieszkania na zakupy i zamyka drzwi, gdy widzi listonosza wchodzącego do klatki. Następuje rozmowa na temat, żeby może przyszedł za godzinę, on nie może, bo ma rehabilitację, więc jutro. Konwersację kontynuują jeszcze chwilę przed blokiem, po czym emerytka udaje się do Lidla. Wraca z zakupami i sięga po klucze do prawej kieszeni plecaka (zawsze są w tej samej). Zonk. Kieszeń otwarta, kluczy nie ma. Hm. Następują poszukiwania w innych kieszeniach, a następnie przekładanie zakupów z plecaka do siatki, żeby się dogrzebać na samo dno.

Kluczy nie ma. 

Są dwie hipotezy: albo ktoś mi je wyjął z plecaka (w sklepie? że niby nie zauważyłam? ale po co? zna mnie? czy też śledził mnie potem, gdzie mieszkam?) albo zostawiłam je w zamku i ktoś z miłosiernych sąsiadów zabrał, żeby mnie nie okradli. Tylko dlaczego nie zostawił kartki? Co robić?

Telefon do przyjaciela. Znaczy do tzw. Sąsiada czyli ojca mojej córki, mieszkającego dwie klatki dalej. Na szczęście wiem, że ma właśnie urlop. Sąsiad przychodzi, upewnia się, że kluczy nie mam i udaje się na moją prośbę do Spółdzielni w celu pożyczenia wyższej drabiny. Aha, bo zostawiłam okno w kuchni otwarte. 

W Spółdzielni każą przyjść później, bo robotnik od drabiny jest "na osiedlu". Sąsiad idzie do kogoś pożyczyć taką zwykłą, aluminiową, co ludzie często w domu mają. Ja też powinnam mieć, ale gdzie to trzymać...

Przystawiamy drabinkę do ściany bloku i cóż widzimy? Mała, za mała. Na filmie to co prawda bohater stanąwszy na jej najwyższym stopniu zrobił by fik mik i już, ale to życie, nie film. W desperacji Sąsiad staje na tym takim pałąku zaokrąglonym, co jest na górze drabinki (ja niby ją trzymam i upewniam), po czym dokonuje cudów ekwilibrystyki, żeby wspiąć się na parapet, a potem się odwrócić przodem do mieszkania.

Jest! Udało się! Wlazł! Zdejmuje z drzwi wiszące tam klucze córki i otwiera. Uff. Umawiamy się, że czekam do wieczora, czy przyjdzie ktoś z sąsiadów, a jeśli nie, to jutro rano wołam ślusarza, żeby wymienił zamek.

Wyładowuję zakupy do lodówki, a na końcu sól z plecaka. Sól zawsze się trochę rozsypie, więc muszę plecak na lewą stronę wywrócić w celu wytrzepania.

I...

No tak, już wiecie 🤣🤣🤣 

PS. Jak myślicie, ile osób zwróciło uwagę, że ktoś włazi do mieszkania przez okno po drabinie i zainteresowało się? 

 

Apdejt, kurde! Apdejt, apdejt!!!

Oj oj. Dawno nie zaglądałam na Arte, a tu filmy się kończą. Donoszę, że dziś (piątek) ostatni dzień jest dostępny dokumentalny film o Davidzie Hockneyu, tak że teges. 

środa, 8 kwietnia 2026

Helena Kowalik - Wiesz pan, skąd ja jestem?

Znalezione w knihobudce oczywiście i zabrane, no bo reportaże. Nazwisko autorki nic mi nie mówiło, a teraz czytam na Wikipedii, że koncentrowała się na reportażu kryminalnym i sądowym. Zbiór przedrukowanych z prasy lat 70-tych (chyba, bo brak na ten temat informacji) reportaży Wiesz pan, skąd ja jestem? ma za bohaterów - mieszkańców Warszawy. Tych z dziada pradziada i tych, co niedawno przywędrowali, głównie ze wsi, za pracą, za mieszkaniem. To chłoporobotnicy, to studenci, czepiający się pazurami stolicy, to praski półświatek (jeśli można go tak określić, raczej kompletny lumpenproletariat), to mieszkańcy nowych osiedli (Stegny), ale i tych ruder na Ząbkowskiej czy hoteli robotniczych. To żebracy wzbudzający litość przechodniów na ulicach miasta, ale nie chcących pomocy. To dziewczyny szukające łatwego chleba (który taki łatwy nie jest). 


