środa, 28 czerwca 2023

Aleksander Kaczorowski - Czechy. To nevymyslíš


 Książkę znacie, dedykację znacie, to może coś o zawartości? Gdyby sądzić z okładki (czego robić nie będziemy) to super duper, jak mawia Věra, Makłowicz chwali i w ogóle. Gdyby sądzić z Lubimy czytać to po połowie: ci, co przeczytali pierwsi, bo mieli egzemplarze recenzenckie, wiadomo - chwalili 😁 zaś ci, co sobie książkę kupili za własne pieniądze, niekoniecznie.


Ja już miałam z panem Kaczorowskim do czynienia kilkakrotnie, zawsze wrażenia były dość pozytywne. Tym razem... tym razem częściowo. Bo nie przeszkadza mi, że to taki miszmasz wszystkiego, dlaczego nie? Tylko jest tu zbyt dużo naćkane informacji encyklopedycznych i przewodnikowych. A że siłą rzeczy należy się streszczać, to rezultat jest taki, że nie jest to ani przewodnik ani historia Czech ani pogłębiona analiza czeskiej kultury gastronomicznej ani całej reszty. Tak po trochu wszystkiego.


Jednakże uważam, że przeczytać warto. No chyba, że ktoś jest już tak zaawansowanym czechofilem (żeby nie powiedzieć bohemistą), że nic tu dla siebie nie odkryje. Ja owszem, to i owo nowego wyczytałam, przy czym wiadomo, że jeszcze szybciej zapomnę, ja to najwyraźniej do końca świata (mojego) będę odkrywać Ameryki. A w niektórych rzeczach się upewniłam, że miałam rację, bo były to jakieś moje intuicje, przypuszczenia, a tu okazało się, że istotnie tak jest, jak podejrzewałam. To wiadomo - wtedy satysfakcja 😄


Początek:


Koniec:


Zdjęcia półki nie ma, bo książka jeszcze na żadną półkę nie trafiła. Mówiłam już, że może w wakacje coś uporządkuję?

Wyd. MUZA SA Sport i Turystyka, Warszawa 2022, 300 stron

Z własnej półki (od 14 czerwca 2023 roku)

Przeczytałam 23 czerwca 2023 roku 

Czytałam całe sześć dni, no  bo tak teraz mam z czytaniem. Czy to w ogóle jeszcze drgnie i ruszy?

 


Było tak. Wracałam z piekarni z chlebem w ręku i  najwyraźniej z uśmiechem na twarzy, bo starszy pan idący z naprzeciwka zagaił:

- Co dobrego pani kupiła, że tak się cieszy?

Odparłam, że cieszę się, bo idę do pracy.

- Wreszcie sobie odpocznę.

I tak to właśnie wygląda. 

Mój dzień wygląda teraz niby tak samo (dom, praca, sklep), ale jednak inaczej. Mianowicie głównie stoję przy garach i na zmywaku 😂 

Do tej pory pracowałam w godzinach 9-16. Teraz, żeby obsłużyć Ojczastego, chodzę na 11.00. Co niestety oznacza, że jestem w plecy 1400 zł miesięcznie, a jest to dość istotne, bo przecież te pieniądze odkładam na starość, tak?

Po kolei, bo już się ustalił pewien reżim i można to podsumować. Wstaję o 7.00, co jest postępem, bo wcześniej budzik dzwonił o 6.00 - potrzebuję rano czasu, choćby z tego powodu, że myję głowę i staram się nawet nie suszyć jej suszarką, poza tym na przykład oglądam czeski dziennik etc. Około 9.00 zbieram się do budzenia Wiadomej Osoby, coby zabrała się za śniadanie. Śniadanie bowiem, podobnie jak każdy inny posiłek, trwa. Co zresztą rozumiem, bo siedzenie przy stole jest to jakiś rodzaj rozrywki, czegoś odmiennego od leżenia w łóżku. 

