Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 września 2026

Maria Kuncewiczowa - Dyliżans warszawski

Czy jest jakaś awaria znów na blogspocie? Nie udaje mi się załadować żadnego zdjęcia. Nie chcę jednak odkładać publikacji posta, bo znów porobią mi się zaległości, więc trudno, bez zdjęć. Jak naprawią, to dodam.

Chyba, że to nie ich wina? Ups. Ale Jotka dzisiaj wstawiła zdjęcia do nowego postu... Może na przykład skończyło się miejsce? Ale tak bez uprzedzenia? Gdzie informacja, że jak chcę więcej, to mam zapłacić?

Kuncewiczowej czytałam jedynie Dwa księżyce i to z biblioteki. Zaglądam do posta sprzed 4 lat i czytam, że bardzo podobał mi się język pisarki. I proszę, to by się zgadzało 😁 Bo i Dyliżans pod tym względem nie zawodzi. 

Nie są to klasyczne wspomnienia, choć zabierając się za czytanie myślałam, że mam w ręku coś w stylu W cieniu zamkowego zegara, choć to nie ta generacja... Ale nie, czekaj! Czekalski raptem 10 lat starszy od Kuncewiczowej! Ale on koncentruje się na XIX wieku, podczas gdy ona - na okresie międzywojennym. To wiwisekcja ówczesnej Warszawy, ni to eseje, ni to reportaże, ironia, sarkazm, zwłaszcza w opisach lepsiejszego towarzystwa. Tematy różnej wagi, od wizyty w ZOO poprzez mecz bokserski aż po los podrzutków czy prostytutek. Ciekawe.

Mam jeszcze jakiś zbiorek 4 opowiadań, zatytułowany Tamto spojrzenie, ale na razie odkładam na później, czekają inne 😉

 
Z wydania Dzieł pisarki.


 Początek:

Koniec: 

Wyd. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1981, 121 stron

Z knihobudki 

Przeczytałam 9 września 2026 roku 


Miałam o filmach, ale skoro nie da się zdjęć wstawić, to historia niefotograficzna (jak trzymałam drabinę to nie w głowie mi było robić zdjęcia. A szkoda).

Z życia emerytki

Emerytka robi tak. Właśnie wychodzi z mieszkania na zakupy i zamyka drzwi, gdy widzi listonosza wchodzącego do klatki. Następuje rozmowa na temat, żeby może przyszedł za godzinę, on nie może, bo ma rehabilitację, więc jutro. Konwersację kontynuują jeszcze chwilę przed blokiem, po czym emerytka udaje się do Lidla. Wraca z zakupami i sięga po klucze do prawej kieszeni plecaka (zawsze są w tej samej). Zonk. Kieszeń otwarta, kluczy nie ma. Hm. Następują poszukiwania w innych kieszeniach, a następnie przekładanie zakupów z plecaka do siatki, żeby się dogrzebać na samo dno.

Kluczy nie ma. 

Są dwie hipotezy: albo ktoś mi je wyjął z plecaka (w sklepie? że niby nie zauważyłam? ale po co? zna mnie? czy też śledził mnie potem, gdzie mieszkam?) albo zostawiłam je w zamku i ktoś z miłosiernych sąsiadów zabrał, żeby mnie nie okradli. Tylko dlaczego nie zostawił kartki? Co robić?

Telefon do przyjaciela. Znaczy do tzw. Sąsiada czyli ojca mojej córki, mieszkającego dwie klatki dalej. Na szczęście wiem, że ma właśnie urlop. Sąsiad przychodzi, upewnia się, że kluczy nie mam i udaje się na moją prośbę do Spółdzielni w celu pożyczenia wyższej drabiny. Aha, bo zostawiłam okno w kuchni otwarte. 

W Spółdzielni każą przyjść później, bo robotnik od drabiny jest "na osiedlu". Sąsiad idzie do kogoś pożyczyć taką zwykłą, aluminiową, co ludzie często w domu mają. Ja też powinnam mieć, ale gdzie to trzymać...

Przystawiamy drabinkę do ściany bloku i cóż widzimy? Mała, za mała. Na filmie to co prawda bohater stanąwszy na jej najwyższym stopniu zrobił by fik mik i już, ale to życie, nie film. W desperacji Sąsiad staje na tym takim pałąku zaokrąglonym, co jest na górze drabinki (ja niby ją trzymam i upewniam), po czym dokonuje cudów ekwilibrystyki, żeby wspiąć się na parapet, a potem się odwrócić przodem do mieszkania.

Jest! Udało się! Wlazł! Zdejmuje z drzwi wiszące tam klucze córki i otwiera. Uff. Umawiamy się, że czekam do wieczora, czy przyjdzie ktoś z sąsiadów, a jeśli nie, to jutro rano wołam ślusarza, żeby wymienił zamek.

Wyładowuję zakupy do lodówki, a na końcu sól z plecaka. Sól zawsze się trochę rozsypie, więc muszę plecak na lewą stronę wywrócić w celu wytrzepania.

I...

No tak, już wiecie 🤣🤣🤣 

PS. Jak myślicie, ile osób zwróciło uwagę, że ktoś włazi do mieszkania przez okno po drabinie i zainteresowało się? 

