Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 grudnia 2025

Stephen Rabley - Dino's Day in London

Miała być jedna lekturka angielska w miesiącu, ale zniecierpliwiłam się na takie żółwie tempo. Poziom najprostszy, 200 słów. Już chyba takich więcej nie mam, zresztą okaże się przy następnej.

Trzeba bardzo uważać, będąc taksówkarzem i nie dać się omamić sławie. Tommy dostał zlecenie obwiezienia po Londynie syna znanej gwiazdy filmowej, ale podszedł go sprytnie syn szefa, który słyszał rozmowę, więc podał się za Dino i skorzystał również z 50 funciaków przeznaczonych na drobne wydatki 😂 

Początek:



Koniec:



Wyd. Penguin Readers we współpracy z Pearson Education Limited 1998, 16 stron

Z knihobudki

Przeczytałam 18 grudnia 2025 roku 


Jak już donosiłam w poprzednim poście, mam za sobą film po angielsku (znaczy z angielskimi napisami).


Bardzo jestem z siebie dumna 😂 Potem trafiłam na estoński film Pikad paberid z zeszłego roku (o młodych ludziach, którzy rozpaczliwie szukają swego miejsca w życiu), gdzie były napisy angielskie i rosyjskie jedynie - całe szczęście, że wybrałam rosyjskie, bo dużo gadali 😎

Za to w podręczniku do angielskiego dotarłam do lekcji 74, gdzie poprzedni właściciel nagle zabrał się za naukę i zrobił ćwiczenia aż do lekcji 81. Przeszkadza mi to, bo wzrok sam leci, gdzie nie trzeba. Niby ołówkiem, ale komu by się chciało to wygumkowywać.


 

Najnowsze nabytki

Tak się przedstawiają:

Ciekawostka taka cienka do machnięcia w jeden wieczór o pannie Marple 😁 W oprawie bibliotecznej Bahdaj - Piraci z Wysp Śpiewających w wydaniu z 1966 roku. Arsenał Królewski... jest taka seria o budynkach uniwersyteckich i myślałam, że mam wszystkie, a tu ktoś przyniósł do budki brakujący tom. Oczywiście trzeba go dołożyć do serii, więc zaraz się będę głowić, co innego z tamtej półki zabrać.
 

Z kategorii cracoviana pozbyłam się całej masy publikacji, ale dalej jest ich mnóstwo (katalog mówi, że 981, jak to jeszcze możliwe???) i pewnie z czasem wyniosę kolejne. No, ale niektóre zostaną ze mną do końca 😉 jedne są do konsultacji, choć coraz rzadziej do nich zaglądam, inne w nadziei przeczytania, także ponownie. Właśnie, stałam przedwczoraj koło budki wiodąc dyskurs z panem sprzedającym warzywa, budka już była przejrzana, a tu przychodzi dwoje młodych ludzi z siatami i wyładowują zawartość. Grube wielkie tomiszcza (w tym encyklopedia iluś tam tomowa) i widzę dwa tomy Dziejów Krakowa, drugi i trzeci, ten drugi w idealnym stanie - zabrałam więc szybciutko na wymiankę, bo mój bardziej sfatygowany. Gdy na drugi dzień poszłam odnieść ten mój, niczego już nie było. Ktoś wziął nawet encyklopedię starą!

Podobnie innego dnia przychodzę kontrolnie o poranku, a tam pełno starych kryminałów. Załadowałam całą siatkę, bo sprawdzać się będzie w domu, co jest, czego nie ma. W rezultacie zostało dziewięć, z czegom bardzo kontenta.


Czyszczenie półek (czyli upychanie lub wynoszenie) postępuje. Porównanie: oto półka pod tv w środę

a oto dziś. Dzielna jestem, prawda?

Znaczy ykhm... nie ma tu tych najnowszych nabytków 😂 ale zaraz je się rozparceluje na właściwe miejsca!

Wyniosłam też do piwnicy maszynę do pisania, antyczny Underwood z lat 20-tych. Naciągnęłam kiedyś na nią Ojczastego, że potrzebuję na studiach 😂 Jest to kurzołap okropny, a uwolnienie miejsca spowoduje dołożenie jednej półki na filmy (tam, gdzie aktualnie grzyb). Każdy mówi na tę maszynę sprzedaj. Sprzedam, jak będę naprawdę pieniędzy potrzebować - oczywiście, jeśli mi ktoś do tej pory piwnicy nie obrobi 🤣 Widzę takie w internecie za 3 tys., za 5 tys., ale i za 500 zł 😉
 

Filmik o malutkim mieszkaniu (właściwie domku) w Tokio sobie obejrzałam. Mimo minimalnej powierzchni mnóstwo rzeczy!