Problem z posiłkami jest taki, że nie wchodzą w grę kanapki, tego nie zje. Więc praktycznie trzy razy dziennie trzeba przygotować coś gorącego. I to mnie normalnie rozkłada. Po pierwsze w kółko myślę, co ma być na kolację, co jutro na śniadanie, co było ostatnio, żeby nie powtarzać raz za razem (mam nową rubrykę w kalendarzu, wszystko zapisuję, bo na pamięć nie mogę liczyć). 

Do każdego posiłku trzeba zrobić dwa kubki herbaty z sokiem malinowym i miodem*. Przed śniadaniem i obiadem dodatkowo robi się tzw. galaretkę (jakiś środek przeciw zaparciom w postaci proszku, który należy wymieszać z przegotowaną wodą, ale nie za zimną i nie za gorącą, więc trzeba pamiętać, żeby taka woda była na podorędziu). 

Gdy Ojczasty je, robię porządek u niego w pokoju. Na początku musiałam ściągać prześcieradło, żeby je wytrzepać, ale zafasowałam ze Śmieciarki dwa prześcieradła z gumką, bo zwykłe w dodatku się zsuwało w nocy - materac przeciwodleżynowy jest śliski - i teraz tylko z niego ściągam odkurzaczem paprochy i odkurzam dywan przed łóżkiem i okolice. Bowiem są one pełne drobniutkich kawałeczków papieru toaletowego oraz tzw. urobku (uwaga, delikatni niech odwrócą wzrok) - pochodzącego z nosa 🤣 To samo zresztą robię wieczorem podczas kolacji czyli dwa razy dziennie tańczę z odkurzaczem.

Gdy uda mi się doczekać końca śniadania, podać leki i wreszcie pozmywać, mogę uciekać na Fabrykę.

Po jakimś czasie córka, która zostaje na gospodarstwie, podaje mu gorące kakao. Nie uważam, że powinien je codziennie pić, ale Grażynka mi codziennie robiła. Około 15.00 odgrzewa mu obiad w postaci zupy. Skąd się wzięła zupa? No ugotowałam rano. Co trzeci dzień rano spieszę się bardziej niż zwykle, żeby ją właśnie ugotować.

Ach, dodajmy, że po każdym posiłku należy się deserek (jogurt z miodem, papka z jabłka ugotowanego - nie wiedziałam, o co kaman, ale mi Psiapsióła z Daleka powiedziała, jak to się robi - serek jakiś mały albo takie deserki Monte, tylko w tańszej wersji, w Lidlu są takie Monteravo 😁😁, ciasteczka). Powiem Wam, że w życiu takich toreb ze sklepu nie targałam...

Po obiedzie Ojczastego córka daje dyla. Ja wracam 16.30, o ile nic po drodze nie załatwiam. Zanim zrobię sobie obiad, ściągnę ją ewentualnie, żeby też zjadła, a potem pozmywamy, jest 18.00. Często jeszcze trzeba po zakupy. I nagle jest 19.00 i wypada się zabierać za kolację Ojczastego. Tu się często wspomagam gotowcami (pierogi, krokiety) albo gdy z obiadu zostało coś, co będzie w stanie zjeść. Około 21.00 pozmywane, posprzątane, odkurzone, idę do łóżka, otwieram książkę i... zamykam z powrotem, bo padam.

I teraz pytanie - czy to jest życie?

Czekam oczywiście na weekend. Ale w weekend są dodatkowe rozrywki poza tymi wymienionymi: ze dwie pralki i suszarki trzeba puścić, rzecz główna KĄPANIE, potem zmiana garnituru 😁, pościeli, na drugi dzień jeszcze GOLENIE plus obiady staram się wtedy zrobić takie wspólne, żebyśmy razem zjedli, a więc Myślenice, co to ma być, no bo kotleta nie pogryzie...

Ja pierdykam!

Ale słuchajcie, to już cztery tygodnie i jakoś się w to wszystko wdrożyłam. Tyle że wyobrazić sobie, że tak już ma być zawsze, to normalnie palnąć sobie w łeb.

Przy czym przecież jeszcze nie jest źle. Ojczasty samodzielnie na przykład używa kaczki. W pierwszych dniach wyrywałam mu ją z ręki, żeby iść wylać zawartość, ale zaperzył się, że on sam. Miałam duże obawy, że po prostu będzie raczej wylewał obok, zważywszy na jego wzrok (czytaj: będę miała dodatkową i to mało atrakcyjną robotę), ale nie, radzi sobie 😍 Tyle że często jakoś tak naciśnie przycisk spłukiwania, że on się zatnie i woda się leje, czego oczywiście ani nie widzi ani nie słyszy; bywało, że wracam do domu, a tam wesolutko sobie woda spływa, Bóg wie ile czasu; nie chcę myśleć o rachunku).

 

*Ponieważ duży słoik z miodem ciągle się lepi przy tak częstym korzystaniu, kupiłam w Rossmannie specjalny szklany pojemnik i jest trochę lepiej. 


 

Toteż się nie dziwcie, że jedyną aktualnie dostępną mi rozrywką jest skok do Jordanówki, żeby przywlec z półki kolejne gnioty 🤣 I tu, całe na biało, wchodzą

NAJNOWSZE NABYTKI

Bratny cholera wi, po co mi, a w Kuncewiczowej znalazłam cenny artefakt - kalendarz stuletni. Mogę sprawdzić, jakiego dnia tygodnia się urodziłam (chyba to czwartek był), bo zapomniałam 😂



Normalnie KAŻDY z tych poradników może mi się przydać 🤣🤣🤣

 

Jak sobie tutaj żyjemy, zrobię reportaż fotograficzny... w weekend... dziś zajawka.


niedziela, 25 czerwca 2023

Michał Rusinek - Dzika plaża

Wow, ale lunęło! Alert był co prawda dwa dni temu, ale co się odwlecze... 🤣 Jest ósma rano, gdy zaczynam to pisać. Zrobiły się nagle tak wielkie ciemności (egipskie), że przypomniała mi się zima. Której się dość boję w obecnej sytuacji (podobnie jak jesieni), bo póki słońce świeci od rana to i chce się wstawać i bez problemu się lata co chwilę do sklepu etc. Ta obsługa staruszka nie jest aż tak bardzo upierdliwa. Ale za pięć-sześć miesięcy wszystkiego mi się odechce...

/nie żeby mi się teraz bardzo chciało/

Lampkę musiałam zaświecić, bo klawiatury nie widzę 😂

Dobra, więc po kolei. Pan Rusinek. Książka została niedawno zgarnięta z półki w Jordanówce i odgrażałam się wtedy, że będę czytać te ramoty sprzed lat. Proszę bardzo, dotrzymuję słowa! 

/bo cienka/

Pana Rusinka (tego) czytałam jedną jedyną rzecz (a to dlatego, że było to cracovianum) i nawet, o ile dobrze pamiętam, zwracałam się wówczas mailowo do drugiego pana Rusinka z pytaniem, czy to jakaś rodzina. Otóż nie 😁
 

 

W zalinkowanym poście sprzed 10 lat można znaleźć więcej informacji. Można się też naocznie przekonać, jak mi się kiedyś chciało pisać i porównać, jak mi się dziś nie chce... W każdym razie pan MR płodnym był, jak widać poniżej, aliści ja nic innego specjalnie szukać nie będę (chyba że wpadnie w łapy w ten sam sposób). To już literatura dawno miniona...


 

Dzika plaża to opowiadania, wszystkie łączące się z przeżyciami wojennymi, do których bohater wraca wspomnieniami, wymuszonymi aktualnymi wydarzeniami. Czasem jest to spotkanie z dziećmi dawnej miłości, czasem wizyta nieznajomego Polaka w japońskim hotelu, gdzie Jan się zatrzymał, czasem tylko niemiecka rodzina, spędzająca urlop w tej samej miejscowości. Zawsze samotny, zawsze obciążony przeszłością, której nie sposób zmazać czy choćby tylko zapomnieć. 

O ile rozumiem zwykłego człowieka - że nie może o tej przeszłości zapomnieć, że siedzi to cały czas w jego psychice, o tyle jako naród dawno powinniśmy zrzucić to jarzmo i patrzeć do przodu. Ale jak wiadomo - niedasie.


 

Początek:

Koniec:



Wyd. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, (pewnie Warszawa, ale zatajono tę informację) 1975, 159 stron

Z własnej półki

Przeczytałam 17 czerwca 2023 roku 


NAJNOWSZE NABYTKI

Oczywiście zgarnięte z półki w Jordanówce. Oczywiście nie mam miejsca na nowe książki. 

Te kuchenne to taka seria była, miałam już cztery sztuki, to przecież nie mogłam przejść obojętnie (chłop żywemu nie przepuści) 😂

Malutka książeczka do Pragi naturalnie (czyli już niedługo będziemy czytać), a słynny Nienacki w ramach ciekawostek do schowania wstydliwie gdzieś z tyłu, w drugim rzędzie 🤣

 

Pisałam na raty, dopisuję w niedzielny poranek. Obejrzałam właśnie wczorajsze czeskie wiadomości z informacjami o puczu wagnerowców i marszu na Moskwę. Nikomu nie należy życzyć wojny domowej, ale k...a hajda trojka! Co prawda na koniec podano info, że po negocjacjach już się Prigożyn wycofuje z zamiarów (no to czapa, czy on wierzy w "gwarancje"?), więc dupa, ale przynajmniej MOŻE wreszcie ludziom tamtejszym coś trafi do głowy? Kopią okopy wokół Moskwy, bo skonam, po 80 latach, brawo Miłościwy Przywódca (który oczywiście natychmiast dał nogę z Kremla) 🤣

niedziela, 18 czerwca 2023

Anna Kłodzińska - Błękitne okulary


 Anna Kłodzińska kultową jest wśród autorów kryminałów milicyjnych, donosiliście. I trudno się dziwić, bo jak zajrzałam na Wikipedię, to zobaczyłam dłuuuugą listę jej książek, dowiedziałam się poza tym, że prowadziła kronikę kryminalną w Życiu Warszawy i pisała praktycznie do upadku komuny, ale też była już wtedy wiekową osobą (ur. 1915). A porucznik Szczęsny, którego i tu mamy, jest bohaterem całego cyklu.

Dla zaoszczędzenia czasu posłużę się tutaj notą wydawcy (no bo co? bo zaraz kolację trzeba robić):

Warszawa, lata 60. XX wieku. W krótkim odstępie czasu w mieście dochodzi do dwóch tajemniczych samobójstw osób z towarzystwa graczy w pokera. Kapitan Szczęsny rozpoczyna obserwację grupy pokerzystów, podejrzewając, że ktoś z nich może coś wiedzieć na temat śmierci kolegów. Największą uwagę milicji zwraca doktor Hacen, człowiek w błękitnych okularach, który dysponuje ogromną wiedzą oraz informacjami mogącymi pomóc w rozwiązaniu sprawy. Dodatkowo w tym czasie w Warszawie dochodzi do zuchwałych kradzieży w magazynach. W niewyjaśnionych okolicznościach giną cenne surowce i chemikalia. Śledztwo utrudnia całkowity brak dowodów. Szczęsny podejrzewa, że obie sprawy mogą się łączyć ze sobą, jednak nie może niczego udowodnić. Rozpoczyna się niebezpieczna rozgrywka, której stawką może być życie pokerzystów. 

A Kłodzińska była ponoć osobą kontrowersyjną, bo pisała zgodnie z linią partii. No cóż.


 Początek:

 

Koniec (nie dałam dwóch sąsiadujących ze sobą ostatnich stron, bo za dużo wyjaśniają): 


Wyd. Czytelnik, Warszawa 1965, 238 stron

Seria z jamnikiem

Z własnej półki

Przeczytałam 13 czerwca 2023 roku

 

Po stronie pozytywów - gdzie zapisujecie pozytywy, po prawej czy po lewej? - więc po stronie pozytywów można zapisać, że w sobotni poranek nie muszę się zrywać z myślą matko, pociąg, zupę do zabrania gotować. Ale żeby nie było tak lekko, to z kolei budzę się z myślą matko, dziś kąpanie 😁

Zresztą spędziłam kończący się właśnie weekend głównie przy garach i diabli mnie biorą, ale co poradzisz. W tygodniu gotuję dla Ojczastego zupy, które mu odgrzewa córka, gdy jestem w pracy, więc stwierdziłam, że w weekendy moglibyśmy jeść razem. Co znacznie ogranicza repertuar, bo to nie może być nic do gryzienia za bardzo... Znalazłam w necie przepis na podudzia z kurczaka duszone z młodą kapustą i to było wczoraj trafione, ale zostało jeszcze pół kapusty. Na tym samym kulinarnym blogu trafiłam na placki z młodej kapusty z serem, więc idealne wykorzystanie, wydawałoby się. Cóż, kiedy nie trzymało się to kupy i nie wiedząc, co z tym począć, zamiast jednego jajka z przepisu dałam CZTERY 🤣 To był na szczęście tylko dodatek do dzisiejszego obiadu złożonego ze zsiadłego mleka i duszonych ziemniaczków z cebulą - mówię na szczęście, bo jednak ta kapusta w plackach twarda, Ojczasty zmamlał raptem jeden 😂 Dla nas OK, mamy jeszcze na jutro.

 /półmisek dla Mokuren/

Również po tej pozytywnej stronie odnotujmy, że koleżanka z Fabryki poinstruowała mnie, iż Totolotka można puścić do przodu. Bowiem wyobraźcie sobie, że Ojczastemu już tak odrosła dupa, że zażyczył sobie Totolotka w każdy piątek. Z czego zrezygnował w październiku zeszłego roku, gdy zaniemógł. Baaaaaardzo mnie bawi chodzenie do kolektury co tydzień... No, ale okazuje się, że faktycznie można, więc załatwiłam po cichutku sprawę na miesiąc z góry (po cichutku, nic mu nie mówiąc, bo jeszcze wpadnie na pomysł, żeby trzy razy w tygodniu grać).


Grażynka tęskni za Ojczastym, dzwoni i pyta, jak sobie radzimy. Ja się na razie zastanawiam, jak sobie poradzimy w sierpniu, gdy pojadę do Pragi. Już i tak skróciłam wyjazd o dwa dni. Za parę dni ma przyjechać mój brat (przywiezie mi wreszcie mebelek pod tv, bez którego oglądanie aktualnie jest do bani) - zobaczymy, co on wymyśli. Pewnie nic akceptowalnego dla córki 🤨

Co dziś z japońskiego You Tube'a? Chyba Nami, bo zdaje się, nie było jej tutaj, a to przecież jeden z pierwszych profili, na jakie trafiłam. Nami jest samotnym pracownikiem biurowym w Tokio, jak mi się wyświetla po czesku, i realizuje się w gotowaniu. Wcześniej mieszkała w malutkim, jak to w Tokio, mieszkanku, gdzie podziwiałam, jak ona sobie radzi wykwintnie w tej kuchence w korytarzu. Teraz przeprowadziła się do większego mieszkania i jakoś podejrzewam, że ma to związek (finansowy) z ponad milionem followersów 😁 Do tego jest z niej niezła elegantka!

Panie i panowie, oto Nami.

 


piątek, 16 czerwca 2023

Haruki Murakami - Porzucenie kota. Wspomnienie o ojcu

 No więc, otóż... ta książeczka jest z biblioteki. I już się tłumaczę 😂 Zaglądam teraz często do dwóch filii, bo pożyczam dla Ojczastego. Właśnie, wprowadzam nowy dział LEKTURY OJCZASTEGO 😁 Tak ku pamięci. Dziś są dwa tygodnie, jak tu jest.

No i pożyczyłam to dla niego, on raz-dwa przeczytał i jakoś z rozpędu przeczytałam i ja.

Ale, jeśli o mnie chodzi, to szkoda fatygi. Znaczy - fatyga jest niewielka, bo to 77 stroniczek wszystkiego, ale NIE UBOGACIŁO MNIE 😂 Pewnie dlatego, że Murakami niewiele wiedząc o swoim ojcu, bo praktycznie nie rozmawiali ze sobą, odkąd wyszedł z domu, skupia się na roztrząsaniu jego kariery wojskowej, przeglądając stare papiery i gazety z epoki. Tak naprawdę nie chodzi tu o żadną karierę, tylko przymusowe wcielanie do wojska, ale mniejsza o to, grunt, że autor podaje różne szczegóły akcji, numery dywizji itepe - może fascynujące dla miłośników II wojny światowej, dla mnie kompletnie nudne, ot co.

A dlaczego porzucenie kota? Wspomnienie z dzieciństwa. Murakami jako mały chłopiec pojechał z ojcem nad morze (na rowerze), żeby pozbyć się kotki. Zostawili ją tam w zagajniku - a było to dwa kilometry od domu. Wrócili do siebie - a naprzeciwko wybiegła im ta właśnie kotka. Historia do dziś niewyjaśniona 😉


Początek:

Koniec:

Wyd. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA 2022, 77 stron

Z biblioteki

Przeczytałam 11 czerwca 2023 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Urodziny miałam i z tej okazji dostałam na Fabryce prezent. Dziewczyny przy tym bały się, że już to mam - a nie miałam, na szczęście. Było na liście dla mojego brata pod choinkę, ale ostatniego roku nie było "podchoinki" 😀 Tak że cieszę się bardzo i pewnie niedługo będę czytać.

Dedykacja 🤣

Z półki w Jordanówce przywlokłam toto. Bułhakowa myślałam, że mam w domu i wzięłam na wszelki wypadek (że potem odniosę). A tu okazuje się - nie było. Plus film jakiś do kolekcji oraz cztery stare mapy. Było ich dużo, wybrałam akurat te, Bóg wie, dlaczego 😁

Akurat czytałam niedawno na jakiejś grupie na FB wątek o zbieractwie... Chyba się kwalifikuję do jednostki chorobowej. Ale wiecie - ktoś tam napisał, że zbieractwo temu mężowi (bo żaliła się żona na burdel w domu) daje poczucie bezpieczeństwa i nie trzeba z tym walczyć, tylko zaakceptować, żeby się wszystko nie zawaliło 😉

A skoro już o burdelu w domu mowa, to też bym się chętnie pożaliła. No, jednak trochę bambetli z Ojczastym przyjechało, a ja na nie nie mam miejsca w szafie. Czy gdziekolwiek indziej. 

Jednak chwilowo zaradziłam rozpakowując jedną dużą siatę. Mianowicie wracając z pracy zobaczyłam pod sąsiednim blokiem dwa foteliki i drewnianą etażerkę. Poszłam do domu, ale już mi się zaczęło wiercenie w głowie, rzuciłam torebkę w przedpokoju i wróciłam po tę etażerkę.

Na najbardziej zniszczonej górnej półce stanęły kwiatki, na dwóch dolnych ułożyłam trochę ciuchów Ojczastego, a jedna mu została na papióry.

Z okazji wspomnianych urodzin dokonałam zakupu za 10 zł w Pepco 🤣 Był to nabytek doskonalący moją Nową Kuchnię 🤣 Mianowicie pudełko z przegródkami na przyprawy w torebkach. Teraz są w nim pięknie poskładane siatki foliówki, jaki porządeczek 😍 Ale nie będę kłamać, że sama na to wpadłam - oczywiście widziałam na jednym z azjatyckich filmików z YT.

Wyjaśniam, że pudełka na przyprawy w torebkach nie potrzebowałam, bowiem mam to rozwiązane inaczej:



Miałam przyprawy w słoiczkach od dawna i nie widziałam potrzeby zmieniania tego z okazji Nowej Kuchni (a zwłaszcza wydawania pieniędzy na nowe wypasione pojemniczki) 😀 Toteż koło różowego pojemnika w Pepco przechodziłam obojętnie już od dawna, gdy nagle patrzę w tym japońskim czy koreańskim filmiku - dziewczyna składa foliówki do niego - BANG!

Również z okazji urodzin wyprodukowałam wypiek starego Jordache'a czyli ciasto z rabarbarem. Po raz enty upewniając się, że ja jako kucharka nie zarobiłabym nawet na proszek do pieczenia. Dlaczego jeżeli jest w przepisie na ten przykład 'piec 30-35 minut' - u  mnie to musi być 50???


 

LEKTURY OJCZASTEGO

1/ Haruki Murakami - Porzucenie kota

2/ Anne Applebaum, Donald Tusk - Wybór

3/ Ladislav Grosman - Sklep przy Głównej ulicy


A tu zostawiam miejsce na kolejny profil z You Tube: poszukam w wolnej chwili, bo chyba trzeba iść się zainteresować śniadaniem dla Ojczastego.

Dobra, znalazłam. To będzie taki świeżo odkryty - Eda diary:

 

wtorek, 13 czerwca 2023

Valja Stýblová - Mne soudila noc

 

To jedna z książek przywiezionych w maju z Pragi, doceńcie, że tak szybko się zabrałam. No dobra, Wam to ganz egal, ale ja doceniam (samą siebie) 😁 Oczywiście wybrana, bo cienka. Co prawda już nie jeżdżę do Dżendżejowa i mogłabym grubsze czytać, ale przecież i tak czytam w tramwaju czyli wożę ze sobą...

/każdy pretekst dobry, byle się obcyndalać/ 

A' propos już nie jeżdżę do Dżendżejowa. Córka mnie co trochę pyta, czy warto było dla uniknięcia czterech dni w miesiącu poza domem mieć teraz zajęcie przez trzydzieści dni 😂 Dobra, na dzień dzisiejszy nie powiem, że warto, ale langsam langsam... się ułoży, prawda?

Teraz Stýblová. Rzecz jest stara, napisana w 1957 roku przez lekarkę i dotyczy problemu aborcji. To powieść psychologiczna, drążąca temat z punktu widzenia medycyny, bowiem narrator jest idealistycznym studentem tego kierunku, który pod wpływem nieco starszego i bardziej cynicznego kolegi decyduje się na uczestniczenie w nielegalnym przerywaniu ciąży. Na początku jego motywacją jest chęć nauczenia się czegoś oraz pomocy kobietom w trudnej sytuacji, ale pieniądze (spore jak dla skromnego do tej pory studenta) grają swoją rolę, choć po pierwszym razie wyrzuty sumienia gryzą i zarobioną dolę Jan wrzuca do puszki w kościele, czy to dla przebłagania czy dla przekupienia? Bo on sam w pewnym sensie został przez cynicznego kolegę właśnie kupiony. 

Autorka jednak przedstawia problem tendencyjnie, bo niby mówi się o pomocy kobietom i jest przytoczony jeden przykład, ale większość tych skrobanek dotyczy bogatych paniuś o co najmniej wątpliwym morale, więc wiecie - rodzi to wrażenie, że aborcja to zło. Co zostaje poparte uśmierceniem siostry bohatera przy tym zabiegu, uśmierceniem oczywiście niechcący, ale wydźwięk jest taki, że zabijanie jest zabijaniem. Nowe życie jako cud, posłannictwo medycyny, etyka lekarza - to są tematy, które interesują Stýblovą.

Ta książka była wydana w Polsce pod tytułem Noc była moim sędzią, więc jeśli ktoś tematem jest żywo zainteresowany, pewnie można znaleźć, może nie w bibliotekach, ale na allegro 😉 Dla mnie bardziej ćwiczenie językowe niż argument w dyskusji.

Początek:

Koniec:


Wyd. Spirála (Československý spisovatel), Praha 1965, 142 strony

Z własnej półki (kupione z pudełka za 10 koron w antykwariacie w Pradze)

Przeczytane 10 czerwca 2023 roku

 

NAJNOWSZE NABYTKI 

Oczywiście, gdzieżby nie... Przywleczone z półki. Jest to grubaśne niemożebnie, ale może kiedyś poprzeglądam, jeśli nie przeczytam w całości.

A tutaj z kolei łup ze Śmieciarki. Wiecie, Dzieci z Bullerbyn, te sprawy - nie mogłam przejść obojętnie 😂 A dopiero, gdy odebrałam, zorientowałam się, że przecież to jest tylko dodatek do podręcznika, nagrania audio. Ale nic to, zdobyłam płytki, to i podręcznik kiedyś się znajdzie 😁

A' propos Śmieciarki. Kiedyś z niej wyfasowałam takie urządzonko i teraz, w sezonie truskawkowym, doceniam.

czwartek, 8 czerwca 2023

Andrzej Zeyland - Portret prawie rodzinny

 

Portret rodzinny przywiozłam z ostatniej wizyty w Dżendżejowie. Zdjęłam z półki zachęcona tytułem, zerknęłam na pierwszą stronę, spodobało mi się, więc zabrałam.

Bereza na skrzydełku też się dobrze wyraża na temat twórczości Zeylanda, który wedle Wikipedii popełnił trzynaście utworów, niekoniecznie tylko prozatorskich. Jednak Literatura polska - przewodnik encyklopedyczny (w 2 pokaźnych tomach) nie zawiera na jego temat ani słówka. Niemniej jednak przeczytałam i w brodę sobie nie plułam. Co prawda na początku irytowała mnie maniera przeskakiwania z jednej historii w drugą, trochę bez ładu i składu, wydawałoby się, takie przeskoki w czasie, bez najmniejszego uprzedzenia 😉 W miarę czytania przyzwyczaiłam się.

Bohater, wstrząśnięty nagłą niemocą cioci, roztrząsa dotychczasowe stosunki nie tylko rodzinne, ale i pracownicze i tu dochodzimy do sedna sprawy - którą jest (moim zdaniem) problem moralności współczesnego człowieka.

Początek:

Koniec:

Wyd. Wydawnictwo Poznańskie 1978, 193 strony

Z własnej półki

Przeczytałam 4 czerwca 2023 roku


Ciągle jeszcze za wcześnie na podjęcie tematu, bo nie chcę na razie zbytnio narzekać, przecież może (może?) wszyscy przywykniemy.

NAJNOWSZE NABYTKI

Chyba sobie jednak wynagradzam. Jedni jedzą lody, drudzy kupują buty, ja znoszę książki z półki w Jordanówce 😂 Książki w większości, jak widać poniżej, dawno minione. Chyba mam jakąś fazę na stare rupiecie. Takie, o których nikt nie słyszał. I nikt by tego nawet dziś nie chciał czytać. Pewnie znowu opróżniane mieszkanie po babci czy dziadku...

Ale ja właśnie będę je czytać, tak że Wy, biedacy moi czytelnicy, też się z nimi zapoznacie 🤣

Aczkolwiek... aczkolwiek uchylę jedynie rąbka tajemnicy, że kiepsko mam teraz z czytaniem, bo za ciemno. Mam niby przy swoim aktualnym łóżku dwie lampki, ale zbyt odległe od głowy i książki i wolę wręcz nie męczyć wzroku, zostawiam sobie czytanie na tramwaj, więc dużo tego nie ma (plus minus 15 minut w jedną stronę na Fabrykę). 

Niewątpliwie coś z tym będę musiała zrobić, ale na razie są większe inne problemy niż jakaś tam lampka.