Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paryż. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 maja 2023

Jean-Paul Crespelle - Montmartre w czasach Picassa 1900-1910

Już się od dłuższego czasu zbierałam do przypomnienia sobie obu książek Crespelle'a (czytałam je jakoś zaraz po kupnie czyli... w 1987 roku), ale dopiero uwolniwszy się od bibliotecznego obowiązku mogę sobie pozwolić na bardziej swobodne dobieranie lektur 😁

Obie wspomniane wyżej książki (o Degasie i Utrillo) mam, ale te z kolei są dziewicze, jednak nie tracę nadziei, że i za nie się kiedyś zabiorę, że ten Montmartre to tylko wstęp do całej serii o francuskich artystach, serii, którą można zobaczyć na półce niżej.

Jakie wrażenia po latach? Nadal ciekawe, jest tam mnóstwo historii do czytania, ale też mnóstwo nazwisk, które coś mówią bardziej wyrobionemu czytelnikowi - mam tu na myśli głównie Francuzów, bo taki zwykły zjadacz chleba z Polski jak ja to jednak zna te główne, najważniejsze - a tam są ich dziesiątki, by nie powiedzieć setki.

Warto jednak przez nie przebrnąć, by zaznajomić się z atmosferą tamtych lat i przestać myśleć, że biedowanie artystów jakie opisuje Murger w Scenach z życia cyganerii było takie romantyczne... A' propos, tego Murgera też powinnam sobie przypomnieć, bo go tu na blogu nie było 😁

Swoją drogą, wstrząsnęła mną historia Utrilla i chętnie się z nią bliżej zapoznam. Kiedyś.

Początek:

Koniec:


Półka, która czeka.


Wyd. PIW Warszawa 1987, 263 strony

Tytuł oryginalny: La Vie quotidienne à Montmartre au temps de Picasso 1900-1910

Przełożył: Mieczysław Bibrowski

Z własnej półki (kupione 30 lipca 1987 roku jako 87-ma pozycja, za 700 zł - w księgarni)

Przeczytałam 7 maja 2023 roku

 

Mam tu okropne zaległości w relacjonowaniu, co się u mnie dzieje, jeszcze sprzed majówki. Na razie podzielę się dwoma łupami. Najpierw spacerując sobie po osiedlu znalazłam koło jednego ze śmietników w całej stercie badziewia (no tak, ktoś umarł) taką cudowną składaną drewnianą suszareczkę. Dla mnie idealna do postawienia na słońcu z jakimiś drobiazgami do wysuszenia na szybko - na zewnętrznym parapecie. Bardzo mi się spodobała, wyszorowałam ją porządnie (ta brudna ściera to właśnie od szorowania), ale użyłam tylko raz, bo potem słońca nie było 😁 Stoi teraz złożona w przedpokoju i czeka, żeby jej zrobić definitywne miejsce.


A potem koło innego osiedlowego śmietnika znalazłam cwieta, w takim stanie, jak widać. Akurat padał deszcz, więc nie dość, że się namordowałam, żeby to przytargać nie uwalawszy sobie całej kurtki ziemią, to jeszcze co się okazało. Bo jak go brałam, to myślałam z radością, że super, mam akurat taką dużą doniczkę i resztę ziemi. Tymczasem postawiłam toto na klatce i próbowałam czyścić (ach, mieć podwórko ze szlauchem...). W końcu sięgam na pawlacz... no cóż, stanowczo przeceniłam wielkość tej swojej niby dużej doniczki... Sąsiedzi przechodzili, zagadywali, ale nic, dopiero jeden z nich, co to tak trochę mnie podrywa, zaoferował się, że poszukamy u niego w piwnicy. Też nie znaleźliśmy, za to wjechaliśmy na górę obejrzeć jego mieszkanie, skoro piwnicę już poznałam 🤣 No nic, zapakowałam jukkę do reklamówki, a na drugi dzień w pracy świsnęłam sporą doniczkę razem z podstawką (kolega się właśnie szykował do przesadzania naszych roślin). I teraz jest taka sytuacja, że ta jukka absolutnie nie ma gdzie stać, ona za dużo miejsca zajmuje 😂


Oczywiście nie wiadomo, czy czasem nie ma jakichś lokatorów, choć niby na pierwszy rzut oka nie... A potem zaczęły się mecyje z jelitówką i nie miałam głowy do przyglądania się. Stoi koło wejścia i na pewno ma tam za mało światła, ale nie mam siły nawet pomyśleć, co z nią dalej.