 Ciekawe. Myślę, że lektura obowiązkowa dla warszawiaków. Taki powrót do czasów minionych. Ktoś się może rozpozna w jednym z bohaterów, ktoś inny rozpozna klimaty ze starych filmów. Szkoda tylko, że zbyt wiele daniny dla władzy, no nie obeszło się bez tego...


Jest na YT do odsłuchania, ale 30 minut, więc pewnie kilka wybranych reportaży.

 

Początek:


Koniec:


Wyd. Iskry, Warszawa 1978, 289 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 5 kwietnia 2026 roku



Córka zobaczyła w knihobudce kilka pudełeczek z jakąś takąś łamigłówką i przyniosła jedno. Póki co - nie dajemy rady, a karteczka z instrukcją nie pomaga (nic z tych obrazeczków nie rozumiem). Nic to, na pewno kiedyś się uda 😂

 

Ja natomiast na stoliku z gratisami w bibliotece ujrzałam stos kartek - fotografii literatów z PRL-u. Nie wiem, kto to i po co wydawał... znaczy wiem, kto, bo na odwrocie podpisane (Agencja Autorska, Centrala Księgarstwa Dom Książki, Poznań), ale żeby ktoś to kupował? Bo i ceny są, po złotówce. Rok chyba 1966. No nic, w każdym razie przejrzałam i wybrałam takie bardziej mi znane nazwiska - niekoniecznie twarze. Ciekawam, kogo rozpoznacie, bo ja to chyba tylko Broniewskiego 😁 A jeśli spytacie, po co wzięłam, to odpowiem, a jakże - żeby powkładać do ich dzieł w charakterze zakładek. Z tym, że niekoniecznie mam te dzieła 🤣


Dalej uzupełniam katalog, już prawie na finiszu, zostało kilka półek. Kuchenne to są zbiory i przed chwilą padło na Obiady na każdy dzień roku Dębskich, już chyba kiedyś o tej pozycji wspominałam, bo mnie fascynuje od dnia zakupu czyli 37 lat za trzy dni będzie 😉 Tam naprawdę jest podane menu na każdy dzień, dopasowane do pory roku i ... i do kieszeni bogaczy zatrudniających służbę. Bo nie wiem, czy jedna kucharka by wystarczyła. Bardzo lubię zajrzeć tam od czasu do czasu, sprawdzić, co dziś będzie na obiad.

Więc menu na dziś, 8 kwietnia jest następujące.

 



Na dziś to już trochę późno, więc na wszelki wypadek podaję też menu na jutro, żebyście mogli się przygotować i po wołowinę lecieć.

PS. Do surówki z marchwi autorzy polecają 50 dag majonezu. Chyba miało być 5 dag... i jak tu gotować z książek 😂

niedziela, 6 kwietnia 2025

Agata Passent - Stacja Warszawa

W takiej sytuacji jak moja aktualna (na nic nie mam siły, nic mi się nie chce robić) w teorii pozostaje jedynie czytanie. O ile łeb nie napieprza. Ale przy czytaniu siłą rzeczy, jako osobie permanentnie niewyspanej od dwóch lat, bardzo szybko sklejają mi się powieki. Wtedy muszę dokonać Wielkiego Bohaterskiego Aktu czyli otworzyć je i wstać, zrobić cokolwiek. Albowiem jeśli się zdrzemnę w dzień, to obowiązkowo nastąpi globus.

Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek nastąpi w mym życiu taki okres, że CZAS NIE MIJA i NIE MAM CO ZE SOBĄ ZROBIĆ. Jest to jakieś horrendum. 

No, ale przynajmniej trochę - do momentu przyśnięcia - czytam. Stację Warszawa przyniosłam z budki chyba w zeszłym roku, do katalogu w każdym razie wpisałam w lipcu. Tak bardziej na wyrost, bo myślałam po co mi to, Warszawa, przeczytam kiedyś i odniosę. Przeczytałam, ale coś mi się odnosić nie chce. Jak to zwykle u mnie, gdzież bym się tam pozbyła czegoś dobrowolnie 🤣

Tym bardziej, że takie dość sympatyczne te felietony i wiekowe już (2007). Minęło prawie dwadzieścia lat, czy Warszawa dziś to ta sama Warszawa, co wtedy? Kto ją tam wie? Chyba tylko warszawiacy... Zastanawiam się, kiedy byłam w stolicy ostatni raz, pewnie właśnie przed 20 laty, może z okładem.