 

Mży. Nie będzie mi się chciało wychodzić na kroki, ale duty is duty. Ciekawe, czy będzie coś nowego w knihobudce - ludzie robią porządki przedświąteczne i wynoszą rozmaite bzdety (i nie mam tu na myśli książek) 😂

Cały czas biję się z myślami, czy zamawiać radzieckie filmy na dvd już teraz czy dopiero w styczniu. Jak by to miało jakieś znaczenie... pod choinkę i tak nie dojdą 😏   

wtorek, 23 września 2025

Henryk Gaworski - Jelenie jedzą klejnoty

Wczoraj wyskoczyłam na pięć minut zanieść do knihobudki książki (o czym niżej), a tam pan jeden mówi, że poprzedniego dnia przyniósł jakiś kryminał i patrzy, że już nie ma. Ja:

- O, to szkoda, bo ja zbieram kryminały.

Widzę, że pan coś w głowie międli, w końcu pyta:

- A pani to kiedy tu przychodzi?

Chyba chciał zaproponować, że jeszcze coś przyniesie 😂 

No cóż, nie mam stałych godzin... 

Tymczasem przeczytałam "kluczyka" znalezionego jeszcze w lipcu. 

Na początku co prawda mamy przyłapanie pewnej paniutki na przemycie drogocennej biżuterii, a to dlatego, że celnik w pociągu był z wykształcenia historykiem sztuki - nie mówię, że to niemożliwe. Ale potem przenosimy się do nadleśnictwa, gdzie podczas polowania został zabity jeden z przyjezdnych myśliwych. Okazuje się, że był to dziennikarz, od pewnego czasu prowadzący prywatne śledztwo w sprawie tego przemytu, więc sprawy się zazębiają. 

Jest to kryminał milicyjny, mamy więc dokładny obraz prowadzonego śledztwa i różnych sposobików (oraz nieudolności milicji, która przegapia kluczowe odciski palców). Czyta się dość wartko, choć sam pomysł przestępców przekazywania sobie biżuterii w tak karkołomny sposób, jaki tu jest opisany, jest po prostu absurdalny.

Zlituję się jednak nad Wami - gdyby ktoś w przyszłości miał to czytać - i nie dam ostatniej strony 🤣 

Gdy myślę nad tym moim gromadzeniem książek, postanawiam, że będę przynosić już tylko kryminały... Ale potem wpada w ręce a to jakaś książka kucharska (czy ja wreszcie zacznę z nich korzystać?), a to jakaś młodzieżówka, a to coś do nauki języków, a to znowu powieść, którą może warto przeczytać... i tak to się toczy, kurka wodna. 

Początek: 


Wyd. Iskry, Warszawa 1978, 205 stron

Seria: Klub Srebrnego Klucza 

Z własnej półki (przyniesione z knihobudki w całym zestawie kryminałów 30 lipca 2025 roku)

Przeczytałam 17 września 2025 roku 



Z ZALEGŁOŚCI 

Z drogi do Lidla 

Stał tam jeszcze ostatni pojemnik na tekstylia, zabrałam więc sześć sztuk wyciągniętych z szafy, że na pewno nie będę nosić (a wiadomo, jakie to ciężkie decyzje), podchodzę, a tu panowie pakują ten pojemnik do samochodu.

- Koniec? - pytam.

- Koniec - odpowiadają.

Kurde, mam te ciuchy w wózku na zakupy, ale przecież jak ich nie oddam, to nie będzie gdzie tych zakupów włożyć. 

- Panowie, a mogę jeszcze to dołożyć?

Mogłam. W ostatniej chwili zdążyłam!

A dziś widziałam przez okno, że samochód od gabarytów zabrał jakieś wory z ciuchami wystawione przed sąsiednią klatką - czyli faktycznie to działa. Chciałabym bardzo jeszcze szafę przetrzebić...

Również w drodze do Lidla przed jednym ze śmietników widziałam ten róziowy fotel 😁 Ach, jaki musiał być wygodny! Tylko nogi mu amputowało. I to mi przypomniało, że na azjatyckim YT widziałam nieraz taki rodzaj fotelików bez nóg, ustawionych przy stole 😂 


Z knihobudki 

Córka mi przyniosła z knihobudki 🤣

- Masz - mówi - przyda Ci się na Pragę.

Ja zadowolona, nieduże, można nosić w torebce na wsiakij słuczaj, ale oglądam to opakowanie i cóż się okazuje - do 30 kg. Jaka szkoda!

Akurat zaniosłam z powrotem i jakaś starsza pani zaczęła dopytywać, co to. O, to ja dla wnuków wezmę. 

 

W sobotę rano, zanim się z Ojczastym na dobre rozhulało, zrobiłam zamówienie w Ulubionym Antykwariacie. Znów mi coś tam podkupili i w rezultacie nabyłam 47 sztuk. Ale uwaga! Z założeniem, że pozbędę się z domu takiej samej ilości! I w nocy z niedzieli na poniedziałek, gdy nie mogłam spać, bo już mi plecy nawalały, wytypowałam trochę do wyniesienia. Trochę czyli 52 sztuki!!! Dzielna jestem?