Właśnie, nie mam siły. Odwaliłam swoje siedem godzin i wczoraj i dziś i teraz idę złożyć swój zewłok w pozycji bardziej horyzontalnej. Zostawiam Was ze źródłem zapachu, jaki mnie prawie powalił dziś rano w kuchni na Fabryce, ktoś tu chyba imprezował (puste butelki też były) 😉


poniedziałek, 27 lipca 2020

M. Šašek - Oto jest Paryż

Podwójny impuls do zapoznania się WRESZCIE (po siedmiu latach od kupienia) z pozycją: pierwszy podczas odkurzania, drugi - wystawa Šaška w bibliotece.
Šašek - miał na imię Miroslav, ale albumy o miastach podpisywał samym inicjałem imienia - był czeskim emigrantem po przewrocie 1948 roku. Pracował jako rysownik w Paryżu, a kilka lat był także pracownikiem radia Wolna Europa w Monachium. W 1959 roku wyszedł Oto jest Paryż i tak zaczęła się seria osiemnastu albumowych przewodników dla dzieci. Każde z opisywanych i rysowanych miast autor odwiedził i spędził w nim dwa lub trzy miesiące. Książki były wydawane w wielu krajach i przyniosły Šaškowi wiele nagród, ale oczywiście w samej Czechosłowacji zero publikacji. Motywy z książek pojawiały się też na plakatach, widokówkach i rozmaitych gadżetach.
Teraz czytam, że w Pradze była duża Šaškowa wystawa w 2017 roku, która trwała jeszcze, gdy byłam tam po raz pierwszy, w maju*. Znaczy - przegapiłam okazję. Ale co człowiek wiedział wówczas!...
Na stronie Czeskiej Telewizji jest krótki filmik z tej wystawy.

*sratatata... już trzeci raz wtedy byłam w Pradze, wszystko mi się miesza, jak widzę :) W związku z tym dokonałam właśnie małego antykwarycznego zakupu. Znowu będę musiała przestawiać książki!



Wydawnictwo uprzedza, że pewna część zawartości przewodnika jest już zdezaktualizowana :)

Lektura tak urocza, jak tylko być może. I żal, że tyle z tego przeminęło na zawsze. O żalu, że reszta chwilowo i tak niedostępna nie wspomnę.

Ta konsjerżka (dziś zawód też już prawie zanikły,a tak kiedyś dla Paryża charakterystyczny) wywołała pewne wspomnienie - ciąg dalszy nastąpi w kolejnym poście :)

A ta ilustracja żadnych wspomnień nie wywołała: gdy byłam pierwszy raz w Paryżu w 1986 roku, już się numerków na przystanku nie pobierało.

Czy faktycznie są tam zawsze skrzynki pocztowe, tego nie wiem, nie zwróciłam nigdy na to uwagi. Za to nazwa kawiarni Slavia to chyba hołd dla rodzinnej Pragi (choć może rzeczywiście istnieje w Paryżu lokal o tej nazwie?).

Takich skrzynek pocztowych też nie pamiętam.





Pchli targ wywołał kolejne skojarzenie, ale czy ciąg dalszy tegoż nastąpi, jeszcze nie wiem. Chodzi z kolei o Zazie dans le métro, ale sprawdzę, kiedy ostatnio to czytałam, czy już mogę wrócić :)

No właśnie. Chciałoby się na własne oczy znów... skoro postanowiłam kiedyś pojechać śladami Rue des Boutiques Obscures, to może faktycznie...

Na półce widać kilkanaście grzbietów zielono-brązowych, to ten wspaniały kwartalnik Kraków z dawnych lat. A segregator Magia roślin nigdy magicznych roślin nie zawierał. Kupiłam go w promocji z pierwszym numerem i włożyłam tam koszulki z rozmaitymi wycinkami i wydrukami o Krakowie. Podczas porządków już nie dałam rady tego przejrzeć i na razie (hm...) zostawiłam.

Wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2013, 56 stron
Tytuł oryginalny: This is Paris
Przełożył: Maciej Byliniak
Z własnej półki (kupione 25 czerwca 2013 roku)
Przeczytałam 25 lipca 2020 roku

A teraz zajrzałam do katalogu, żeby wpisać, że przeczytałam i cóż widzę: ja wcale tej książki nie kupiłam... wygrałam w jakimś konkursie na stronie CZESKIE KLIMATY :) Faktycznie mi się wydawało dziwne, żebym miała nabyć za własny i nieprzymuszony piniondz siedem lat temu książkę dla dzieci :)

wtorek, 9 czerwca 2020

Patrick Modiano - Rue des Boutiques Obscures

No więc tak.
Ja tu całkiem niedawno na blogu narzekałam, że nie posiadam na własność mojej ulubionej książki Modiano i że nie mam do niej dostępu, bo nie zamierzam płacić rocznego wpisowego do biblioteki Instytutu Francuskiego (z której ją niegdyś pożyczałam). Życzliwy czytelnik (czytelniczka?) bloga mi w komentarzu podsunął myśl o bibliotece na Rajskiej, z jej oddziałem obcojęzycznym. Tamże się udałam, w lutym bodaj, książkę przywlokłam, a teraz, gdy nastał czas jej zwrotu, zabrałam się za czytanie.
Lektura to na pewno trzecia, jeśli nie czwarta. Nie, chyba trzecia.
I znów pełna zaangażowania.
No naprawdę podoba mi się ta powieść, jak mało która.
Ale ponieważ zdaję sobie sprawę, że dość często mam tak, iż gdy czytam coś w oryginale, ma to dla mnie o wiele większy urok, niż gdy poznaję tłumaczenie - dopuszczam myśl, że nie wszyscy mogą być zachwyceni. Jakaś dziecinna satysfakcja płynie z tej możliwości czytania po francusku czy chińsku :)
Więc - nie mam absolutnie nigdy zamiaru przeczytać tej książki po polsku! Jamais!
Teraz. Patrzę ci ja w hasztagi po prawej stronie, a tam PO FRANCUSKU - 41 sztuk, PO CZESKU - 41 sztuk. A przecież po czesku czytam w sumie od niedawna, a po francusku całe życie (całe dorosłe życie). Wynika to z tego, że gdy czytałam masę książek wypożyczanych z Instytutu Francuskiego, nie miałam jeszcze bloga :) Było to głównie w czasach, gdy "siedziałam" w domu z dzieckiem. Co trzy tygodnie (tak dziwnie mieli, nie na miesiąc pożyczali) jechałyśmy do miasta, brałam coś dla córki (głównie dużo ilustracji, mało tekstu - ten tekst jej potem czytałam od razu po polsku, nie że moje dziecko się francuskiego nauczyło) i oczywiście zapas dla siebie.


Dobrze. Wrócę na chwilę do Rue des Boutiques Obscures. Jest tam klimat tajemniczości tego rodzaju, że trzyma w nieustannym napięciu. Dla kogoś, kto lubi kryminały, miód na serce, bo cały czas śledzimy usiłowania bohatera, który chce za wszelką cenę ustalić swoją tożsamość. I jest to po trosze tak, jak by szukać wyjaśnienia jakiejś kryminalnej historii.



Początek:
Koniec:
A gdy przeczytałam to ostatnie zdanie - to było jak magdalenka. NO SKĄD TO ZNAM? Czy to możliwe, żebym je zapamiętała z lektury przed (powiedzmy) dwudziestu laty? Czy kojarzy mi się z czymś innym?
Ba! Wręcz mi taka myśl przemknęła przez głowę, że to w stylu Saganki... Przepraszam :)
A jednocześnie łzy same mi się cisną do oczu (znowu przepraszam). Nasze życie - jakież ono pozostawia po sobie ślad?