 

Apdejt, kurde! Apdejt, apdejt!!!

Oj oj. Dawno nie zaglądałam na Arte, a tu filmy się kończą. Donoszę, że dziś (piątek) ostatni dzień jest dostępny dokumentalny film o Davidzie Hockneyu, tak że teges. 

sobota, 22 sierpnia 2026

Kornel Makuszyński - Szaleństwa panny Ewy

Makuszyński... specyficzny jest. To już jest w dużym stopniu autor nie na nasze czasy, nie tylko dlatego, że akcja jego powieści rozgrywa się jeszcze przed wojną - ale że jego świat jest pełen dobrych ludzi, którzy przygarniają panienkę z ulicy czy po latach spędzonych w odosobnieniu i w pewnego rodzaju nienawiści czy niechęci do reszty świata nagle odkrywają w sobie - oczywiście pod wpływem radosnej nastolatki - pokłady dobroci i finansują czy to młodych adeptów malarstwa czy chore na gruźlicę dzieci. Mnie osobiście jednak nie zachwyca ten egzaltowany styl, to po prostu baśnie z tysiąca i jednej nocy 😏

Co do treści Szaleństw Wikipedia podaje, że:

Szesnastoletnia Ewa Tyszowska, córka znanego mikrobiologa, w związku z rocznym wyjazdem ojca do Chin zostaje umieszczona w domu państwa Szymbartów. Po wielkiej awanturze z panią Szymbartową Ewcia decyduje się na ucieczkę przez okno. Na jej drodze pojawia się malarz Jerzy Zawidzki. Od tej pory życie Ewci obfitować będzie w różne szaleństwa, a ona sama pomoże napotkanym ludziom w sprawach z pozoru beznadziejnych. W szczególności pomaga Jerzemu rozwiązać jego problemy finansowe (poprzez przekonanie wierzyciela do zakupu prac malarza) i jego problemy sercowe związane z piękną córką sąsiada.

No to sami widzicie. Oczywiście ma to swój urok, a myślę, że w ciemnych czasach okupacji, gdy Makuszyński tę powieść pisał, mogło mieć szczególny wydźwięk. Jednakże po wojnie autor nie był w Polsce wydawany i dopiero po jego śmierci, już po odwilży październikowej, żona doprowadziła do publikacji.

Mam ten serial i nie wiem, czy się za niego zabierać, bo tyle mam rozbabranych (a w dodatku nie przepadam za Emilianem), ale to jedyna okazja. 

W zeszłym roku wyfasowałam gdzieś Pannę z mokrą głową, więc chciałabym ją jeszcze przeczytać, ale to już może w następne wakacje? Niewiele tych lektur na wakacje przeczytałam w tym roku, mam jeszcze w planie jedną (Dziewczyna i chłopak Ożogowskiej) i na tym będzie chwilowo kuniec.

Początek:

Koniec:


Wydawnictwo Lubelskie 1974, 263 strony

Seria "cieniowana" czyli Biblioteka Młodych

Z własnej półki (z antykwariatu za 3 zł w 2013 roku)

Przeczytałam 19 sierpnia 2026 roku



Skoro o książkach młodzieżowych, taki filmik mi się wyświetlił na YT: 

 

Też mam to wydanie Kapelusza za 100 tysięcy 😍

Obejrzałam też filmik o książkach na wakacje:

 

Ja to pamiętam trochę inaczej - nie tyle kupowanie w kioskach czy przywożenie z domu, co natychmiastowe po przyjeździe na wczasy zapisywanie się do miejscowej biblioteki. Zdaje się, że wpłacało się jakąś kaucję, ale to było jedyne ograniczenie. Owszem, jeśli gdzieś w księgarni trafiło się na coś ciekawego, to też się brało - wiadomo, w PRL-u było nieustanne polowanie na książki 😁 I tak właśnie w księgarni (bodajże w Gdańsku) znalazłam pierwszy podręcznik do włoskiego, który przez sentyment zachowałam do dziś.


Wpisuję do katalogu nowe czeskie nabytki i cóż odkrywam? Że jeden z przywiezionych w sierpniu kryminałów już w domu jest - przytargany w maju 🙄 Ale żeby nie było, ja przecież do każdego kolejnego zeszytu praskiego wklejam uaktualnioną listę:

Tylko wiecie, trzeba mieć podejrzenie, że kto wie, ta książkę może już mam - żeby na liście sprawdzić... Całe szczęście, że w obu przypadkach książki z knihobudki 😁 Tylko co ja mam z nią teraz zrobić.

W ogóle co mam z nimi wszystkimi zrobić. W katalogu brak najważniejszej informacji czyli gdzie się książka znajduje (znaczy znajdzie w jakiejś tam przyszłości)), bo póki co ułożyłam je na podłodze w tej wnęce pod filmami, ale jasna sprawa, że tam nie mogą być, choćby z tego powodu, że raz na tydzień jednak zdarza mi się umyć podłogę i za każdym razem musiałabym to najpierw uprzątnąć.