27 już poszło do budki, następne w kolejce czekają. 

Ciągle się zastanawiam nad cracovianami, to była wielka pasja i wiele ich jest, wynoszę na razie jakieś pierdółki, bo jeszcze nie umiem się zdobyć na generalne cięcie. Jedną podejrzliwie sprawdziłam na allegro - jest jeden jedyny egzemplarz za 54 zł, to odłożyłam niby do sprzedania (chytra baba z Radomia), ale to tyle zachodu... 


sobota, 6 września 2025

Erich Kästner - 35 Maja albo jak Konrad pojechał konno do mórz południowych

Ucieszyłam się ze zdobycia 35 Maja, bo wiedziałam, że istnieje, ale nie znałam. Uciecha nie trwała długo, bo nie przypadłyśmy sobie do gustu z tą książką. Dlatego zaczęłam myśleć, że dość często mi się to zdarza - jeśli nie pokochałyśmy się z książką w dzieciństwie, to potem już przegrana sprawa. Może nie zawsze, ale...

Będę badać tę sprawę 😁 Zwłaszcza, że z tej serii zyskałam sporo innych, nieznanych mi do tej pory nawet z tytułu! 

Początek: 

Koniec:

Wyd. POLITYKA Spółdzielnia Pracy, Warszawa, brak roku (co jest karygodne), 71 stron

Tytuł oryginalny: Der 35. Mai

Przełożyła: Stefania Baczyńska

W jednym z rozdziałów pojawiają się Słowacki i Krasiński grający w tenisa (Słowacki słabo odbija) i nie wiem, czy to fantazja tłumaczki, chcącej przyciągnąć uwagę polskiego czytelnika czy też są oni w oryginale. Ponieważ zwykłam tracić czas na głupstwa, zaczęłam szukać tegoż oryginalnego tekstu, ale gdy już go miałam i dochodziłam do właściwej strony, tekst zaszedł mgłą - najwyraźniej trzeba się zalogować. Co to, to nie. Za to przy poszukiwaniach wyświetlił mi się link do strony opisującej serię po angielsku?

Kolekcja książkowa CAŁA POLSKA CZYTA DZIECIOM 

Z własnej półki

Przeczytałam 3 września 2025 roku
 

Najnowsze nabytki

Wczoraj był dobry dzień. Najpierw była zła noc (wiadomo), a potem spodziewałam się najgorszego po pierwszej wizycie w Poradni Chorób Zakaźnych, co to na nią czekałam od kwietnia czy maja - a tymczasem dobrze poszło, pan doktor bardzo miły, uprzedził mnie, że diagnostyka będzie długa, bo polega na kolejnym wykluczaniu schorzeń, aż dojdziemy do sedna, dał skierowanie na badanie wątroby plus oczywiście badania z krwi, zapisałam się na następną wizytę na koniec października, bo nie wiedziałam, ile będę czekać na to badanie, a gdy zadzwoniłam dali mi termin na... poniedziałek 😲 Druga dobra sprawa, że wreszcie przyszła decyzja z ZUS o świadczeniu wspierającym, będą je płacić na koniec miesiąca. A trzecia - to te Srebrne Kluczyki znalezione w mojej knihobudce 😂 Pierwszy już się czyta.

I jeszcze wieczorem zrobiłam spacer (9 tys. kroków) plus siłownia. Znaczy chyba część tych kroków to siłownia nabiła... I obejrzałam Człowieka z M-3. No był piątek git!

 

Gorsza sprawa wynikła późnym wieczorem: chciałam coś po czesku posłuchać i włączyłam na YT filmik o człowieku, który zawodowo zajmuje się przeprowadzkami, ale od pewnego czasu charytatywnie czyści mieszkania osób chorych na kompulsywne gromadzenie rzeczy. Warunkiem jest, że ta osoba po pierwsze mieszka w tym zawalonym gratami lokalu, a po drugie zgadza się na to czyszczenie. Nie że to na wniosek rodziny, która już z krewnym nie daje rady. Na YT jest sporo filmów o takim opróżnianiu mieszkań, amerykańskich przeważnie, ale głównie pokazują po prostu sam proces oczyszczania i wyrzucania, bez wdawania się w psychologiczne szczegóły. Tymczasem ten pan opowiada o tym, że jest to uzależnienie jak każde inne - i jak każde inne bardzo trudne do wyleczenia. 

 

I wiecie co? Pomyślałam, że moje znoszenie do domu książek to przecież to samo - też rodzaj uzależnienia. Też pewnie chcę sobie tym coś rekompensować. Bo za gromadzeniem rzeczy kryje się jakaś trauma, jakaś potrzeba rekompensaty. W przypadku mieszkania z filmiku - kiedyś było "normalne", mieszkał tam pan z panią, wyjechali raz gdzieś popływać i pani podczas pływania miała zawał, pan wrócił do domu ze zrujnowaną psychiką i zaczął właśnie znosić co tylko znalazł (lub kupił). Te rzeczy miały mu zastąpić żonę.

Jaka historia kryje się za moimi książkami? Czy fakt, że jeszcze da się po mieszkaniu chodzić (choć stosów coraz więcej), oznacza, że nie jest tak źle? Czy to tylko miły złego początek?

Czy ten pan też cieszył się z przyniesionego do domu fantu tak, jak ja ze Srebrnych Kluczyków?

Cholibka! Jak z tym walczyć?

niedziela, 6 lipca 2025

Sławomir Koper - PRL na czterech kółkach


 Koper to specjalista od wszystkiego, co nie zachęca... no ale jakoś tak w bibliotece mi wpadł w ręce ten PRL na czterech kółkach i choć w PRL-u nie miałam do czynienia z czterema kółkami, to wzięłam do przeczytania. Faktem jest, że nigdy w rodzinie (tej najbliższej) nie mieliśmy samochodu, więc te wszystkie syrenki, trabanty i maluchy ominęły mnie. Brat dopiero sobie sprawił pierwszą mydelniczkę, ale to już nie był PRL.

Natomiast doskonale pamiętam z czasów dzieciństwa, że było mi niedobrze, gdy przyszło jechać samochodem z jakiejś okazji, a już w autobusie torsje (nazwijmy to tak delikatnie) były na porządku dziennym, dlatego jeździło się pociągami, jeśli była taka możliwość. 

Dopiero z tej książki dowiedziałam się, dlaczego mnie tak rzygało 😂 W sensie, że była wówczas bardzo marna jakość benzyny i stąd ten okropny smród. 


Dziwna to książka. Zaczyna się anegdotami o celebrytach i gdy już myślę, że tak będzie do końca (i że zaczyna to nużyć), zaczynają się perypetie fabryk samochodów, projektantów, rajdowców... oraz wbrew temu, co deklaruje autor we wstępie, sporo szczegółów technicznych. Generalnie odnoszę wrażenie, że Koper posklejał w jedną całość różne kawałki, a nawet w pewnym momencie widzę, że tak musiało być, bo nagle tłumaczy, czyim synem był Piotr Jaroszewicz, mimo, że w rozdziałach wcześniejszych już sprawa jego powiązań rodzinnych była omawiana.

Zaczynam mieć podejrzenia, że skoro Koper jest autorem 90 książek, jak piszą na skrzydełku, to chyba ma sztab riserczerów i może osób asystenckich*, a sam właśnie skleja wszystko w jedną całość.

* czytałam właśnie, że poprawiony Kodeks Pracy przewiduje, iż w ogłoszeniach o pracy trzeba będzie używać jednocześnie i feminitywów i maskulinatywów, żeby nikogo nie dyskryminować, więc wykręcam się tutaj sprytnie neutratywem 🤣
 




Początek:
 


Koniec:

Spis treści dla chętnych:

 

Ale ale! A' propos czarnej wołgi. Oto wyjaśnienie genezy powstania legendy:


 

Wyd. Harde Wydawnictwo 2024, 298 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 4 lipca 2025 roku 

 

W kwestii lektur

Podawaliście w propozycjach również Lato leśnych ludzi, nie wpisałam go na listę, bo myślę błeeee Rodziewiczówna, starocie jakieś. Aż tu nagle w budce pojawia się mała książeczka we wtórnej oprawie, zaciekawiona zaglądam, co to będzie - a to właśnie to! Wydanie II, nie wiem, z którego roku, nakładem Gebethnera i Wolffa. No to trzeba zabrać 😁

Ale zerknąwszy na pierwszą stronę jestem deczko zniechęcona... 


Kto czytał, niech się podzieli wrażeniami! Czy to aby nie będzie jak Stara baśń? Boję się za to zabrać 🤣
 


W kwestii zakupów

Nie powiodło się z sukienkami, średnio z odkurzaczem, to może chociaż jakieś duperele do domu? Czyli milion rzeczy, bez których można się doskonale obejść, normalnie minimalizm leży i skrzeczy 😂


To szare po prawej występowało jako UWAGA kuchenny ręcznik do rąk. Hm. Kiedyś coś podobnego, ale w formie rękawicy, kupiłam w Castoramie, że do wycierania kurzu. Schowałam do szuflady i oczywiście kompletnie o tym zapomniałam, dopiero teraz coś mi zaczęło świtać, że halo, skądś znam... Mo nic, ręcznik został zawieszony (na nowym wieszaczku), tylko na razie zapominam go używać, siła (nie)przyzwyczajenia 😂



W kwestii rowerów

Córka się uparła, że będzie jeździć i namówiła ojca, żeby jej wyciągnął z piwnicy rower (zawieszony na haku pod sufitem). Ja byłam przeciwna, że sobie może zrobić ziazi w tę złamaną rękę, ale nie podyskutujesz... Stanowczo postawiłam veto, że nie będzie go trzymać w mieszkaniu, no to wymyślili sposób: przypina go do balustrady na ojcowej klatce (u nas się nie da, bo parter, przeszkadzałoby).   

W piątek była się się na nowo zarejestrować w Urzędzie Pracy, ponoć teraz już nie trzeba się meldować co miesiąc? Cztery godziny w kolejce, bo dwa okienka tylko czynne. 

Tymczasem ja z okazji nabycia karty na tramwaj (wreszcie!) wybrałam się z wózkiem zaopatrzyć w parę książek knihobudki na Biprostalu i Orlenie i oto ujrzałam tak zaparkowane rowery. Nowa moda? Wygodniej?



W kwestii podręczników językowych 

Czytałam rozmowę z pewnym młodym człowiekiem baaaardzo nastawionym na naukę i on wspomniał, że błyskawiczne wyniki lingwistyczne uzyskuje między innymi dzięki dobrym podręcznikom. W komentarzach pod wywiadem pojawiły się pytania ale halo, powiedzcie chociaż, jakie to podręczniki i oto jeden z komentatorów wrzucił taką odpowiedź.

Bardzo dużo PRL-owskich podręczników do nauki języków, było znakomitych. Ponieważ książek było mało a chętnych dużo, o wielu tytułach ludzie nie wiedza.

Leszek Szkutnik celował w angielskich podręcznikach. Wyszła tez kilkutomowa pozycja "Essential English"( w USA kosztuje teraz fortunę). I jeszcze legendarny ang -Dobrzycka, Kopczynski.
Do włoskiego polecam - Włoski dla Polaków, Danieli Zawadzkiej..
Do francuskiego - Platkov, Jaworowski - Mówimy po francusku, lub Francuski dla początkujących. I na koniec, świetny podręcznik do łaciny - Łacina bez pomocy Orbiliusza Lidii Winniczuk.
 

Język Francuski dla początkujących - Maria Szypowska.
Le Français mon amour - Godziszewski, Jomini - Balinska, Szkutnik.
No i kazdy z początkujących kursów, ma również wersje dla zaawansowanych. Także spokojnie można się rozwijać.
 

Jak dobrze pamiętam niektóre z nich! A nawet jeszcze posiadam! Trzymam bardziej z sentymentu... 

Jeśli chodzi o mój angielski, dalej nic poza paroma minutami na Duolingo. No nie mam melodii. Do niczego zresztą. Zaraz przyjdzie Męska Siła do Podnoszenia spod Prysznica, będzie kąpanie Ojczastego, a tak już sobie marzyłam, że może odłożymy do jutra... 


czwartek, 30 stycznia 2025

Jacek Stwora - Szukam panny Emilci


Nic nie napiszę - patrz dół notki 😢


Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1970, 108 stron

Z własnej półki (przyniesione z bookcrossingu - fajnie powbijali te pieczątki, na wielu stronach zasłaniając tekst)

Przeczytałam 25 stycznia 2025 roku




 

Zarezerwowałam wizytę na piątek u neurologa, prywatnie oczywiście. Pytam przez telefon, czy na wózku pacjent wjedzie. Tak, oczywiście. Pojechałam sprawdzić. Oszukiści! Znaczy wjechać wjedzie...


 


Znów wyniosłam trochę szpargałów. Przecież i tak nie będę tego czytać...


 I stenografii też się nie będę uczyć.


 W knihobudce można znaleźć różne artefakty 😂 Wzięłam do domu tylko do przejrzenia, odniosłam - i już nie ma.


----------------------------------

To wszystko, co powyżej napisałam i pokazałam - było z lepszego życia. Ono się nagle, jak to zwykle bywa, skończyło. Podgotowałam sobie wcześniej notkę, a tymczasem buch w łeb.

Właśnie w łeb. Ojczasty się kompletnie splątał. Nie spaliśmy całą noc, bo przychodził i snuł opowieści. To się już wcześniej parę razy zdarzyło - że jakby miał taki intensywny sen, że niby się po nim obudził, ale ciągle w nim tkwił i kontynuował na jawie pewne czynności ze snu. Traktowałam to jako zabawną ciekawostkę... Tymczasem w nocy z wtorku na środę trwało to cały czas, przy czym przerzucał się z jednej sytuacji w drugą, na przykład najpierw przyszedł do kuchni, gdzie córka siedziała przed laptopem i pytał, czy już się skończył ten film. Po czym wygłosił całą przemowę o tym, że Europa powinna się wstydzić za to, co w filmie pokazano, taką biedę, konie - żywe kościotrupy, w XXI wieku. Zasnął znowu, po czym z kolei witał się z drogim ojcem. Myślałam, że mu się jego tata przyśnił, ale nie, jestem księdzem jakimś tam i właśnie wracam z konklawe, gdzie wybraliśmy nowego papieża. I tak co trochę coś nowego. Nad ranem zasnął, ja wzięłam tabletkę na mój łeb i jako że udało mi się zdrzemnąć godzinę, pomogła. Gdy wstałam i jadłam śniadanie, niby spał i ciągle jeszcze myślałam, że było minęło. Ale gdy mu szykowałam jedzenie ocknął się, usłyszałam jakieś szuranie, biegnę - a on przeciska się do okna (tam jest wąskie przejście między jego łóżkiem, akurat takie, żebym się zmieściła, gdy chcę wietrzyć).

- Czekam tutaj na żonę.

Osz matko i córko. Dał się położyć. To znowu zaczął wymachiwać kulą w kierunku okna (bałam się, że szybę w końcu stłucze):

- Proszę stąd odejść, to prywatne mieszkanie.

No, a już po śniadaniu zaczęło się na dobre. Najpierw spokojnie, że jakieś zwierzęta tu są (pod sufitem), cały zwierzyniec, trzeba będzie wyłapać i wywieźć do lasu. A potem względny spokój się skończył, bo zaczęły się pożary. Wszędzie wybuchały pożary i należało je gasić. Nie można było odejść ani na minutę (dosłownie). Krzyczał, że się pali i pokazywał gdzie. W ostatniej chwili wyrwałam mu z ręki kubek z resztą herbaty, którą zamierzał chlustać na ogień. Wymyślał na nas, że wody żałujemy, więc udawałyśmy, że lejemy kubkiem, a potem miską. A tu ciągle nowe ogniska.

W końcu zadzwoniłam na pogotowie. Bardzo miły pan wypytał dokładnie o wszystko i udzielił paru rad (o czym potem), po czym wysłał karetkę. Też z bardzo miłą obsadą.

Ojczasty dostał zastrzora na uspokojenie, zapytał, czy to na tężec, jak się zorientował, że mu dupę kłują. Lekarka mnie uświadomiła, że nie ma już innego wyjścia, tylko zakład opieki - ale że to może potrwać. Ona szukała dla swojej babci w osiemnastu miejscach (również prywatnych), ale babcia zdążyła umrzeć, zanim coś się znalazło. No i kazali wziąć receptę od rodzinnej na tabletki uspokajające - wyciszające. Zastrzyk mógł zadziałać przez parę godzin jedynie.

Miałam niewiarygodne szczęście, że - zawoławszy sąsiada do gaszenia pożarów i poleciawszy do przychodni - zastałam rodzinną, która właśnie zaczęła dyżur, a nie skończyła. Dwa rodzaje tabletek, pierwszą dać zaraz i potem co dwa dni, a drugą wieczorem codziennie. Z tą pierwszą uważać, bo wycisza przy okazji wszystko, cały organizm, nerki, serce. Niby na czym ma polegać moje uważanie? 

No, w każdym razie zapodałam, Ojczasty nadal szalał - zastrzyk jakby w ogóle nie podziałał (na filmach to inaczej wygląda...), wręcz przeciwnie, miałam wrażenie, że mu dodało energii, sam odsunął łóżko dalej od okna, bo tam jakieś cholery cały czas zapalały nowe ogniska, ale w biegu godziny przyjął do wiadomości, że pożar ugaszony. Strażacy przyjechali co prawda trochę późno, ale poradzili sobie. Strażakami była ekipa pogotowia w czerwonych kombinezonach 😁 Nawiasem mówiąc jeden z nich zaraz po przyjeździe zapytał, czy Ojczasty był strażakiem, bo miewał takie sytuacje.

Niemniej jednak dalej był pobudzony i wymyślał nowe przygody. Zbierał się do drogi z teczką - musi jechać do tego drugiego szpitala, bo tam kuzyni coś organizują. A to znowu jechał do centrum, do kościoła. Jaki dziwny ten kościół, rzeka płynie przez środek. I już sama nie wiem, co jeszcze. Trzeba było ciągle zawracać go do łóżka. Miał już bardzo niepewny chód i jakby stracił zdolność zakładania kapci. Dałam mu spóźniony obiad, zjadł. W końcu pod wieczór wyciszył się, jeszcze coś tam z łóżka się odzywał - ale bełkotliwie. I około ósmej wieczorem tabletki dały mu radę.

Przespał całą noc.

I teraz jest 8:30 - boję się, co zastanę w łóżku - nie sikał przecież wcale (w sensie do kaczki, bo to mnie zawsze budzi, jak nią manewruje i stuka o podłogę). Wieczorem też nie. Zerknęłam tylko, czy oddycha. Oddycha.

Jestem przerażona, co będzie dalej. Znikąd pomocy. To, co radził pan z dispatchingu (sorry, ale nie mogę sobie przypomnieć właściwego słowa), okazało się nierealne. Powiedział mianowicie, że jest Miejskie Centrum Opieki na Wielickiej i można tam skorzystać z 2-tygodniowego turnusu wytchnieniowego - wytchnienie jest dla rodziny, oni zabierają na ten czas pacjenta. No tak, ale pierwszy warunek to orzeczenie o niepełnosprawności oczywiście. I tak koło się zamyka.

Brat jest w Maroku i nawet do niego o tym wszystkim nie piszę, bo nic nie poradzi, a zepsuję mu urlop. Czekam, aż wróci. Co się będzie działo dziś, jutro, pojutrze? 

Oczywiście, gdyby znów była sytuacja jak z tymi pożarami, zawsze istnieje - myślę - ewentualność, że go pogotowie powiezie do Kobierzyna... No, ale to już ostateczność. I tak to tak. Wydawało mi się do tej pory, że jest źle i że długo nie wytrzymam. Jak określić to, co jest teraz? 😧

A jutro mamy tę wizytę u neuro jeszcze i nie chcę odwoływać, bo przecież potrzebna do orzeczenia...

Sprawdzam teraz pogodę, akurat po południu, gdy mamy jechać, będzie padać. Spróbujemy taksówką, może jakoś wsiądzie.


Apdejt z piątku godz. 10.00

Spał 24 godziny. Cały dzień spędziłam nasłuchując, czy oddycha. Nie wiedziałam, co robić, czy to normalne, czy też należy za wszelką cenę próbować go spionizować. W końcu o 20.00 zadzwoniłam do przyjaciółki dentystki, ona do przyjaciółki pracującej w Kobierzynie. Stanęło na tym, że mam spróbować zbadać odruchy, reakcje (zanim znów zadzwonię na pogotowie). Po lekkim naciśnięciu oka zmarszczył się, mocno zacisnął powieki i sięgnął ręką. Czyli nie udar. Ale to było trochę za mało. Zaczęłam go głaskać po głowie i obudził się, usiadł na łóżku, sięgnął po kaczkę i nawet sporo wyprodukował, choć przecież nie pił od grubo doby. Dałam mu parę łyków herbaty, położył się z powrotem i znów spał. Pomyśleć, że przy całej tej prostacie pęcherz wytrzymał tyle czasu...

No, ale ja już spokojniejsza, że nic się nie dzieje.

Noc przeszła już właściwie normalnie (czyli siadał do sikania, popijał i spał dalej). 

A o 9.00 wtrząchnął w trymiga michę kaszy mannej. W sumie nic nie jadł przecież od 38 godzin...

Nic nie mówi - czyli jest jak zawsze - i przypuszczam, że ani nie wie, co się z nim działo. I się nijak nie dowie 😉

Sama nie wierzę, że wszystko wróciło do normy. Jeśli, to powstaje pytanie, na jak długo? W każdym razie wybieram się z nim po południu na tę zamówioną wizytę u neurologa, zobaczymy, co powie.


Poniedziałek 27 stycznia: 12.911 kroków - 7,9 km

Wtorek 28 stycznia: 5.176 kroków - 3,1 km

Środa 29 stycznia: tyle, co do przychodni i apteki


niedziela, 26 stycznia 2025

Barbara Ehrenreich - Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć

Książka, jak się okazuje, nie nowa (zdaje się wyszła u nas w 2006 roku po raz pierwszy), ale to jest nowe wydanie. Nazwano je wręcz jubileuszowym, bo ukazało się w 20 lat po amerykańskim pierwszym wydaniu.

 

Tak sobie myślę, że powinien ją przeczytać każdy bezkrytyczny wielbiciel Ameryki, o wyznawcach Konfy i wolnego rynku nie wspominając. Autorka po wielekroć udowadnia, że twierdzenia typu ciężką pracą wydostaniesz się z biedy są absolutnie pozbawione podstaw. Jeśli nie masz partnera, z którym dzielisz koszty mieszkania - jesteś skazany na życie w motelowym pokoju (masz tam łóżko i telewizor) i jedzenie fast-foodów. Jedna praca nie pozwoli ci na zaoszczędzenie na kaucję, żeby wynająć mieszkanie, a w rezultacie za ten motel i tak płacisz więcej niż wynosiłby czynsz za samodzielną kawalerkę. Tygodniowy system płac powoduje, że żyjesz od poniedziałku do niedzieli, a jeśli nie daj Boże przytrafi ci się coś, czego nie zlikwidujesz prostą tabletką przeciwbólową, to po tobie. Przy okazji zrozumiałam, skąd tak wielkie spożycie painkillers* w Stanach. Że nie są tacy głupi, tylko nie stać ich na lekarza, po prostu.

* akuratnie przerabiałam to słówko na angielskim 😂

 

We wstępie autorka wyjaśnia, jak doszło do tego wcieleniowego reportażu.


Początek:


Wyd. Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2022, 270 stron

Tytuł oryginalny: Nickel and Dimed: On (Not) Getting By in America

Przełożyła: Barbara Gadomska

Z biblioteki

Przeczytałam 21 stycznia 2025 roku


Zaległe tematy to:

  • o kolejnych wytypowanych do wydania książkach
  • o skwerze z nartami
  • o brakach farmakologicznych
  • o kompasie w Muzeum Narodowym

 

Książki nie tylko wytypowałam, ale wszystkie już wydałam i miejsce po nich zagospodarowałam, bo to malutkie formaty przeważnie były. Z krótkich przemyśleń wynikło, że nigdy mi się już nie przydadzą. Pożegnanie z Afryką to brzydkie wydanie, może znajdę ładniejsze, a Słoneczniki - znalazłam jakiś czas temu w cieniowanej serii i zdecydowałam, że już nie chcę tego starego wydania, pozbawionego okładki i nawet ostatniej strony (tak mocno sczytanego), choć to był mój oryginalny egzemplarz jeszcze ze szkolnych czasów. Do Torunia też już raczej nie pojadę 😁








Skwer z nartami musi przejść na następny post, bo nie wyrabiam (zdjęcia trzeba zładować jeszcze). Braki farmakologiczne polegają na tym, że znów nie ma w aptekach mojej Magicznej Tabletki na migrenę. Poprosiłam o receptę na 12 sztuk, żeby już sobie robić zapas na Pragę, a tu nic nigdzie. Żeby się recepta całkiem nie zmarnowała, dałam sobie wtrynić 6 sztuk zamiennika - ale w niego nie wierzę - i teraz czekam na pierwszego globusa (choć wcale mi do niego nie tęskno), żeby zażyć i się przekonać. Jeśli pomoże, to wykupię pozostałe 6 tabletek - ale to muszę zdążyć do 9 lutego.

Z kompasem było tak, że córka coś kiedyś mędziła, że widziała taki z brelokiem w sklepiku muzealnym, toteż gdy pewnego piątku przechodziłam w pobliżu, wstąpiłam i nabyłam. Były dwa rodzaje, z brelokiem i bez, przy czym ten z brelokiem był tylko jeden egzemplarz. Wzięłam, wieczorem prezentuję córce, a ona pyta, w jaki sposób to północ wskazuje.

Oż carramba, faktycznie! Nie ma tej strzałki-igły. Atrapa jakaś. 

Więc w sobotę idę tam znowu i słyszę:

- Ale u nas nie ma zwrotów.

I pokazują mi karteczkę przy kasie, gdzie proszą o przemyślane zakupy. No fajnie, zakup był przemyślany, ja chcę ten kompas, tylko dajcie mi niewybrakowany egzemplarz!

- Ja nic nie poradzę, zwrotów nie ma, a to był ostatni, więc wymienić też nie mogę.

Kierowniczka zaś jest na urlopie.

Osz kur... mówię, nie odpuszczę. Potoczyłam się do innego oddziału, gdzie mieli tego więcej i upewniłam się, że mają tam dobre, a ja mam bubel.

Potem niedziela, pewnie kierowniczka dalej na urlopie, a w poniedziałek wiadomo, muzea nieczynne. Więc we wtorek idę znowu. Po drodze przeglądam w internecie, jak to wygląda z rzecznikiem praw konsumenta 😂

Po utarczce ze sprzedawczynią jestem dopuszczona do rozmowy telefonicznej z górą, gdzie oczywiście słyszę te same argumenty o niezwrotach etc., ja powtarzam swoje o bublu etc. i w końcu kierowniczka się poddaje:

- To proszę pójść do drugiej filii i tam wymienić na inny egzemplarz. Ja poinformuję.

Co też od razu uczyniłam i dzięki temu córka ma kompas z brelokiem za DZIESIĘĆ złotych. Tak, za 10 zł trzy razy wizyta w sklepiku jednym i dwa razy w drugim, ile czasu zabrały mi dojazdy, nie chce mi się nawet liczyć. Ale nie odpuściłam 🤣 Co to znaczy nie ma zwrotów, jak sprzedaliście mi bubel?!

A teraz co będzie w następnym poście:

  • ciągle zaległy skwer z nartami
  • wizyta Rodzinnej u Ojczastego
  • o tym, że dostałam medal
  • o szwedzkim filmie starożytnym
  • i diabli wiedzą, co tam się jeszcze urodzi

 

Piątek 24 stycznia: 6.230 kroków - 4,2 km

Sobota 25 stycznia: 8.163 kroki - 5,1 km

Niedziela 26 stycznia: 6.788 kroków - 4 km