Wyd. Nowy Świat, Warszawa 2007, 141 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 2 kwietnia 2025 roku



W Warszawie bywając zatrzymywałam się u ciotki, kuzynki właściwie. W owych latach, a może nieco później, owa ciotka zaprzyjaźniła się mocno z inną kuzynką, z Dżendżejowa, która pracując na kolei mogła sobie pozwolić na częste jazdy pociągiem do niej. A ciotka, zapalona podróżniczka, namówiła ją nawet na jeden czy dwa wspólne wyjazdy; pamiętam opowieść o tym, jak ciotka, kawał wysokiej baby, zemdlała na Chińskim Murze i było sporo ambarasu, gdy koło niej biegali ci drobni mali Chińczycy, usiłując ją podnieść.

Obie kuzynki są na emeryturze, a ta dżendżejowska zaczęła spędzać w Warszawie coraz więcej czasu, bo ciotce zaczęło zdrowie szwankować, a przy tym wszystkim jak jej ktoś (czyli kuzynka) nie zrobił zakupów, nie ugotował i zamroził, to sama z siebie nie bardzo, coraz bardziej wychudzona. Raz w tygodniu udawała się z wózkiem do biblioteki i przywoziła zapas romansideł, bo na takie właśnie lektury przeszła.

I otóż co się dzieje. Alzheimer. Nie ma nikogo poza tą kuzynką, kto mógłby się nią zaopiekować. Kuzynka spędza z nią 24 godziny na dobę, raz są w Warszawie, raz w Dżendżejowie. Jest totalnie wykończona. Pozbierała papiery o DPS i dostała jakąś odpowiedź z pięcioma adresami, ale wszystkie w Warszawie (rejonizacja?), a przecież chciałaby ją jak najczęściej odwiedzać, więc wolałaby gdzieś w świętokrzyskim. Napisała odwołanie i czeka. Dostała dla siebie sanatorium na przełomie maja i czerwca i zaczęła szukać dla ciotki czegoś tymczasowego na parę miesięcy, zanim cokolwiek się rozstrzygnie (zlikwidowały jakąś lokatę w tym celu). Jest u kresu sił, ale - obowiązek moralny... Cały czas zachodzi w głowę, jak to się mogło stać: światowa kobieta, wykształcona, oczytana i nagle tak. Cóż, z każdym może się stać cokolwiek, prawda?

W tym tygodniu któregoś dnia rano zagląda do niej, a ciotka bełkocze coś, posikała się do łóżka (jeszcze nie była zapampersowana), nie ma z nią kontaktu. Chyba miała udar. Błąd, że nie zadzwoniła po pogotowie. W rezultacie wylądowały w tym DPS-ie tymczasowym, gdzie ją przyjęli i kazali dowieźć dokumentację medyczną. Ta jest w Warszawie, więc jutro rano kuzynka wsiada w pierwszy pociąg i po nią jedzie. Co będzie dalej nie wiadomo, ale powtarza, że jest z ciotką źle, bardzo źle.

Ja myślę, że jest na odwrót, właśnie dobrze: ciotce już i tak nic nie pomoże, jeśli szybko odejdzie, będzie najlepiej dla wszystkich. A przed wszystkim dla kuzynki, która z jednej strony czuje ten imperatyw moralny, że musi się nią opiekować, a z drugiej ani te lata ani siły.

Wśród komentarzy pod artykułem o Alzheimerze przeczytałam dziś i taką historię:

Moj dziadek zachorował na Altzheimera i Parkinsona jednocześnie, tuz po przejściu na emeryturę
Pierwsze 2 lata chodzil po domu, uciekał, szukaliśmy go po osiedlu, klasyka
Potem szczęśliwie Parkinson zaczął wygrywać, ostatnie pol roku leżał
Do końca byl w domu, zajmowała sie nim babcia przy wsparciu moich rodziców
I mysle ze to był straszny blad
Babcia omal sie nie zajechała, ma żelazne zdrowie i charakter wiec przetrwala ale w wieku 65 stala się fizycznie staruszka i 30 lat pozniej dalej nia jest. Jest samodzielna i dzielna ale nigdy nie wrocila juz do dawnej siebie
Mama przezyla nie tylko stratę rodzica tuz po 30 ale tez traumę ogladania ojca-podpory rodziny w skrajnym stanie. Wielokrotnie nie miala pojecia czy ma szukać ojca czy jednak zostać w domu z kilkuletnimi dziecmi. W zaawansowanej ciąży pomagala podnosić stukilowego czlowieka z podlogi, brat urodzil sie 2 tygodnie po śmierci dziadka a mama na wiele miesięcy pogrążyła sie w depresji poporodowej. Odziedziczyła po dziadku czynniki ryzyka (np wysokie ciśnienie) i powtarza ze mam ja zabic przy pierwszych objawach
Tata dostal od losu, zamiast pomocy tesciowi w naprawie auta, dzwiganie go, powstrzymanie przed demolką, kąpiele itp
Ja mialam 9 lat jak dziadek zmarl. Mialam pełnoobjawowa nerwice, mam wiele objawów DDD, mimo ze moi rodzice nie maja nic wspolnego z dysfunkcja i stworzyli nam fantastyczny dom. Choroba w rodzinie to automatyczna dysfunkcja. Mam calkowicie „nieaktywne” uczucia opiekuńcze, rodzaj obrzydzenia do starych ludzi, ogromny dystans do wszelkich „cielesnych” kontaktów, nie wyobrażam sobie jak np ludzie zmieniają malzonkowi opatrunki czy pomagają w myciu. Nie mamy dzieci. Maz tez wie, ze ma mnie zabic. 

Kurwa, co za popierdolony świat. 

A gdybyście pytali, co lekarka powiedziała w piątek - powiedziała, że ma zbyt wielu pacjentów wpisanych, a te wyniki nie są takie złe, więc kazała mnie dopisać na wizytę na pierwszy wolny termin, we wtorek. Tak że.


poniedziałek, 12 lutego 2018

Eustachy Czekalski - W cieniu zamkowego zegara


Przeprzeurocza rzecz.
Wspomnienia autora z dzieciństwa w zaborowej jeszcze Warszawie.
Już to czytałam z dziesięć lat temu może, ale co to dla mnie - nic przecież nie pamiętam.
O autorze znalazłam tylko, że był dziennikarzem w okresie międzywojennym. Napisał też powieść o Wieniawskim. Tematyka warszawska była obecna w innych jego utworach, ale to wszystko wydania sprzed wojny, więc (dla mnie) niedostępne.

Mały Staszek z rodzicami, kucharką i Jagusią, służącą do wszystkiego - mieszkali przy Rynku na Starym Mieście. Ojciec był rzemieślnikiem, współwłaścicielem garbarni, matka - wiadomo, zajmowała się domem. Ale dla małego chłopca obok rodziców to właśnie Jagusia, młoda dziewczyna, była najważniejsza. Ona "pomagała" mu zjeść śniadanie (odgryzając połowę parówki), z nią szedł na zakupy i mógł wszystkiemu dobrze się przyjrzeć i o wszystko zapytać, z nią jeździł do cyrku czy na karuzelę, ona wreszcie namawiała go do niektórych psot i psikusów :)

Są lata 90-te XIX wieku. Staszek opisuje, jak wyglądało mieszczańskie mieszkanie w kamienicy, jakie były wokoło sklepy, jak się żyło na co dzień i od święta. Jaka to była radosć dla dzieciaków, gdy na podwórku pojawiał się szlifierz. Jaki strach, gdy pierwszy raz szło się do ochronki, a potem do gimnazjum.
Kuriozalny obraz zrusyfikowanej szkoły. Wspomnienie nauczycieli, którzy byli... różni, a najgorszy chyba był nauczyciel - polskiego.
Szkoła pływania braci Kozłowskich nad Wisłą.
Oglądanie medium.
Niedzielne obiady celebrowane jak nabożeństwo.
Korepetytor Kwiczoła, człowiek wielu fachów.
I oto Jagusia wychodzi za mąż.
Kończy się pewien etap w życiu Staszka...



Za następne dziesięć lat znów przeczytam :)
Odkurzam książki, przyglądam im się uważnie - może by coś wydać, czegoś się pozbyć, zrobić trochę miejsca?
W cieniu zamkowego zegara na pewno zostanie!


Początek:

Koniec:

Wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1956, 216 stron
Z własnej półki
Przeczytałam 5 lutego 2018 roku

poniedziałek, 20 lipca 2015

Jan Marcin Szancer - Teatr cudów

Zabrałam do pociągu dalszy ciąg wspomnień Szancera. Ve vlaku co prawda do niego nie zajrzałam, ale jakoś udało mi się na nim skoncentrować w weekend u rodziców i przeczytałam. Co odnotowuję jako duży sukces, bo mi czytanie ostatnio nie po drodze. A teraz myślę, co następne. I nie wiem.