  

niedziela, 15 lutego 2026

Stefan Żeromski - Doktor Piotr

Przede wszystkim dziękuję Wam za wyrazy współczucia 💚💚💚 

Choć spodziewaliśmy się tego, co nastąpiło - gdy byliśmy u Ojczastego w poniedziałek, najbliższa przyszłość jawiła się już bardzo krótką - to jednak zawsze cios w serce. Odchodzi ostatni z rodziców, nie ma już nikogo, kto by nas bezinteresownie wspierał i łączył nas z tym, co było. Teraz to my jesteśmy tą najstarszą generacją, pierwszą w kolejce do ziemi. 

Znowu się popłakałam i sama nie wiem, czy płaczę z żalu nad nim czy nad sobą...

Więc dość.

Ten tydzień był trudny i następny też taki będzie, jutro zaczyna się remont, z tym nic nie zrobisz, jedenaście kondygnacji w pełnej gotowości i od nas samych zależy, czy wszystko pójdzie zgodnie z harmonogramem. Nie mogę spać, nie mogę czytać, nie mogę nic oglądać. Głowa zajęta czym innym, na nic nie zostaje miejsca. 

Odłożyłam na bok to, co wcześniej czytałam i przeglądałam półki pod kątem książek pochodzących z domu, z biblioteki Ojczastego. W końcu wybrałam opowiadanie Żeromskiego, bo - krótkie.

Doktor Piotr. Szkolna lektura. Ciekawe, czy będąc nastolatkiem jest się w stanie to zrozumieć. Ale to w ogóle pytanie dotyczące lektur - po Misiach Uszatkach, od pewnego etapu są to przecież utwory pisane dla dorosłych, nic więc dziwnego, że młodzież nudzą (nie mówmy nawet o Dziadach, toż Lalki nie potrafią zdzierżyć). Z drugiej strony znakomita większość naszych nieczytających rodaków nie sięgnie po te książki już będąc dorosłymi, no to się ich zmusza, póki można. I tak do końca świata? 


Doktor Piotr nie rozumie postępowania ojca, który zapewnił mu zagraniczną edukację mającą zagwarantować dobre życie, ale kosztem wyzysku chłopów/robotników. Chce to wszystko odpracować i zwrócić ludziom to, co im się należy (ciekawe swoją drogą, jak to miałby zrobić, no ale jest dobry w rachunkach, więc da radę). Wyjeżdża więc do Anglii, gdzie mu zaoferowano dobrą posadę. 

Stary ojciec nie rozumie postępowania syna, któremu przecież wszystko poświęcił i czekał na jego powrót z zagranicy, żeby wreszcie byli razem. Obiekcji syna nie jest w stanie pojąć, przecież - we własnym mniemaniu - nikogo nie okradał, właściciel kamieniołomu, który stary Dominik Cedzyna nadzorował, dał mu przecież wolną rękę, a i chłopi chętnie pracowali za mniejszą stawkę (bo innych możliwości zarobku nie mieli).

Doktor Piotr wyjeżdża więc zostawiając ojca bez opieki na starość, a ten przeklina go, a potem płacze bezsilnie. Nikt nie jest doskonały, nikt nie jest moralnie czysty, nikt nie ma stuprocentowej racji, a każdy cierpi.

Początek:


Koniec:


Wyd. Czytelnik, Warszawa 1957, 42 strony

Seria: Stefan Żeromski - DZIEŁA pod redakcją Stanisława Pigonia (23 tomy) 

Z własnej półki

Przeczytałam 12 lutego 2026 roku



Najbliższy tydzień. Parter czyli ja to 67, a ostatnie piętro to 87 - i ja je też mam pod opieką, bo właścicielka w ciężkiej sytuacji zdrowotnej, więc powierzyła mi klucze.

Niby jutro u mnie się jeszcze nie zaczyna, ale rano przychodzą zdemontować tylną ścianę w WC. A i tak w najgorszej sytuacji są sąsiedzi z V piętra, bo u tych jest robota codziennie: ponoć w wysokich blokach jest tak, że osobny pion wodny jest do V piętra, a osobny od V w górę, ze względu na ciśnienie. 


Mam już naszykowane w wiadomym celu wiaderko (z pokrywką od garnka) i worki na śmieci, zgodnie zresztą z dyrektywami z Poradnika bezpieczeństwa, co to go rząd rozesłał. 

Przeżyjemy (choć tego rozkuwania stropów sobie NIE WYOBRAŻAM).

wtorek, 30 września 2025

Henryk Sienkiewicz - Latarnik


Wzięłam ze sobą wczoraj Długi deszczowy tydzień, że przeczytam w pociągu wracając do Krakowa, ale dacie wiarę, że nie potrafiłam nawet dwóch stron zrozumieć?

Więc teraz, żeby na szybko opisać wczorajsze przeżycia, sięgnęłam po nowelkę 😉 To jest wydanie z opracowaniem, które zostało jeszcze z ostatniej dostawy Szyszkodarowej. I nie wiem, czy to dlatego, że źle psychicznie się czuję czy co, ale strasznie mnie ten Latarnik znudził, dobrze, że go nie było dużo...

Pytanie: nadawalibyście się do takiej pracy, gdyby jeszcze istniała (może gdzieś istnieje?)? W totalnej samotności, z jedynym kontaktem z ludźmi podczas dostawy jedzenia?