Wyd. Gallimard 2004, 250 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 8 czerwca 2020 roku

A w niedzielny poranek, jeszcze w trakcie czytania, już miałam gotowy plan. Pojadę do Paryża śladami bohatera. On w roku 1965 szuka swoich śladów z okresu przed II wojną światową - ja w 2025 (na przykład) będę szukać jego śladów z 1965 roku :)
To jest plan wyłącznie na emeryturę, bo wcześniej nie dam rady ze względu na Pragę (albo albo w końcu). A ta emerytura będzie diabli wiedzą kiedy. Lubię co prawda powtarzać, że mi do niej zostały dwa lata, ale tak naprawdę za dwa lata zacznę ją pobierać, ale pracować będę musiała dalej...
W każdym razie - założę bloga i tam udokumentuję swoje wędrówki. Mam oczywiście zamiar wyżebrać gdzieś jakieś fundusze na ten cel, bo jednak Paryż to nie Praga i trochę więcej kasy będzie potrzebne.
Projekt już wdrożyłam. Mianowicie zamówiłam książkę we francuskiej księgarni, ma nadejść w przyszłym tygodniu :) Tutaj nie było zmiłuj się, muszę przecież mieć własny egzemplarz. Co prawda wolałabym jakieś starsze wydanie i w sumie byłoby to możliwe, wyszukać we francuskim antykwariacie i sprowadzić, ale znam się trochę i wiem, że "przy okazji" i dla "rozłożenia kosztów przesyłki" zaraz bym nakupiła co najmniej pięć innych. Jeśli nie dziesięć. A na to nie mogę sobie pozwolić - mimo wszystko moje ściany nie rozszerzają się.

piątek, 18 października 2013

Ernest Hemingway - Ruchome święto

Więc tak. Paryża mi się zachciało. Sama nie wiem, jakim sposobem zaraz po Estreicherach... a może tylko cienkiej książki szukałam, do tramwaju :) tymczasem rzecz okazała się na tyle cienka i jednocześnie wciągająca, że dałam jej radę tej samej niedzieli, kiedy to przeczytałam Estreicherów i tramwaj wobec tego Hemingwaya nie powiózł. Po prostu - połknęłam na jednym wdechu!

Kto chce odnaleźć atmosferę Paryża, którego już nie ma, Paryża lat dwudziestych, Paryża Gertrudy Stein, Ezry Pounda czy Scotta Fitzgeralda - ten koniecznie musi po Ruchome święto sięgnąć. Z lepszym skutkiem niż po nieszczęsny film Woody Allena, którym się tak wszyscy zachwycali, a który mnie wydał się jedynie wydmuszką dla ćwierćinteligentów :)
Przy okazji czytelnik dowie się co nieco na temat katorżniczej pracy pisarza, jego warsztatu. Oczywiście gdzie? w kawiarni :)

"Jeżeli miałeś szczęście mieszkać w Paryżu jako młody człowiek, to dokądkolwiek się udasz przez resztę życia, idzie on za tobą, bo Paryż jest świętem ruchomym" - napisał niegdyś Hemingway do przyjaciela. Gdy po latach wrócił do tego miasta, ponoć odkrył w depozycie hotelowym kuferek z zapomnianymi notatkami. To właśnie na podstawie tych notatek powstało później, już pod koniec jego życia, Ruchome święto. Zbiór fleszy na rozmaite tematy, z których wyłania się obraz życia młodego pisarza z ukochaną żoną w wynajętych pokojach, gdzieś na mansardach, liczących grosz, a czasem wręcz przepuszczających południowy posiłek, kiedy indziej stoicko przegrywających na wyścigach czy ruszających "we Francję", gdy tylko pojawił się na horyzoncie nowy czek. Mój Boże, jakież to inne były czasy, gdzież nam dzisiaj, przykutym do etatu i stołka, marzyłyby się takie ekscesy, jak spędzanie zimy w górach :)

Spis treści:

Początek:
i koniec:


Wyd. jakieś wydawnictwo-krzak C&S, Warszawa 1993, 126 stron
Tytuł oryginalny: A Moveable Feast
Tłumaczył: Bronisław Zieliński
Z własnej półki (znalezione dawno temu w Taniej Jatce za 4,50zł)
Przeczytałam 13 października 2013