Na skrzydełku podsumowano:

A na drugim fragment recenzji z Życia Warszawy:

Następne rozdziały już nie powstały...
Czyli wspomnienia urwały się z końcem lat sześćdziesiątych. A w 1973 ich autor zmarł. Żona przeżyła go o 35 lat. Na stronie Filmu Polskiego znalazłam informację o ich córce Małgorzacie, która ukończyła szkołę filmową w Łodzi i zdążyła jeszcze wystąpić w Panience z okienka, a potem cisza. I tak się zastanawiałam, co poszło nie tak, że zrezygnowała z kariery aktorskiej... a tymczasem Teatr cudów mi to wyjaśnił - wyszła za mąż za francuskiego literata i wyemigrowała.
Co poza tym we wspomnieniach? Wszystkiego po trochu, tak jak to wyliczono na skrzydełku. Interesujący rozdział o raczkowaniu telewizji, kiedy to wielkim nakładem sił przygotowywano program dla... kilku telewizorów na mieście :) Dużo wrażeń z podróży, te zawsze ciekawe, gdy o nich opowiadają artyści, obdarzeni przecież szczególną wrażliwością i specyficznym spojrzeniem.

Wstęp:
Początek:
Koniec:


Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1972, wyd. II, 224 strony
Z własnej półki
Przeczytałam 19 lipca 2015 roku


NAJNOWSZE NABYTKI
Zlikwidowałam kolejny punkt z listy allegro:
Ale nie na długo, bo okazało się, że w tym samym wydawnictwie (Zakamycze) wyszły też wspomnienia Stefana Grzybowskiego (dawno temu, w 1999 roku), więc trzeba je upolować.
Ten zakup przypłaciłam małym globusem, albowiem rano kupiłam, a po pracy pojechałam, z przesiadkami, odebrać - w ten zasmarkany upał! No ale zrobiłam interes, bo zapłaciłam 40 zł, a normalnie chodzi coś po 65... a życie przywróciło mi w domu smoothie.
Zdaje się nie wspominałam, że odkryłam w kredensie blender, pochodzący jeszcze z zakupów, czynionych obsesyjnie przez jedną moją ciocię za czasów PRL. Mój brat odziedziczył po niej mieszkanie (właściwie po babci, która zmarła wcześniej, ale ciocia miała tam dożywocie) i było sprzątania, że hej. No ale jakoś wtedy dostał się ten blender z kolei w zakamarki mojej kuchni i teraz przydaje się jak diabli, doceniam pożytki płynące ze smoothies i produkuję je codziennie, też właściwie obsesyjnie :) Mam nadzieję, że dieta, która mnie czeka po operacji, dopuszcza takie cymesy :)


OGLĄDAM...
Jeden film raptem, ale za to dobry.
BIAŁY BALONIK (Badkonake sefid), irańskiego reżysera Jafara Panahi, z 1995 roku.
Historia o tym, jak pewna mała dziewczynka zapragnęła złotej rybki na Nowy Rok i jak pokonała - z pomocą wielu ludzi - rozmaite trudności, by tę rybkę zdobyć. Urocze. A praca reżysera z małą aktorką genialna.
Na YT w całości z angielskimi napisami; w takiej właśnie wersji oglądałam, na szczęście język jest prosty :)

Polecam!

sobota, 20 czerwca 2015

Jan Marcin Szancer - Curriculum vitae

Ogłaszam zwolnienie obrotów. Jestem w kiepskiej kondycji i NIC mi się nie chce, nawet napisać paru zdań. Co prawda gdy wyszłam z 'nieprzyjemnego badania' świat wydał mi się nagle piękny, ale był to jedynie CHWILOWY przypływ euforii, która szybko opadła. W dodatku mama znowu w szpitalu, a ja sama przed perspektywą tej nieszczęsnej operacji za miesiąc. Och, gdyby tak był już wrzesień!
Jeszcze się łudziłam, że może jak weekend przyjdzie, to coś z siebie wykrzeszę, ale gdzie tam...
Tak więc ograniczam się jedynie do zasygnalizowania, że tak, coś tam jeszcze czytam, ale pisać o tym, co przeczytałam nie mam siły. Nic sensownego nie ciśnie się pod pióro (palce na klawiaturze), myśli rozbiegają się na wszystkie strony i tak to.
Szkoda, bo ta książka zasługuje na szerszy opis.
A jakie piękne ilustracje!