Początek: 

Koniec: 

Skoro tak podają na tacy, to co, jak połowa klasy przepisze tekst z bryku 😂

 

Wyd. GREG. Kraków 2021, 31 stron (bo po tekście opracowanie)

Przeczytałam 30 września 2025 roku 


Ciężko jest, powiem Wam.

Zacznijmy od tego, że noc z niedzieli na poniedziałek była znów nieprzespana, bo pomijając wstawanie Ojczastego na sikanie - nie mogłam usnąć ze strachu, tym razem o brata. Otóż przez całą niedzielę nie mogłam się do niego dodzwonić, abonent poza zasięgiem, a przecież nie byliśmy domówieni, o której w poniedziałek przyjedzie, jak mam szykować Ojczastego. Jak się ma trochę wyobraźni, to wiadomo, co może po głowie chodzić... A że aktualnie sprząta po malowaniu, to na przykład spadł z drabiny, gdy wynosił coś na strych... W poniedziałek rano komunikat się zmienił na abonent czasowo niedostępny. Zaczęłam wydzwaniać po jego znajomych, czy nie mają numeru telefonu do sąsiada, z którym brat ma wspólne ogrodzenie, a w nim furtkę, więc sąsiad by mógł iść i zajrzeć do domu przez szybę, na początek. Nie, nie mają. Jeden się zaoferował, że o 10.00 pojedzie do niego. Tymczasem kuzynka, która będzie u brata mieszkać podczas jego najbliższego wyjazdu (kot!), oznajmiła, że ma już klucze, więc zbudzi męża i pojadą. 

Przez cały ten czas nie wiedziałam, czy mam dzwonić do tego domu opieki, żeby oni po Ojczastego przyjechali (mogą, tylko kosztowna sprawa na tę odległość), żeby przynajmniej jedna sprawa była załatwiona i rozwiązana. 

W desperacji napisałam jeszcze do brata na whatsappie i wtedy - zadzwonił. I jeszcze:

- Ale czemu tak mięsem rzucasz?

Nosz, czemu...

Nie zauważył w niedzielę rano, że mu się telefon wyłączył...

Dobra, przejdźmy nad tym do porządku.

Obudziłam Ojczastego na śniadanie, najpierw kaczka oczywiście - i kolejny kwiatek: siedział z 10 minut i kiwał się nad tą kaczką, a potem okazało się, że wszystko posikane. Wrzuciłam spodnie od piżamy do suszarki na jakiś krótki program, ale nic nie wysuszyło (nie wiem, co to jest i czemu służy). Trudno, pojedzie z 2 i pół piżamy, a ja te gacie kiedyś dowiozę. Zresztą okazało się, że żaden problem, bo oni dają swoje w razie potrzeby. 

Brat przyjechał, wyciągnęłam wózek z piwnicy, Sąsiad przyszedł pomóc i jakoś Ojczastego ze schodów na tym wózku spuścili i dowieźli do auta. Tam nastąpił proces wsiadania, ale też się powiódł i ruszyliśmy.  

Ojczasty pewnie myślał, że jedzie do brata na wywczasy...

Zajechaliśmy po 13.00, Ojczastego od razu na wózek i do pokoju na II piętrze, żeby się położył i odpoczął. Panie opiekunki zapytały, czy jadł obiad, a skoro nie jadł, to przyniosły zupkę kartoflankę z kiełbaską, ładnie pachniała, usiadł na łóżku, przysunęłam mu stolik (czyli było mniej więcej jak w domu), westchnęłam, że nie pomyślałam o zabraniu śliniaka (w jego charakterze występowała u nas ścierka kuchenna), panie zaraz przyniosły cosik z flizeliny - o wiele lepszy pomysł, człowiek jak nie ma doświadczenia z opieką nad starszymi ludźmi, to ani nie wie, że różne rzeczy już wymyślono...

Zupkę wywiosłował, w międzyczasie trwała burza mózgów, co i jak zrobić i ulepszyć (muszą domontować do łóżka to takie trzymadło u góry, on wtedy sam się czy to przekręca na drugi bok czy podnosi do siadania). Na drugie były naleśniki z serem i jakimś sosem owocowym, ale nie chciał, od dawna jada tylko na jedno danie i to właśnie zupę, jak najmniej gryzienia. 



Rozpakowałam jego manele, a gdy się znów położył, zeszliśmy na dół załatwiać formalności i uzgadniać jeszcze, jak to z nim jest etc. Mieli już głuchych, mieli niewidomych, ale nie naraz... Szefowa z miejsca zadysponowała, że te tabletki na wyciszenie będą mu dawać hurtem na noc, żeby całą przespał i sikał do pampersa, żeby się do tego wdrożył. Jak mu powiedzieć halo, sikaj śmiało, nie wyciągaj z majtek instrumentu? Przecież nikt nie będzie w nocy do niego chodził co godzinę. To jest teraz ten największy problem, o dwójeczce nie wspominając. Ale mają te krzesła toaletowe i już omawiali, jak sobie będą radzić... 

Zeszło nam półtorej godziny na tym wszystkim, wróciliśmy na górę się pożegnać (cokolwiek to znaczy w jego głuchym przypadku), ale spał dzielnie po tych emocjach. Kto wie, co myślał - o nic nie zapytał.

Ja mam nadzieję, że uznał, że jest w szpitalu, z tym się nie dyskutuje przecież.

Pojechaliśmy z bratem coś zjeść, a potem do Dżendżejowa, odwiedzić mamę na cmentarzu. 



I na pociąg do Krakowa. Patrzyłam na to jego zdjęcie w łóżku i popłakałam się troszeczkę, ale nikt koło mnie nie siedział. 

I ciągle czuję się bardzo źle. Nie mówię, że podle, że żałuję, bo wiem, że ja już musiałam, nie dawałam rady ani psychicznie ani fizycznie, to podnoszenie go ostatnio było koszmarne, a on jest coraz słabszy przecież. Więc nie żałuję, ale jego mi żal, że ani nie wie, co się z nim dzieje i kto koło niego chodzi. I co trochę sobie popłakuję znowu, nawet dziś w tramwaju 😥

A tu to puste łóżko... myślę, że dopóki nie trafi docelowo do ZOL-u, lepiej się go nie pozbywać. Czy tego zaplamionego totalnie dywanu przed nim. A jeśli stanie się coś takiego, że wróci? Panie się tam zaśmiały, jak wspomniałam, że mam nadzieję, iż nie będą chciały go oddać, one sobie poradzą.

Żeby się czymś zająć, ściągnęłam i uprałam jego pościel, coś tam poprzestawiałam, córka uporządkowała w łazience wokół umywalki... co trochę łapię się na tym, że zapominam, że go tu nie ma. 

Ja wiem, że to z czasem minie, ale wczoraj, dziś - fatalne samopoczucie.

Dzwoniłam oczywiście z pytaniem, jak minęła noc. No cóż, posikał wszystko. Panie, które przyszły rano, jeszcze nie wiedziały, że mają najpierw iść do niego i zaczęły od I piętra, dopiero zadzwonił do nich pan Stasiu z pokoju obok, że Ojczasty coś woła. Nie rozumieli, co (może Małgo tradycyjnie?). Pierwsze dni są najgorsze, powiedziała szefowa. Jasne. 

Co mnie pociesza, to że bardzo tam dbają o jedzenie, już planowała szefowa, że mu będą dawać jabłka pieczone i śliwki, żeby uregulować wypróżnianie, że w razie potrzeby miksują jedzenie, ale będą się starać dawać mu coś do delikatnego gryzienia, żeby nie był na płynnym jedynie. Ostatnio miałam z nim problemy w tym zakresie, nie chciał jeść na kolację tego, co wcześniej wsuwał i ograniczał się do mleka z bułką. 

Nie mogę się za bardzo skupić na czymkolwiek, nawet na robieniu tych sławetnych planów NA PO, chyba chwilowo przestało padać, pójdę przynajmniej na przebieżkę, bo mogę...

Dziękuję Wam za komentarze i słowa pociechy 🧡🧡🧡 

czwartek, 31 października 2024

Maria Konopnicka - Urbanowa

Akurat stałyśmy z dziewczyną z osiedla na pogaduchach przy naszej knihobudce, gdy jakaś pani przyniosła trochę swoich książek i wśród nich było to.

Nowelka wydana w ramach Biblioteczki Uniwersytetów Ludowych. Co poskutkowało dużą ilością przypisów, wyjaśniających nie tylko dziś już nie używane słowa czy zwroty, ale nawet, kto to Asnyk - bowiem o to nazwisko chodzi w pierwszym zdaniu. Mianowicie kucharka Urbanowa wcześniej służyła u państwa Asnyków i absolutnie trzymała się ichnich zasad: jakem była u państwa Asnyk, to tam nijakich skorupianych garnków nie było... u państwa Asnyk tego nauczona... u państwa Asnyk nigdy tego nie bywało... Z czego wniosek, że akcja dzieje się w Krakowie, potwierdzony potem sceną szopkarskiego teatru. Konopnickiej z Krakowem nigdy nie kojarzyłam, zajrzałam do jej życiorysu i słusznie, z Krakowem nie miała nic wspólnego, ale jaki fascynujący ten życiorys! Zajrzałam też do swojego katalogu sprawdzić, czy mam może tę nowelkę (nie mam, mam jakiś mały zbiorek jedynie*), za to mam biografię Konopnicka, jakiej nie znamy, ale że to stare (1963, seria Ludzie żywi), to pewnie nudne? Czytał ktoś?

* Zawiera:
- Banasiowa
- Dym
- Mendel Gdański
- Nasza szkapa
- Marianna w Brazylii
- Miłosierdzie gminy
- Hanysek

Przy okazji zajrzałam do ciotki Wiki, żeby się dowiedzieć, że wydawnictwo Gebethner i Wolff działało do 1950 roku, kiedy to władze komunistyczne odebrały im licencję.


Początek:


Koniec:


Wyd. Gebethner i Wolff, Warszawa 1947, 15 stron

Z knihobudki 

Nowa kategoria - książki, które stamtąd biorę, ale po przeczytaniu jednak oddaję 😂 Czas zacząć ograniczać zbieractwo!

Przeczytałam 30 października 2024 roku


Miałam bardzo dobry wtorek. 

Po pierwsze: zadzwoniłam po pana ze Spółdzielni, coby zamontował mi nową klamkę w drzwiach wejściowych - przyszedł i zrobił. Sukces! 

Po drugie: wspomniałam mu o knihobudce i rzekł, że wie, że zrobią, jak tylko będzie chwila wolna. Może nawet dziś. I gdy dwie godziny później wyszłam, budka była przeniesiona! No doczekałam się!


Jest to przewiązka z trzema filarami pod długim blokiem, tym samym, gdzie z brzegu jest sławetny kiosk. Po jednej stronie przejścia urzędują owoce-warzywa rozkładające codziennie rano skrzynki, po drugiej parkują motory. O ile nikt nie będzie zostawiał na półkach ziemniaków, biblioteczka nie powinna przeszkadzać. Pani z kiosku powiedziała, że WSZYSCY jej pytają, co się stało z biblioteczką;  czy mówi prawdę, że przeniesiona czy też wzrusza ramionami, że nie wie - trudno wyrokować, w końcu to dalej konkurencja, tyle że nie przy samym kiosku 😉 Powinnam chyba na wsiakij pożarnyj powiesić kartkę ze strzałką?

Ja w każdym razie następnego dnia z wielką ulgą zaniosłam jakieś gazety, no bo wreszcie mogę (gazety były wielką kością niezgody).

Panowie postawili biblioteczkę na kostkach brukowych i umocowali do filara. Teraz jak się zdjęciom przyglądam to widzę, że powinni byli dać też kostkę pośrodku, no ale...

 

A po trzecie: pojechałam do IKEI po białe zasłony do sypialni (wiecie, taka atmosfera lata i wakacji niby) i nawet nabyłam, ale jestem pełna wątpliwości, bo są cholernie ciężkie* i zastanawiam się, czy się karnisz nie urwie 😂 To jest stareńki karnisz, wiecie - z tych aluminiowych z taką kilkucentymetrową osłonką, z żabkami i te żabki się z trudnością przesuwają; boję się, że pod ciężarem będą puszczać przy przesuwaniu. Zresztą zasłony mają te otwory na drążek i najlepiej byłoby karnisz wymienić, ale to cholerna robota - wiercenie w betonie; więc nie wiem, co robić, na razie powiesiłam tak jak są, podwinąwszy górną część z dziurami, bo i tak do skrócenia można zanieść dopiero po pierwszym praniu, skurczą się przecież. Ale zaliczam akcję do sukcesów, bo to był jeden z planów na emeryturę 😂

* Dlaczego wybrałam właśnie ciężkie? Bo to były jedyne, które można suszyć w suszarce 😁

 

Środa dla odmiany była dniem trzech porażek, jakaś równowaga w przyrodzie musi być. Opiszę tylko jedną. Miałam mieć we wtorek wizytę u neurologa, przełożyli w ostatniej chwili na środę na 13.20 (idiotyczna pora obiadowa, ale że pani doktor później już ma komplet pacjentów, więc przyjmie mnie na początku, jako pierwszą). O 13.52 dostałam takiej kurwicy - pani doktor jeszcze się nie pojawiła, czekało już pięć osób - że poszłam do rejestracji i poprosiłam o wyznaczenie innego terminu, bo czekam już pół godziny i dłużej nie mogę. Dziewczyna zgłupiała 🤣 i wybąkała, że oni nie mogą, ale pani doktor zadzwoni. No, to poczekam. 

I tak sobie myślę, że gdyby pacjenci tak robili, to coś by się zmieniło może - ale wiadomo, że jak człowiek potrzebuje, to będzie pokornie czekał. Ja akurat nic od niej nie chcę, nic mi na te migreny już w tym życiu nie poradzą, a chodzę raz na pół roku, żeby mieć podkładkę - w mojej przychodni raz zażądali zaświadczenia, gdy prosiłam o receptę na Magiczną Tabletkę.

Co to do jasnej cholery znaczy??? Nawet nie zadzwoni do rejestracji i nie powie, żeby pacjentów przeprosić, że się spóźni czy cokolwiek! Jak bydło nas traktują! 

A poza tym? Jeżdżę po mieście korzystając z resztek pięknej złoto-jesiennej pogody, oczywiście pod pretekstem Śmieciarki 😁 Zbiory lingwistyczne rozrastają się i nie mówcie, że niepotrzebnie - zawsze przecież będzie można je znowu oddać; ratuję książki, no co! 🤣

 

Tak że skusiłam się nawet na gramatykę duńską, a pan mi jeszcze dorzucił podręcznik. Klawo jak cholera! 🤣🤣🤣


 

Na Dębnikach patrzę - budują blok między willami.


 

A to nie blok, to budynek mieszkalny jednorodzinny! Mają rozmach, sk...! Niedawno czytałam o awanturze z jakimś domem, gdzie wbrew wszelkim przepisom, zapisom i planom powstaje 16 mikrokawalerek, a niby jest to dom-bliźniak. Dom bliźniak z 16 łazienkami 😂


 

A to aktualny stan innej willi w Krakowie - Kossakówki, gdyby ktoś pytał, co słychać.

 

Przed Politechniką była ciekawa wystawa plenerowa o osiedlach, głównie na przykładzie osiedla przy ul. Rydla. Uświadomiłam sobie, że gdy takie oglądam w Pradze, to fotografuję panel po panelu - a potem i tak nigdy do tych zdjęć nie wracam 😂 Ale może teraz (na emeryturze) będzie inaczej?

Akurat!


O cukierni Stefanka nie wiedziałam, może się skuszę w lecie na lody cassate. Tu przerywnik - wspomnienie z kolonii w Szczecinie, gdzie pierwszy raz takie lody jadłam i były pyszności 😍


Migawka z tramwaju

Siedziałam tyłem do kierunku jazdy, a tu patrzę: wszyscy siedzący przodem wychylają się i gapią na coś. To coś to był LEW. A przynajmniej prawie tak wyglądał 😂 Słyszałam pytania, czy jeszcze urośnie i jak się nazywa (Pirat bodajże).



 

Sobota: 11.830 kroków - 6,7 km

Niedziela: 7.895 kroków - 4,6 km

Poniedziałek: 14.555 kroków - 8,2 km

Wtorek: 5.878 kroków - 3,4 km

Środa: 10.445 kroków - 6 km

środa, 28 lutego 2024

Bolesław Prus - Dziwna historia

Bazyl czytał niedawno jedną z nowel Prusa, Ze wspomnień cyklisty. Postanowiłam pójść w jego ślady i zaczęłam szukać. Jest w trzecim tomie Wyboru pism. Ale przed nią są inne atrakcyjne tytuły: Dziwna historia, Omyłka, Opowiadanie lekarza. Zaczęłam więc od Dziwnej historii.

Sylwester. W Resursie Obywatelskiej trwa bal. Ostatni dzień roku świętują też - tyle że w pracy - konduktorzy i telegrafista w służbowym przedziale pociągu towarowo-osobowego. Tu co prawda nie strzela korek od szampana, ale krążą kieliszki zwyczajnej wódki i narzeka się na pogodę, zimno, śnieżycę. Noworoczny toast brzmi następująco:

- Było dobrze, jest źle, będzie gorzej. Daj, Panie Boże, wytrzymać na rok przyszły.

Telegrafista oburza się na kolegów, że to bluźnierstwo, bo ten świat, jaki jest, jest najlepszy. A oduczyła go bluźnić historia Gębarzewskiego, co to był w ekspedycji i został oddelegowany w świąteczno-noworocznym okresie do przyjmowania towarów, podczas gdy wolałby w tym czasie chodzić na wizyty i umizgać się do panien. A tu ciężkie paki leżą na ziemi. Po co w ogóle Bóg stworzył siłę tarcia, przecież wszystko byłoby łatwiejsze, tragarze mniej by się męczyli przesuwając paki, a on szybciej zamknął by magazyn i poszedł z wizytą. On by inaczej świat zbudował.

Mówisz i masz. Pojawia się przed nim anioł Gabriel i wymierza mu karę za bluźnienie: przez dwadzieścia cztery godziny ciało Gębarzewskiego będzie pozbawione siły tarcia.

Co się potem działo, przeczytajcie sami 😉


 Zaciekawiło mnie, od kiedy właściwie obchodzi się Sylwestra. Otóż od 999 roku. Proroctwo Sybilli mówiło, że nastąpi koniec świata, a gdy po północy nic się nie stało, ludzie zaczęli radośnie świętować.

Ale już starożytni Babilończycy składali różne obietnice na nowy rok, aby zdobyć przychylność bogów. Na przykład przysięgali spłacić długi.

Mnie żadne noworoczne postanowienia nie wychodzą 🤣 Tegorocznego - że będę co tydzień oglądać czeski film - na razie dotrzymuję, ale to dopiero dwa miesiące. O takim drobiazgu jak projekt schudnięcia już nie marzę, w życiu mi się to nie uda. Postanowienie w tym kierunku podjęłam któregoś roku w Pradze, gdy włócząc się po jakiejś dzielnicy willowej natknęłam się na lasek, więc kucnęłam (w wiadomym celu). Powiem tak - wstać było ciężko, nie mając się czego chwycić 😂😂😂

I co, lata minęły, a ja dalej swoje ważę... Mówiłam niedawno do córki, że mam niecałe trzy miesiące do Pragi i żeby mi ułożyła plan, jak zrzucić tak z dziesięć kilo. Powiedziała, że nie mam szans, bo musiałabym chodzić na siłownię. I nie wędrować w nocy do kuchni w poszukiwaniu czegoś słodkiego.


 Wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974, strony 90-100, wydanie V, nakład 100 tys. egz.

Z własnej półki

Przeczytałam 18 lutego 2024 roku


sobota, 22 lipca 2023

Eliza Orzeszkowa - Panna Antonina

 To jest tom opowiadań, znaleziony na półce w Jordanówce i przytulony, bo w domu miałam tylko broszurowe wydanie Dobrej pani. Która to Dobra pani też jest w tym zbiorze. Jest tu też opowiadanie W zimowy wieczór, to może przeczytam - w jakiś zimowy wieczór.

Ale spójrzcie tylko, komu ten zbiór zafundowano. Fantazja organizatorów czy wychowawców nie znała granic. Na pewno się chłopak ucieszył z takiej nagrody. Z drugiej strony być może wybór w księgarni był, jaki był... w końcu to były inne czasy. O tym zaś, że pożałowano wpisania daty na dedykacji, szkoda gadać. Być może Jerzy Niżnik po latach zastanawiał się, w której klasie był na tych koloniach? Czy myślicie, że skoro kolonia nazywała się zdrowotna, to odbywała się w kopalni? I Jerzy Niżnik grzecznie leżakował w komorze solnej?

Panna Antonina zaś to klasyczny pozytywizm. Tytułowa bohaterka nie miała możliwości finansowych, by się wykształcić odpowiednio do swych pragnień i jak to często bywa, wykształciła sobie za to na tym punkcie NAUKI dużego bzika czy też hysia. Można równie dobrze powiedzieć ZAJOB 😂 Poświęciła się nauczycielstwu (a cóż niby mogła zrobić uboga dziewczyna bez wsparcia rodziny), ale z tą aberracją, że po nocach studiowała mądre księgi, niekoniecznie z nich coś rozumiejąc. To niedosypianie plus kiepskie warunki mieszkaniowe w końcu doprowadziły do rozwoju choroby, a reszty się pewnie domyślacie...

Orzeszkowa jako przedstawicielka czy orędowniczka feminizmu, równouprawnienia, prawa kobiet do pracy - w tym opowiadaniu unaocznia czytelnikom, jak ciężkie jest (znaczy było) położenie kobiet ówczesnych i jak nawet najlepsze chęci nie wystarczą, by, mówiąc dzisiejszym językiem, mogły się one realizować.

Minęło prawie półtora wieku - jak myślicie, czy sytuacja już się kompletnie uzdrowiła? Bo mnie się wydaje, że jednak pewne przypisane kobietom role społeczne ciągle są aktualne.

Choć... mamy od pewnego czasu nowych młodych sąsiadów i w tym roku urodziło im się dziecko. Szczęśliwy tatuś wziął 3-miesięczny urlop tacierzyński. Widać po nim zmęczenie i niedospanie (kolki), ale myślę, że miał niepowtarzalną okazję błyskawicznego nawiązania z dzieckiem więzi, której czasem ojcom brakuje.

Początek:

Koniec:

Wyd. Czytelnik, Warszawa 1970

Z własnej półki

Przeczytałam 11 lipca 2023 roku


Przyjechał brat, przywiózł wózek no i proszę, od razu się okazało, kto tu ma autorytet: jak ja się prosiłam wyjdźmy przed blok na ławeczkę to nie, za słaby jestem, choć chodziło tylko o pokonanie tych dziewięciu schodków z parteru. Jak się pojawił brat i zadyrygował wychodzimy, to od razu 😁 Przy okazji ogolił mu łeb, więc wygląda teraz jak oświęcimiak, no ale dobrze.

Wózek sam w sobie jest ciężki do wytarabanienia na dół, jeszcze nie miałam okazji wypróbować swoich sił, to było we wtorek, w środę popadywało, w czwartek byłam w pracy, w piątek wybrałyśmy się z córką na rajzę, a dziś sobota czyli najgorszy dzień (kąpanie, zmiana pościeli, pranie), jestem po tym wszystkim wykończona.  W soboty w związku z nawałem roboty robię obiad na odwal się, a skoro już o tym, to zademonstruję Wam obiad ZA NIC z tego tygodnia 😂 otóż z lodówki społecznej córka przyniosła trzy opakowania sałat, które trzeba było szybko wykorzystać 😁 a ja do tego wreszcie odnalazłam przepis sprzed lat chyba dwudziestu pięciu na PLACUSZKI Z PŁATKÓW OWSIANYCH, które zamieniłam na płatki jęczmienne, bo mam ich w domu spory zapas (kiedyś codziennie rano jadłam, potem już mi się nie chciało stać przy kuchni i mieszać w rondelku). Przepisu nie podaję, bo Wy coś jesteście oporni, jeśli chodzi o placki 🤣

Wracając natomiast do wózka, trzeba będzie znów wybrać się na spacer i opanować wszystko, bo w piątek mamy badanie słuchu, na które musimy pojechać tramwajem. Ojczasty upiera się bowiem przy nowych aparatach, które miałyby mu zwrócić słuch 😉 Zobaczymy, co powiedzą, a zwłaszcza w jakiej cenie...

 

NAJNOWSZE NABYTKI 

Kontynuuję najnowsze hobby czyli oblatywanie knihobudek etc. Christie - że może kiedyś zabiorę się za czytanie po angielsku (to zaczęłam w tramwaju i było jednak trochę ciężko). A mapę Katowic wzięłam normalnie z rozpaczy, że nic innego tam nie było 😁 Ale wiecie, kiedyś sobie myślałam, że do Katowic się wybiorę na jednodniową wycieczkę, bo tam mają interesującą architekturę nowoczesną. Taaa, jak mi tu włosy na dłoni wyrosną, co nie?