Początek:
i koniec:


Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1969, 298 stron
Z własnej półki (kupione 12 czerwca 2015 roku za 9 zł na allegro)
Przeczytałam 14 czerwca 2015 roku

poniedziałek, 3 marca 2014

Zuzanna Rabska - Moje życie z książką

Niedawno gdzieś tam w blogosferze, przy okazji recenzji Przyślę panu list i klucz, jej autorka wspomniała o Moim życiu z książką. Aż dziwne mi się wydaje, z uwagi na moje zainteresowania, że nigdy po ten tom nie sięgnęłam, choć stał w domu rodzinnym w pierwszym rzędzie książek,a więc jak najbardziej widoczny. Skorzystałam więc z okazji, że odwiedziłyśmy z córką Dziadków i buchnęłam książkę :)
Właściwie miałam pewne obawy co do niej, no bo skoro autorka opowiada o książkach w swoim życiu, to musi to być trochę nudne, taka wyliczanka... tymczasem rzecz okazała się być fascynującym tomem wspomnień z Warszawy końca XIX i początku XX wieku, gdzie książki i ich autorzy odgrywają wiodącą rolę, ale to przede wszystkim opowieść o ludziach z tamtych czasów, weteranach powstania styczniowego, uczonych, pisarzach, pedagogach.

Autorka była jedyną córką Aleksandra Kraushara, z zawodu prawnika, a z pasji historyka-warsawianisty, współzałożyciela Towarzystwa Miłośników Historii. W domu książki rulez, jak by powiedziała moja córka, a więc miłość do słowa pisanego (oraz pięknie ilustrowanego) Zuzanna wyssała z mlekiem matki, a z czasem zaczęła kolekcjonować własne zbiory ( w większości przepadłe w powstaniu warszawskim). W Moim życiu z książką relacjonuje swoje pierwsze fascynacje literackie. Krąg bibliofilów, otaczający rodziców, w naturalny sposób poszerzał horyzonty młodej dziewczyny, a jeszcze bardziej nauka na pensji, z konspiracyjnymi wykładami z polskiej historii i literatury (zabór rosyjski! rusyfikacja!). Z czasem Zuzanna podjęła społeczną pracę w bezpłatnej wypożyczalni książek, z której korzystały masy robotnicze. Wzorem była matka, od zawsze pracująca na niwie oświaty, u boku Cecylii Śniegockiej, Kasyldy Kulikowskiej czy Stefanii Sempołowskiej.

Ze skrzydełek:

Zuzanna Rabska w swych młodych latach:

Jeden z cytatów zakreślonych przez mego Ojczastego:

Nie zabrakło rozdziału krakowskiego - autorka chodziła przez pewien czas na wykłady polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, nie zaznała jednak rozkoszy życia studenckiego, mieszkając wraz z matką w hotelu :) Odwiedzały salon państwa Kotarbińskich (Józef Kotarbiński był dyrektorem Teatru im. J. Słowackiego) spotykając tam między innymi Asnyka czy Wyspiańskiego. O literackich znajomościach czy przyjaźniach rodziny niech zaświadczy spis treści:

Na karcie tytułowej pojawia się rzymska cyfra I:
Bardzo mnie to zmartwiło, bo żadnego drugiego tomu w domu na pewno nie ma. Przestudiowawszy jednak twórczość Zuzanny Rabskiej, wyliczoną na Wikipedii, doszłam do wniosku, że to było jedynie zamierzenie... tom drugi najprawdopodobniej nie zdążył powstać - autorka zmarła w 1960 roku, a pierwszy tom wyszedł w 1959 roku. Natomiast być może podobnej tematyki dotyczy Książka i wojna, opublikowana w 1947 roku. W każdym razie Moje życie z książką kończy się wraz ze śmiercią ojca w 1931 roku.

Początek:
i koniec:


Wyd. Ossolineum Wrocław 1959, wyd.I, 307 stron
Z własnej półki (przywiezione z domu rodzinnego 1 marca 2014)
Przeczytałam 2 marca 2014


W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film włoski OSIEM I PÓŁ (Otto e mezzo), w reż. Federico Felliniego, z 1963 roku
Na YT znalazłam w całości po francusku:

2/ film czeski DWAJ MUSZKIETEROWIE (Bláznova kronika), reż. Karel Zeman, z 1964 roku
Fragment na YT:

3/ film włoski WIELKIE PIĘKNO (La grande bellezza), reż. Paolo Sorrentino, z 2013 roku, tegoroczny Oscar dla filmu zagranicznego, trailer na YT: